Chrystus, a ludzkie cierpienie

Christ and the Human Suffering by E. Stanley Jones, 1933

Przedmowa do wydania polskiego. Wprowadzenie. (1) Zamieszanie. (2) Czy chrześcijanie nie cierpią? (3) Różne sposoby traktowania sprawy ludzkiego cierpienia. (4) Prawdziwie chrześcijański sposób – ewangelia. (5) Chrześcijański sposób – życie pierwszych chrześcijan. (6) Chrześcijański sposób – żywotność. (7) Chrześcijański sposób – zwycięstwo. (8) Wybór – religia z krzyżem czy bez krzyża. (9) Boża cena. (10) Cierpienie jako skutek błędnych wyborów moralnych. (11) Postawa zaangażowanego cierpienia. (12) Wygoda czy charakter? (13) Ostatnie słowo – z życiem czy ze śmiercią?

Przedmowa do wydania polskiego

Eli Stanleya Jonesa miałem zaszczyt i przyjemność słyszeć tylko raz. Działo się to w zielonoświątkowy poniedziałek 1962 roku na zlocie angielskiej młodzieży metodystycznej, w którym uczestniczyłem jako student metodystycznego koledżu w Bristolu. E. Stanley Jones był jednym z głównych kaznodziejów. Słuchaliśmy go z wielkim zainteresowaniem, w skupieniu.

E. Stanley Jones (1884-1972) urodził się w USA, w stanie Maryland. W czasie nauki w Ashbury College odczuł powołanie do poświęcenia życia służbie misyjnej. Początkowo chciał pracować w Afryce, ale zanim ukończył koledż, otrzymał list od Metodystycznego Stowarzyszenia Misyjnego z prośbą o udanie się do Indii.

Swoją służbę misjonarską, już jako ordynowany duchowny, rozpoczął w 1907 roku. Głosił kazania w niedziele, a większość pozostałego czasu spędzał na nauce języka. Z początku pracował przede wszystkim wśród tzw. niedotykalnych – hinduskiej warstwy społecznej, na której skupiała swoje wysiłki większość misjonarzy, ponieważ była ona najmniej oporna wobec chrześcijaństwa. Zdał sobie jednak sprawę, że Indie to nie tylko ubodzy pariasi, i zaczął myśleć o reszcie społeczeństwa, szczególnie zaś o intelektualistach z wyższych kast.

E. Stanley Jones w swoich staraniach o ewangelizację inteligencji hinduskiej unikał – w przeciwieństwie do wielu innych misjonarzy – utożsamiania chrześcijaństwa z zachodnią cywilizacją. Jego bowiem zdaniem łączenie wiary w Chrystusa z cywilizacją Zachodu stanowiło jedną z największych przeszkód w rozwoju chrześcijaństwa w Indiach.

Działalność wśród warstw wykształconych była dla Jonesa wyzwaniem, ale też ogromnym obciążeniem psychicznym. W dysputach z najwybitniejszymi intelektami często bywał spychany na pozycje obronne. Napięcie okazało się zbyt wielkie. Po ośmiu latach służby na misji i kilku załamaniach nerwowych wrócił do ojczyzny, by odpocząć i odzyskać siły. Gdy jednak ponownie przybył do Indii, problemy ze zdrowiem psychicznym wróciły. „Zrozumiałem, że jeśli ktoś mi nie pomoże, będę musiał porzucić pracę misyjną […]. Była to jedna z moich najczarniejszych godzin”. I wtedy właśnie Jones doświadczył głębokiego przeżycia duchowego. „Ogromny pokój napełnił moją duszę i ogarnął mnie całego. Wiedziałem – to się stało! Zawładnęło mną życie, obfite życie” – pisał w swojej wpływowej książce „The Christ of the Indian Road” (Chrystus na drodze Indii; cytuję za: Ruth A. Tucker, Sławni i nieznani, Oficyna Wydawnicza Vocatio, Warszawa 1995, s. 230). W akademickich bibliotekach Warszawy znalazłem tylko dwie książki E. Stanleya Jonesa, a mianowicie „The Christ of the American Road” (Chrystus na drodze Ameryki), gdzie znajdujemy krytykę ówczesnego życia społecznego i chrześcijaństwa w Ameryce wraz z propozycją zmian, oraz „The Christ of Every Road, A Study in Pentecost” o znaczeniu Pięćdziesiątnicy we wszystkich dziedzinach ludzkiego życia.

Choroba już nigdy nie powróciła, a E. Stanley Jones stał się jednym z najwybitniejszych misjonarzy wśród hinduskich elit. Stawał się coraz bardziej znany, aż w końcu zaczął wyjeżdżać poza Indie, aby mówić o Chrystusie, który był centralnym punktem jego ewangelizacji. Według niego, nie sama doktryna, a nawet nie Biblia czynią chrześcijaństwo wyjątkowym, ale właśnie Chrystus. Uważał więc, że tylko o Chrystusie należy mówić.

Aby ukazać Chrystusa Hindusom, Jones starał się używać metod, które były częścią tradycji Indii. Przykładem tego są m. in. jego Konferencje Okrągłego Stołu. Dysputy te, choć o treści bardzo intelektualnej, stały się drogą do ewangelizacji. „Nie pamiętam ani jednej Konferencji Okrągłego Stołu, w której przed końcem Chrystus nie byłby moralnym i duchowym panem sytuacji” – pisał (cyt. za: John Stott, „Christian mission in the modern World”, London 1975, s. 75). Reputacja Jonesa jako ewangelisty i ambasadora chrześcijaństwa przyniosła mu wielkie poważanie w Indiach i na całym świecie. Jego przyjaciółmi byli i Mahatma Gandhi, i Jawaharlal Nehru, którzy darzyli go szczerym szacunkiem, choć żaden z nich nie przyjął chrześcijaństwa.

Choć Jones nie łączył swojej pracy z jednym konkretnym wyznaniem i miał szerokie spojrzenie w duchu chrześcijańskiej jedności, był bardzo poważany w kręgach swojego macierzystego Kościoła metodystycznego. Wybrano go nawet na biskupa. Ale przed ceremonią wyświęcenia zrezygnował z przyjęcia tej propozycji. „Jestem ewangelistą, nie biskupem” – pisał.

Kilka czy może kilkanaście lat po moim zetknięciu się z Jonesem w Anglii, w którymś z antykwariatów w Londynie znalazłem jego dawno wydaną (przed drugą wojną światową) i nie wznawianą książkę „Christ and the Human Suffering” (Chrystus a ludzkie cierpienie). Jak wskazuje sam tytuł, autor zajmuje się w niej o ludzkim cierpieniem, którego ogromu był naocznym świadkiem w Indiach i Chinach. Mówi też o cierpieniu chrześcijan i o tym, jak w Chrystusie odkrywa ono swój głęboki sens, oraz o tym, jak mimo cierpienia żyć pod łaską Bożą, która jest w pełni wystarczająca.

Edward Czajko

Wprowadzenie

Gdy pracowałem na tym olbrzymim kontynencie cierpienia, jakim są Chiny, stając tam przed moimi słuchaczami, musiałem za każdym razem na nowo stawić czoło kwestii ludzkiego cierpienia, tego zawinionego i niezawinionego. Jakże można było tego uniknąć? Twarz Chińczyka więcej skrywa niż ujawnia, ale nawet taka postawa nie jest w stanie ukryć pulsującego wewnętrznego bólu. Naród chiński ogarnęły bolesne skurcze – czy były to bóle rodzenia, czy też może śmiertelne drgawki? Trudno powiedzieć. Wielu miotało się między nadzieją a rozpaczą.

Poza wspólnym wielkim narodowym bólem, każdy Chińczyk zdawał się nieść także jakieś osobiste cierpienie, często zbyt głębokie, by je wyrazić słowami. Zazwyczaj utrzymują oni emocje na wodzy, ale niekiedy, nie mogąc już dłużej skrywać bólu, niespodziewanie wyrzucają go z siebie, tak jak pewien bardzo inteligentny człowiek, rektor wielkiego uniwersytetu, podczas jednej z naszych Konferencji Okrągłego Stołu: „Jestem zgubiony. Nie widzę drogi wyjścia. Szukam kogoś, z kim mógłbym porozmawiać. Nie ważne, czy jego rady będą dobre czy złe. Po prostu muszę z kimś porozmawiać. Nie mogę już dłużej tego dusić w sobie.” Jego syn, student, bardzo boleśnie przeżywający sytuację w kraju, popełnił był niedawno samobójstwo.

Jakże w takiej sytuacji nie zmierzyć się z ludzkim bólem? Czy chrześcijańskie przesłanie oparte na Ewangelii oferuje jasną odpowiedź? Taką, która się sprawdza? Jeśli tak, to jak ona brzmi? Próbowałem interpretować chrześcijańskie rozwiązanie i ukazywać drogę wyjścia. W czasie jednego z serii kilku nabożeństw pewna misjonarka, kaleka od urodzenia, poruszająca się tylko o kulach, napisała do mnie: „Następną książkę proszę napisać o chlubieniu się słabościami – ja się nimi chlubię!” Ujrzała wtedy coś, co stało się dla niej nową drogą. Jej życie odmieniło się, teraz jaśniała radością. Uśmiechnąłem się na tę prośbę i szybko o niej zapomniałem, ponieważ od kilku lat gromadziłem materiały do innej książki, na inny temat, i to zadanie pochłaniało mnie bez reszty. Ale kiedy w drodze na drugi kontynent cierpienia, do Indii, zatrzymałem się w Singapurze i przemawiałem do słuchaczy właśnie na temat chrześcijańskiego podejścia do sprawy cierpienia, nagle przyszła mi do głowy myśl, że będzie to temat mojej następnej książki. Wyglądało na to, że nie jest to myśl zabłąkana, którą łatwo odrzucić jako przeszkodę w przemówieniu, ale raczej oświecenie, które nadeszło z zewnątrz – jasne, zdecydowane, nie do odparcia. Później, kiedy wróciłem do książki, nad którą pracowałem, ta myśl znikła. Coś nowego pojawiło się w moim polu widzenia i to mnie pochłonęło.

Przyjrzałem się okolicznościom zewnętrznym. Wydawały się potwierdzać owo wewnętrzne oświecenie. Im więcej nad tym rozmyślałem, tym bardziej byłem przekonany, że chyba w żadnej innej kwestii nie panuje w chrześcijaństwie tyle smutnego zamieszania, jak w odniesieniu do zagadnienia cierpienia i zrozumieniu tego, jak je przyjmować. A jeśli zamęt panuje w chrześcijaństwie, to tym bardziej wśród niechrześcijan. Cierpienie ma zasięg ogólnoświatowy, a najbardziej przejmujący element owego cierpienia to fakt, że tak wielu nie widzi w nim żadnego sensu, wydaje się ono prowadzić donikąd. A jeśli już zauważa się w cierpieniu jakiś sens, to zazwyczaj złowrogi: „Żyjemy w świecie rządzonym przez bezlitosny przypadek. Nie stoi za nim żadne Serce”. To smutne, ale wielu ludzi nie widzi żadnego wyjścia. Większość jakoś sobie radzi albo właśnie nie radzi – osiedli na mieliźnie morza tarapatów. Wyglądało na to, że jeśli ktokolwiek może rzucić na tę kwestię jakieś światło, to czas to zrobić.

Ale pisać na taki temat, to stąpać po ziemi świętej, uświęconej łzami i znaczonej krwawymi śladami znużonych wędrowców. Każdy popełniony błąd może mieć poważne konsekwencje. Wzbudzenie w cierpiącym sercu nadziei, nadziei, która nie może zostać spełniona, przysporzy mu tylko bólu. Wahałem się. Ale obiekcje znikały jedna po drugiej i w końcu podjąłem decyzję. Musiałem mieć jednak pewność co do jednego: „Nie mogę pisać tej książki jako wykładu jakiejś teorii. Musiała ona być drogą życia. Poznałem fragment Tajemnicy i okazał się on wspaniały, ale będę w stanie pisać na ten temat pod jednym tylko warunkiem – że Ty, Ojcze, będziesz mnie uczył iść tą drogą, iść w zapamiętaniu, kiedy będę się starał odsłonić innym tę tajemnicę”. Ojciec obiecał. Wyruszamy zatem na wspólne poszukiwania.

1. Zamieszanie

Nazwałem Indie i Chiny „kontynentami cierpienia”, ale czy na tym mamy poprzestać? Czyż każdy człowiek nie bywa w którymś momencie swego życia uwikłany w cierpienie wspólne ludzkiemu rodzajowi? Łagodny Budda długo i głęboko dumający nad życiem doszedł do wniosku, który prawie zapiera nam dech w piersiach. Brzmi on: Istnienie i cierpienie to jedno. Dopóki jesteśmy włączeni w koło życia, dopóty będziemy cierpieć, bowiem egzystencja i cierpienie to jedno, nie przypadkowo lub dodatkowo, ale nieodłącznie i nieuchronnie. Jedyny sposób, by oderwać się od cierpienia, to przestać istnieć. Cóż za zadziwiająca, zapierająca dech w piersiach, a rzec by można także, odbierająca życie, konkluzja. A jednak setki milionów naszych braci w człowieczeństwie każdego dnia powtarza jako swoje credo: „ameisa, dukka, annath” – nietrwałość, cierpienie, pustka.

To daleko idący wniosek, ale nie bardzo odmienny od konkluzji autora księgi Koheleta (Kaznodziei Salomona), który powiada: „Widziałem wszystkie sprawy, które się dzieją pod słońcem, a wszystko to jest marnością i gonitwą za wiatrem”. W księdze Hioba czytamy: „Albowiem nie z prochu wychodzi utrapienie, ani z ziemi wyrasta kłopot, ale człowiek na kłopot się rodzi, jako iskry z węgla latają w górę”, a sama księga została napisana w celu rozważenia problemu niezasłużonego cierpienia. Czy odpowiedź udzielona przez tę starożytną księgę jest właściwa czy nie, zastanowimy się później, ale widzimy, że żyjących wtedy ludzi problem ten trapił podobnie jak i nas, i domagał się rozwiązania.

Bardziej współczesny człowiek woła takimi słowy:

Synu mój, świat mroczny jest od zgryzot i grobów, Tak mroczny, że ludzie wołają przeciw niebu. Sądzę, że nic nie wywołuje takiego wołania przeciw niebu, jak niespodziane i wglądające na niezasłużone cierpienie.

Współczesna młoda kobieta wynajmuje samolot i już w powietrzu robi krok w pustkę, zostawiając taki list: „Nie doświadczyłam niczego prócz dysonansu, a tęsknię za harmonią. Może znajdę muzykę tam, dokąd idę”. Miała wrażenie, że nie znajdzie jej na tym świecie. Dlatego bierze na siebie wielką odpowiedzialność – i wychodzi.

Horace Walpole powiada: „Dla ludzi myślących życie jest komedią; dla odczuwających – życie jest tragedią”. Niewielu z nas nie czuje, czyż więc dla wszystkich życie jest tragedią? W Pompei przewodnik pokaże nam ruiny teatru, w którym grano tylko komedie, a obok teatr, w którym wystawiano tylko tragedie. Ale czy w życiu da się w taki sam sposób oddzielić tragedię od komedii? Czyż nie rozgrywają się one jednocześnie, zadziwiająco pomieszane?

Obecnie życie wydaje nam się zdecydowanie tragiczne przede wszystkim dlatego, że żyjemy w wieku wielkich przemian. Ten nasz wiek przemian różni się od innych tym, że zmiany są głębsze i bardziej gruntowne. To, na czym ludzie polegali, czemu ufali i w czym pokładali nadzieję, usunęło im się spod nóg. Wczoraj było jeszcze tak trwałe, a dzisiaj już tego nie ma – odeszło, pozostawiło po sobie tylko dotkliwy ból. Dzieje się tak nie tylko w sferze materialnej, ale także w dziedzinie ducha. Wielu otworzyło się na tchnienie nowoczesnej myśli, a to doprowadziło ich do utraty wartości duchowych. Nie odwrócili się od nich z rozmysłem, ale nagle obudzili się, by stwierdzić, że już ich nie ma. Ta nieobecność pozostawia w nich uczucie podobne do wrażeń Renana po jego zerwaniu z Kościołem; ujął to w takich słowach: „Pękło zaczarowane koło zamykające całe życie. Pozostało uczucie pustki, podobne do wrażenia, jakiego doznajemy po ustąpieniu gorączki albo po nieszczęśliwie zakończonym romansie”. Narastająca nieufność wobec samego życia pozostawia ludzi w pustce i zamęcie. Jak to ktoś określił: „[Współczesna kultura] osadziła człowieka na opustoszałym tronie świata; ale nie potrafi już czcić swojego bożka. Samouwielbienie rzadko jest skuteczne. Zabija nas sceptycyzm. Pod krzykliwym blichtrem współczesnej zachodniej kultury narasta nieufność wobec samego życia”. Nie można znaleźć szczęścia poza istotą spraw, a wielu targają wątpliwości, czy rzeczywiście istnieje jeszcze jakikolwiek sens i cel.

Część cierpienia współczesnego człowieka wynika z faktu, że przyszło nam żyć w okresie przejściowym, a część z tego, że jesteśmy wcielonymi duchami, a nasze przeznaczenie musimy wykuwać w krnąbrnej materii. Mamy nieograniczone pragnienia, a jesteśmy osadzeni w bardzo ograniczonym, materialnym świecie. Dlatego na każdym kroku czujemy, że nasze wysiłki są udaremniane, hamowane i ośmieszane. Ktoś powiedział, że „trudność nie polega na tym, iż jesteśmy wzniosłymi wieprzami i duszami ludzkimi, ale na tym, że jesteśmy nimi jednocześnie”. Wieprz w nas uwielbia ohydne, błotniste kałuże i najchętniej w nich by nas pogrążył, ale dusza nie cierpi błota, protestuje i woła o ratunek. Odczuwa wezwanie wieczności. Takie tarcie zabójczo działa na poczucie zadowolenia.

Kilka dni temu zaczepił mnie pewien wróżbita. Chcąc przyciągnąć moją uwagę i wywołać we mnie nastrój, który nakłoniłby mnie do wysłuchania jego przepowiedni, rozpoczął tak: „Wygląda pan na szczęśliwego, ale to tylko pozory. Cały czas rozmyśla pan i rozmyśla o czymś, czego nie może mieć. A więc nie jest pan szczęśliwy”. Roześmiałem się i powiedziałem mu, że nie trafił! Jednak ten wróżbita był dość przebiegły, by wiedzieć, iż w większości przypadków taki wstęp do rozmowy się sprawdza. Bowiem większość ludzi dźwiga niewidoczne krzyże, o których nie mówią nikomu poza Bogiem, jeśli tylko potrafią go znaleźć. Ale co wtedy, gdy nie potrafią? Muszą dusić w sobie dławiący ich ból i cierpieć – w samotności.

Poza cierpieniem jako ubocznym skutkiem ludzkiego istnienia, zdarzają się też katastrofy szczególne, które spadają na nas nagle i pozostawiają w stanie ogłuszenia i oślepienia. Dzisiaj z niecierpliwością odbierałem pocztę, żeby przeczytać o uroczystości rozdania świadectw w pewnej szkole średniej w Himalajach, do której chodzi moja córka – uroczystości, z której z wielką niechęcią musiałem zrezygnować z powodu mojej podróży do Chin. List opisywał to szczęśliwe wydarzenie, a także wędrówkę z gór w kierunku domów na równinach – zwykle radosną i szczęśliwą. Ale nie tym razem! Jedna z dziewcząt, która także ukończyła szkołę, odwróciwszy się, żeby pomachać na pożegnanie swoim koleżankom, cofnęła się i oparła o, jak sądziła, niski murek. Okazało się jednak, że w tym miejscu muru nie było. Spadła z wysokości około 60 metrów i się zabiła. A była jedyną córką wdowy.

Dlaczego takie nieszczęście przydarzyło się właśnie tej wdowie, która tak niedawno utraciła męża? Dlaczego nie przydarzyło się córce kogoś innego, na przykład mojej? Właśnie tutaj nasze problemy stają się kłopotliwe i dręczące. I wielu w tym miejscu zaczyna błądzić. W Chinach dwoje dzieci misjonarzy z różnych rodzin w tym samym czasie zachorowało na dezynterię. Jedno z nich wyzdrowiało, a drugie zmarło. Ojciec zmarłego dziecka był bardzo rozgoryczony, ponieważ jego dziecko, jego jedyne dziecko, zmarło, natomiast drugie dziecko, pochodzące z wielodzietnej rodziny, wyzdrowiało. Wyglądało na to, że opuszcza go wiara. Czyż Bóg w takich przypadkach nie odpowiada na nasze modlitwy i nie interweniuje? Niektórzy uważają, że powinien i że to czyni. Ale co wtedy, jeśli tak się nie dzieje? Człowiekowi zawala się cały świat, także jego wiara. Właśnie w takiej sytuacji wiara wielu ludzi doznaje największego szwanku.

Podczas jednej z naszych Konferencji Okrągłego Stołu w Indiach, wytworny młody Anglik, lider grupy biznesmenów, którzy pracowali nad poprawą stosunków między Indiami a Wielką Brytanią, powiedział do mnie rozczarowany: „Bóg mnie zawiódł. W czasie wojny mój brat został ranny. Modliłem się, żeby mój brat przeżył. Każdy przyzwoity człowiek przystałby na to. Ale nie On. Mój brat zmarł. Nie mam już wiary. Nadal uważam, że Chrystus był najwspanialszą osobowością, jaka kiedykolwiek istniała, ale zawiodłem się na Bogu, porzuciłem więc religię. A chciałbym być religijny”.

Pewien Chińczyk, student, przysłał mi następujące pytanie: „Moja siostra była bogobojną kobietą. Ale przeszła przez okropne męki w trakcie porodu. Dlaczego Bóg nie oszczędził jej tego cierpienia, skoro była tak pobożna?”

Pewien profesor uniwersytecki w Ameryce został potrącony przez ciężarówkę i złamał nogę. Po wyzdrowieniu pojawił się na nabożeństwie w kaplicy i powiedział do studentów: „Nie wierzę już w osobowego Boga. Gdyby istniał osobowy Bóg, to czyż nie wyszeptałby mi do ucha ostrzeżenia przed nadjeżdżającą ciężarówką i nie uratowałby mnie od nieszczęścia?” Został więc potrącony, a podczas tego upadku rozbiła się także jego wiara.

W czasie jednego z naszych spotkań w Indiach, wstał pewien Hindus i powiedział: „Odkąd stałem się chrześcijaninem nie mam już kłopotów. Bóg zbawił mnie od wszystkich moich kłopotów”. Usiadł bardzo z siebie zadowolony, bowiem wydawało mu się, iż to dowodzi, że Bóg jest z niego zadowolony.

Oto mamy tutaj cztery przypadki: jeden z Wielkiej Brytanii, jeden z Ameryki, jeden z Chin i jeden z Indii, składające się na jedną myśl, mianowicie, że Bóg powinien oszczędzić kłopotów sprawiedliwym. Kiedy tak się nie dzieje, to jest to znak, że albo Go nie ma, albo, jeśli istnieje, to coś z Nim, bądź z nami jest nie w porządku. Wszyscy zgadzają się co do tego, że jeśli istnieje Bóg, to powinien ratować swoje dzieci z kłopotów i nieszczęść. W przypadku Hindusa, fakt, że Bóg coś takiego czynił, było dla niego znakiem jego szczególnej przychylności.

Czy w takim myśleniu nie kryje się jakiś zasadniczy błąd? Czyż ewangelie nauczają, że jeśli będziemy naśladować Chrystusa to nasze jedyne dziecko nie zachoruje na dezynterię? Nasi bracia nie umrą w wyniku ran na wojnie, jeśli tylko będziemy się modlić? Nasze siostry, jeśli są prawe, nie będą cierpieć w czasie porodu? Bóg będzie nam, swoim dzieciom, szeptał do ucha, że za chwilę może nas potrącić ciężarówka? A jeśli zainterweniuje i uratuje nas od kłopotów, to jest to szczególny znak jego przychylności? Czy takie jego postępowanie jest dowodem, że religia się sprawdza? W tym myśleniu wydaje się tkwić jakiś zasadniczy błąd.

Przypuśćmy, że istnieje gwarancja, iż nieszczęścia dotykać będą tylko niegodziwych, a sprawiedliwi zawsze będą ratowani. W takim razie jak wyglądałby świat? Ciągle musiałyby być zawieszane prawa fizyki, gdyby w wypadki zaangażowani byli sprawiedliwi. Nie przyciągałaby cię siła grawitacji, nawet gdybyś zbytnio wychylił się z okna – pod warunkiem, oczywiście, że jesteś sprawiedliwy. Jaki mielibyśmy wtedy wszechświat? Z pewnością nie taki, na którym można polegać. Nie znając charakteru osób uczestniczących w konkretnym wydarzeniu, nie wiedziałbyś, czy zadziałają odpowiednie prawa fizyki. Okazywałoby się to dopiero po fakcie. Jeśli człowiek byłby dobry, to prawo zostałoby zawieszone, gdyby okazał się być złym, prawo by go ukarało. Mielibyśmy wszechświat nieprzewidywalny. A jakie dałoby to skutki, gdy chodzi charakter osób zainteresowanych? Katastrofalne.

Niewątpliwie Bóg może interweniować i czasami interweniuje, żeby w pewnych sytuacjach ratować swoje dzieci, bowiem Bóg z pewnością nie ma związanych rąk we wszechświecie, który stworzył. Prawa fizyki, według których wszechświat zazwyczaj funkcjonuje, to prawa Boże. Twierdząc, że inaczej postępować nie może, stwierdzalibyśmy, że jest mniej znaczący niż Jego sposoby działania. Bóg postanowił kierować wszechświatem ustaliwszy tam porządek, a nie opierać się na zachciankach lub zmiennych przekonaniach. Prawa porządkują wszechświat, ponieważ uporządkowany jest Boży umysł; można na nich polegać, ponieważ można polegać na Bogu. Jednak stwierdzenie, że Bóg nie może postąpić inaczej niż zazwyczaj, to nakreślenie obrazu Boga, który stał się więźniem własnych sposobów działania. Wierzę, że Bóg może ingerować w sprawy świata. Ale sprzeciwiam się poglądowi, że Bóg musi interweniować zawsze, gdy jego dzieciom zagraża niebezpieczeństwo. I kiedy to zrobi, to jest to szczególny znak jego przychylności dla zainteresowanych osób, a jeśli tego nie zrobi, to znaczy, że coś jest nie tak z Bogiem lub z ludźmi.

Chrześcijańskie wyjaśnienie problemu cierpienia nie opiera się na takim toku rozumowania. Gdyby tak było, okazałoby się, że chrześcijanin jest pewnego rodzaju kosmicznym pupilkiem. A pupilki bywają zazwyczaj dziećmi rozpuszczonymi.

Gdy Jezus wisiał na krzyżu, opuszczony przez ludzi i pozornie przez Boga, tłumy krzyczały: „Zaufał Bogu, niech go teraz wyratuje, jeśli go popiera”. I gdyby Bóg uratował Jezusa, byłby to znak, że jest dobry i miły Bogu, a skoro TAK się nie stało, to z pewnością znaczy to, że Bóg go nie popiera. Tak im się zdawało.

Ale Bóg nie uratował Jezusa. Uczynił jednak coś lepszego. I właśnie, opierając się na czymś lepszym niż ratunek musimy szukać chrześcijańskiego rozwiązania problemu cierpienia.

2. Czy chrześcijanie nie cierpią?

Żeby zyskać wskazówkę jak znaleźć chrześcijańskie rozwiązanie kwestii cierpienia, przyjrzyjmy się fragmentowi, w którym Jezus w bardzo żywych barwach maluje przed swoimi naśladowcami obraz ucisku, jaki ich prawdopodobnie czeka.

Istnieją dwa rodzaje zła – jedno, które pochodzi z wnętrza, jako wynik wyborów woli – ten rodzaj zła nazywamy grzechem. Drugie zło pochodzi z zewnątrz, ze strony społeczeństwa i świata natury – to zło nazywamy cierpieniem. Łatwo nam pojąć, dlaczego spotyka nas cierpienie w następstwie naszych wyborów, ale dlaczego mielibyśmy cierpieć, kiedy to od nas nie zależy? Dlaczego zło atakuje nas z zewnątrz? W Ewangelii wg Łukasza (21,8-19) Jezus jasno mówi, że coś takiego przyjdzie na nas z zewnątrz. Czytamy w tym fragmencie o dziewięciu różnych kierunkach, z których może na nas spaść cierpienie.

W pierwszych słowach Kazania na Górze dziewięć razy napotykamy słowo „błogosławieni, szczęśliwi”. Znajdujemy tam też przepowiednię dziewięciu rodzajów kłopotów, jakie wymienia Jezus żegnając się ze swoimi uczniami. Spójrzmy na owych dziewięć źródeł cierpienia, ponieważ podsumowują one praktycznie wszystkie rodzaje smutku i nieszczęść, jakie nas spotykają.

1. Cierpienie w wyniku religijnego zamieszania. „Liczni bowiem – powiedział Jezus – przyjdą pod Moim imieniem i powiedzą: Ja jestem; oraz: Nadszedł czas. Nie idźcie za nimi!” Zamieszanie w sferze religijnej jest bez wątpienia dla wielu ludzi źródłem głębokiego bólu. Dlaczego wszystko nie jest jasne i niewątpliwe? Religia dotyczy naszej najgłębszej sfery życia i niepewność w tej kwestii sprawia, że przenosi się ona na wszystkie inne dziedziny.

W tym wieku przemian i przewartościowań ludzie cierpią szczególnie dotkliwie w tej właśnie sferze. Rozpadają się stare formy światopoglądowe i sposoby myślenia. Dawne pewniki dotyczące życia utraciły dla wielu ludzi swoje znaczenie. Do pewnej szkoły w Straits Settlements [dawne posiadłości brytyjskie na Malcie] wpłynęło podanie o przyjęcie do niej ucznia napisane przez ojca Chińczyka. W kolumnie dotyczącej religii napisał on: „confusion” [ang. pomyłka, zamęt, zamieszanie]. Miał oczywiście na myśli konfucjanizm, ale prawdopodobnie przez swoją pomyłkę lepiej uchwycił istotę rzeczy, niż gdyby napisał poprawnie. Religią obecnego wieku jest zamieszanie. Nigdy nie było ono większe niż w tej chwili. Przemawiając na zakończenie jednego ze spotkań, w którym brałem udział, hinduski przewodniczący nieskładnie podsumowywał moje wystąpienie, mówiąc dłużej niż przemawiałem ja. Błądził między starą ortodoksją a najnowszymi teoriami. Słuchacze już się niecierpliwili, aż w końcu ryknęli śmiechem, kiedy zakończył słowami: Ostatnio zajmowałem się badaniem wszystkich religii, a szczególnie interesował mnie „confusionism”. [Znów gra słów w jęz. angielskim. Zamiast powiedzieć „Confucianism” – konfucjanizm, czyli religia Konfucjusza, mówca użył słowa „Confusionism” – zamieszanie, zamęt.] Wszyscy już wcześniej zauważyli, że rzeczywiście badał „confusionism”, czyli zamieszanie!

Wypowiedź brata wywołuje nasz uśmiech, ale szybko znika on z naszej twarzy, a zastępuje go grymas bólu, ponieważ zamęt umysłu zżera szczęście jak rak. Nie można być szczęśliwym, nie mając wewnętrznej pewności. Dlaczego Bóg nie uczynił wszystkiego oczywistym w tej najważniejszej kwestii życia? Tak oczywistym, jak, powiedzmy, tabliczka mnożenia? No, dobrze, przypuśćmy, że tak się stało. Wtedy nasze życie przestałoby być misterium. Zniknąłby duch przygody niezbędny w procesie formowania charakteru, a dusza pozbawiona poczucia istnienia czegoś poza nią miałaby mniej więcej taką samą ochotę na modlitwę do Boga, jaką okazalibyśmy my dzisiaj, gdyby przyszło nam się modlić do tabliczki mnożenia, choćby była nie wiem jak prawdziwa i oczywista. Nie. Najgłębsze rzeczy w tym życiu muszą być dostatecznie ukryte, żebyśmy przez rozważanie alternatywnych propozycji i dokonywanie wyboru między konkurującymi celami rozwinęli w sobie zdolność rozsądzania i duchowego rozeznania tego, co najważniejsze. Ale sam proces jest bolesny i niesie ze sobą wiele mentalnego i duchowego cierpienia.

2. Cierpienie z powodu wojen i konfliktów społecznych. Jezus powiedział: „Będziecie słyszeć o wojnach i przewrotach”. Jesteśmy członkami społeczeństwa uwikłanymi w sprawy, które niosą z sobą konflikty i wojny. Może sami nie wybieraliśmy tych konfliktów, może ich nienawidzimy i odcinamy się od nich, ale choćbyśmy nie wiem jak się wymigiwali i tak się z nich nie wywiniemy i nie unikniemy bólu. Jakże niewielu ludzi wybrało ostatnią wojnę – tych, którzy ją wybrali można by prawdopodobnie policzyć na palcach obu rąk – a jednak miliony cierpiały i nadal cierpią na skutek decyzji tej garstki! W dawnych czasach, kiedy na polu bitwy dochodziło do starcia zawodowych armii, cierpiała stosunkowo niewielka część społeczeństwa, ale te dni prostoty się skończyły. Życie stało się tak złożone i tak ze sobą splecione, że każdy konflikt dotyka każdego z nas. Mówiliśmy niegdyś, że wyruszamy na wojnę, by chronić nasze kobiety i dzieci oraz słabszych członków społeczeństwa. Te dni się skończyły. Wiemy, że teraz w czasie wojny nie potrafimy już chronić słabych. Nikt nie cierpi w trakcie współczesnych wojen bardziej niż kobiety i dzieci. W konflikt zbrojny i wynikające z niego cierpienie zaangażowane są nie tylko armie, ale całe narody.

Oczywiście chrześcijanin nie zostaje wyłączony z tego cierpienia. W zasadzie cierpi podwójnie: mentalnie i duchowo. Po pierwsze dlatego, że wojna jest krańcowym zaprzeczeniem ducha i nauczania Pana oraz z powodu bezpośredniego uczestnictwa w cierpieniu. Jeśli gdzieniegdzie pojedynczy chrześcijanin odczuwa, że Opatrzność zachowała przy życiu kogoś mu bliskiego, to nie jest to odpowiedź na kwestię cierpienia, jak bowiem możemy wytłumaczyć fakt, że inni równie dobrzy chrześcijanie albo ich bliscy nie doznali ochrony przez podobne działanie Opatrzności?

3. Cierpienie w wyniku klęsk żywiołowych, takich jak np. trzęsienia ziemi. „Nastaną wielkie trzęsienia ziemi”. Trzęsienie ziemi przychodzi nie pytając, czy jesteś dobry czy zły. Nie można powiedzieć, że trzęsienia ziemi dotykają złych, a oszczędzają dobrych. Trzęsienie ziemi w Indiach zniszczyło budynek misyjny, a stojący obok dom publiczny się nie rozpadł. W Birmie trzęsienie ziemi zmiotło z powierzchni wszystko, ostał się tylko dom pewnego chrześcijanina i uznano to za działanie Opatrzności. Ale co z tymi przypadkami, kiedy tak się nie stało? Twierdzenie, że chrześcijanie są poddani opatrznościowej ochronie prowadzi nas w ślepy zaułek, ponieważ nie sprawdza się w życiu.

Rozważmy, co by było, gdyby tak się rzeczywiście działo. Załóżmy, że dałoby się dowieść, że chrześcijanin niezmiennie chroniony jest przed bólem i cierpieniem, które spada na innych. W efekcie mielibyśmy degradację chrześcijaństwa. Tłumy przyłączałyby się do kościołów i traktowałyby chrześcijaństwo jak polisę ubezpieczeniową na wypadek pożaru. Byłaby to także degradacja, gdy chodzi o chrześcijanina, ponieważ utraciłby możliwość poddawania się dyscyplinie życia w świecie rządzonym przez bezstronne prawa. Byłby wyłączony ze zmagań z bezosobowymi i bezstronnymi siłami natury, w czasie których formuje się czujność i siła charakteru, dzięki którym jesteśmy kształtowani umysłowo i duchowo oraz stajemy się fizycznie zdolni do przetrwania. Wyłączenie z tego procesu równałoby się szybkiej eliminacji. Ponadto religia zostałaby sprowadzona do poziomu magii. Stałaby się talizmanem. Rozwinęłyby się zgubne zwyczaje, takie jak na Filipinach, gdzie uczniowie przed egzaminami niosą swoje pióra do kapłana, żeby je pobłogosławił, co ma im zapewnić powodzenie w czekającym ich sprawdzianie. W ten sposób moralna i umysłowa tkanka chrześcijanina zostałaby osłabiona. Pewna kobieta poprosiła mnie zupełnie serio, żebym się pomodlił, by na Derby Sweepstake wygrał jej faworyt, a jeśli jej się powiedzie, to „podzieli się z Kościołem wygraną po połowie”. Odparłem, że pomodlę się, żeby uzyskała nowe pojęcie o tym, czym w ogóle jest religia, a w szczególności, czym jest chrześcijaństwo.

Chrześcijaństwo nie jest magią, ale jest moralnym objawieniem, a końcowym jego produktem jest charakter moralny, a nie uchronienie w określonych sytuacjach jego wiernych od działania praw i zjawisk fizycznych. Dyrektor, który przyjąłby do szkoły własne dziecko, wyłączając je jednak ze szkolnej dyscypliny i systemu kar, uczyniłby sobie, dziecku i szkole nieodwracalną szkodę.

Jezus powiedział nam, że będziemy cierpieć z powodu trzęsień ziemi. I tak się dzieje.

4. Cierpienie z powodu choroby i niedołęstwa. „A miejscami (…) zarazy”. Niektórzy mówią, że Bóg zawsze chroni swoje dzieci przed zarazą i uzdrawia chorych, a kiedy to się nie dzieje, to na skutek braku wiary. Bóg rzeczywiście uzdrawia chorych przez bezpośrednie dotknięcie, co do tego nie ma najmniejszej wątpliwości. Czyż moje własne świetne obecnie zdrowie nie jest wynikiem dotknięcia, jakiego doznałem piętnaście lat temu? Gdybym się tego zaparł, wyparłbym się własnego życia. Ale twierdzenie, że Bóg obiecuje zawsze uzdrowić z wszelkiej choroby, oraz że brak takiego uzdrowienia jest znakiem braku wiary, to poważny zarzut. Niektórzy z największych świętych zostali powaleni przez zarazę, a najświetniejsi ludzie marnieli na łożach boleści. Młody, oddany sprawie lekarz misyjny w Mukden, kochany przez wszystkich, niemal samotnie zmagał się z epidemią zapalenia płuc, ale sam został powalony i zmarł, kiedy był potrzebny najbardziej. Howard Walter, człowiek niezwykle wielki duchem, świetnie obdarowany i wkraczający właśnie w okres najefektywniejszej służby, jako młody jeszcze człowiek został powalony i zmarł na grypę w chwili, gdy Indie najbardziej go potrzebowały. Ten cios zniszczył zdrowie jego żony i sprawił, że dziećmi musieli się zająć krewni. Rozbity dom. A przecież gdzież znaleźć lepszy wzór rodziny niż tych dwoje wspaniałych ludzi? Zarazków cholery, które zabiły Johna Formana nie powstrzymał fakt, że atakowały święte ciało.

Wiem, że starożytni pisarze żydowscy zdawali się żywić odmienne poglądy, kiedy powiadali: „Chociaż padnie u boku twego tysiąc, a dziesięć tysięcy po prawicy twojej, ciebie to jednak nie dotknie. Owszem, na własne oczy ujrzysz i będziesz oglądał odpłatę na bezbożnych (…) Nie dosięgnie cię nic złego i plaga nie zbliży się do namiotu twego (…) długim życiem nasycę go”. Jeśli uduchowimy tę wypowiedź, to można jej używać, ale jeśli potraktujemy ją dosłownie, to wzbudza ona pytania. Nowy Testament tak nie naucza. Nie uczy nas też tego życie. To właśnie nacisk na dosłowne wypełnienie takich obietnic jak wyżej i konflikt z faktami dnia codziennego powoduje zdziwienie i niszczy wiarę wielu. Tak się po prostu nie dzieje, że żadna plaga nie zbliża się do siedziby sprawiedliwego i że nieodmiennie wszyscy sprawiedliwi cieszą się długim życiem. To prawda, że sprawiedliwi rzeczywiście zdają się być zdrowsi na ciele i na umyśle oraz żyją dłużej. Prowadzenie życia na sposób chrześcijański bardziej przystaje do realiów wszechświata i sprawia, że ludzie są szczęśliwsi i ogólnie żyją dłużej. Ale wyjątków jest tutaj tak wiele, że nie możemy się spodziewać, iż rozwiązanie problemu cierpienia kryje się w fakcie, iż chrześcijanie bywają oszczędzeni w czasie zarazy oraz nieodmiennie cieszą się długim życiem. Takie postawienie sprawy stwarza więcej problemów niż ich rozwiązuje.

5. Cierpienie z powodu niedostatków ekonomicznych. „Będzie głód”. W obecnym czasie sprawa ubóstwa w świecie stawia ten problem na ostrzu noża. Boleję nad każdym bezrobotnym. Jak brzmi odpowiedź na tę formę cierpienia? Czy dobrym powodzi się dobrze, a złym daje się we znaki brak pieniędzy? To prawda, że na dłuższą metę dobrzy będą prawdopodobnie lepiej sytuowani, ponieważ wszechświat popiera prawość, a występuje przeciw złu. Wszechświat nie został zbudowany na kłamstwie, czy to na ustach, czy w handlu. Ale tego rodzaju powodzenie sprawdza się zwykle w przypadku jednostki i obecnie trudno go dowieść. Księga Hioba podejmuje problem cierpienia i kończy cały dramat stwierdzeniem, że Hiob odzyskał podwójnie to, co stracił i żył do podeszłego wieku. I znów, jeśli to uduchowimy i włączymy niebo w zasięg naszego zainteresowania, to możemy posługiwać się tym przykładem. Ale jeśli upieramy się przy dosłownym zastosowaniu tego w życiu, to natrafiamy na trudności nie do pokonania. Nowy Testament nie oferuje nam takiej odpowiedzi. Nie obiecuje nam życia do podeszłego wieku tu i teraz oraz podwójnego zwrotu tego, cośmy stracili.

To prawda, że w Nowym Testamencie znajduje się jeden fragment, który zdaje się tego nauczać: „Jezus odpowiedział: Zapewniam was, kto ze względu na Mnie i na Ewangelię opuścił dom, braci, siostry, matkę, ojca, dzieci lub pola, otrzyma już teraz, w tym czasie, stokrotnie więcej domów, braci, sióstr, ojców, matek, dzieci i pól, wśród prześladowań, a w przyszłości życie wieczne” (Mk 10,29-30). Ale trudno jest to traktować bardziej dosłownie w przypadku domów i pól niż matek, jako że oczywiście nie można mieć stokrotnie więcej matek. Niewątpliwie musi tu być znaczenie metaforyczne. Kiedy należymy do Chrystusa, nic nie należy do nas, a przecież wszystko jest nasze – wszystkie kobiety są naszymi siostrami, wszyscy mężczyźni naszymi braćmi, wszystkie matki naszymi matkami, wszystkie domy i pola naszymi domami i polami – jesteśmy dziećmi Ojca. Do Niego należy wszystko, a my korzystamy z dziedzictwa, choć sami nic nie mamy. Ale zwróćmy uwagę, że tekst dodaje „wśród prześladowań” – jakby przypominając, że to, co oferuje nie jest materialnym zyskiem albo przyjemnością, ale wewnętrznym nastawieniem do życia, że nieposiadanie niczego, to posiadanie wszystkiego i chlubienie się nawet wśród prześladowań.

W chwili śmierci Jezus nie posiadał nic, co Kościół mógłby dzielić, oprócz szaty. Piotr i Jan u bramy świątyni zwanej Piękną zmuszeni byli powiedzieć: „Srebra i złota nie mamy”. Paweł umarł bez grosza.

To prawda, że Jezus powiedział, żebyśmy najpierw szukali „Królestwa Bożego, a wszystko inne będzie nam dodane”. Ale „wszystko inne”, które ma być dodane to pokarm i odzienie. Obecnie życie stało się tak złożone, pragnienia tak się rozmnożyły i zmieniły, co do konieczności ich zaspokajania, iż gdyby większości z nas przyszło zadowolić się pożywieniem i ubraniem, to byłby to dla nas niemal głód.

Chrześcijanin nie jest zabezpieczony przed stratą ekonomiczną ani nie otrzyma podwójnej odpłaty za to, co stracił. W Nowym Testamencie nie ma księgi Hioba. Nowy Testament ma swoją własną, wyraźną odpowiedź na problem cierpienia.

6. Cierpienie ze strony innych ludzi. „Podniosą na was ręce i będą was prześladować”. Społeczeństwo żąda konformizmu. Jeśli plasujesz się poniżej jego norm, zostaniesz ukarany, jeśli przewyższasz jego normy, będziesz przez nie prześladowany. Chrześcijanin jest nowym stworzeniem, różniącym się od zwyczajnego człowieka tak, jak zwykły człowiek różni się od zwierzęcia. Posługując się językiem biologii jest lepszą „odmianą”. Jest niedorosłym łabędziem, a póki co, dla społeczeństwa – „brzydkim kaczątkiem” odpowiednio traktowanym. Kiedy obwieściłem mojemu koledze w bibliotece prawnej, w której pracowałem, że poprzedniego wieczoru się nawróciłem, ten szybko odparł szyderczym tonem: „Wybiję ci to z głowy w dwa tygodnie”. On, przedstawiciel społeczeństwa, odczuł instynktownie, że wymykam mu się z rąk, dlatego „podniósł na mnie swe ręce”.

Oczywiście nie powinniśmy zaraz się nabawiać „kompleksu prześladowanego”, bowiem chrześcijanom często się wydaje, iż noszą korony męczenników, gdy tymczasem noszą tylko czapki błaznów. Użalanie się nad samym sobą to postawa najbardziej godna pożałowania. Narzekanie osłabia. Chrześcijanie nie powinni mieć z tym nic do czynienia. Chrześcijanin podąża za Mistrzem, który w drodze na krzyż powiedział do płaczących kobiet: „Nie płaczcie nade Mną”. Chrześcijanin, jeśli pragnie zachować własną godność, powinien mówić to samo.

Przyjmując jednak możliwość istnienia kompleksu prześladowanego, musimy stwierdzić, że chrześcijaństwo stanowi wyzwanie dla status quo i chrześcijanin, który się wyłamuje z akceptowanego sposobu postępowania, będzie uważany za „dziwaka” i często płacić będzie cenę oddzielenia. „Podniosą na was ręce”.

7. Cierpienie z rąk władz religijnych i świeckich. „I będą was prześladować, wydawać do synagog i więzień”. Oto dwa rodzaje kłopotów symbolizowane przez słowa „synagoga” i „więzienie” – kłopoty natury religijnej i świeckiej. W słowie „synagoga” ukryty jest przytyk. Spodziewalibyśmy się, że Jezus użyje słowa „świątynia”, ponieważ świątynia była instytucją bardziej ugruntowaną, osadzoną na władzy kapłanów. Ale synagoga reprezentowała instytucję mniej lub więcej świecką, bardziej kongregacyjną i wolną. W centrum świątyni leżał kamień znajdujący się obecnie w muzeum w Istambule z napisem: „Niech żaden obcy nie wchodzi za zasłonę i granicę miejsca najświętszego. Kto zostanie na tym przyłapany, sam będzie winien śmierci, jaka go spotka”. W synagodze nie było takiego nastawienia. Synagoga symbolizowała wolność. Ale instytucja opowiadająca się początkowo za wolnością staje się z czasem narzędziem prześladowania. To historia stara jak świat –` historia prawie wszystkich ugrupowań religijnych. Zaczynają od rewolty, a kończą na tłumieniu wszelkiej rewolty we własnych kręgach. Na tym polega degeneracja wszelkich instytucji: Powstają, by nieść życie, a kończą na deptaniu tego właśnie życia. Dlatego potrzebują nieustannej krytyki, stałego przystosowywania się i ciągłego powracania do zasad życia i postępu. Ale ktoś, kto próbuje to wprowadzać, spotka się z tym samym, z czym spotkał się Jezus, gdy ogłosił swój program wolności w synagodze w Nazarecie: „Gdy usłyszeli to wszyscy obecni w synagodze, zawrzeli gniewem, porwali się z miejsc, wyrzucili Go z miasta i chcąc strącić w przepaść, zaciągnęli aż na krawędź góry, na której było zbudowane ich miasto”. Skutkiem odstępstwa od uznanych reguł może być prześladowanie jawne, w postaci strącenia ze szczytu wzgórza, albo bardziej subtelne, takie jak uniesione brwi naszych towarzyszy w synagodze. W innych jeszcze przypadkach zamykają się przed nami serca, a my zostajemy na zewnątrz. Wolność zmieniła się w wolność do prześladowania – światło zamieniło się w ciemność, i to jak wielką!

Cierpienie może też przyjść ze strony władz świeckich: „Prowadzić do królów i namiestników”. Państwo domaga się od nas zgody na sprawowanie zwierzchniej władzy aż do prawa ingerowania w sferę sumienia jednostek włącznie. Dwaj studenci udali się do siedziby sądu, by zaprotestować przeciw aresztowaniu ich kolegów za udział w patriotycznym marszu. Swoim uporem obrazili sędziego pokoju. Pod groźbą zastrzelenia zażądał przeprosin na kolanach. Jeden ze studentów, chcąc się ratować, przeprosił. Drugi odmówił, powiadając, iż minęły czasy, gdy przed kimkolwiek skłaniał kolana. Sędzia rozkazał, by postrzelono go w nogi. Stojąc na poranionych nogach nadal protestował przeciw niesprawiedliwości, jaka spotkała jego kolegów. Sędzia nakazał strzelić mu w brzuch. Uczyniono to, ale on nadal protestował. Wtedy żołnierze otrzymali rozkaz strzelenia mu w szyję. Kiedy student padał, jego ostanie słowa były słowami powtarzanego protestu. Większości z nas nie stać na taką postawę w obliczu bezczelnej władzy. Skłaniamy kolana i podporządkowujemy się niesprawiedliwie rządzącym. Trudno ocenić rozmiar krzywd, jakich niewinni, sprawiedliwi ludzie doznali z rąk niesprawiedliwej władzy.

8. Cierpienie spowodowane przez domowników. „Będą zaś was wydawać rodzice i bracia, krewni i przyjaciele”. Słowa te odnoszą się do zdrady, jakiej doświadczy naśladowca Chrystusa ze strony domowników. Ten rodzaj cierpienia jest obecny we wczesnych stadiach przyjmowania Chrystusa w niechrześcijańskim kraju. W ileż setek twarzy młodych ludzi patrzyłem i widziałem w nich udrękę bólu z powodu wykluczenia z rodzinnego kręgu ze względu na ich lojalność wobec Chrystusa! Tylko wewnętrzne posilenie Ducha Świętego mogło ich przeprowadzić przez ten ból.

Ten rodzaj cierpienia związanego z rodziną jest bardzo rzeczywisty, choć nie tak powszechny jak ten, który powodowany jest przez brak zgody i codzienną udrękę życia w rodzinach, gdzie brakuje szczęścia. Ze względu na lojalność wobec rodziny ludzie przywdziewają na twarze uśmiechy, ale na wrażliwych duszach krzyż nieustannej, codziennej irytacji wyciska swoje piętno. Jest ono jednak noszone w milczeniu.

Kiedy rozmawiałem z dr. Hu Shihem, ojcem ruchu odrodzenia w Chinach, dowodzącym, że w Chrystusie znajdujemy to, co najlepsze w chińskiej kulturze i wspomniałem o życiu domowym Chińczyków jako wartości godnej zachowania, odparł: „Ale czy nasze domowe życie jest szczęśliwe? Nie!” Oczywiście to przesada, ale pomyślmy o możliwości doświadczania nieszczęścia w czterech setkach milionów domów ludzi wydających się żyć najbliżej siebie. A potem rozszerzmy to na resztę świata w mniejszym lub większym stopniu. To zwyczajne domowe nieszczęście zostało pogłębione przez cień, jaki rzuca nań bezrobocie. Ból niemożności zapewnienia środków do życia żonie i dzieciom, zależnym od ojca, wżera się we wrażliwe dusze jak kwas.

To nieprawda, że chrześcijanom zawsze zostaje oszczędzony ból, który wynika z kontaktów rodzinnych. Czasem nieporozumienia pogłębiają się z powodu różnic ideałów i wartości. To prawda, że ponieważ chrześcijanin żyje w większej zgodzie z zasadami moralnymi, unika tych zranień, które są skutkiem przekraczania zasad moralnych. Ale istnieją inne źródła cierpienia w domu, których nie uniknie.

9. Cierpienie wynikające z utożsamienia się z Chrystusem. „Będziecie znienawidzeni przez wszystkich ze względu na Moje imię”. Symeon, wiekowy święty, dostrzegł, że Chrystus będzie „znakiem, któremu będą się sprzeciwiać”. Miał rację. Jezus był takim znakiem. Przez swoją bezkompromisowość tak stawia sprawy, że albo musimy ukrzyżować nasze pożądliwości, albo ukrzyżować Jego. Ktoś powiedział, że gdyby Chrystus zasiadł w naszym parlamencie, to najpierw byłby niezwykle popularny, potem wszystkich by zadziwił, a następnie wszyscy zaczęliby go prześladować. Chrystusa można albo gorąco kochać, albo gorąco nienawidzić. Oczywiście można zająć stanowisko neutralne, ale tylko wtedy, jeśli będziemy od Niego z daleka. Kiedy się zbliżymy, nasza dusza albo zesztywnieje w sprzeciwie, albo roztopi się w poddaniu. Chrześcijanin ma swój udział w podobnie bezkompromisowej jakości. Chrystus na krzyżu przeszkadzał w obchodach świąt w Jerozolimie. Przywódcy żydowscy nakazali zdjąć Go z krzyża, bowiem Jego obecność utrudniała świętowanie. Chrześcijanin wielkością swoich ideałów przeszkadza ludziom w realizowaniu trywialnych spraw, a jego duch altruizmu narusza zasady uczt pożądliwości. Dlatego nie jest popularnym bohaterem. W żadnym mieście na świecie nie wzniesiono dotąd pomnika najbardziej heroicznej postaci świata, pomnika chrześcijanina. Bohaterowie wojenni? Tak. Ale chrześcijanin – nie. Posąg ustawiony na terenie uniwersytetu w Princeton, noszący miano „Chrześcijański student”, wywołuje poruszenie i żąda się jego usunięcia. Za bardzo przypomina krzesło sędziowskie.

W głębi serca możemy potajemnie podziwiać chrześcijańskie ideały, ale na zewnątrz będziemy je zwalczać – zwalczać dopóty, dopóki się im nie poddamy. A wtedy stają się one dla nas wszystkim. Słowa Jezusa okazują się faktem: „Biada wam, gdy wszyscy ludzie będą o was mówić dobrze”, bowiem jeśli tak jest, to znaczy, że dostosowujecie się do ludzi w ich grzechach.

Chrystus, będąc tym, kim był, i chrześcijanin, będąc tym, kim powinien być, musi poznać cierpienie w wyniku podążania za Chrystusem.

Widzimy więc, że cierpienie wypływa z dziewięciu różnych źródeł: z umysłowego i duchowego zamieszania w sferze spraw najgłębiej dotykających naszego życia; z faktu życia w społeczeństwie, które angażuje się w wojny; z faktu klęsk żywiołowych nawiedzających świat przyrody, takich jak trzęsienia ziemi, pożary, powodzie i burze; z powodu zarazy, która wkrada się do naszego pożywienia, powietrza, którym oddychamy i zakaźnego dotyku innych ludzi; z kłopotów finansowych; z faktu, że społeczeństwo podnosi na nas ręce, ponieważ odstajemy od ich ducha i ich norm; z ucisku, który przychodzi ze strony władz religijnych i świeckich; z nieporozumień w domach; z powodu utożsamiania z Człowiekiem, którego symbolem jest krzyż. Z całą pewnością dobry człowiek nie otrzymuje obietnicy, że ma zagwarantowaną nietykalność i ochronę przed nieszczęściami, które spadają na innych.

Chcąc dokończyć tego obrazu, musimy do tych dziewięciu różnych źródeł kłopotów dodać fakt, że także do naszych domów zakrada się śmierć i bez względu na to, czy są dobre czy złe, zabiera naszych najbliższych, czasem w pełni sił i użyteczności. Śmierć to fakt powszechny. Podniosłem oczy znad tego, co piszę i mój wzrok padł na takie zdanie w liście leżącym na moim biurku: „Kiedy odszedł mój mąż, miałam i ja ochotę uciec od tego świata, znaleźć jakiś kąt, żeby skryć się tam samotnie z moim bólem”. Kobieta, która napisała to zdanie, jest jedną z najszlachetniejszych istot, jakie znam – to uosobienie wszystkiego co najpiękniejsze i najświetniejsze w kobiecie, a jednak została sama na świecie z szóstką małych dzieci.

Mam nadzieję, że pośpiesznie kreśląc szkic społeczeństwa, nie namalowałem cierpienia zbyt czarną kreską. Oczywiście, istnieje też druga strona, ale nie można zignorować tej. Jakiej odpowiedzi możemy udzielić na niewątpliwy fakt niezasłużonego cierpienia? Udzielając odpowiedzi musimy stąpać ostrożnie, żeby niebacznie nie pogłębić cierpienia i rozczarowania, dlatego że „wypowiadamy słowo obietnicy, ale zarazem odbieramy nadzieję”. Musimy stąpać po tej ziemi z modlitwą na ustach.

3. Różne sposoby traktowania sprawy ludzkiego cierpienia

Jak brzmią odpowiedzi na problem cierpienia? Gdy studiujemy rozmaite dziedziny myśli ludzkiej, uderza nas różnorodność odpowiedzi. Większość z nich jest szczera, bowiem w obliczu cierpienia ludzie nie próbują wykazać się bystrością. Możemy się z tymi odpowiedziami nie zgadzać, ale z pewnością uderza nas ich wyraźna uczciwość.

1. Omar Khayyám, poeta perski, przyglądając się światu w jego nieszczęściu i bólu, zareagował bardzo ostro:

„By pojąć ten żałosny Rzeczy Plan w całości … rozstrzaskaj go na pył, a potem złóż na nowo zgodnie z pragnieniem serca.”

Khayyám reprezentuje najbardziej gruntowną reakcję sprzeciwu wobec świata oraz proponuje najbardziej gruntowny środek rozwiązania problemu cierpienia – przekształcenie świata i stworzenie go na nowo, bez cierpienia. Takie może być pragnienie serca wielu z nas w chwili szczególnych kłopotów i bólu, a jednak pozostaje ono tylko pragnieniem. Wiemy bowiem, że nie mamy mocy, by je zrealizować. Podobnie nasz umysł, nie potrafi w chwilach zadumy przyjąć koncepcji świata bez istnienia bólu. W głębi duszy wiemy, że celem życia jest charakter, a nie szczęście, że szczęście może być tylko produktem ubocznym charakteru, a bez istnienia bólu nie jest chyba możliwe osiągnięcie dojrzałego charakteru.

Musimy przyjąć świat taki, jakim jest i starać się znaleźć rozwiązanie problemu cierpienia nie poprzez fantazje zniszczenia wszechświata, ale w oparciu na faktach, takich, jakimi je znajdujemy. Musimy wyjść od rzeczy takich, jakimi są. Nie możemy stosować uników, nie możemy poddawać się iluzji. Bowiem każda przesada kończy się upadkiem, a jedynym tego wynikiem jest wtedy śmierć.

2. Istnieje inny sposób radzenia sobie z problemem cierpienia, przeciwstawny przedstawionemu wyżej. Jest to metoda akceptowania faktu cierpienia i spodziewania się go. Ten rodzaj mentalności to próba przechytrzenia fatum przez oczekiwanie złego. Człowiek przekonuje siebie: „Wiedziałem, że tak się stanie. Nie dałem się zaskoczyć, spodziewałem się, że to zostanie mi zabrane”. Jest to nastawienie cynizmu i rozczarowania. Całe swoje zadowolenie czerpie z faktu, że wie z góry, iż nie ma czegoś takiego jak szczęście. To raczej uboga dieta, ale wielu na niej żyje i wskazuje na swoje anemiczne życie jako dowód twierdzenia, że prawdziwe szczęście nie istnieje. Jednak nie jest to rozwiązanie problemu cierpienia – raczej jego ilustracja.

3. Niektórzy radzą sobie z problemem przez nastawienie użalania się nad sobą. Radość czerpią z okazywania sobie litości. Przesadnie odmalowują swoje kłopoty, by mnożyć okazje do użalania się nad sobą. Jakiś rys tej cechy odnajdujemy w przekonaniu prawie każdego człowieka, że jego kłopoty są największe.

Wracałem kiedyś do domu po dłuższej nieobecności i oczywiście pragnąłem znaleźć się w nim jak najszybciej. Ale przy moich pięciu przesiadkach nie udało mi się zdążyć na żadne z połączeń. Zacząłem się już zastanawiać, czy linie kolejowe nie uknuły przypadkiem spisku, żeby nie dopuścić mnie do domu, ponieważ w żadnym wypadku nie mogło być mowy o moim zaniedbaniu. Pamiętam jak modliłem się w zdumieniu: „Panie, czego chcesz mnie nauczyć przez te opóźnienia? Proszę, naucz mnie prędko i pozwól mi dotrzeć do domu!” Na stację w Sitapur przyjechałem o północy z dwudziestoczterogodzinnym opóźnieniem. O tej porze roku deszcze zdarzają się tam bardzo rzadko, ale kiedy wysiadałem, rozpętała się straszna burza z piorunami. Jechałem niewielkim, odkrytym pojazdem zwanym ekka, a przebycie dwóch mil ze stacji do domu zabrało mi dwie godziny. Byłem przemoczony do suchej nitki i zmarznięty. A kiedy zbliżałem się do budynku misji, na werandzie zauważyłem światło. Wydało mi się tak przyjazne. Kiedy wyskoczyłem z ekki i wbiegłem na werandę, przemoczony i zdjęty litością dla samego siebie z powodu całej tej eskapady, która właśnie się zakończyła, powitał mnie misjonarz, który także mieszkał w tym domu. Oczekiwałem słów współczucia i żalu, ale jego pierwsze słowa brzmiały: „Przez całą noc nie zmrużyłem oka”. Roześmiałem się. Mój śmiech go zaskoczył, ale nauczyłem się wtedy jednego: Każdy człowiek uważa, że jego kłopoty są największe! On koncentrował się na bezsenności, a ja na swoim spiętrzeniu kłopotów i każdy z nas współczuł samemu sobie.

W tym przypadku można się było śmiać, ale często staje się to poważną chorobą. Misjonarze są szczególnie na nią podatni. Może się ona ujawniać w opowieściach o tym, jak wielkie ciężary musimy nieść, jak zły jest klimat, jak jesteśmy zmęczeni! Ale reagowanie na kłopoty za pomocą użalania się nad sobą to żałosne wyjście.

4. Nastawienie stoickie. Jest to nastawienie pogodzenia się z faktem cierpienia i wewnętrznego uzbrojenia się przeciw niemu. Pewne plemię Indian w Ameryce Południowej rozpoczyna kształtowanie takiego nastawienia bardzo wcześnie. Kiedy tylko rodzi się niemowlę, ojciec wita je następującymi słowami: „Narodziłeś się na świecie kłopotów. Zamknij się, zamilknij i znoś wszystko w ciszy”. Produktem takiego wychowania jest Indianin stoik.

Bardziej elegancko sformułowane, ale w tym samym duchu pozostaje stwierdzenie: „Moja głowa może krwawić, ale nie schyli się pod ciosami Losu”. Wielu powtarza sobie te słowa, żeby utwardzić się na uderzenia życia.

W słowach Abigail Cresson znajdujemy wzniosłego ducha, który zmusza nas do podziwu:

„Choć zostałam pokonana, nikt się nie dowie. Dumnie zniosę porażkę. Będę spełniać obowiązki jak przedtem. Dopiero kiedy bezpiecznie zamknę drzwi przed przyjaciółmi i resztą, będę wolna. Skłonię głowę, gdy nikt nie będzie widział. Dzisiaj będę wylewać łzy. Jutro podczas rozmowy z tobą znów będę wesoła. Choć doznałam porażki, nikt się nie domyśli. Chodzę bowiem tak, jakbym znała smak zwycięstwa.”

Te pełne boleści zdania szlachetnej dziewczyny znalazły swoje szersze i mroczne echo w głębokim i wspaniałym pesymizmie Spenglera, który opisawszy rozpad wszystkiego, z człowiekiem i cywilizacją włącznie, kończy następującymi słowami: „Czas nie cierpi zatrzymania; nie ma czegoś takiego jak roztropne wycofanie się albo mądre wyrzeczenie. Tylko marzycielom się zdaje, że istnieje wyjście. Optymizm to tchórzostwo. Narodziliśmy się w czasie i musimy odważnie podążać ścieżką przeznaczenia do końca. Nie ma innego wyjścia. Naszym obowiązkiem jest utrzymywanie straconej pozycji, bez nadziei, bez ratunku, na podobieństwo tych rzymskich żołnierzy, których kości znaleziono w Pompejach, a którzy zginęli na posterunku w chwili wybuchu Wezuwiusza, ponieważ zapomniano ich zwolnić. Oto wielkość. Oto co znaczy mieć klasę. Honorowy koniec to jedyna rzecz, jakiej nie można odebrać człowiekowi”.

Bertrand Russell wyraża to samo nastawienie w mniejszej skali, kiedy powiada, że „najlepsze osiągnięcia człowieka zostaną w końcu zdeptane przez niszczycielski marsz nieświadomej siły” i dlatego najlepsze, co możemy zrobić, to trwać w „nieugiętej desperacji”. Zgodnie ze słowami innego humanisty, Josepha Krutcha: „Nasza sprawa jest przegrana i nie ma dla nas miejsca we wszechświecie, ale mimo wszystko nie żałujemy, że jesteśmy ludźmi. Raczej umrzemy jak ludzie, niż będziemy żyć jak zwierzęta”. Spengler mówi jeszcze, że „my, istoty ludzkie dwudziestego wieku staczamy się, patrząc”. Owa mroczna procesja, którą opisuje Spengler może rzeczywiście staczać się w dół patrząc, ale z pewnością nie widzi drogi wyjścia. Droga prowadzi do coraz gęstszego cienia i ostatecznej nocy. Jedynym światłem pozostaje ledwo tlący się duch człowieczy, rozbłyskujący na krótko w proteście, zanim zgaśnie na wieki. Pewna kobieta, błyskotliwy wykładowca psychologii, powiedziała kiedyś do mnie ze łzami w oczach: „Nic nie ma sensu. Mam tylko nadzieję, że mój duch się nie załamie i odejdę w końcu z podniesioną głową, jak przystało komuś z moim wychowaniem”.

Takie nastawienie ducha względem ostatecznego końca jest krańcowo odmienne od rozwiązania proponowanego przez chrześcijaństwo.

5. Nastawienie Buddy. Łagodny Budda siedział pod drzewem Bo w Gaya i przez głęboką medytację odkrył Cztery Szlachetne Prawdy: prawdę dotyczącą cierpienia, przyczyny cierpienia, usunięcia cierpienia oraz drogi do usunięcia cierpienia. Podsumował je zaskakującym wnioskiem: Istnienie i cierpienie to jedno. Posunął się dalej niż stwierdzenie, że w życiu napotykamy cierpienie – uznał, że cierpienie i bytowanie stanowią zasadniczą i nierozerwalną całość. I od tego fundamentalnego założenia rozpoczął swoją pracę nad znalezieniem wyjścia. Droga wyjścia według niego przedstawia się następująco: W kręgu wcieleń utrzymuje nas pożądanie, z pożądania wynikają nasze uczynki, uczynki utrzymują konieczność reinkarnacji i ponownych wcieleń, abyśmy spożywali owoce naszych uczynków. Dopóki istnieć będą uczynki, dopóty istnieć będą skutki owych uczynków – oto prawo karmy. Prawo karmy powoduje konieczność ponownych wcieleń, w których doświadczamy nagromadzonych wcześniej przez siebie nagród lub kar. Budda zaproponował oczywiste rozwiązanie: żeby wydostać się z całego tego zła, musimy wyjść poza uczynki i dotrzeć do samego pożądania. Odciąć korzeń pożądania. Nawet pożądania samej egzystencji. Wtedy człowiek osiąga stan beznamiętnej, bezczynnej nirwany. Jest to stan roztopienia się osobowości. Jeśli nie jest to zaprzestanie istnienia, to przynajmniej przerwanie kołowrotu istnienia. Jest to, dosłownie, stan „zgaszonej świecy”. W takim stanie człowiek wychodzi poza wszelki ból i cierpienie – właściwie poza wszystko. Nie ma już tego kogoś, kto miałby cierpieć.

Zanim człowiek osiągnie taki stan, musi okazywać współczucie wszystkim ludziom i stworzeniom, bowiem wszystkie one są włączone w nużący krąg cierpienia. Ale oświecony powinien okazywać współczucie z powściągliwą, pozbawioną złudzeń rezerwą. Czyni to tak, jakby nic nie czynił. Pożądanie zostało wyeliminowane i działanie będzie kontynuowane, podobnie jak obraca się koło, które raz wprawiono w ruch – zwalnia stopniowo obroty i w końcu się zatrzymuje. Tak więc oświecony, który odciął się od korzenia wszelkiego pożądania, będzie kontynuował dzieła miłosierdzia aż do ostatecznego i wiecznego odpoczynku nirwany.

Musimy przyznać Buddzie jakąś wielkość i wzniosłość, choć tak zasadniczo różnimy się od niego w ocenie podstawowego założenia, że istnienie i zło to jedno. Różnić się bowiem musimy. Jezus powiedział, że zło pojawia się w naszej egzystencji, ale jeśli pozbędziemy się zła, to odkryjemy, że istnienie jest zasadniczo dobre – „Ja przyszedłem, aby [owce] miały życie, i to w obfitości”. Budda redukuje życie do poziomu egzystencji rośliny i nazywa to zwycięstwem. Radzi nam pozbyć się osobowości, żeby pozbyć się cierpienia związanego z osobowością, innymi słowy, żeby pozbyć się bólu głowy, proponuje nam obcięcie głowy. Jest to jakieś lekarstwo, ale cena jest zbyt wysoka.

A przecież Budda miał rację diagnozując nasz problem jako „pożądanie”. To ludzkie pragnienia biegnące w tym i owym kierunku, powracając, przynoszą rozczarowanie, ból, cierpienie. Jesteśmy nieskończonymi istotami, które próbują znaleźć zadowolenie w rzeczach skończonych. Efektem jest cierpienie! Tak, Budda miał rację odkrywając, że korzeniem naszych kłopotów jest pragnienie, ale zaproponował niewłaściwe lekarstwo. Próbował pozbyć się wszelkiego pożądania, gdy tymczasem nie można pozbyć się pragnienia w inny sposób, niż zastępując je pragnieniem wyższym. Człowiek nie pozbywa się pożądania przez jego stłumienie, ale przez wyrażenie go w wyższej formie. Miłość przywiązana do ciała degeneruje się do żądzy i niesie poniżenie, ale przywiązana do osoby Chrystusa, wznosi się na wyżyny i niesie uwolnienie. W pierwszym przypadku przynosi cierpienie, w drugim okazuje się być lekiem na cierpienie. A zatem niezaspokojone pragnienie nie znika poprzez jego usunięcie, ale dzięki jego zaspokojeniu. Miłość do tego, co niskie, zostaje przezwyciężona przez miłość do tego, co wysokie. Budda uchwycił przebłyski prawdy, ale umknęła mu prawda ostateczna, nie zauważył bowiem nikogo, kto byłby godny naszej miłości. W jego przypadku bogowie zniszczyli Boga. Ponieważ niebiosa były dla niego puste, pusta była ziemia, puste było życie, a jako jedyne rozwiązanie jawił mu się stan „zgaszonej świecy”. Kiedy tracisz Boga, tak jak było to w przypadku Buddy, życie rozpada się na kawałki. Walą się łuki, ponieważ nie ma środkowego utrzymującego je kamienia. Nie można długo wierzyć w człowieka, jeśli nie wierzymy jednocześnie w kogoś wyższego niż człowiek; nie można wierzyć w życie, jeśli nie wierzymy w Życie.

Nastawienie pokrewne Buddzie znajdujemy w chrześcijańskim zakonie żeńskim, w którym kobiety pozdrawiają się słowami: „Siostro, narodziłyśmy się, by umrzeć”. Istnieje też zakon męski o podobnych poglądach, zakon tzw. „grabarzy”, ponieważ każdego dnia wykopują jedną łopatę ziemi z miejsca, które kiedyś stanie się ich grobem, przypominając sobie codziennie, że ich końcem jest śmierć. Takie rozumienie jest bardziej buddyjskie niż chrześcijańskie.

6. Hinduistyczne podejście do cierpienia. Nastawienie hinduistów podobne jest do buddyjskiego, ponieważ oni także zauważone w tym życiu niesprawiedliwości i nierówności przypisują czynom z poprzedniego wcielenia. Cierpienia, które według nas spotykają nas za sprawą naszego środowiska, czy ze strony innych ludzi, ich zdaniem są skutkiem czegoś innego. To skutek naszych własnych wyborów w poprzednim życiu. Wszelkie cierpienie ma swój początek w uprzednim grzechu. Tak jak cielę odnajdzie swoją matkę wśród tysiąca krów, tak twoje uczynki odnajdą cię wśród tysiąca wcieleń. Dlatego wszelkie cierpienie jest sprawiedliwe. „Jezus w poprzednim wcieleniu musiał być strasznym grzesznikiem, skoro tak bardzo cierpiał” – powiedział mi pewnego razu jakiś Hindus. Wychodząc z własnych założeń, miał rację.

„Dlaczego mamy pomagać chorym w szpitalach? Czyż robiąc to nie przeszkadzamy w działaniu prawa karmy, zgodnie z którym cierpią oni na skutek czynów popełnionych w poprzednich wcieleniach?” – zapytał mnie inny Hindus. Miał rację – ze swojego punktu widzenia. Dwaj studenci, jeden chrześcijanin, a drugi hinduista, mieszkali nad rodziną z niskiej kasty. Studenci bezmyślnie wyrzucali śmieci na teren mieszkających poniżej ludzi. W końcu w chrześcijaninie odezwało się sumienie i zaproponował, żeby przestali to robić.

„Ależ – powiedział Hindus – ci ludzie należą do niskiej kasty z powodu swych grzechów w poprzednich wcieleniach. Nie cierpieliby z naszego powodu, gdyby na to nie zasłużyli”. Karma usprawiedliwiała ich cierpienia, ponieważ zgodnie z karmą, wszystko, co się dzieje, jest sprawiedliwe.

Oczywiście istnieje wiele rzeczy łagodzących i modyfikujących takie poglądy. Zazwyczaj hinduiści mają lepsze nastawienie względem cierpienia niż sugerowałaby to ich doktryna. Ale takie nastawienie istnieje i niewątpliwie stanowi przeszkodę dla wszelkich reform.

Hinduista ze szkoły Wedanty – a taka jest dominująca filozofia w Indiach – wskazuje drogę wyjścia z cierpienia przez zwrócenie uwagi na naszą tożsamość z elementem boskim. Tatma asi (ty jesteś tym) to naczelne zapewnienie wedantyzmu i kiedy wierny nauczy się szczerze odpowiadać Aham Brahma (jestem Brahmą), wtedy zostaje uwolniony od wszelkich więzów, wszelkiego cierpienia. Łączy się z elementem boskim albo raczej rozpoznaje swoją zasadniczą jedność z Bogiem. Przyczyną, która sprawia, że nie czuje się z nią jedno jest awidja (niewiedza), która przynosi maja (złudzenie), złudzenie rzeczywistości świata i oddzielenia od elementu boskiego. Ponieważ Brahma znajduje się w swoim najwyższy stanie, nirguna, który oznacza brak relacji, brak więzi, brak uczynków, pozostaje w stanie najwyższego istnienia. Stąd wierny powinien zaprzestać wszelkich uczynków, dobrych i złych, skoncentrować się w milczeniu na punkcie między brwiami i uświadamiając sobie jedność z Brahmą przejść w jego stan. Brahma jest nieosobowy.

W trakcie, gdy wierny dochodzi do takiego stanu, może wykonywać dobre uczynki, pod warunkiem, że robi je niszkarma (bez pragnienia owocu albo nagrody). Ma je wykonywać z bezstronną rezerwą. Nie jest do niczego przywiązany – należy do Bezstronnego, Wielkiego Powściągliwego. Wychodzi z koła ponownych wcieleń i w końcu jednoczy się z Brahmą, który jest sat, chit, ananda (istotą, inteligencją, szczęściem). Jego osobowość ginie w końcu w oceanie Istnienia, a wtedy oczywiście ustaje wszelki smutek, wszelkie cierpienie.

Dlatego hinduista przypisuje cierpienie dwóm faktom – faktowi ponownych wcieleń, który odpowiada za nierówności i cierpienia w tym życiu oraz faktowi oddzielenia od elementu boskiego.

Badając tę odpowiedź na problem cierpienia, zostajemy zamknięci w hipotezie poprzedniego wcielenia jako przyczynie nierówności i cierpienia w tym życiu. Czy istnieje inny sposób wytłumaczenia nierówności i cierpienia?

Zanim przejdziemy do omówienia tego zagadnienia, chcemy wyraźnie stwierdzić, że w prawie karmy kryje się głęboka i trwała prawda. Rzeczywiście zbieramy to, co zasialiśmy. Nasz wszechświat jest wszechświatem moralnego prawa. Omówimy to później. Teoria ponownych wcieleń została dodana do prawa karmy jako wyjaśnienie nierówności w życiu. Jest to wynik, choć niekoniecznie niezbędna część, doktryny karmy. Można wierzyć w karmę i nie przyjmować hipotezy ponownych wcieleń. Jest to bowiem tylko hipoteza, której nie sposób ani udowodnić, ani obalić. Można dostrzegać dowody wystarczające, by przyjąć hipotezę albo można je uznać za niewystarczające i ją odrzucić. Nie ma dowodu. Czy można lepiej wytłumaczyć istnienie nierówności przyjmując inną podstawę niż oferuje ją teoria reinkarnacji? Myślę, że można.

Istnieją trzy oddzielne przyczyny, które odpowiadają za nierówności. Jedna z nich to dziedziczność. Rodzice różnią się od siebie i przekazują swoje nierówności dzieciom. Ogólnie rzecz biorąc, słabi rodzice rodzą słabe dzieci, a silni rodzice rodzą silne dzieci. Wpływ dziedziczności dotyczy pradziadków albo prapradziadków, ale bez względu na to, czy jest to wpływ bezpośredni czy odległy, ma wielkie znaczenie w powstawaniu nierówności. Niemniej jednak nie tłumaczy wszystkich zróżnicowań. Istnieje następnie źródło nierówności, tych wynikających z dziedzictwa społecznego. Przez dziedzictwo społeczne rozumiemy całość wpływów na dziecko z zewnątrz – wpływy środowiska, wpływy społeczne, moralne, religijne, klimatyczne i polityczne. Społeczeństwo jest tak zorganizowane, że pewne jednostki są faworyzowane, a inne szykanowane. Dziecko narodzone w rodzinie niedotykalnych w Indiach podlega określonym wpływom, które determinują w dużej mierze to, jakim mężczyzną albo kobietą się stanie. Ale gdyby to dziecko oddzielić od dziedzicznych wpływów społecznych i poddać innym wpływom, można z niego uczynić praktycznie nową istotę. Wiele rzeczy, o których myślimy, że są dziedziczne, w rzeczywistości są uwarunkowane środowiskowo. Dziedzictwo społeczne odgrywa wielką rolę w tworzeniu nierówności w życiu. Ale nie obejmuje wszystkich czynników, jak chciałaby to widzieć psychologia behawioralna. Istnieje trzecia przyczyna nierówności – wolny wybór człowieka. W ramach wrodzonych i społecznych ograniczeń każdy człowiek posiada dostateczną wolność podejmowania własnych wyborów moralnych. Ma wystarczającą wolność kształtowania charakteru za pomocą własnych decyzji. Jak powiedział Johnson: „Jesteśmy wolni, wiemy o tym i na tym koniec”. Owe wybory mogą anulować bądź wzmocnić tendencje, które wynikają z czynników dziedzicznych i społecznych.

Owe trzy źródła: cechy wrodzone, dziedzictwo społeczne i własne wybory moralne człowieka stanowią dostateczne wyjaśnienie nierówności w życiu. Żadne z nich z osobna nie wystarczy, by wyjaśnić nierówności, ale wzięte razem wystarczają. I pamiętajmy, że nie są to hipotezy, ale faktycznie działające prawa. Coraz bardziej odkrywamy, co determinuje każde z nich. Gdyby hinduistyczni myśliciele znali prawa dziedziczności, nie byliby zmuszeni do przyjęcia hipotezy reinkarnacji w celu wyjaśnienia nierówności.

Ponadto systemu ponownych wcieleń nie można nazwać bardzo sprawiedliwym ani odpowiednim systemem nagród i kar. Z jednego wcielenia w drugie nie przenosi się wspomnień i dlatego karania kogoś bez powiązania winy z karą nie można nazwać systemem godnym sprawiedliwości wszechświata. Nie można tłumaczyć się faktem, że niektórzy pamiętają swoje poprzednie wcielenia, ponieważ nie można tego udowodnić. A nawet gdyby dało się tego dowieść, to i tak nie miałoby to powszechnego zastosowania, ponieważ zaledwie jedna lub dwie osoby na milion twierdzą, że coś pamiętają. Przypominałoby to karanie osiemnastoletniego młodzieńca za błędy popełnione w dzieciństwie, których ten nie pamięta, a których karzący nie chce mu przypomnieć.

Trzy źródła nierówności wyjaśniają ich pochodzenie, ale ich nie usprawiedliwiają, ponieważ odpowiadamy jedynie za swoje własne wybory. Nie wybieramy sobie rodziców ani środowiska społecznego, w jakim się rodzimy. Oczywiście jesteśmy odpowiedzialni za przekazywanie cech wrodzonych, kiedy sami stajemy się rodzicami i za przekazywanie dziedzictwa społecznego, kiedy stajemy się członkami społeczeństwa i przybijamy stempel aprobaty systemu społecznego produkującego nierówności. Ale odpowiadamy głównie za nasze własne decyzje. Nowy Testament rozpoznaje to i głosi ideę zróżnicowanej odpowiedzialności. Brzmi ona tak: od tego, komu niewiele dano, niewiele będzie się wymagać, od tego, komu wiele dano, wiele się będzie wymagać. Komu dano niewiele w postaci cech wrodzonych i dziedzictwa społecznego, od tego mniej będzie się wymagać w kwestii odpowiedzialności za własne wybory. Od tego, który odziedziczył wiele, wiele się będzie wymagać. Zróżnicowane normy odpowiedzialności rekompensują nierówności. Za nierówności odpowiadają trzy przyczyny, a zróżnicowane standardy oceny je rekompensują.

Ale chociaż ta odpowiedź jest, jeśli o to idzie, prawdziwa, brakuje w niej pełni chrześcijańskiej odpowiedzi. Brakuje wykończenia. To wykończenie to rola, jaką wziął na siebie Bóg przyjmując nierówności i niesprawiedliwości do własnego serca, żeby przez nie zostało ono złamane na krzyżu. Tu wszechświat staje się nie tylko sprawiedliwy, ale także doznaje odkupienia. Wrócimy do tego później.

Musimy się teraz przyjrzeć hinduistycznemu rozwiązaniu kwestii cierpienia i rozważyć zasadę jedności z bóstwem. Hinduista powiada, że skoro jesteśmy bogami, to nie istnieje grzech ani cierpienie. Zbawienie przychodzi przez gyana (wiedzę). Nie jest to ogólna wiedza, ale określone poznanie, że jestem bogiem. Przy takim poznaniu znika wszelka myśl o grzechu i cierpieniu jako należąca do maja (złudzenia). Jest to wyraźnie odmienna koncepcja od buddyjskiej. Budda powiedział, że istnienie jest cierpieniem, a wedanta powiada, że cierpienia w ogóle nie ma.

A jak to działa? Z pewnością to wzniosłe tak za pomocą jednego gestu wyrugować z egzystencji cały ból i cierpienie. Ale mamy wrażenie, że jest to nastawienie, które nie wytrzymuje testu realiów życia. Może ono podnieść na duchu kogoś, kto upije się winem tej idei, ale potem następuje nieuchronna reakcja, po nocy nieuchronnie nadchodzi poranek. Buddyzm ze swoim pesymizmem, że wszystko jest cierpieniem, to poranek po nocy wedantyzmu z jego naciąganym twierdzeniem, że cierpienia nie ma.

W czasie jednej z naszych Konferencji Okrągłego Stołu pewien swami opowiadał, co dla niego znaczy doświadczenie religijne: „Jestem Bogiem. Jestem matką wszystkich. Wszyscy ludzie są moimi synami i córkami. Nie ma we mnie choroby, smutku ani bólu”. Po takim nadzwyczajnym stwierdzeniu nastąpił jednak spadek napięcia, kiedy powiedział: „ A teraz proszę mi wybaczyć, muszę iść oddać cześć Hannumanowi”. Hannuman to bóstwo mitycznego hinduizmu w postaci małpy. Kiedy próbujesz wynieść sam siebie za pomocą takich naciąganych twierdzeń jak powyższe, musi nastąpić podobny upadek. Politeizm zawsze współistnieje z panteizmem. Indie trzymające się doktryny, że wszystko jest Bogiem, a zatem nie ma cierpienia, doświadczyły nemezis i stały się krajem największego cierpienia na świecie. Zamiast uznać istnienie cierpienia, stawić mu czoło i pozbyć się go, wedanta próbuje je ignorować i płaci za to cenę. Powtarzam: wszelka przesada kończy się upadkiem, a wtedy śmierć to już tylko kwestia czasu.

Istnieje szlachetniejsza stosowana przez Hindusów metoda – uznanie istnienia cierpienia, ale zachowanie wobec niego obojętności. Ideałem jest człowiek, który wycofuje się do swojego wnętrza, jest obojętny na pochwałę i naganę, gorąco i zimno, przyjemność i ból. Jest to szlachetna postawa, ale brak w niej aktywności chrześcijańskiej drogi miłości. W początkach chrześcijaństwa próbowano schrystianizować termin i koncepcję greckiego ideału apatii. Ale nie dało się. Nie pozwolił na to obecny w chrześcijaństwie czynnik aktywnej miłości. Chrześcijańskim sposobem na życie nie może być wycofanie się z życia.

7. Islamskie podejście do cierpienia jest prawdopodobnie najprostsze. Muzułmanin pozostaje pod wrażeniem suwerenności Boga. Wszystko, co się dzieje, to Jego wola. On ustalił z góry i zdeterminował wszystko. Dobro i zło, które nas spotykają, tak samo są Jego wolą. Wierny powinien się tej woli podporządkować. Islam oznacza dosłownie poddanie się woli Bożej. Stąd muzułmański pogląd na cierpienie to przyjęcie go jako woli Boga i poddanie się mu.

Bez wątpienia taka postawa stworzyła „cierpliwy Wschód” – cierpliwy, owszem, ale nie postępowy. Obecnie Wschód domaga się postępu w życiu i Hindusi coraz częściej buntują się przeciw przyjmowaniu wszystkiego jako woli Boga. Zaczynają uznawać taką postawę za zmorę dręczącą duszę narodu. Mój przyjaciel, swami, rozmawiał kiedyś z bogatym właścicielem ziemskim i krytykował go za uciskanie dzierżawców. Ale ów właściciel odpierał ciężkie zarzuty powtarzając obłudnie: „To jest wola Boża, gdy chodzi o nich”. Swami stracił w końcu cierpliwość, zdjął but i zaczął go okładać po plecach, wołając: „W takim razie to jest wola Boża dla ciebie!” Bogacz, rozwścieczony z powodu takiego pohańbienia – najgorszego, jakie może spotkać Hindusa – zagroził mu rozprawą sądową. Ale po namyśle zmienił zamiar i postanowił poświęcić odważnemu swamiemu świątynię. I tak też zrobił! Indie coraz rzadziej przypisują wszystko suwerennej woli Boga. Jej świątynie coraz częściej będą poświęcane tym, którzy okazują sprawiedliwy gniew wobec ludzi ukrywających wyzysk pod płaszczykiem pobożności, a swoje drapieżne nastawienie tłumaczą wolą Bożą. Przypisywanie całego cierpienia woli Boga to nowe bluźnierstwo.

Islam, pod wieloma względami wielki i szlachetny, przyczynił się jednak w dużej mierze do sterylizacji życia na Wschodzie, ponieważ jego akceptacja nierówności i cierpienia jako woli Boga paraliżuje każdą cywilizację, która go przyjmuje. Jest to środek znieczulający.

8. Judaistyczna postawa względem cierpienia. W poprzednim rozdziale napomknęliśmy, że w myśleniu żydowskim przeważało wrażenie, że Bóg będzie z przychylnością spoglądał na swój lud, wyratuje go z wszelkich kłopotów, odda sprawiedliwemu w dwójnasób to, co stracił, nasyci go długim życiem i powodzeniem. To prawda, że niektórzy prorocy, tacy jak na przykład Habakuk, uderzyli w głębszą nutę, wypowiadając wspaniałe słowa: „Zaiste, drzewo figowe nie wydaje owocu, a na winoroślach nie ma gron. Zawodzi drzewo oliwne, a rola nie dostarcza pożywienia. W ogrodzeniu nie ma owiec, a w oborach nie ma bydła. Lecz ja będę radował się w Panu, weselił się w Bogu mojego zbawienia”. Izajasz posunął się jeszcze dalej, kiedy opisał Cierpiącego Sługę, którego „z wiezienia i sądu zabrano (…), a któż o jego losie pomyślał. Wyrwano go bowiem z krainy żyjących. (…) I wyznaczono mu grób wśród bezbożnych i wśród złoczyńców jego mogiłę, chociaż bezprawia nie popełnił ani nie było fałszu na jego ustach. Ale to Panu upodobało się utrapić go cierpieniem”. Oto inna nuta, głębsza i przebijająca się przez powierzchowną nutę oczekiwania, że sprawiedliwemu będzie się dobrze powodzić, będzie długo żył, a oglądać będzie tylko kłopoty spadające na innych.

Naród żydowski jako całość nigdy nie odpowiedział na tę głębszą nutę, a kiedy zabrzmiała ona w życiu, nauczaniu i poglądach Jezusa, odrzucił ją. Dręczyli Jezusa wiszącego na krzyżu, wołali, że Bóg dowiedzie swojej aprobaty jedynie poprzez uratowanie go od krzyża. Bóg nie zainterweniował, dlatego idąc do domu czuli się podwójnie upewnieni, że mieli do czynienia z oszustem.

Islam odziedziczył to samo nastawienie do Jezusa. Muzułmanie wierzą, że był prorokiem, ale nie mogą znieść myśli o proroku Bożym kończącym w tak haniebny sposób na krzyżu, dlatego nauczają, że Jezus został w cudowny sposób uratowany, zabrany triumfalnie do nieba, a w jego miejsce został ukrzyżowany ktoś inny.

Pomimo odkupieńczego dzieła na krzyżu, semicki sposób rozumowania został przekazany chrześcijaństwu. Zamieszanie wewnątrz chrześcijaństwa w kwestii cierpienia rodzi pragnienie pogodzenia dwóch sprzecznych elementów. Kiedy nam, jako wiernym chrześcijanom, nie zostają oszczędzone kłopoty, nasza wiara doznaje głębokiego wstrząsu, ponieważ w głębi umysłu tkwi w nas owa żydowska obietnica, że zostaniemy oszczędzeni. Obietnica ta nie przystaje do życia, dlatego podwaliny naszej wiary się chwieją. Zapominamy o tym, że Nowy Testament nie składa takich obietnic, ale prezentuje inną postawę i inną metodę stawiania czoła cierpieniu. Nie będziemy teraz rozważać, jaka to postawa, zwrócimy tylko uwagę na fakt, że w słowach Jezusa: „Na świecie będziecie mieć ucisk, ale ufajcie, Ja zwyciężyłem świat” – pobrzmiewa całkiem inna nuta.

9. Metoda radzenie sobie z cierpieniem i bólem prezentowana przez Christian Science (Wiedza Chrześcijańska). Metodę tę można pokrótce scharakteryzować tak: Istnieje tylko Wieczny Umysł i on jest jedyną rzeczywistością. My stanowimy część Wiecznego Umysłu. W Wiecznym Umyśle nie ma żadnego zła, dlatego wszystko jest dobre. Nie ma czegoś takiego jak grzech, cierpienie i śmierć. Te rzeczy należą do sfery nierealnej i istnieją tylko w umyśle śmiertelnym. Gdy uświadomisz sobie swoją tożsamość z Wiecznym Umysłem, znikną grzech, cierpienie i śmierć.

Bez wątpienia wielu ludziom ta metoda pomogła, ponieważ przewija się w niej nuta chwalebnego optymizmu. Wielu tym, którzy koncentrowali się na sobie i swoich kłopotach, przyniosła poczucie ozdrowieńczej ulgi. Wiele chorób ma podłoże psychiczne i karmi się depresją. Dla cierpiących Christian Science pobrzmiewa nutą wspaniałego optymizmu. Zachęca ich do podniesienia głowy, spojrzenia poza siebie, uzyskania wizji Ostatecznego Dobra, w którym nie ma bólu ani cierpienia. Nie wątpię, że taka zmiana postawy z pesymistycznej na optymistyczną przynosi uzdrowienie.

Jak czytelnik niewątpliwie zauważył, istnieje silne podobieństwo między Christian Science a hinduistycznym wedantyzmem. Oba nurty nauczają, że istnieje Jedyna Rzeczywistość: wedanta nazywa ją atma albo duch, Christian Science nazywa ją Umysłem. Oba nurty nauczają, że jesteśmy tożsami z Duchem albo Umysłem, że materia, ból, cierpienie, grzech i śmierć należą do świata maja albo złudzenia. Oba nauczają, że zostajemy odkupieni od grzechu i cierpienia przez poznanie – poznanie naszej tożsamości z Odwiecznym Umysłem albo duchem.

Zarówno wedantyzm jak i Christian Science wielu ludziom pomogły, ale dotknęło je nemezis przesady. Wedantyzm w Indiach wraz ze swoją Jedyną Tożsamością współistnieje z trzydziestoma trzema milionami bóstw; w swoim zaprzeczeniu materii i śmierci współistnieje z największym ubóstwem i najwyższą śmiertelnością na świecie. Christian Science starała się wyprodukować nieobecność bólu, grzechu, śmierci. I choć już sama taka próba przyniosła uwolnienie i uzdrowienie wielu ludziom, niemniej jednak wniosła do ruchu odczucie nierzeczywistości. Kiedy próbujemy pogodzić życie z niemożliwą do realizacji postawą religijną, zawsze pojawia się presja przesady w opisach uzdrowień i minimalizacji niepowodzeń – i to pomimo ewidentnej szczerości wyznawców Christian Science. Nie można bowiem utrzymać stanowiska odrzucenia wszelkiego cierpienia, wszelkiego grzechu, wszelkiej śmierci jako nierealnych. Jeśli nie istnieje cierpienie, wtedy krzyż Chrystusa jest parodią. Z podejrzliwością traktujemy każde rozwiązanie problemu cierpienia, które prowadzi do takich wniosków. Nie. Odpowiedź Christian Science jest powierzchowna, ze wszystkimi skutkami tej powierzchowności. Nic dziwnego, że cieszy się największym powiedzeniem wśród ludzi średniego wieku, dobrze sytuowanych, którym optymizm przychodzi łatwo, a którzy jednocześnie znajdują w niej potrzebną ostoję w obliczu zbliżającej się starości i śmierci. Ale jest ona zbyt powierzchowna. Nie ma w niej ran, które odpowiadałyby naszym ranom, nie ma Śmierci, która uzdrowiłaby nas w naszej śmierci.

W pewnej gazecie na pierwszej stronie znalazł się komiks przedstawiający dwoje dzieci ubranych tylko w szorty, w bokserskich rękawicach, gotowe do walki. Jednak uwagę jednego z nich przykuwają dwa latające nad głową motylki. Stoi zapatrzony i nieopatrznie wystawia się na cios swojego przeciwnika, który zamierza się na jego nos. Mały piesek dostrzega zbliżającą się tragedię i oczekuje jej z podwiniętym pod siebie ogonem. Przyglądanie się motylkom w czasie, gdy toczy się bitwa życia, jest niebezpieczne. Każdy system, który odciąga naszą uwagę od ponurych faktów życia i oferuje płytki optymizm przez zwrócenie uwagi na motylki, nieuchronnie zmieni się w pesymizm, kiedy spadnie na nas cios. Christian Science i wedantyzm początkowo, poprzez afirmację życia, rodzą optymizm, ale w końcu przychodzi cios i pojawia się pesymizm.

10. Popularne podejście chrześcijańskie polegające na poddawaniu się cierpieniu jako woli Boga. Takie chrześcijańskie nastawienie nie różni się prawie niczym od postawy prezentowanej w islamie. Efekty są w znacznym stopniu takie same – cierpliwość, rezygnacja, stagnacja.

4. Prawdziwie chrześcijański sposób – ewangelia

Kiedy zwracamy się do Nowego Testamentu, żeby dowiedzieć się, w jaki sposób Jezus traktował cierpienie, zaskakują nas dwie sprawy. Po pierwsze, że Jego podejście różni się krańcowo od wszystkich omawianych poprzednio, a po drugie, że obecnie niewielu chrześcijan je stosuje. Pozwoliliśmy, żeby inne systemy myślowe i światopoglądowe zmieszały się ze źródłem nowotestamentowym, a potem dziwimy się, dlaczego woda jest tak niesmaczna, żeby nie powiedzieć – gorzka.

Przypomina mi się tutaj pewien młody Hindus, który zapytany przeze mnie, czy ma Nowy Testament, odpowiedział: Tak, trochę. W kwestii problemu radzenia sobie z cierpieniem większość z nas rozumie Nowy Testament – trochę! Jestem pewien, że gdybyśmy prawdziwie uchwycili jego ducha i metodę, to zostalibyśmy przemienieni. Dlatego zwracamy się do niego z zapartym tchem, ponieważ niewielu z nas nie potrzebuje w tej kwestii światła i prowadzenia.

Zaradziwszy kłopotom człowieka niewidomego od urodzenia, Jezus stanął przy skarbnicy, która znajdowała się na dziedzińcu kobiet i powiedział: „Ja jestem światłością świata”. W miejscu pieniędzy, walki płci i ludzkiego cierpienia powiedział, że jest światłością świata. Są to istotnie wyjątkowe problemy życia i jeśli Jezus w nich jest światłem, to jest nim prawdziwie. Czy rzeczywiście?

Zauważmy, że pozytywnie wypowiadając się o ludzkim cierpieniu Jezus przy okazji odrzucił trzy powszechne przekonania. W obecności niewidomego uczniowie zapytali Jezusa: „Rabbi, kto zgrzeszył, on czy rodzice jego, że urodził się niewidomym?” Mistrz odpowiedział: „Ani on nie zgrzeszył, ani jego rodzice, ale stało się tak, aby w nim objawiły się dzieła Boga. Dopóki jest dzień, powinniśmy wykonywać dzieła Tego, który Mnie posłał”. Jezus zdecydowanie odrzuca ideę, że za każdym nieszczęściem, takim jak wrodzona ślepota, kryje się grzech osobisty albo grzech rodziców. W ten sposób z ludzi, którzy sądzą, że ich kalectwo może być karą Bożą zostaje zdjęty ciężar. Choroba niekoniecznie jest znakiem gniewu Boga albo Jego kary. Jezus odrzuca także ideę, że każde cierpienie zsyła Bóg. Nie zgadza się zrzucić odpowiedzialności na człowieka, który urodził się niewidomy, ani na jego rodziców, ani na Boga. Odrzuca takie założenia i powiada, że nieszczęście jest okazją dla dzieł Bożych, dopóki trwa dzień. Jezus podkreśla fakt, że nieszczęście jest okazją. W ten sposób otrzymujemy klucz do rozwiązania – klucz, do którego powrócimy później.

A gdy ludzie opowiadają mu, iż Piłat pomieszał krew Galilejczyków z krwią ich ofiar, Jezus mówi: „Czy myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż pozostali mieszkańcy Galilei, że tak ucierpieli? Nie, mówię wam (…). Albo czy myślicie, że tych osiemnastu, na których runęła wieża przy Siloe i zabiła ich, było większymi winowajcami niż pozostali mieszkańcy Jeruzalem? Nie, mówię wam (…).” Tutaj w sposób zdecydowany Jezus powiada, że nieszczęścia, które przychodzą z ręki ludzkiej (Piłat) i sił natury (zawalenie się wieży) nie są dowodem tego, iż ludzie, którzy ucierpieli, byli szczególnie grzeszni. Taka postawa odbiera poczucie własnej sprawiedliwości ludziom, którzy nie ucierpieli, a przyglądają się nieszczęściu innych. Może być tak, powiada Jezus, że wy sami nie jesteście ani trochę lepsi od tych, na których spada nieszczęście.

Także w związku z faktem wtrącenia Jana do więzienia, czytamy: „Gdy Jan został uwięziony, Jezus przyszedł do Galilei i głosił Dobrą Nowinę Boga”. Zauważmy, po wtrąceniu do więzienia najlepszego i najprawdziwszego z proroków, przez co jego świadectwo zostało udaremnione przez niesprawiedliwego króla, przychodzi Jezus głosząc dobrą nowinę o Bogu! Jak wieść o Bogu, który dopuszcza do takich rzeczy, może być dobra? Ale Jezus głosił właśnie to, głosił w takich właśnie okolicznościach i głosił o Bogu! I to także daje nam pojęcie o Jego nastawieniu.

W tych trzech przypadkach Jezus zdecydowanie odrzuca ideę, że cierpienie jest wynikiem grzechu człowieka w poprzednim wcieleniu (jak bowiem grzech mógłby być przyczyną ślepoty od urodzenia, gdyby nie chodziło o poprzednie wcielenie?). Odrzuca ideę, że nieszczęścia, które pochodzą z ręki ludzi takich jak Piłat, czy są wynikiem działania sił natury, jak zawalenie się wieży przy sadzawce Siloe, dowodzą szczególnej grzeszności (albo grzeszności w ogóle) ludzi, którzy ucierpieli w ich wyniku. I w końcu odrzuca ideę, że człowiekowi takiemu jak Jan zostaną oszczędzone cierpienia, a jeśli tak się nie dzieje, to znaczy, że Bóg nie jest dobry. Jezus zwiastował dobrą nowinę w obliczu tego, co się zdarzyło. Widocznie Jego wiara w dobroć i miłość Boga nie była zbudowana na takich fundamentach. Jego wiara musiała mieć bardzo głębokie podstawy, ponieważ zniosła wszystkie wstrząsy i to zniosła je triumfalnie.

Ale w samym centrum opisu z 21. rozdziału Ewangelii wg Łukasza wspomnianego wcześniej, a dotyczącego dziewięciu różnych źródeł cierpienia, jakie na nas spada, Jezus składa deklarację, która rzuca światło na cały problem i Jego postawę względem niego: „Da wam to okazję do złożenia świadectwa”. Innymi słowy, Jezus powiada: Macie wziąć owe nieszczęścia i obrócić je w świadectwo – nie macie uciekać od kłopotów ani znosić ich jako woli Bożej, ale macie je wykorzystać. Jezus sugeruje, że powinniśmy wziąć ból, nieszczęście, niesprawiedliwość i prześladowanie i wykorzystać je w naszym życiu, sprawić, żeby przyczyniły się do wypełnienia wyższych celów – celów, dla których naprawdę żyjemy. Sugeruje, że chrześcijanin poznał tajemnicę alchemii, za pomocą której może zmienić zwykłe metale niesprawiedliwości i wynikającego z niej cierpienia w złoto charakteru i złoto celów Królestwa Bożego.

Oto mamy pozytywny, aktywny sposób radzenia sobie ze smutkiem, tak odmienny od metod, które w rzeczywistości nie przystają do życia, ale proponują stosowanie różnych uników. W ewangelii zauważamy atmosferę realizmu. Nie proponuje się w niej drogi na skróty, unikania kwestii, oszustwa, tworzenia iluzji. Ewangelia stawi życiu czoło w sposób uczciwy i prawdziwy, i pokonuje je. W niczym nie jest to tak dobrze zobrazowane, jak w kwestii postawy względem ludzkiego cierpienia.

Jezus akceptuje fakt ludzkiego cierpienia. Nie wyjaśnia go, a tym bardziej nie szuka wymówek. Gdyby podjął się wyjaśniania, to ewangelia zamieniłaby się w filozofię i przestałaby być ewangelią. Filozofia podejmuje się udzielenia odpowiedzi na wszystko, a potem pozostawia wszystko w niezmienionym stanie. Jezus wyjaśniał niewiele, ale zmieniał wszystko wokół. Nie przyniósł filozofii, ale stwarzał fakty. Faktem była jego metoda radzenia sobie z bólem i niesprawiedliwością – przekształcania ich w coś wyższego. Na podstawie tych faktów układamy własną filozofię. Najpierw fakt, a potem filozofia oparta na faktach – taki jest porządek. Dobra Nowina to nie tylko dobre poglądy. To przezwyciężenie grzechu i cierpienia oraz wypalenie przez nie drogi życia – oto fakty ewangelii.

Gdy Jezus wisiał na krzyżu w straszliwym cierpieniu, ktoś próbował podać mu narkotyk uśmierzający ból. Ale Jezus odmówił. Nie chciał się uchylać, nie szukał łatwej drogi wyjścia, chciał stawić czoło ostatecznym kwestiom, nie pragnął środka znieczulającego. Za pomocą wewnętrznej odwagi ducha postanowił zmierzyć się owej godziny z cierpieniem i odrzuceniem i obrócić wszystko w świadectwo. Pragnął zmienić największą tragedię świata w najwspanialsze świadectwo. I zrobił to.

Kiedy zwracamy się do ewangelii, odkrywamy, że prawie całe piękno wyłaniało się z czegoś brzydkiego. Zasada obracania zdarzeń w świadectwo działa w całej ewangelii, od początku do końca.

Jezus udał się na pustynię pełny Ducha Świętego, przez czterdzieści dni przechodził straszliwą opresję pokusy. Po czterdziestu dniach powraca w mocy Ducha. Przez burzę i ucisk pokusy pełnia zmieniła się w moc. Celem pokusy było osłabienie Go, złamanie. Ale okazało się, że pokusa Go wzmocniła, udoskonaliła. Jezus wykorzystał pokusę do wypełnienia wyższego celu w swoim życiu, sprawił, że przyczyniła się do realizacji Jego zasadniczych planów. Obrócił pokusę w świadectwo. Wykorzystał zło, żeby przygotować się do zniszczenia zła!

Pokusa Hioba rozpoczyna się w chwili oddania go na próbę szatanowi. Kończy się, po uprzednim odarciu Hioba ze wszystkiego, przywróceniem mu wszystkiego w dwójnasób. Próba Jezusa rozpoczyna się zmaganiem z trzema subtelnymi pokusami, a kończy Jego powrotem w mocy Ducha Świętego. Efektem był charakter o wzmożonej percepcji duchowej i pogłębionej zdolności dzielenia się z innymi. Zło zostało obrócone w dobro. Pokusa, która miała przeszkodzić w realizacji Jego programu, przyczyniła się tylko do jego pełniejszego wyklarowania.

Prosto z pustyni Jezus udał się do małej synagogi w Nazarecie, żeby ogłosić swój program: „Duch Pana nade mną, dlatego namaścił mnie, abym zwiastował ubogim Dobrą Nowinę. Posłał mnie, abym ogłosił więźniom uwolnienie i niewidomym przejrzenie, abym wziętych do niewoli wypuścił na wolność i ogłosił rok miłosierdzia Pana.” Mógł teraz ogłosić swój program, ponieważ sam był jego obrazem i ucieleśnieniem. Pokusa sprawiła, że On sam był lepiej przygotowany, a Jego program bardziej żywotny, ponieważ z Jego słów przebija puls zwycięskiego ducha. Słowo stało się ciałem.

To odczucie zwycięskiej żywotności, przemieniające wszystko zgodnie z jego celem, przewija się przez całą, stopniowo odsłaniającą się opowieść. Faryzeusze narzekają, że Jezus pozostaje w bliskiej komitywie z celnikami i grzesznikami razem z nimi jadając, poddają w wątpliwość jakość Jego charakteru, podobnie jak Jego towarzyszy stołu. Jezus obraca krytykę w niedościgłe przypowieści o zaginionej owcy, zgubionej monecie i marnotrawnym synu. Faryzeusze stawiali Mu zarzuty, żeby Go złamać, żeby zdyskredytować Go w oczach tłumów, a On obraca krytykę w objawienie Bożego serca. Serce Boże, mówi, podobne jest do serca pasterza, który szuka zaginionej owcy, dopóki jej nie znajdzie; podobnie jak kobieta szukająca monety będzie przeczesywał wszechświat, żeby znaleźć jedną zaginioną duszę, zaginioną w prochu poniżenia. Stanie na wzgórzach Wieczności, spoglądając w dół na drogi Czasu, czekając i tęskniąc za powrotem synów marnotrawnych na Jego pełne przebaczenia łono.

To bardzo przykre, że przywódcy religijni wypowiadali insynuacje, które miały na celu pozbawienie człowieka tej jedynej drogocennej rzeczy w życiu – dobrego imienia. A przecież Jezus przyjmuje ich zarzuty i obraca je w świadectwa i objawienie serca Boskiej rzeczywistości. Chcieli Go zubożyć, obrabowując Go z dobrego imienia – a On ubogaca nasze pojmowanie Boga. On nie odpierał krytyki, ale ją wykorzystywał.

Pewien znawca Prawa chciał Go wystawić na próbę. Miał też zamiar zdyskredytować Go w oczach tłumu. A jaki tego koniec? Oto mamy wspaniałą przypowieść o miłosiernym Samarytaninie i w uszach ludzkości rozbrzmiewają owe pełne wyzwania, dociekliwe słowa: Nie wolno ci przechodzić na drugą stronę, gdy przy drodze leży człowiek w potrzebie. Nieludzkość nastawienia nauczyciela Prawa zostaje przeobrażona, stając się wezwaniem i nakazem, by okazywać serce wszystkim ludziom wszystkich ras. Jezus zmienia złośliwą próbę dyskredytacji w świadectwo.

Jan Chrzciciel zwątpił w Jezusa i przez posłańców zadaje pytania. Nie jest łatwo przyjąć zwątpienie najbliższego przyjaciela. Ale Jezus wziął zwątpienie i pytania, i tchnął w religię nowe życie. Powiada posłańcom Jana, że mają wrócić i opowiedzieć Janowi co widzieli i słyszeli: „Niewidomi odzyskują wzrok, kulawi dobrze chodzą, trędowaci zostają oczyszczeni, głusi słyszą, umarli wstają do życia, a ubogim głoszona jest Dobra Nowina”. Posłańcy Jana domagali się od Jezusa uwierzytelnienia. Moimi argumentami nie są listy uwierzytelniające, mówi Jezus. Moje argumenty – to ci uzdrowieni ludzie. Jego listy uwierzytelniające zapisane były na uzdrowionych ciałach i uzdrowionych duszach ludzi. Jego argumenty nie znajdowały się w manuskryptach, ale w człowieku. A to sprowadza religię z poziomu akademickiej dyskusji dotyczącej wiarygodności, do poziomu stawienia czoła sprawom zasadniczym. Ważne jest to, co ma zasadnicze znaczenie. Jezus darzył życiem, mógł więc twierdzić, że jest Panem życia. Kiedy Eliasz stał na górze Karmel, powiedział, że Bogiem będzie ten Bóg, który odpowie ogniem. Jezus zmienił próbę: Ten Bóg, który odpowiada poprzez uzdrowienie ludzi, niech będzie Bogiem. Cóż za ożywcze tchnienie w dusznej atmosferze dyskusji religijnej! Ale to wyjaśnienie pojawiło się w wyniku zwątpienia – zwątpienia bolesnego, zwątpienia przyjaciela.

Pewnego dnia pojawiło się jeszcze głębsze zwątpienie i jeszcze głębsze zranienie. Jego własna matka i krewni przyszli, żeby Go zabrać, ponieważ sądzili, że stracił rozum, oszalał. Człowiek może znieść prawie wszystko z zewnątrz, jeśli cieszy się wsparciem i zrozumieniem w domu. Ale kiedy dom nas nie rozumie, patrzy na nas krzywo, wita nas ozięble i podejrzliwie – to prawdziwie rani. Matka, która go kiedyś nosiła, nie była już w stanie znosić go dłużej. A więc przyszli, żeby go zabrać.

Kiedy Jezus usłyszał, że przyszli Jego bracia i matka, nie chcąc nawet z nimi rozmawiać, wskazał ręką na grupę wokół siebie i powiedział: „Oto Moja matka i Moi bracia. Kto bowiem czyni wolę Mojego Ojca, który jest w niebie, ten jest Moim bratem i siostrą, i matką”. Oto Jezus ogłasza głębsze braterstwo, oparte nie na krwi, ale wykonywaniu woli Boga. Była to koncepcja rodziny Bożej, z Bogiem jako Ojcem i ludźmi każdej rasy, którzy wykonują wolę Boga jako braćmi. Ale zauważmy, w jakiej sytuacji Jezus to ogłasza. W chwili, gdy posądza się Go o szaleństwo, ogłasza światowe braterstwo – braterstwo, które uleczy wszelkie szaleństwo wąskiego patrzenia na rasę i krew, konflikty narodowe, plemienne i klanowe, które uczyni nasz świat lepszym miejscem do życia. Zarzut szaleństwa ze strony Jego braci staje się wezwaniem świata do życia w braterstwie. Jezus obraca przykre podejrzenie ze strony swojej rodziny w objawienie i świadectwo dotyczące większej rodziny. Nie tylko zniósł to podejrzenie, ale je wykorzystał.

Jezus powiedział otaczającym Go ludziom, że „uzdrawia dziś i jutro, a trzeciego dnia będzie u celu”. Ukrzyżowanie nazwał dokończeniem dzieła! Najgorsza rzecz, jaka się może przydarzyć człowiekowi – ukrzyżowanie – okazuje się dla Niego najlepszą, jaka się może zdarzyć!

Jezus stał na Górze Przemienienia i rozmawiał z Mojżeszem i Eliaszem o swoim zgonie, który miał nastąpić w Jerozolimie. Tematem ich rozmowy było ukrzyżowanie. Jezus widział krzyż w oddali i prawdopodobnie powiedział Mojżeszowi i Eliaszowi, że nie będzie prosił o wybaczenie, nie będzie szukał wymówki, ale przejdzie przez wszystko. Kiedy tak stali, nagle cała Jego postać zaczęła lśnić. Został przed nimi przemieniony. Oto coś nowego – życie zaczyna jaśnieć w obliczu skrajnej tragedii!

W drodze uczniowie sprzeczali się, kto z nich jest największy. Próbowali zabłysnąć poprzez wysuwanie roszczeń i wyolbrzymianie swoich zasług. Ale Jezus zabiera ich na górę i pozwala im zobaczyć, że żadne życie nie lśni, dopóki nie stanie w obliczu krzyża. Oni próbowali błyszczeć przez wysuwanie roszczeń, a Jezus ukazał im, że może ono lśnić tylko dzięki poświęceniu. Jeśli stracą swoje życie, odnajdą je z powrotem. On tracił siebie, ale – cóż za światłość! Upadli przed nią na twarz.

Kiedy szedł wraz z nimi do Jerozolimy, pewny, że czeka Go tam śmierć, uczniowie byli zadziwieni. Zadziwieni tym, że ich wyprzedza, niecierpliwie oczekując tego, przed czym wzdraga się ludzka natura. Zatrzymuje się tylko by uzdrawiać, nauczać, inspirować. Piotr próbuje Go zatrzymać, negując, że coś takiego na Niego przyjdzie. Ale Pan mówi Piotrowi, że jest dla Niego zgorszeniem, bo myśli nie po bożemu, ale po ludzku. W ten sposób sugeruje, że myśli o tym i aprobuje to Bóg. Cóż to za Bóg i cóż za reprezentant Boga!

Ale w ten sposób spływa na Niego jeszcze większy smutek. Jego uczniowie, których przygotowywał na tę godzinę i których starał się zarazić swoim duchem, zatrzymują się, żeby się kłócić, kto będzie pierwszy w nadchodzącym Królestwie. Sprzeczka o pierwszeństwo w cieniu krzyża ich Pana! To musiało ranić serce. Ale, nie, Jezus nawet to obraca w świadectwo, bowiem z reakcji na kłótnię wypływa najbardziej zadziwiające nauczanie, że największy spośród nas ma być sługą wszystkich. To jedno zdanie wystarczy, żeby przetopić na nowo ludzką społeczność. A jak powstało? Jako odpowiedź na kłótnię! Nawet zdradę swojego ducha wykorzystał, żeby ukazać nowego ducha.

Zdrada głębsza, zdrada Judasza, przynosi tylko głębszą czułość i jeszcze bardziej chwalebny przejaw miłości, na którą zdrada nie ma wpływu. „Nie jest miłością miłość, która zmienia się, gdy znajdzie powód do zmiany.” Jezus miał miłość prawdziwą, bowiem nie zmieniła się ona, kiedy stwierdził, że jeden z uczniów, Judasz, okazał się zdrajcą. Ale nawet ta zdrada pomogła w osiągnięciu ostatecznego celu – a tym ostatecznym celem było zwycięstwo. I to jakie zwycięstwo! Jezus nie poniósł krzyża, ale go wykorzystał. Na krzyżu dokonała się największa niesprawiedliwość, a Jezus obrócił ją w uzdrowienie z niesprawiedliwości i grzechu. Tam człowiek pokazał się ze swojej najgorszej strony, a Jezus objawił Boga z Jego strony najlepszej. Tam nienawiść okazała się najbardziej zażarta i właśnie tam spotkała się z miłością. Miłość pokonała nienawiść, biorąc ją do swojego serca i przemieniając ją. Najciemniejsza godzina w historii staje się najjaśniejszą! Krzyż staje się tronem! Koniec – nowym początkiem!

5. Chrześcijański sposób – życie pierwszych chrześcijan

Początkowo Jezus wydaje się reprezentować bierne nastawienie do życia – unikanie żądła życia, jego zranień i uwikłań. Czyż nie nakazywał ludziom, żeby nie dali się zniewolić bogactwu, uderzeni – nadstawiali drugi policzek, szli drugą milę, do sukni dodawali jeszcze płaszcz, byli jak jagnięta wśród wilków i poddali się krzyżowi tak jak On? Zdawać by się mogło, że jest to wycofanie i bierne poddanie się życiu. Ale to tylko wrażenie pasywności. Przy drugim spojrzeniu zauważamy, że Jezus reprezentuje najbardziej zadziwiającą, aktywną metodę radzenia sobie z życiem.

Jezus wycofuje się z życia tylko po to, by dokonać postępu. Rezygnuje z życia tylko po to, by je lepiej uchwycić. Pozwala, żeby życie potraktowało Go jak najgorzej, a potem w tych okolicznościach ukazuje to, co najlepszego może ukazać Bóg i człowiek. Bierze na siebie wszystko, co występuje przeciw miłości Boga, wszystko, co sprawia, że serce człowieka płacze w osamotnieniu, każdą niesprawiedliwość, która sprawia, że człowiek woła przeciw niebu – to wszystko bierze na siebie na krzyżu i tak oto okazuje miłość Boga.

I tutaj chciałoby się powiedzieć: Tak, On tak postępował. On poddawał się boleśnie okrutnemu życiu i je przemieniał. Ale to była Jego metoda, nie nasza. Jednak taką się właśnie stała. Jezus przekazał ją swoim naśladowcom. Dzieje Apostolskie przedstawiają kontynuację czynów Jezusa zwłaszcza, gdy chodzi o cierpienia i trudności. Dla apostołów opozycja stawała się okazją, cierpienie przeradzało się w pieśń.

Dzieje Apostolskie to radosna księga. Rozpoczyna się opisem ludzi, z których tak się wylewa duchowa żywotność, iż zostają posądzeni o pijaństwo. Tak, byli pijani! Ale nowym winem Królestwa – winem, które nie jest przyczyną „trudnych poranków”. Tryskająca z nich nowa radość spowodowana była świadomością, że posiadają w swoim wnętrzu wystarczające zasoby, żeby wyjść naprzeciw życiu.

Przyjrzyjmy się kilku wydarzeniom, które ilustrują ten sposób wychodzenia naprzeciw cierpieniu i opozycji. Piotr i Jan szli do świątyni, kiedy człowiek siedzący przy bramie zwanej Piękną poprosił o jałmużnę. Prawdopodobnie zaczęli szperać po kieszeniach, żeby mu coś dać, ale znaleźli się w tym „najgłębszym z piekieł, piekle pustej sakiewki”. Większość z nas pozwoliłaby, żeby wydarzenie tu znalazło swój koniec. Cóż, bowiem, można zrobić, jeśli w takim świecie jak nasz, nie ma się pieniędzy? Znieślibyśmy ból braku pieniędzy – ból dla niektórych szczególnie dotkliwy. Ale oni na tym nie poprzestali. Piotr kazał na siebie spojrzeć i wypowiedział wspaniałe słowa: „Nie mam srebra ani złota, ale co mam, to ci daję: W imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, wstań i chodź!” I mężczyzna wstał. Apostołowie nie rozpaczali nad swoim ubóstwem. Nawet nie próbowali znosić go z godnością – nie, oni je wykorzystali. Przyjęli ubóstwo i wykorzystali je do wyższych celów. Gdyby mieli jakieś pieniądze, to rzuciliby monetę i na tym koniec. Ich zasobność przeszkodziłaby w realizacji wyższego dobra. Dla wielu utrata własności i pieniędzy w latach kryzysu była całkowitą katastrofą – nic gorszego nie mogło ich w życiu spotkać, nie widzieli drogi wyjścia. Dla innych stało się to okazją do przeobrażenia straty w wyższy zysk. Zyskali lepsze przygotowanie do biegu życia, ponieważ są szczuplejsi. Odkryli, że bogactwo może polegać albo na obfitości dóbr, albo na ograniczeniu pragnień. Nauczyli się rozwijać w sobie prostotę i ku swojemu zaskoczeniu odkryli, że mniej rzeczy przyniosło im więcej życia. Powiedzieli do kulawych rzeczy w sobie samych – wyższych apetytów, duchowych zdolności: Wstań i chodź! I weszli do świątyni dłuższego życia.

Szukanie wzorców u apostołów może wydawać się nam zbyt odległe, ponieważ religię wybrali jako swój zawód. Przyjrzyjmy się zatem Szczepanowi, zwykłemu wiernemu. Gdy stanął przed Sanhedrynem, mówiono o nim kłamstwa, przekręcano jego słowa. Coś takiego trudno znieść. I Szczepan tego nie zniósł – on to wykorzystał! Każde rzucone przeciw niemu kłamstwo stało się światłem. „A wszyscy, którzy zasiadali w Sanhedrynie, przyglądali się mu uważnie i zobaczyli jego twarz podobną do oblicza anioła”. Im więcej opowiadano kłamstw, tym bardziej jego twarz jaśniała. Kiedy wyprowadzono go na zewnątrz i zasypano gradem kamieni, umierając modlił się, żeby Bóg nie policzył im tego grzechu. Ta modlitwa dotknęła sumienia młodzieńca imieniem Szaweł i w ostatecznym rozrachunku doprowadziła go do stóp Chrystusa na drodze do Damaszku. O Szczepanie mówiono kłamstwa, a on obrócił kłamstwa w światło, kamienowano go, a on obrócił to w świadectwo nieugiętego przebaczenia. W ten sposób zdobył dla Chrystusa człowieka, który stał się największym chrześcijaninem wszechczasów. Wzniósł się ponad oskarżenia. W śmierci okazał się silniejszy, wykorzystał sytuację do dalszego szerzenia Królestwa.

Kiedy po ukamienowaniu Szczepana rozpoczęło się prześladowanie, uczniowie się rozproszyli. W rezultacie tego „ci, którzy się rozproszyli, zwiastowali Słowo w drodze”. Zostali uderzeni młotem niesprawiedliwej władzy, ale kowadło, na którym leżeli, to było kowadło Bożych planów i każde zadane im uderzenie rozniecało iskry, które rozszerzały pożar, a oni byli wykuwani na ostrzejsze narzędzia Bożej woli. Wewnętrznie stawali się sprawniejsi, a zewnętrznie skuteczniejsi. Co można z takim czymś zrobić? Uderzasz i w ten sposób rozszerzasz.

Paweł i Sylas siedzieli o północy w więzieniu, ich ręce i stopy były zakute w dyby, a plecy spływały krwią z powodu okrutnego biczowania. Co zrobili? Nic. Kochali ludzi do tego stopnia, że nie wahali się dzielić najlepszym, co posiadali. Tym najlepszym był Chrystus. A oto skutek. Siedzieli więc i rozmyślali nad religią, która się nie sprawdzała, nad Bogiem, który ich zawiódł, nad brakiem sprawiedliwości na świecie, nad faktem, że stanowią żałosny obraz skutków własnej lojalności. Czy rzeczywiście tak myśleli? Nie, nie! „O północy Paweł i Sylas modląc się śpiewali hymny Bogu”. Śpiewali! Czy kiedykolwiek pieśń wydobywała się w okolicznościach większej niesprawiedliwości i czy kiedykolwiek miała głębsze znaczenie? Coraz wyżej i wyżej wznosili się na nutach uwielbienia, aż uderzyli w ton tak wysoki, że Bóg w odpowiedzi musiał zesłać bas w postaci trzęsienia ziemi!, Zanim jeszcze nastał poranek, nawrócił się strażnik więzienia. Założono fundamenty chrześcijańskiego Kościoła w tym mieście , a potem człowiek, który doznał tak wielkiej niesprawiedliwości w więzieniu w Filippi, napisał do tego Kościoła list. List, który jest dzisiaj ozdobą Nowego Testamentu i ubogaca naszego ducha. Oni nie znosili cierpienia ani nie próbowali go uniknąć – oni je wykorzystali!

Apostołowie zostali powstrzymani, kiedy próbowali udać się do Azji, a przyczyniło się to do zbawienia Europy. Zatrzymani w jednym miejscu, dokonali przełomu w innym. Obrócili udaremnienie w obfitość owocu.

Stawiani przed niesprawiedliwymi trybunałami wykorzystywali okazję do zwiastowania ewangelii królom. Przykuci do żołnierzy szerzyli w rzymskiej armii dobrą nowinę chwalebnej wolności. Zaprowadzeni do Cezara na sąd wprowadzili niektórych domowników Cezara do domostwa Bożego.

Przyjrzyjmy się bliżej jednemu wydarzeniu z Nowego Testamentu, wydarzeniu, które w jakimś momencie przemawia do każdego z nas. Paweł miał cierń w ciele. Był to posłaniec szatana, by go policzkować. Na podstawie tego opisu możemy sądzić, że była to jakaś niemoc fizyczna powstała w wyniku doznanych krzywd – posłaniec szatana, który go policzkował. Była to niemoc wynikająca z doznanej niesprawiedliwości, dlatego podwójnie trudna do zniesienia. Przecież w takim wypadku Bóg z pewnością uzdrowi chorobę, zniweluje niesprawiedliwość i pozwoli mu kontynuować pracę. Trzy razy Paweł prosił o jej usunięcie, ale Bóg mu odmówił. Wydawało się, że jest twardy i obojętny. Niesprawiedliwość doznana ze strony ludzi, plus niemoc, plus obojętność Boga równa się upadek ducha. Przynajmniej zgodnie z arytmetyczną kalkulacją. Ale tak nie było! Po trzeciej prośbie Bóg powiedział do Pawła: Nie, nie uzdrowię cię, ale zrobię coś lepszego. Dam ci moc wykorzystania jej. Wystarczy ci moja łaska, ponieważ moja siła doskonali się w słabości. Rozumiejąc wagę takiej propozycji Paweł wstał i powiedział: W takim razie będę się chlubić moimi słabościami, ponieważ kiedy jestem słaby, wtedy jestem silny. Nie otrzymawszy uzdrowienia, dostrzegł możliwość wyższego poziomu, tzn. wykorzystania swojej słabości dla wyższego celu.

I to prowadzi nas bezpośrednio do kwestii uzdrowienia fizycznego. Z powyższego opisu wynika wyraźnie, że Bóg rzeczywiście czasem uzdrawia. Paweł spodziewał się uzdrowienia. Myślę, że mamy prawo spodziewać się go. Niektórzy z nas dobrze znają taką sytuację z własnego doświadczenia, nie mogą na to spojrzeć inaczej niż na niewątpliwy fakt. Rozpoznajemy, że Bóg uzdrawia w różny sposób – przez zmianę klimatu, przez lekarstwa, przez operację, przez sugestię, przez ćwiczenia. Nie możemy patrzeć na powyższe inaczej niż na Boże metody. Ale ponad to wszystko i przede wszystkim jest jeszcze bezpośrednie dotknięcie uzdrawiającej mocy Boga, którego nie można sprowadzić do żadnej innej kategorii. Ale choć to wszystko prawda, musimy też uznać, że Bóg nie zawsze uzdrawia. I właśnie z powodu tych wyjątków tak wielu traci wiarę. To właśnie próby udowodnienia, że nie ma wyjątków, powodują, że rodzi się tak wiele iluzji, które dyskredytują fakt Bożego uzdrowienia. Gdybyśmy uznawali, że Bóg czasem rzeczywiście uzdrawia, a czasem nie, że odmowa uzdrowienia następuje w imię wyższych racji, to wtedy przyjmowalibyśmy odmowę uzdrowienia jako taki sam dar od Boga, jak uzdrowienie. W rzeczywistości odmowa uzdrowienia może oznaczać lepszy komplement niż uzdrowienie, bowiem w tym przypadku Bóg musi odmówić nam, opierając się na przekonaniu, że można nam zaufać nawet w naszej słabości. Jest to komplement wiary w naszą duchową siłę.

Ludzie, którzy w takiej sytuacji zostali zranieni, zachowaliby wiarę, i to w bardziej chwalebny sposób, gdyby dostrzegli, że Bóg nie zajmuje jednego niezmiennego, stałego stanowiska względem uzdrowienia, ale przedstawia alternatywę. Alternatywa wygląda tak: albo uzdrowi nas z naszej niemocy, albo da nam siłę do wykorzystania naszej niemocy. W każdym przypadku istnieje droga wyjścia z trudności. Kiedy ludzie proszą mnie o modlitwę o uzdrowienie, zawsze odpowiadam, że będę się modlił pod warunkiem, że kiedy Bóg odmówi im uzdrowienia, nie stracą w Niego wiary. Uważam bowiem, że ważniejsze jest, byśmy zachowali wiarę niż zdrowie. Z nietkniętą wiarą, nawet bez uzdrowienia, gotowi jesteśmy na przyjęcie drugiej możliwości, tzn. możemy wykorzystać naszą niemoc dla wyższego celu.

Kiedy orła zaskoczy burza, ustawia swoje skrzydła w taki sposób, żeby gwałtowne prądy powietrzne swoją mocą wyniosły go ponad burzę. Tak działają skrzydła. Chrześcijaninowi nie szczędzi się bólu, smutku i chorób, które dotykają innych ludzi, ale otrzymuje on wewnętrzne wyposażenie ducha, dzięki któremu wznosi się ponad nieszczęścia, mocny siłą owych nieszczęść.

6. Chrześcijański sposób – żywotność

W Jezusie i pierwszych chrześcijanach zauważamy coś nowego i odświeżającego. Przede wszystkim dostrzegamy całkowitą umysłową i duchową szczerość. Nie widzimy żadnych umysłowych sztuczek stosowanych wobec cierpienia, choćby nie wiem jak zdawały się być duchowe. Ewangelia uczy uczciwości i otwartości. Mało jest tłumaczenia, a zupełnie nie ma szukania wymówek. Nie ma mydlenia oczu powierzchownymi sugestiami, nie ma przymykania oczu na fakty, co proponuje Christian Science, nie ma przesadzonych twierdzeń o jedności z elementem boskim, który jakoby sprawia, że nie odczuwamy bólu ani cierpienia, jak naucza wedanta, nie ma odrętwiałego poddania się, jakie doradza islam i nie ma strasznego pesymizmu, do którego wiedzie nas buddyzm. Nie ma niczego takiego. Jest tylko szczere, otwarte spojrzenie na życie, i przyzwolenie, żeby życie wypowiedziało swoje najgorsze zdanie. A potem stanięcie na wysokości zadania i obrócenie wszystkiego w zwycięstwo.

W chrześcijaństwie działa coś, co możemy nazwać zwycięską żywotnością. Jeśli religia nie objawia się jako zwycięska żywotność, to zostanie odrzucona. Bowiem wszystko, od pojedynczej komórki do najwspanialszego człowieka, wyciąga swoje ręce ku spełnieniu, doskonałości, ku życiu. Jeśli religia zaprzecza temu procesowi i próbuje odwrócić takie aspiracje, jeśli ukazuje znużenie, opuszcza człowieka, każe mu pozbyć się bólu życia przez ucieczkę i wybiegi, skazana jest na zagładę. Może jeszcze krótko przetrwać jako środek znieczulający, ułatwiający odejście ludziom skazanym.

Ale Jezus oferuje religię, która wyraża pragnienie pełniejszego życia i wyraża to pragnienie w najwyższej formie. Religia to wołanie o życie – życie w jego najlepszej postaci. Dlatego jest tak odległa od eskapizmu. Jezus występował przeciw wszystkiemu, co niszczyło wrodzony ogień życia. Tym samym chcemy stwierdzić, że Jezus nie nauczał tego, co Schopenhauer nazwał „zaprzeczeniem woli życia”. Jest to właściwie wola życia w najwyższej formie. Wyraża tęsknotę zarówno za jakością, jak i ilością życia. Jest to większe pragnienie życia i to życia określonej jakości. Odpowiedzią na problem życia jest życie właściwe, a nie ucieczka od życia.

Ktoś zapytał pewnego człowieka w Manchesterze, dlaczego pije. Odpowiedział: „Ponieważ jest to najkrótsza droga ucieczki z Manchesteru”. Nie miał odwagi stawić czoła Manchesterowi, dlatego najlepszym wyjściem wydała mu się butelka. W ciągu jednej godziny znikał Manchester wraz z jego problemami i bólem. Ale kłopot polega na tym, że rano, kiedy przestaje działać alkohol, Manchester wraca. A człowiek ma mniej sił, żeby sprostać wyzwaniu niż poprzedniego wieczoru. Narkotyki, pijaństwo, dewocja religijna i wypieranie się rzeczywistości życia wynikają z niedostatku odwagi.

Komuniści rosyjscy powtarzali, że „religia to opium dla ludu”. Kiedy przyglądamy się religii w Rosji, w Kościele prawosławnym, musimy się zgodzić, że w ich twierdzeniu kryje się pewna prawda. Taka religia była opium, ponieważ nie pozwalała ludziom myśleć i popierała nieludzki carski reżim. Zamiast stanąć za tymi, którzy walczyli o prawa ludzi, przywódcy religijni opowiedzieli się za prestiżem i przywilejami. Ale ten rodzaj religii jest daleki od religii Jezusa i był takim samym jej zaprzeczeniem, jak postępowanie pewnego duchownego w Indiach, który w czasie rozruchów udzielał komunii swoim wiernym pochodzącym z Europy, trzymając na komunijnym stole naładowany rewolwer. Naładowany rewolwer mówił jedno, a stół komunijny mówił coś innego. Rosyjski Kościół prawosławny był być może opium dla ludu, ale nie religia Jezusa.

W czasie swoich wykładów dr John Dewey narysował na tablicy linię i po jednej stronie umieścił te wszystkie rodzaje światopoglądów, które nauczają kontroli, a po drugiej te, które uczą przyzwolenia. Po stronie kontroli umieścił naukę, a po stronie przyzwolenia religię. Żeby potraktować sprawę uczciwie, dodał „niektóre religie”. Mógł nawet napisać „niektóre formy chrześcijaństwa”. Ale z pewnością nie mógł tam umieścić religii Jezusa. Bowiem ujawnia ona tak zadziwiającą żywotność, że nie można użyć na jej określenie żadnego innego słowa jak tylko zwycięska żywotność. Religia Jezusa daje człowiekowi siłę, by wziąć surowy materiał życia – dobro, zło, obojętność, sprawiedliwość, niesprawiedliwość, przyjemność, ból – włączyć go w strumień życia, przyswoić i wykorzystać. Rośliny, zwierzęta i ludzie mogą przetrwać, ponieważ wchłaniają podobne sobie substancje ze środowiska. Są uzależnione od powinowactwa, a jeśli go brakuje, umierają. Ale chrześcijanin żyje nie tylko dzięki podobnym substancjom, ale także rozkwita w przeciwnościach, niemocy, bólu, krzyżu. Dlatego jest najodporniejszy z „odpornych roślin jednorocznych”, jest raczej rośliną zimozieloną. Dlatego należy do kategorii, którą James nazywa „twardą” w przeciwieństwie do „kruchej”. Ma jak najbardziej pesymistyczne nastawienie do człowieka w tym sensie, że spogląda na życie przez krzyż, a jednocześnie najbardziej optymistyczne w tym sensie, iż wierzy, że po każdym krzyżu następuje wielkanocny poranek. Właściwie to nawet wychodzi naprzeciw swoim Golgotom, żeby zmieniać je w wielkanocne poranki.

Żeby nie okazało się, że wyrażamy się przesadnie o argumencie, zanim go dowiedliśmy, przyjrzyjmy się zasadzie zwycięskiej witalności w działaniu. Nie została ona bowiem zabalsamowana przed wiekami, ale ozdabia życie wielu współczesnych ludzi. Sprawdza się tam, gdzie zostaje zastosowana i do takiego stopnia, w jakim jest stosowana. Przedstawimy zdarzenia z wielu krajów, dotyczące różnych chrześcijan, żyjących w różnym czasie i różnych okolicznościach, żeby na podstawie tych wielu przypadków sprawdzić, czy możemy uznać tę zasadę za powszechną.

Myślę, że honorowe miejsce oddam pewnej niepełnosprawnej kobiecie z Chin. Pewnego razu przemawiałem na ten właśnie temat, a owa niepełnosprawna kobieta siedziała w pierwszym rzędzie. Była tak bardzo zdeformowana, że siedząc w ławce nic nie mogła zobaczyć. Przez cały czas w moim sercu rozbrzmiewała modlitwa, aby ta udręczona dusza mogła skorzystać z mojego przesłania. Ale okazało się, że niepotrzebnie jej współczułem, ponieważ to ona przekazała mi przesłanie! Na zakończenie podeszła do mnie misjonarka, żeby przedstawić mi jedną ze swoich nauczycielek. Zaprowadziła mnie do owej niepełnosprawnej. Musiała dostrzec na mojej twarzy zaskoczenie, ponieważ powiedziała: „Tak, to jedna z moich nauczycielek. A co więcej, jedna z najlepszych. Właściwie to reprezentuje ona największą siłę duchową w tej szkole i przyprowadziła do Boga więcej ludzi niż ktokolwiek inny w tym mieście”. Byłem zaciekawiony i poprosiłem, żeby opowiedziała mi ona o sobie coś więcej. Usłyszałem, że jako małe dziecko została przez kogoś upuszczona, doznała złamania kręgosłupa i przez wiele lat była nieszczęśliwą, złośliwą kaleką, raniącą wszystkich swoim językiem. I nic dziwnego. Wydawało się, że ma powód do rozdrażnienia i buntu przeciw światu, w którym stało się coś, na co nie zasłużyła. Ale pewnego dnia wpuściła Chrystusa do swojej rozgoryczonej duszy i wszystko się zmieniło. Ku zaskoczeniu wszystkich postanowiła zostać nauczycielką. Kiedy Chrystus wkracza do naszego serca, życie nadzwyczaj zadziwiająco nabiera powagi i zyskuje cel. Jezus zaczyna wypychać to, co przyziemne, człowiek odpowiada na pragnienie światła, zaczyna kwitnąć i wydawać owoc. Owa kobieta odczuła owo przynaglenie i została nauczycielką. Ale kiedy wysłano ją do pewnej wioski, żeby tam objęła szkołę, wieśniacy nieomal wywołali zamieszki. Uważali, że jej zniekształcone ciało stanowi zły omen. Ale misjonarz uparł się, żeby ją wypróbowali, obiecując, że jeśli się nie sprawdzi jako nauczycielka, to ją zmienią. Zgodzili się z litości. Kiedy po kilku latach misjonarz przyjechał, żeby zabrać ją z powrotem do większej szkoły, znowu wybuchły zamieszki. Wieśniacy twierdzili, że nigdy nie mieli tak dobrego nauczyciela, ponieważ promieniowała ona miłością i mocą Bożą. Wzięła swoje biedne, kalekie ciało i uczyniła je narzędziem zwycięskiego ducha. Kiedy widziałem ją ostatni raz, popychała przed sobą niewielki bambusowy stołek, przemieszczając się w ten sposób po pokoju. Ten stołek to były jej kule, na tym stołku siadała ucząc i na tym stołku zasiada, kiedy codziennie Chrystus koronuje ją koroną życia. To jej tron. Symbol jej słabości staje się miejscem koronacji.

Przejdźmy teraz od przypadku, gdy krzywda została wyrządzona nam osobiście, do przypadku, kiedy krzywdy doznaje ktoś, kogo kochamy, a jest to często trudniejsze do zniesienia niż przypadek pierwszy. Stosunkowo łatwo jest przebaczyć krzywdę wyrządzoną nam samym, ale kiedy spotyka ona ludzi, których prawdziwie kochamy, to ukłucie jest głębsze i trudniej je uleczyć. W czasie zamieszek w Chinach, znanych pod nazwą Rozruchów Wegetariańskich, zamordowana została pewna misjonarska rodzina: ojciec, matka i troje dzieci. Pozostała czwórka dzieci uciekła. Po pewnym czasie spotkali się i ustalili jak ma wyglądać ich zemsta: zdobędą jak najlepsze wykształcenie, a potem wrócą do Chin i oddadzą swoje życie na służbę tym, którzy zamordowali ich rodzinę. I tak uczynili. Wszyscy wrócili do Chin i przez długie lata w miłości służyli owocnie krajowi, który tak źle obszedł się z resztą ich rodziny. Jeden z braci pozyskał dla Chrystusa dr. Jamesa Yena, zwanego czule „Jimmy Yen”, ojca ruchu masowej edukacji w Chinach, ruchu, dzięki któremu dosłownie setki tysięcy ludzi miało możliwość nauczyć się czytać. Obok pięciu grobów w Fuszow znajdują się jeszcze dwa inne – groby córek wdowy z Australii. I one zostały zamordowane w tym samym czasie. Kiedy do wdowy dotarła wieść, że jej córki zostały zabite, postanowiła, że skoro nie ma już córek, które mogłaby posłać, pojedzie tam sama. I tak w wieku sześćdziesięciu dwóch lat sprzedała wszystko, co miała, pojechała do miejscowości, w której jej dzieci zostały zamordowane, nauczyła się języka, założyła szkołę, poświęciła dwadzieścia lat na służbę i po śmierci w wieku osiemdziesięciu dwóch lat została pochowana obok swoich córek. Owych pięcioro ocalałych z głębokiej niesprawiedliwości i okrutnej krzywdy ludzi nie poddało się bólowi, ale zaprzęgło go do służby. Zamiast dać się ciągnąć przez koło rydwanu okoliczności, wdrapali się na rydwan, chwycili lejce i pojechali do swojego celu. A jakiż chwalebny był to cel!

Czasem niezasłużone cierpienie uderza nas osobiście, czasem tych, których kochamy, a czasem nasze dzieło. Pewien lekarz w Chinach przez długie lata pełne trudu i wyrzeczeń budował skutecznie działający szpital. Kiedy oddziały komunistycznej armii narodowej podążały na północ, złupiły ten szpital i pozostawiły tylko ruiny. Zostało zmarnowane całe dzieło wielu lat pracy. Niełatwo przebaczyć coś takiego! Ale ów niezłomny lekarz podążył za armią i opiekował się chorymi i rannymi. Kiedy zobaczył to odpowiedzialny za armię generał Czang Kai Szek, zapytał żony: „Dlaczego ten doktor, obcokrajowiec, opiekuje się chorymi i rannymi, skoro oni zniszczyli mu szpital?” Jego żona, która była chrześcijanką, powiedziała: „To z powodu chrześcijaństwa”. „W takim razie i ja muszę zostać chrześcijaninem” – odparł zamyślony generał Czang. Był to jeden z trzech powodów, który sprawił, że będący wtedy prezydentem Chin generał postanowił zostać chrześcijaninem w czasie, gdy przez Chiny przetaczała się fala ruchu antychrześcijańskiego. Jak zapewniała mnie jego żona, z pewnością przyczyniło się to do jego zatrzymania i doprowadziło do obecnego bardzo przychylnego nastawienia Chin wobec chrześcijaństwa. Ruch antychrześcijański zniknął, Chiny zdecydowały, że nie będą antychrześcijańskie, chociaż nie zdecydowały jeszcze, że staną się chrześcijańskie. Stoją teraz na rozdrożu. O sytuacji zdecyduje obecnie chrześcijański Kościół. Dzieło doktora zostało zniszczone przez samolubnych i okrutnych żołnierzy, ale zamiast narzekać na brak zainteresowania ze strony Boga wobec Jego dzieci albo ich pracy, lekarz obrócił nieszczęście w świadectwo i przez tę katastrofę stworzył największą sposobność ewangelizowania na świecie w obecnym czasie. Złupiony szpital został odremontowany, a doktor pełni wspaniałą służbę. I z pewnością więcej uczynił przez to, jak zareagował na nieszczęście, niż gdyby w swoim życiu nie doznał bólu oglądania ruiny wszystkiego, co zbudował. Okazanie ducha w trudnym momencie uczyniło tyle samo albo i więcej dla ukazania ludziom światła, niż całe lata spokojnej służby.

Generał Feng Yu Sziang od jakiegoś czasu przeżywał kryzys swojej chrześcijańskiej wiary. Jak powiedział, bardzo przeżył wydarzenia sprzed ostatnich kilku lat, a szczególnie źle wpłynęły na to imperialistyczne zakusy innych narodów. Prawie się poddał. Ale podtrzymało go jedno. Jeden z krewnych Fenga zabił dr. Logana, misjonarza-lekarza, który leczył jego krewnego. Wyglądało to na okrutną tragedię. Ale pani Logan, wykwalifikowana pielęgniarka, przejęła opiekę nad tym pacjentem, który zabił jej męża i doprowadziła go do zdrowia. Syn Loganów uczył się w Ameryce. Kiedy Feng usłyszał, że pracuje on, żeby móc podjąć naukę w koledżu, zebrał dwa tysiące dolarów i wysłał mu jako pomoc. Rodzina uważała jednak, że chłopak nie powinien tych pieniędzy zatrzymać i je odesłała, serdecznie dziękując generałowi. Odpisali, iż są przekonani, że on sam powinien zarobić na swoje wykształcenie. „I to – powiedział mi Feng, kiedy staliśmy na zboczu świętej góry Tajszan i patrzyliśmy na dolinę – jest prawdziwe chrześcijaństwo. To mnie podtrzymuje.” Generał Feng trzymał moją dłoń przez dłuższy czas w swojej ręce i kiedy tak patrzyłem w jego surową, szczerą twarz, czułem, że pewnego dnia powróci do żywej chrześcijańskiej wiary. Kiedy to się stanie, będzie jeszcze silniejszy, ponieważ jest w nim materiał na prawdziwie wielkiego chrześcijanina. Jeśli powróci, to prowadzić go będzie duch tej żony i syna, którzy obrócili w świadectwo coś, co wydawało się prawdziwą tragedią. A jeśli nie wróci, jeśli wszystko wyda się beznadziejną porażką, to jednak hart, jaki okazali, sam w sobie stanowi zwycięstwo. Czy ktoś zostanie przez niego wzbudzony z martwych, czy nie, duch jest nieśmiertelny – nie zawiedzie. Nawet jeśli Feng nie zostanie przez niego podniesiony, to my tak.

Oto dwaj najwięksi dowódcy wojskowi Chin: generałowie Czang i Feng, zwyciężeni przez nadstawienie drugiego policzka. To, czego nie mogła zrobić siła wojska, uczyniła niezwyciężona miłość. Chrześcijanin ma korzystać z tej subtelnej siły, przy której militarna potęga wydaje się bezradna i absurdalna. Jak to ktoś ujął: „Uderzenie rozbudza w twoim przeciwniku instynkt walki, ucieczka budzi w ścigającym instynkt myśliwski, ale nadstawienie drugiego policzka rozbudza w nim głębokie pokłady delikatności”. I na tym właśnie polega zwycięstwo.

Szymon Cyrenejczyk wracał pewnego dnia z pola, nawet nie wyobrażając sobie, w jaką tragedię zostanie siłą wtłoczony. Ale nagle zatrzymały go silne dłonie i wcisnęły mu na ramiona krzyż. „Zmusili go, aby niósł Jego krzyż”. Tragedia niosła w sobie dla Szymona ukłucie szczególne. Rzymski żołnierz nie zatrzymał swojego rodaka, ponieważ byłoby to dla niego poniżenie. Nie zatrzymał też Żyda, ponieważ byłaby to obraza dla i tak rozgoryczonego narodu. Zatrzymał więc Afrykańczyka, najsłabszego członka społeczeństwa, który nie mógł mu się odpłacić, i zmusił go do niesienia krzyża, którego nie poniosłyby inne barki. Osobiste upokorzenie połączone z rasową krzywdą musiało głęboko dotknąć Szymona. Ale tego dnia, wchodząc na wzgórze, otrzymał największą życiową lekcję. Zobaczył jak Jezus obraca cały pełen goryczy wstyd w tryumf miłości. W jednej chwili i on zrozumiał, jak radzić sobie z tragedią, obrócił ją w coś, co przeobraziło jego samego i co przekazał swoim synom, Aleksandrowi i Rufusowi. Jego synowie byli na tyle wybitni w pierwotnym Kościele, że wspomina się o nich w ewangeliach w taki sposób, jakby oczywiste było, że są dobrze znani. Tragedia została przeobrażona – podobnie jak Szymon i jego synowie.

Często życie traktuje nas tak, jak potraktowało Szymona – wychodzimy, pogoda piękna, ptaszki śpiewają, życie wydaje się pełne obietnic i nadziei. A potem nagle znajdujemy się w samym środku tragedii, okoliczności wkładają nam na barki ciężki krzyż i musimy samotnie wspinać się na Golgotę, znosząc krzyż niechcianego bólu. Ale jeśli życie potraktuje nas tak, jak Szymona, możemy je potraktować tak, jak potraktował je Szymon. Krzyż sprawił, że znalazł się w towarzystwie Jezusa i przez tę krótką chwilę Jezus udzielił mu siły do przezwyciężenia poczucia rasowej krzywdy w nim samym i w jego synach. Jego pochodzenie zadecydowało, że niósł niechciany krzyż, ale wykorzystał to do uzyskania nowej tożsamości. Stał się pierwszym ze wspaniałej rasy Afrykańczyków, którzy rozpoczęli długi marsz od niewoli do wolności. Krzyż, który niósł, stał się sztandarem, który ich poprzedza – symbolem zarówno ich hańby, jak i chwały. W swoim marszu w górę przekształcali swoje smutki w pieśni i z bólem serca śpiewali swoje negro spirituals, najbardziej zwycięską muzykę, jaką stworzył świat. „Nikt nie wie, co przeżyłem w życiu swym – chwała, alleluja!”. Ludzie, którzy potrafią rozpocząć pieśń tak, jak ta się zaczyna i skończyć tak, jak się ona kończy, zmierzają do chwały zarówno tutaj, jak i tam. Kiedy do Indii przyjechał Birma Gospel Team śpiewający negro spirituals, powiedziałem sobie: ci wyrafinowani Hindusi nie przyjmą takiego prostego śpiewu. Ale przyjęli! Przeszedł on przez Indie jak burza. Każdy potrafi zrozumieć i docenić tego triumfalnego ducha, bez względu na to, w jak dziwnym angielskim zostaje wyrażony.

Mój przyjaciel jadący konno przez słabo zaludnioną okolicę w stanie Virginia, wyjechał w pewnej chwili na polanę, na której stała chatka, a w jej drzwiach Murzynka. Mój przyjaciel przywitał ją i zapytał, kto tutaj mieszka: Nikt, tylko Jezus i ja – padła odpowiedź. Kobieta stojąca we drzwiach samotnej chaty, osierocona przez wszystkich bliskich, ale z jaśniejącą twarzą i ze słowami „Ja i Jezus” na ustach jest królową, bez względu na to jak wyglądają okoliczności jej życia. Należy do potomków Szymona, który z trudem wspinał się na wzgórze niosąc krzyż osobistej i rasowej krzywdy, śpiewając „Nikt nie wie, co przeżyłem w życiu swym”, by zakończyć nutą wielkanocnego poranka „Chwała, alleluja!”.

W Pekinie znajduje się piękna świątynia, solidna i masywna budowla wzniesiona nad grobem premiera jednego z mandżurskich cesarzy. Powiadają, że grobowiec i świątynię wybudowano nad grobem premiera po to, żeby powstrzymać jego ducha przed wstąpieniem na tron. Wiele instytucji, takich jak na przykład niewolnictwo, zostało wzniesionych nad ludzkim duchem, żeby go powstrzymać przed wstąpieniem na tron ludzkiej godności i wolności. Ale Murzyni na całym świecie w swojej drodze z grobowców na trony wolności śpiewają. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem muzykę hawajską, obróciłem się do przyjaciela i powiedziałem: „To jest muzyka napisana do łez”. Nie wiedziałem, że ta muzyka była na Hawajach tworzona przez trędowatych. Kiedy się o tym dowiedziałem, zrozumiałem, dlaczego tak głęboko nas dotyka. To głębia przyzywa głębię.

Przytułki dla trędowatych to zazwyczaj przygnębiające miejsca, ale pewnego razu wyszedłem z jednego z nich ze śpiewem w sercu. Przebywał tam trędowaty, który był kiedyś chrześcijańskim pracownikiem, ale w kwiecie wieku został porażony tą straszliwą chorobą. Stracił wszystkie palce oprócz kikuta palca wskazującego prawej ręki. To było wszystko, co mu zostało. Ale za pomocą tego kikuta chwycił smyczek i zagrał pięknie i triumfalnie na skrzypcach. Wewnętrznie oddałem mu hołd. Wzbudził we mnie szacunek. Napisałem „był” chrześcijańskim pracownikiem – nie, on jest chrześcijańskim pracownikiem, a duch, który może się posłużyć kikutem zniszczonego trądem palca, by chwycić smyczek, sprawuje lepszą chrześcijańską posługę niż służba wielu nie napiętnowanych chorobą. Ów trędowaty „wydobywał z trzech dźwięków nie dźwięk czwarty, lecz gwiazdę”. A gwiazda wskazała nam drogę.

W mieście Rangun żyła inteligentna, żwawa Europejka, która została nauczycielką. Życie zdawało się obiecywać jej wiele, ale zanim słońce doszło do zenitu, przysłoniła je nagle ciemna chmura. Dowiedziała się, że jest trędowata. Próbowała ukryć straszny fakt, ale nie była w stanie. Zabrano ją na leczenie. Po pewnym czasie powróciła bez objawów choroby. Znów zaczęła uczyć. Ale choroba została tylko zatrzymana – nadal w niej tkwiła i powróciła. Czuła instynktownie, że jeśli znów wyjedzie na leczenie, wszystko się skończy. Próbowała zwalczyć chorobę, mówić sobie, że nie jest chora. Ale bez skutku. Pewnego dnia opuściła zajęcia i udała się w kierunku schroniska dla trędowatych. Długo stała przed bramą, wiedząc, że jeśli się za nią zamknie, to już z pewnością na dobre. Z modlitwą na ustach weszła do środka. Dzięki tej modlitwie jej życie zmieniło się z życia urazy i goryczy w zwycięstwo. Nie mogąc uczyć na zewnątrz, zaczęła uczyć trędowatych. Zorganizowała chór i nauczyła ich śpiewu. Jej serce uchwyciło dziwną, nową muzykę, której nie znało wcześniej. Dzisiaj promienieje. Napisałem, że uczyła trędowatych? Nie, uczy nas wszystkich. Każdy obraz musi mieć swoje ciemne tło, żeby właściwie wydobyć pierwszy plan. Ona wykorzystała cienie swojego nieszczęścia jako tło, na którym maluje światłem ducha. Kiedy nauczymy się uczyć innych w takiej sytuacji, wtedy nauczamy prawdziwie, ponieważ nie udzielamy informacji, ale dokonujemy transformacji.

Tak wyglądają dramatyczne fazy zwycięstwa. Ale nie są one większe niż niektóre cierpienia znoszone w milczeniu, niewidoczne, niesłyszalne. Niewidoczne krzyże, które odciskają się na duchu są często bardziej przejmujące niż te widoczne na ciele. Spośród tych, którzy cierpią w milczeniu, najbardziej cichym musi być ból tych, którzy idą przez życie nie znalazłszy partnera. Duch ludzki został stworzony do życia w towarzystwie i czuje się zagubiony i nieszczęśliwy, póki nie znajdzie towarzysza. Ale co z tymi, którzy nie znajdują?

Pamiętam pewną kobietę, która wydawała się być ucieleśnieniem wdzięcznej kobiecości. Posiadała instynkt macierzyński – jakąż by była matką! Ale ta, która byłaby tak wspaniałą towarzyszką, nie znalazła towarzysza, ona, która byłaby wzorową matką, nie zaznała macierzyństwa. Widok dziecka przy piersi innej kobiety powodował w jej sercu ból jak miecz przenikający duszę Marii. Znosiła ten niewidoczny krzyż w milczeniu przez wszystkie swoje samotne lata. Nie, to nie były samotne lata, ponieważ wypełniała je służbą dla innych. Ale ból ciągle ją szarpał. Pewnego dnia, słuchając kazania opisującego przejście ludzkiego ducha z ciemności i cienia do nowego światła i życia, miała widzenie i usłyszała wezwanie. Poświęci się rodzeniu duchowych dzieci, wychowa je, rozwinie w nich charakter i doprowadzi do owocowania. Odmówiono jej macierzyństwa na jednej płaszczyźnie, więc poświęci się macierzyństwu na innej. Żaden ból ani wysiłek nie będzie zbyt wielki przy wydawaniu na świat duchowych dzieci. Odszedł szarpiący, pełen żalu ból, a jego miejsce zajął ból tworzenia – ból, który jest właściwie radością. Żal przemienił się w nastawienie twórcze. Dzisiaj jest ona szczęśliwą matką, okazującą matczyną miłość biednym duszom i znajdującą towarzystwo w ludzkiej potrzebie, jest poślubiona nieszczęściu. A jednak jest niebiańsko szczęśliwa. Wyparła się siebie i zmieniła nieszczęście w drzwi prowadzące do nowych możliwości.

Psychologia mówi nam o sublimacji instynktów zamiast ich tłumieniu. Powiada się, że instynkt płci może znaleźć swój wyraz w sztuce, poezji, służbie. Prowadzi to do dobra i jako takie jest godne przyjęcia. Ale psychologia nie zajmująca się tym, co najwznioślejsze, nie jest w stanie włożyć wzniosłości w to, co wysublimowane. Naucza na temat sublimacji, ale musi czekać, aż religia nada jej treść. Jezus bierze nasze tłumione instynkty i wysyła je do wykonania chwalebnych zadań w nowym Królestwie. I wtedy owe instynkty są wolne, ponieważ mają możliwość wyrażania się w najwznioślejszej formie. Kłótliwość staje się wytrwałością w obronie tego, co właściwe, strach staje się szacunkiem dla Boga i osobowości ludzkiej, seks staje się twórczą czułością w służbie, miłość samego siebie staje się miłością obejmującą innych, ukochanie towarzystwa zmienia się w braterstwo.

Nic nie zostaje odrzucone. Wszystko przybiera wyższą formę. „Chrześcijaństwo to jedyna religia, która niczego nie wyrzuca” – włączając w to frustrację, ból i cierpienie. Jezus powiedział do uczniów: „Pozbierajcie pozostałe okruchy, aby nic nie przepadło”. On niesie odkupienie nie tylko ludzkim duszom, ale także scala fragmenty, które pozostają po rozpadzie życia pod wpływem uderzenia cierpienia, smutku i frustracji.

W przypowieści o uczcie weselnej królewskiego syna, zaproszeni goście pod różnymi pretekstami odmówili przyjścia. Wtedy król rozesłał sługi i kazał im zapraszać ludzi kalekich i niewidomych, i tak napełnić salę. Chrześcijaństwo wykorzystuje przeciwności, żeby zrealizować swój program. Najpierw zaproszono tych szczególnie uprzywilejowanych, ale kiedy odmówili, słudzy wyszli, żeby przyprowadzić, kogo tylko znajdą. Dzięki odmowie szczególnie uprzywilejowanych zaproszenie zmieniło się w demokratyczną powszechność i w ten sposób wypełniło swoje zasadnicze zadanie – wypełniło je dzięki niepowodzeniu!

Ewangelia to ewangelia „pomimo”. Ludzie przyjmują ją nie dlatego, że jest łatwa, ale ponieważ oferuje zwycięską drogę życia. Jeśli ktoś szuka w ewangelii drogi „z powodu”, to prawdopodobnie będzie zdziwiony i rozczarowany, ale jeśli patrzy na nią jako na drogę „pomimo”, to odkryje, że uchwycił właściwą żywotność.

7. Chrześcijański sposób – zwycięstwo

Widzimy, że Jezus przedstawia nam możliwość aktywnego radzenia sobie ze smutkiem, sposób zasadniczo odmienny od postawy biernej. Rzecznicy metody biernej zazwyczaj cytują wiersz z modlitwy Jezusa w Getsemani: „Nie Moja, lecz Twoja wola niech się stanie”. Oto, powiadają, oznaka najwznioślejszej religii ogólnie, a modlitwy w szczególności. Zazwyczaj słowa „bądź wola twoja” są rozumiane jako „zniosę twoją wolę” – pasywne przystanie na coś. Heiler cytuje modlitwę Indianina, który stracił swoje trzy fajki – strata ogromna, dla Indianina trudna do wyobrażenia. W rozpaczy zwrócił się do Wielkiego Ducha: „O, wielki Boże, który widzisz wszystko. Spraw, żebym znalazł to, czego szukam.” A potem, po wyrażeniu swojego pragnienia, pozostawia spełnienie modlitwy Wielkiemu Duchowi, tak kończąc: „I niech się dzieje twoja wola.” Heiler komentuje to tak: „Tak oto prośba kończy się poddaniem. Najwznioślejsza i najlepsza modlitwa, jaką zna historia religii, wypływa z ust pobożnego dziecka natury”.

Pewnego razu udałem się do ogrodu Getsemani, żeby spędzić tam noc na modlitwie, koncentrując wszystkie moje myśli na tym, co, jak sądziłem, było sednem i istotą wydarzenia w Getsemani: „Nie Moja, lecz Twoja wola niech się stanie”. Spodziewałem się, że wrócę skarcony, poddany, uległy. Ale w czasie tych cichych godzin moje myśli biegły ku słowom Jezusa do śpiących uczniów: „Wstańcie, chodźmy”. Pójdźmy na spotkanie zdrady, odrzucenia, oskarżenia, oplucia, krzyża. Wola Boga miała się wykonać nie przez przystanie na nią, ale przez aktywność. Miała się wykonać przez przemienienie całej nędzy w tryumf Bożej miłości. To oznaczało wypełnienie woli Boga. Wola ta była czynna, odkupieńcza, wychodząca naprzeciw człowiekowi mimo jego okrucieństwa i nienawiści. „Wstańcie, pójdźmy” na spotkanie to klucz do słów „Bądź wola twoja”. Wyszedłem z Gestemani nie zmuszony do uległości, jak się spodziewałem, ale z rozbrzmiewającym w moim sercu okrzykiem wojennym. Getsemani nie oznaczało już dla mnie wzdychania, łez i uległości, ale wezwanie do powstania i wyjścia naprzeciw nawet najgorszym rzeczom, jakie mogą nas spotkać, wezwanie do obrócenia nieszczęścia w świadectwo miłości Bożej. Wtedy już nie patrzymy na Jezusa w Gestemani jako na ofiarę woli Bożej, ale jak na Zwycięzcę.

Od tej chwili Jezus sprawował kontrolę nad każdą sytuacją. Uleczył ucho człowieka, który przyszedł go aresztować. Przepowiedział los, jaki spotka każde królestwo zasadzające się na rozlewie krwi i lęku słowami: „Wszyscy bowiem, którzy za miecz chwytają, od miecza giną”. Grozą swojego milczenia sprawił, że Piłat zadrżał na swoim tronie – oskarżony osądził sędziego, a wraz z nim całe imperium. Nie przyjmował łez płaczącego tłumu – kazał im płakać nad sobą i swoimi dziećmi. Udzielił raju złoczyńcy umierającemu na sąsiednim krzyżu, polecił swoich morderców miłosierdziu i przebaczeniu Bożemu. A w końcu zawołał: „Wykonało się”. Wola Boga została wypełniona, wypełniona pomimo nienawiści ludzi, tak, dzięki niej, a wolą tą była odkupieńcza miłość.

Powtarzamy zatem, że to jest właśnie zwycięska żywotność. To sztuka prowadzenia niebezpiecznego życia. Po przeczytaniu książki Nietzschego na temat niebezpiecznego życia, pewien hinduski student poszedł do swojego prawowiernego ojca i powiedział: „Poruszyła mnie konieczność prowadzenia niebezpiecznego życia. Chciałbym je praktykować. Kup mi motocykl.” Niebezpieczne życie oznaczało dla niego przemykanie między samochodami na motorze, ale jest to lekkomyślnie i powierzchownie niebezpieczne życie. Życie człowieka Zachodu jest naznaczone piętnem takich właśnie prób prowadzenia niebezpiecznego życia. Jezus wzywa nas do wysondowania głębokości życia i prowadzenia właśnie tam niebezpiecznego życia – zmagania się z największymi pytaniami życia i okazywania przez to życia.

Heiler ma rację powiadając, że „religia profetyczna to nieodparta wola życia, niekontrolowany impuls w kierunku ekspresji, maestrii i wychwalania sensu życia”. Wiara Jezusa jest jak roślina, która wykorzystując gnój i brud, przekształca go w piękno formy i koloru kwiatu. Ma w swoim wnętrzu nieugaszoną nadzieję.

Nadzieja do końca, aż z ruin stworzy rzecz, o której myśli.

Niektóre rodzaje chrześcijaństwa próbowały czerpać charakter i radość z kontemplowania nagrody w niebie. To prawda, że ewangelie nauczają o rekompensacie poza tym życiem, w niebie. Ale nie na to położony jest nacisk. Charakter i radość są wypracowywane tu i teraz, w zastanych warunkach. Dlatego typ postaci, jaką stwarza stosowanie tej zasady charakteryzują policzki zaczerwienione od stawiania czoła mroźnym podmuchom wiatru. Postać kontemplująca nagrodę w niebie ma wygląd anemiczny, blady, brak jej tężyzny życia, jak żyjącemu w piwnicy kwiatu, rozmyślającemu o świetle słonecznym na zewnątrz. Nie, chrześcijaństwo nakazuje nam stworzyć niebo z naszego piekła.

Obserwowałem kiedyś człowieka, który rozłożył swój dywanik modlitewny w ciemnym kącie pod schodami i położywszy się twarzą do ziemi, rozpoczął swoje modlitwy. Schody prowadziły do światła i perspektywy otwartej przestrzeni. Ale on leżał twarzą do ziemi, kontemplując radość, jakiej Allah udzieli mu w niebie. Miałem ochotę wziąć go za rękę, wyprowadzić z ciemnego kąta na światło słoneczne i tam pozwolić mu spojrzeć na Boga. Modlitwa powinna wyprowadzać nas z ciemnych zakamarków i zmieniać nasze słabości w drabiny, które pomagają nam tu i teraz dosięgać nieba.

Wiara Jezusa to najwyższy wyraz woli życia. Ale nie jest to wola życia z zaciśniętymi zębami, wymizerowaną twarzą i wymuszoną radością życia. To wola życia pełna spokoju, ponieważ wola ta należy do Życia. Jest w niej ciche zaufanie, które nie okazuje lęku przed życiem ani tym, co życie z sobą niesie.

Pewien student powiedział mi, że zawsze uczestniczy w nabożeństwie na uczelni, kiedy przemawia pewna określona osoba. „Bo – powiedział – on wstaje ze spokojną pewnością siebie i omawia najważniejsze zasady życia jak chrześcijanin, który trzyma w ręku cztery asy”. Ten student w nowoczesny sposób opisał odczucie mówiące o tym, że chrześcijanin posiada wystarczające zasoby, żeby stawić czoła życiu, bez względu na to, jak trudną okazuje się być życiowa gra.

Tym, którzy sądzą, że Jezus nauczał wyparcia się woli życia, odpowiadamy, że wyrażenie „kto straci swoje życie, ten je zachowa” zaprzecza tej idei. Jezus potwierdza tym samym, że „dusza” albo „życie” zostaną zachowane. Wyrzeczenie się samego siebie prowadzi do pełnej realizacji swego „ja”. Oddajemy mniejsze ja, żeby zyskać większe. Skutkiem jest oczyszczenie naszego „ja”. To sublimacja woli życia. Jak powiada Paulsen: „Każde samopoświęcenie jest zarazem samozachowaniem – to znaczy zachowaniem doskonałego „ja”. Jesteśmy poskramiani na jednym poziomie życia, żeby wyrazić się na poziomie wyższym. Akceptujemy prawo, żeby zyskać wolność – wolność, jaką niesie to właśnie prawo.

Pięknie wyraził to pewien inwalida w liście do mnie z okazji Bożego Narodzenia: „Jakże mogę być wolny? Istnieje prawo i muszę zgodzić się z nim i jego karą. Czyż nie powinienem okazywać posłuszeństwa prawu? Kiedy tak rozmyślam nad tym pytaniem, przypomina mi się opowiadanie Rabindratha Tagore o strunie i przynosi mi światło. Na stole leży struna do skrzypiec. Nie odczuwa żadnego przymusu. Może nam się zdawać, że jest wolna. Ale czy ta milcząca rzecz jest wolna? Umieśćmy strunę w skrzypcach. Jest przywiązana. Wprawiona w drganie wydaje głuchy dźwięk. Ale potem naciągajmy ją coraz mocniej. Naciągnijmy, aż zacznie stroić. A potem pociągnijmy smyczkiem. Teraz jest wolna. Śpiewa.”

„Jezus rozpiął swoje życie na krzyżu i zagrał swoją miłością – Boże, cóż to za dźwięk!”

Człowiek, który napisał te słowa sam codziennie rozpinany był na krzyżu bólu, ale i jego istotę ogarniała Boża miłość, a niektórzy z nas, którzy usłyszeli tę muzykę, zatrzymali się z wdzięcznością i powiedzieli: Boże, cóż to za dźwięk!

Przyjaciel pewnego bardzo cierpiącego pisarza usłyszał kiedyś jak modli się on o uwolnienie od cierpienia. Z miłością położył mu rękę na ramieniu i powiedział: „Wysłuchanie tej modlitwy zepsuje twój styl”. Ten przyjaciel wiedział, że nikt nie potrafi pisać tak jak ten jego kolega, jeśli jego serce nie jest przepełnione bólem. Ktoś usłyszał śpiew wielkiej śpiewaczki i skomentował: „Jakże piękny miałaby głos, gdyby coś złamało jej serce”. Śpiewaczka potrzebowała tego, czego potrzebujemy wszyscy – Ręki, która naciągnęłaby struny naszego serca tak, żeby wydobyć z nas najpiękniejszą muzykę.

Na południu Indii mieszkał i pracował jeden z najwspanialszych misjonarzy. Wśród wielu zadań, które przyszło mu wykonywać znalazło się też wyburzenie domu trędowatego człowieka. Kiedy potem wyjechał na urlop, okazało się, że sam jest trędowaty. Najpierw był oszołomiony, jego wiara się zachwiała i omal nie runęła. Dlaczego Bóg do czegoś takiego dopuścił? Czemu przydarzyło mu się to w kwiecie wieku, tak oddanemu pracy, w której się sprawdzał? Ale doszedł do siebie, przebił się przez mrok. Uchwycił się duchowego odpowiednika owego nowego wynalazku zwanego „sekstansem każdej pogody”, dzięki któremu marynarz może odnaleźć położenie słońca bez względu na skrywające je chmury lub mgłę. Wziął duchowy sekstans i przez chmury dojrzał Bożą twarz. Kiedy oddzielił się od ludzi, Bóg wydał mu się bliższy. Gdy pozostawał w odosobnieniu, odwiedzali go przyjaciele, żeby uczyć się od niego sposobu życia. Ponieważ odnalazł sposób życia „pomimo”.

Ale jeden z jego przyjaciół przyjechał z Indii z sercem pełnym litości i okazał ją poprzez ton swego głosu. Trędowaty go powstrzymał: „Współczujesz mi, a nie powinieneś. Nigdy w życiu nie znałem większej radości. Te ściany promieniują Bożą miłością”. Bóg nie uzdrowił go z trądu, ale uczynił coś lepszego: uzdrawiał przez niego innych – uzdrawiał tę część, która w nas najbardziej potrzebuje uzdrowienia – ducha.

W czasie jednej z naszych Konferencji Okrągłego Stołu pewien wspaniały chrześcijanin powiedział, czym dla niego w doświadczeniu jest religia: „Odkryłem, że kiedy podążamy za Chrystusem, dzieją się trzy rzeczy. Po pierwsze, zostajesz uwolniony od wszelkich obaw. Po drugie, stajesz się absurdalnie szczęśliwy. Po trzecie, masz kłopoty”. Ostatnie stwierdzenie wydaje się być rozczarowujące, ale jestem przekonany, że miał rację. Nie możesz zostać uwolniony od strachu ani nie możesz być absurdalnie szczęśliwy, jeśli nie nauczysz się akceptować kłopotów i je wykorzystywać. Nie ma sensu mówić ludziom, żeby się nie bali, skoro wiedzą, że bać się należy. A nawet, jeśli wiedzą, że nie ma się czego bać, to istnieją jeszcze wewnętrzne obawy, których nie da się opanować za pomocą dobrej rady. Pewien hinduski student powiedział mojemu przyjacielowi: „Mój umysł mówi mi, że w tym bożku nie ma niczego, czego należałoby się bać, ale moje serce bardzo się boi”. Był w nim głęboko ukryty niewytłumaczalny lęk. Jedyny sposób na pozbycie się lęku to przekonanie, że jeśli wydarzy się to najgorsze, można je przekształcić w najlepsze. Trędowaty został uwolniony od swoich obaw, ponieważ przydarzyło mu się to, co najgorsze, i okazało się, że życie, prawdziwe życie wewnętrzne, pozostało nietknięte. To absurd być szczęśliwym będąc trędowatym, ale ewangelia uczy tego chwalebnego absurdu.

Wśród grona studentów, którzy przyjechali z Birmy do Indii jako Gospel Team albo Group Fellowship był pewien człowiek zwany „Bawołem”. Silny jak bawół, stąd to przezwisko. Jego sile towarzyszył także wybuchowy charakter – niebezpieczna mieszanka. Ostatnią rzeczą, jaką zrobił przed nawróceniem było połamanie jednym ciosem żeber człowiekowi, który go rozzłościł. Grupa zakończyła swoje pięciomiesięczne tournee po koledżach w Indiach i kiedy razem siedzieliśmy, zapytałem ich, jaki zdarzył im się wyjątkowy, najszczęśliwszy moment w czasie ich podróży. Siedzieliśmy w kręgu i wszyscy po kolei opowiadali o sobie. To, co powiedział Bawół było bardzo szczere i prostolinijne: „Pewnego wieczoru jakiś student wyszedł za nami po spotkaniu, podszedł do naszego samochodu i napluł mi w twarz. Wcześniej, zanim doszło do tego niesamowitego wydarzenia w moim życiu, jakim było nawrócenie, nawet bym się nie zastanawiał, tylko go uderzył. Ale, co bardzo dziwne, nawet nie miałem na to ochoty i teraz patrzę na to wydarzenie jako na najszczęśliwszy moment w czasie całej podróży”. Powiedział to bez przechwałki. Po prostu zrelacjonował wydarzenie. To absurd być szczęśliwym, kiedy ktoś pluje ci w twarz, a jednak – a jednak to jest dokładnie to, co oferuje ewangelia.

Jeden z ojców Kościoła mógł powiedzieć do swoich oponentów na temat cierpienia pierwszych chrześcijan: „Każdego człowieka, który jest świadkiem tak wielkiej wytrzymałości, ogarniają złe przeczucia. Rozpala go ogień, żeby w nie wejrzeć, żeby znaleźć przyczynę. A kiedy pozna prawdę, natychmiast zaczyna sam za nią podążać”. „Podążać za nią” – to absurd podążać za tym, co powoduje cierpienie, a jednak wiemy instynktownie, że Jezus dotyka najgłębszej nuty naszej duszy. Nasze współczesne kościoły nie dotykają tej nuty. Odwołują się do wygodnictwa i zastanawiają się, dlaczego budynki są puste.

Pewna dumna kobieta z Mandżurii dawała odpór wszelkim chrześcijańskim apelom, chociaż jej mąż został chrześcijaninem. Gdy rozpoczęło się prześladowanie chrześcijan, musiała razem z mężem uciekać w góry. Wycierpieli przy tym rzeczy straszne. I wtedy ona zdecydowała się zostać chrześcijanką. „Religia, która jest tak prześladowana, musi być prawdziwa” – powiedziała. Stała się wspaniałą naśladowczynią Chrystusa. Do boku Chrystusa przyciągnęły ją Jego rany.

To absurd, że ludzie śpiewają, kiedy jest im zadawana śmierć, ale właśnie tak działo się w czasie wielkiego prześladowania na Madagaskarze. Chrześcijan zawieszano na linie nad urwiskiem i mówiono im, że jeśli się nie pokajają, lina zostanie odcięta. Odmawiali i lina zostawała odcinana. Słyszano jak spadając w dół śpiewają.

Don Inge powiada, że „radość to jakość moralna będąca wynalazkiem chrześcijańskim”. To prawda, ponieważ w chrześcijańską radość została włożona moralna jakość, która ją odmieniła. To radość, która reprezentuje moralne zwycięstwo. Moralne zwycięstwo nadało jej moralną jakość.

Taka radość różni się od rozbawienia. To ostatnie pochodzi z zewnątrz, a pierwsze z wnętrza. Szczęśliwi ludzie nie potrzebują rozrywki. Z ich wnętrza tryska źródło. W chwili rozczarowania napisałem takie zdania:

W sercu każdej ziemskiej rzeczy tkwi żądło, tkwi żądło.

Ale teraz nauczyłem się pisać temu stwierdzeniu w odpowiedzi:

Kiedy taka ziemska rzecz wbija swoje żądło, moje serce nauczyło się śpiewać.

Jeśli ktoś potrafi napisać pierwszy wers, jest z postawy buddystą, a kiedy potrafi napisać drugi, to poznaje, co to znaczy być chrześcijaninem.

Współczesne próby znalezienia radości w rozrywce przypominają mi w dużej mierze starszą kobietę, która zabrała dzieci do cyrku. Kiedy przestraszone dziwnymi zachowaniami na arenie jedno z dzieci zaczęło płakać, złapała je za kark mówiąc: „Przyprowadziłam cię tu, żebyś się bawił. No to się baw, rozumiesz?” Potrząsała przy tym dzieckiem, żeby pokreślić swoje żądanie, by się bawiło. Wielu współczesnych potrząsa swoimi biednymi, wygłodniałymi, płaczącymi duszami próbując je zmusić do zabawy! Kiedy człowiek musi mówić swojej duszy: Jedz, pij i wesel się, jak to robił bogacz, to wiemy, że nie jest wesoły. Współczesny hedonizm powołał do istnienia smutny, rozczarowany świat.

Radość wpisana jest w istotę rzeczy, w sam układ naszych twarzy. Okazuje się, że przy marszczeniu brwi angażujemy sześćdziesiąt cztery mięśnie twarzy, natomiast do uśmiechu potrzeba nam ich zaledwie czternaście – dlaczego więc się przepracowywać! Bóg podkreślił znaczenie radości tak właśnie stworzywszy ludzką twarz, żeby po linii najmniejszego oporu szło nam wyrażanie radości. Ale radość w sensie nowotestamentowym to nie jest tania radość. Nie ma w niej udawania ani pozorów. Justice Chandavakar, szlachetny Hindus, powiedział kiedyś o Keshabie Chunderze Senie, liderze Brahmo Samaj, że ma „twarz nowotestamentową”. Jeden z Hindusów mówi o drugim Hindusie, że ów ma „nowotestamentową twarz”. Bez względu na to, co sprawiało, iż owa twarz była nowotestamentowa, można to było rozpoznać. Keshab, choć nie jest zawodowym chrześcijaninem, tak długo spoglądał na Chrystusa, aż uchwycił coś z Jego radości. Na czym polega „nowotestamentowa twarz”? To twarz, której zmarszczki zmieniły się w światło, w której zgryzota nauczyła się uśmiechać przez łzy, na której mimo wszystko widać poczucie zwycięstwa.

Jezus powiedział: „Powiedziałem wam to, aby Moja radość była w was i aby wasza radość była pełna”. Oto widzimy, jak spotykają się dwie radości. Jest „Moja radość” – radość z zewnątrz i „wasza radość” – radość od wewnątrz. Powiadam, że radość Jezusa pochodzi z zewnątrz, a jednak jest ona tak wewnętrzna, tak intymna, że można powiedzieć, iż pochodzi z wnętrza. Boża radość spotyka się z radością ludzką – radość z góry napełnia, a wtedy radość z dołu jest zupełna. Zostały stworzone dla siebie, a dusza ludzka odnajdując tę radość, znajduje życie. Mistyk powiedziałby, że boska radość jest wszystkim, a radość ludzka jest niczym. Zwolennicy Karola Bartha (szwajcarski teolog protestancki – przyp. red.) chociaż raz zgodziliby się z mistykami. Ale w stwierdzeniu Jezusa zostają zachowane obie radości. Dusza ludzka nie roztapia się w Bogu, ale znajduje w Nim spełnienie. Ponieważ obie zostają zachowane, to znaczy, że zostaliśmy stworzeni dla Jego radości i kiedy ją znajdujemy, to wtedy i nasza radość jest zupełna. Twarz nowotestamentowa to twarz, która jest nadnaturalnie naturalna.

Barry powiada nam, że „literaturę grecką przenika zapadające w pamięć wrażenie melancholii, wrażenie frustracji i niespełnienia”. Grecy twierdzili, że wierzą w radość życia, ale nigdy nie była ona spełniona, bowiem nie znaleźli najwyższego powodu do radości. Żaden człowiek nie może być naprawdę radosny, jeśli nie odczuwa, że jego radość jest radością najwyższą. „Grecy wyrażali chwalebne zaufanie do człowieka, ale nie dali podstawy wiary w człowieka”. Nie widzieli człowieka jako „człowieka, za którego zmarł Chrystus”. Kiedyś lekarze mieli właśnie rozpocząć operację, kiedy jeden z nich, myśląc, że pacjent już śpi, uczynił taką bezmyślną uwagę: „No, to dajcie tutaj to bezwartościowe stworzenie”. Ale pacjent, człowiek wykształcony, choć w tamtej chwili w trudnym położeniu, odpowiedział: „Nazywa pan bezwartościowym człowieka, za którego umarł Chrystus?” Wartość człowieka została pogłębiona przez wartość Tego, który za niego umarł. Wierzymy w człowieka, ponieważ wierzymy w Człowieka.

Podobnie też sens ma nasza radość, ponieważ została dotknięta przez jego radość. Grecy nie znali radości tego, który stojąc w cieniu krzyża potrafił powiedzieć „Moja radość”. Nasza radość zasadza się na radości, która przetrwała wstrząsy i nadal śpiewa. Żaden człowiek nie potrafi śpiewać, jeśli nie czuje, że jego pieśń rozbrzmiewa w głębinach wszechświata. Chrześcijanin, znajdując swoją radość na krzyżu i przez krzyż, ma pewność, że uderza w najwyższy ton, w jaki można uderzyć. Jest to bas w jego pieśni i dlatego po wybrzmieniu tego najniższego tonu, a potem najwyższego tonu radości, wiemy, że bez najniższego nie można uderzyć w najwyższy. Razem przynoszą najlepszą harmonię.

Na Nefrytowym Źródle w Pekinie znajduje się napis: Pierwsze Źródło Pod Niebem. Jeśli chodzi o ziemskie źródła, to rzeczywiście jest ono najpiękniejsze w świecie. Ale kiedy wpatrywałem się w jego krystaliczną głębię, powiedziałem do przyjaciela: „Wspaniałe, ale chrześcijanie odkryli prawdziwe pierwsze źródło pod niebem, ponieważ ‘Każdy, kto pije tę wodę, znowu będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja [Chrystus] mu dam, nigdy więcej nie będzie pragnął, ale woda, którą mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskującej ku życiu wiecznemu.’” To jest „Pierwsze Źródło”, ponieważ jego początek znajduje się na wzgórzu zwanym Golgotą. Jest to radość w cierpieniu. W Shanhaikwan, gdzie Wielki Mur chiński dosięga morza, na bramie znajduje się napis: Pod Niebem, Pierwsza Brama. Mandżurscy cesarze, którzy umieścili napis przy źródle oraz na bramie odeszli, pałac Nefrytowego Źródła znajduje się w innych rękach, a pierwsza brama w rękach Japończyków. Tak oto ziemskie pierwsze rzeczy nas zawodzą, ale radość, którą daje Jezus ma w sobie dotyk wieczności, wytryska ku życiu wiecznemu.

Chrześcijanin posiada zatem to, co Von Hugel nazwał „obfitą wewnętrzną pełnią”. Wie, o czym mówi J. A. Symonds, kiedy powiada, że stworzenie i zjednoczenie pozwala mu „wypożyczać słońce na ołowiane godziny” i „zrodzić nastrój umysłu wystarczający dla celu życia”. Chrześcijanin wie to, a nawet więcej, ponieważ odnalazł nie „nastrój umysłu”, ale wewnętrzne źródło ducha, obfitą wewnętrzną pełnię, która ma swoje źródło w Bogu. Życie wewnętrzne wystarczy, żeby sprostać życiu zewnętrznemu. Budda nauczył Azję pokoju poddania, Jezus nauczył świat pokoju zwycięstwa. Jeden powiedział „Pokój”, a drugi powiedział „Excelsior”. Pierwszy to pokój redukcji osobowości, drugi to pokój rozwoju, doskonalenia i zadowolenia osobowości.

Josiah Royce zdefiniował wiarę jako „wejrzenie duszy albo odkrycie rzeczywistości, które uzdalnia człowieka do zniesienia wszystkiego, co spotyka go we wszechświecie”. Słowa te są echem słów nowotestamentowych: „A tym zwycięstwem, które zwyciężyło świat, jest nasza wiara”. Ale tak jak nie powinniśmy wierzyć w „uzdrowienie wiarą”, ale w Boże uzdrowienie przez wiarę, tak nie możemy wierzyć, że wiara uzdrawia nas z mentalnego i duchowego cierpienia, ale raczej łączy nas ze źródłem Bożego życia, które nas uzdrawia. Nic nie może nas przestraszyć, ponieważ jesteśmy jedno z tym Życiem, jego cele to nasze cele, jego moc to nasza moc, jego bezpieczeństwo to nasze bezpieczeństwo.

Powiedziałem kiedyś do pewnego studenta, że żaden człowiek nie jest bezpieczny, dopóki nie będzie w stanie znieść wszystkiego, co mu się przytrafi. Wyglądał na zdziwionego i odparł: „W takim razie niewielu z nas jest bezpiecznych, prawda?” Niewielu. Ale chrześcijanin, który poznał tę tajemnicę, jest bezpieczny!

W czasie jednej z naszych Konferencji Okrągłego Stołu przyszła kolej na wypowiedź bardzo szlachetnego przedstawiciela Kościoła anglikańskiego wysokiego. Był to człowiek o promieniejącej wiarą i poświęceniem twarzy, cieszący się zaufaniem wszystkich. A powiedział tak: „Religia oznacza dla mnie trzy rzeczy: zwycięstwo, zwycięstwo, zwycięstwo”. Nie mógł lepiej tego ująć. Ponieważ religia Jezusa rzeczywiście znaczy trzy rzeczy: zwycięstwo nad grzechem, zwycięstwo nad sobą, zwycięstwo nad cierpieniem. To właśnie w związku z przystosowaniem się do różnych rzeczy Jezus zawołał: „Na świecie będziecie mieć ucisk, ale ufajcie, Ja zwyciężyłem świat”. Jest to rzeczywiście ufność, ufność, która stawiła czoła wszystkim zagadnieniom życia, dobrym, złym, obojętnym, pozwoliła tym faktom powiedzieć, co najgorszego miały do powiedzenia, a potem wybuchnęła śmiechem – wesołym, chwalebnym, zwycięskim śmiechem – chórem alleluja w okolicznościach nie do śmiechu.

W Indiach żyje ptak zwany „ptakiem zapalenia opon mózgowych”. W czasie straszliwych upałów, kiedy temperatura osiąga najwyższe wartości, słychać jego piskliwe nawoływanie. Ptak woła: „Brain-fever, BRAIN-FEVER, BRAIN-FEVER” [ang. zapalenie opon mózgowych]. Można od tego skrzeczenia zwariować. Pewnego dnia ten ptak strasznie działał mi na nerwy, ale udało mi się przezwyciężyć go raz na zawsze. Wymyśliłem mu nowy refren, zinterpretowałem jego wołanie jako: Alleluja, ALLELUJA, ALLELUJA”. Kiedy życie wrzeszczy na nas piskliwymi nutami zapalenia opon mózgowych, możemy przepuścić je przez zwycięstwo naszego ducha i obrócić w „alleluja”.

Podsumujemy treść tego rozdziału słowami: Wszechświat jest naszym domem i w zasadzie, choć jesteśmy tak słabymi i płochliwymi stworzeniami, nie ma niczego na świecie i poza nim, co może nas przestraszyć. Innymi słowy, jesteśmy spokojni, odpoczywamy. Nie żebyśmy nie musieli walczyć, ale sama walka jest już zwycięstwem. Jesteśmy pewni. Jesteśmy przekonani o dobru i o tym, że jest ono jednością z najwyższą mocą.

Choć jestem duchownym Kościoła anglikańskiego niskiego, użyję słów mojego brata z Kościoła wysokiego jako swoich własnych: Religia oznacza dla mnie zwycięstwo, ZWYCIĘSTWO, ZWYCIĘSTWO.

8. Wybór – religia z krzyżem czy bez krzyża

W życiu Jezusa były dwa okresy, kiedy był mocno kuszony, żeby rozprawić się ze smutkiem i grzechem świata w inny sposób niż ten, który wybrał. Pierwszy to czas kuszenia na pustyni, a drugi, gdy przyszli do niego Grecy. W czasie tych dwóch krytycznych chwil miał do wyboru praktycznie wszystkie metody i sposoby, jakimi ludzie radzą sobie z tragicznymi faktami grzechu i cierpienia. Odrzucił wszystkie poza jednym i przez ten jeden sposób stał się światłością świata. Kiedy przyglądamy się odrzuconym przez niego sposobom, rozpoznajemy metody stosowane przez starożytnych i współczesnych. Jezus wiedział, że prowadzą w ślepy zaułek, a ludzie powoli, ale z pewnością przekonują się o tym na własnej skórze.

Na początku służby Jezusa Jan Chrzciciel wzywał naród do pokuty. Kiedy gromkie wołanie Jana Chrzciciela docierało do serca narodu, skłaniało go do pokuty. W Mezopotamii do dziś dnia istnieje grupa około ośmiu tysięcy ludzi, którzy nazywają się „Uczniami Jana Chrzciciela”. Nie zostali chrześcijanami, ale są bezpośrednimi potomkami przebudzenia za czasów Jana Chrzciciela. Musiało to być potężne duchowe ożywienie. Ludzie napływali strumieniami, żeby przyjąć chrzest pokuty z rąk Jana. Do takiej kolejki przyłączył się Jezus, żeby zostać ochrzczonym chrztem pokuty. W opisie ewangelicznym czytamy: „Kiedy cały lud przystępował do chrztu, Jezus także przyjął chrzest”. Ten, który nie znał grzechu, zajął miejsce w kolejce pokutujących grzeszników jako jeden z nich. Było to utożsamienie się z człowiekiem w jego najbardziej upadłym stanie. Jezus zrezygnował z tego, z czego zrezygnować najtrudniej, to znaczy z dobrego imienia. Być może w kolejce przed nim stała nierządnica, a za nim złodziej. On wydawał się należeć do nich, był policzony wraz z grzesznikami.

Musiała w nim nastąpić silna reakcja sprzeciwu, ponieważ został wyprowadzony na pustynię, żeby tam ją zwalczyć. Oddalił się od ludzi, żeby się zdecydować, jaką przyjąć wobec ludzi postawę. Z jakimi kwestiami musiał się zmagać? Czy walczył o przekonanie, że jest Synem Bożym? Nie sądzę. Czyż nie usłyszał w czasie chrztu: „Ty jesteś Moim umiłowanym Synem?” Wydaje się, że kwestia rysowała się następująco: Czy będąc Synem Bożym, stanie się także Synem Człowieczym, jeśli oznacza to utożsamienie się z człowiekiem? Stanie się Synem Człowieczym oznaczało przyjęcie na siebie wszystkiego, co spotyka synów ludzkich. Czy tak miała wyglądać jego droga? Przez czterdzieści dni głęboko się zastanawiał, medytował i zmagał ze sobą. Tak był tym pochłonięty, że zapomniał o głodzie. Ale po czterdziestu dniach zgłodniał. Musi teraz wrócić, żeby nakarmić wygłodniałe ciało. – Nie – mówi kusiciel – nie musisz wracać. Zostań tu. Po co wracać do ludzi? Jesteś Synem Bożym. To wystarczy. Nakarm się za pomocą cudu. Nie musisz stawać się Synem Człowieczym. – To pierwsza wielka pokusa duchowej religii – wycofać się, karmić się w samotności, doznać wywyższenia poprzez duchową komunię do tego stopnia, że nie dotykają nas tragedie i ból życia, być Synem Bożym, cieszyć się tym, karmić się tym. Na tę pokusę podatny jest mistycyzm. Kiedy religia wpada w jego pułapkę, staje się opium, ponieważ sprawia, że oszołomieni modłami i pochłonięci swoimi stanami zachwytu wierni zapominają o kwestii grzechu i cierpienia świata. Jest to w zasadzie mentalność eskapizmu. Pragnie rozwiązać problemy grzechu i cierpienia przez własne oddzielenie. Ale to się nie sprawdza. Gdziekolwiek próbuje się wprowadzać tę metodę, w gabinecie profesora na Zachodzie, w lasach Indii, w zakonach i chrześcijańskich klasztorach, niesie ona ze sobą nieuchronne nemezis – prowadzi do pesymizmu. Próba ucieczki od mroku świata wprowadza w wewnętrzny mrok ducha. Jezus odrzucił tę drogę.

Wtedy kusiciel zaproponował: – Jeśli już musisz wrócić, jeśli masz być Synem Człowieczym, to nie przyjmuj takiej postawy jak na początku. Nie stawaj obok człowieka w tak poniżający sposób, stań na szczytach świątyni, bądź wywyższony ponad ludzi. Bądź znakiem i symbolem religii, niech na ciebie patrzą i oddają ci cześć. Bądź wybrańcem Boga, szanowanym i czczonym. W ten sposób nadasz prestiż i właściwą wagę sprawie Królestwa Bożego. Bóg nie pozwoli, żebyś ty, Syn Boży, stanął obok zdegradowanego człowieka, ponieważ nawet, jeśli rzucisz się w dół, Boży aniołowie wyniosą cię znowu do góry. Twoje miejsce jest na górze, a nie na dole z tymi nędznymi tłumami.

Druga pokusa polega na tym: Stanąć na górze, z daleka, z wyniosłością, patrzeć z góry na grzeszny i cierpiący tłum, widzieć ich tylko z daleka, stać ponad tym wszystkim. To pokusa stoika, chińskiego „człowieka wyniosłego”, Brahmy, opanowanego dżentelmena, to jest nastawienie typu papieskiego, kiedy to stoimy na wysokości naszej pozycji, urodzenia, wiary i klasy. Zniżamy się do ludzi, ale tylko jako „miłosierna pani”, żeby rozdzielać błogosławieństwa i dobrodziejstwa, żeby spełnić obowiązek, gdyż noblesse oblige, tylko po to, żeby okazać, że Bóg o nas troszczy się szczególnie, ponieważ posyła swoich aniołów, którzy wynoszą nas z powrotem na naszą wzniosłą pozycję. Nigdy tak naprawdę nie zbliżamy się do ludzi. Kiedy przyjmujemy taką postawę, czujemy się od nich wyżsi, nie należymy do nich. Oznaczało to, że Jezus nie będzie Synem Człowieczym. Uniknie ludzkiego cierpienia poprzez izolację. Ale to też jest mentalność eskapizmu, choćby nie wiem jak wydawała się wzniosła. Jezus ją odrzucił.

A potem nadeszła trzecia subtelna pokusa: – Jeśli postanowiłeś, że będziesz Synem Człowieczym, to nim bądź. Jeśli chcesz się zjednoczyć z człowiekiem, to przyjmij jego sposoby działania, jego ducha. Zdobądź ich przez to, że staniesz się kompanem, będziesz z nimi za pan brat. Niech nic nie stoi między wami. Połącz się z nimi duchem, sympatiami i interesami, pójdź na całość. – Oddanie pokłonu szatanowi oznaczało przyjęcie postawy tych, którzy okazują mu posłuszeństwo. Jest to pokusa skorzystania z ludzkich metod w celu zdobycia człowieka, zdobycia świata i jego królestwa świeckimi sposobami.

Ale Jezus i to odrzucił. Będzie Synem Człowieczym. Pozwoli, żeby spotkało go wszystko to, co spotyka ludzi. Poza jednym wyjątkiem – jego wewnętrzna istota będzie inna. Będzie taki jak oni, a jednak odmienny. Będzie Synem Człowieczym, ale będzie także Synem Bożym. Jezus wiedział, że może zmienić człowieka tylko wtedy, gdy będzie się od niego różnił. Ale we wszystkim innym będzie taki jak człowiek.

Lawrence z Arabii powiada, że „żaden człowiek nie może przewodzić Arabom, jeśli nie będzie jadł cuchnącego jedzenia, nosił ich odzienia, mieszkał z nimi, a jednocześnie nie będzie od nich lepszy”. Jezus zajmie miejsce obok człowieka, przyjmie wszystko, co spada na człowieka, w walce moralnej i duchowej nie będzie korzystał z mocy, jaka nie jest dostępna człowiekowi, stawi czoła życiu jak prawdziwy mężczyzna, a jednak będzie w nim coś odmiennego. I właśnie w tej różnicy leży nasza nadzieja. Ponieważ potrzebujemy kogoś podobnego do nas, żeby stał się naszym odkupicielem. Gdyby Jezus był tylko do nas podobny, mógłby być dla nas tylko przykładem. Gdyby był od nas różny, mógłby być tylko naszym odkupicielem. Ale my potrzebujemy zarówno przykładu, jak i odkupiciela. Jezus w trakcie tych pokus zmagał się z kwestią, jak być zarazem i tym, i tym. I zwyciężył.

Wiedział jednak, że Jego wybór doprowadzi Go do ostatecznego utożsamienia się z człowiekiem na krzyżu. Został ochrzczony wraz z grzesznikami, zostanie ukrzyżowany pomiędzy złoczyńcami. Problem grzechu i cierpienia można było rozwiązać tylko przez uczciwe stawienie mu czoła. Nie będzie więc uników, wybiegów, pozorów, drogi na skróty, znieczulenia. Problem zostanie rozwiązany, Jezus przed nim nie ucieknie. A zostanie rozwiązany przez stanięcie obok człowieka, a nie pochylanie się nad człowiekiem i trącanie go jakby za pomocą kija.

Dlatego Jezus postawił stopy na drodze, o której wiedział, że w końcu zaprowadzi Go na krzyż.

Ale i wtedy chciano zepchnąć Go na inną drogę. A stało się to w chwili przybycia Greków. Incydent ten często pozostaje niezauważony. Zazwyczaj zwracamy uwagę na zdanie: „Panie, chcemy zobaczyć Jezusa” i na tym poprzestajemy. Ale jest to jedna z najbardziej brzemiennych w skutki chwil w życiu Jezusa. Jest to moment, którego wagę możemy porównać z kuszeniem na pustyni. Pod wieloma względami jest ono bardziej subtelne i trudniejsze niż doświadczenie na pustyni. Wydarzenie na pustyni ukazuje kuszenie na początku misji, ale przybycie Greków symbolizuje pokusę w połowie drogi. W połowie drogi pojawia się pokusa pójścia na kompromis, rezygnacji z ostrego stawiania sprawy, obrania łatwiejszego rozwiązania.

W chwili przybycia Greków spoglądamy w głębię wielkiego kryzysu duszy. Co sprawiło, że Jezus powiedział: „Teraz Moja dusza się zatrwożyła”? Cały opis zawiera w sobie coś więcej niż tylko rozmowę z Grekami.

„Wśród tych, którzy przybyli na święto, aby oddać pokłon Bogu, byli też pewni Grecy. Podeszli oni do Filipa z Betsaidy Galilejskiej i prosili: Panie, chcemy zobaczyć Jezusa. Filip poszedł i powiedział Andrzejowi. Wówczas Andrzej z Filipem poszli i powiedzieli Jezusowi. Jezus zaś oznajmił im: Nadeszła godzina, aby został uwielbiony Syn Człowieczy. Zapewniam, zapewniam was: Jeśli ziarno pszenicy, które wpadło w ziemię, nie obumrze, samo jedynie pozostaje. Jeśli zaś obumrze, przynosi obfity owoc. Kto miłuje swoje życie, utraci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. Jeśli ktoś chciałby Mi służyć, niech idzie za Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i Mój sługa. Jeśli ktoś Mi służył, uszanuje go Ojciec. Teraz Moja dusza się zatrwożyła. I co mam powiedzieć? Ojcze, wybaw Mnie od tej godziny? Przecież przyszedłem dla tej godziny. Ojcze, uwielbij swoje Imię! Wtedy rozległ się głos z nieba: I uwielbiłem, i znów uwielbię. Stojący zaś tłum, gdy to usłyszał, mówił: Zagrzmiało. Inni mówili: Anioł do Niego przemówił. Jezus natomiast oznajmił: Ten głos rozległ się nie ze względu na Mnie, ale ze względu na was. Teraz odbywa się sąd nad tym światem, teraz władca tego świata będzie wyrzucony na zewnątrz. A Ja, gdy zostanę wywyższony nad ziemię, pociągnę wszystkich do siebie. To zaś powiedział, dając poznać, jaką śmiercią miał umrzeć” (J 12,20-33).

Prawdopodobnie Grecy zostali przysłani po to, by próbować nakłonić Jezusa, żeby zostawił Żydów i przyszedł do Greków. Nie jest to interpretacja naciągana, ponieważ tradycja mówi, iż książę Edessy wysłał posłańców, zapraszając Go do przybycia do Edessy. Grecy dostrzegli pewnie burzę zbierającą się nad Jego głową i stwierdzili, że Jego dalsze przebywanie z Żydami grozi katastrofą – zostanie przez nich zabity. Dlatego prawdopodobnie przybyli, żeby Go zabrać do Aten, do miejsca, w którym horyzonty ludzkiego myślenia były szerokie i liberalne, gdzie docenią Jego naukę i gdzie będzie mógł długo żyć jako szanowany i ceniony nauczyciel. Dlaczego miałaby iść do Jerozolimy, gdzie czeka Go katastrofa? Jezu, przybądź do Aten.

Oto rywalizacja między Atenami a Jerozolimą. Atenami z ich ożywionym, powierzchownym zainteresowaniem, któremu brak głębi, a Jerozolimą z jej krzyżem. W którą stronę skieruje się religia ucieleśniona w Jezusie? Czy uda się do Aten, żeby uniknąć cierpienia, czy do Jerozolimy, żeby stawić mu czoło? Nie była to walka dobra ze złem – nie było nic złego w udaniu się do Aten, ale walka dobrego z najlepszym – dobra bez krzyża z najlepszym. Wszystkie systemy, wszyscy ludzie plasują się po jednej albo drugiej stronie tej kwestii. Przyjmują ateńską metodę radzenia sobie ze smutkiem – metodę, która próbuje go wyjaśnić albo znaleźć wymówki: przez słowa, sugestie, hipnozę idei, wybiegi umysłowe i duchowe, przez oddzielenie od faktów, przez stosowanie środków nasennych. Albo przyjmą metodę jerozolimską – drogę wychodzenia naprzeciw temu najgorszemu, co niesie życie, pozwolenia, żeby uderzyła w nas burza życia, drogę akceptacji Golgoty.

Jezus bardzo wyraźnie rozumiał tę kwestię, dlatego słyszymy, jak wypowiada monolog: „Jeśli ziarno pszenicy, które wpadło w ziemię, nie obumrze, samo jedynie pozostaje. Jeśli zaś obumrze, przynosi obfity owoc.” Grecy zasugerowali prawdopodobnie, że mógłby wśród nich prowadzić długie i owocne życie. Dlaczego miałby je oddać? Jego odpowiedź brzmiała tak: Życie przychodzi przez oddawanie życia, owocowanie przez wpadnięcie w ziemię i obumarcie. Nie będzie prowadził życia według klepsydry, ale zgodnie z biciem serca. Wielu z nas obrało drogę ateńską. Zostajemy pojedynczym ziarnem, korzystamy tylko z ludzkich zasobów, a wtedy znajdujemy życie płytkim i bezowocnym, nie chcąc zapłacić najwyższej ceny oddania samych siebie, stwierdzamy, że płacimy cenę śmierci za życia.

I znów słyszymy Go, jak mówi: „Kto miłuje swoje życie [o co mnie właśnie proszą], utraci je, a kto nienawidzi swego życia

[jak widzę, że muszę to zrobić]

na tym świecie, zachowa je na życie wieczne”. Grecy prosili Go, żeby ukochał swoje życie, uratował je i w ten sposób uratował innych – prosili Go o błogosławieństwo bez krwi. Ale Jezus wiedział, że to niewykonalne.

Jednak walka jest zażarta, ponieważ Jezus wie, że korona, która się wyłania nie jest złudzeniem. I znów słyszymy odgłos wewnętrznego zmagania: „Teraz Moja dusza się zatrwożyła”. I rzeczywiście mogła tego doznać! Ale niektórzy z nas w ogóle nie są zaniepokojeni w takim momencie. Zgadzamy się z duchem naszych czasów, który powiedziałby: Przyjmij ofertę Aten, uciekaj przed nieszczęściem Jerozolimy. W ten sposób akceptujemy tego ducha, dzielimy jego płytkie podejście. Ale i tak coraz więcej osób doznaje trwogi. Mają wrażenie, że jeśli unikną bólu, to rozminą się z życiem.

Jeszcze raz mówi Jezus: „I co mam powiedzieć? Ojcze, wybaw Mnie od tej godziny?” Czy poprosi o wybawienie, o zwolnienie ze złożenia najwyższej ofiary? Niektórzy z nas o to proszą. Prosimy o wybawienie od tej godziny. To prawda, że mimo wszystko nazywamy Boga Ojcem – pozostajemy religijni, nadal opowiadamy się za określonymi sojuszami, ale odmawiamy Bogu samych siebie. Prosimy, żeby zachował nas od tej godziny, a nie na tę godzinę. Ale Jezus odpowiada zdecydowanie: Nie, przecież coś mnie przywiodło tutaj na tę godzinę, coś innego doprowadziło mnie do tej godziny, wszystkie wieki konfrontowały mnie z tą godziną, wszystkie pragnienia ludzi doprowadziły mnie do stanięcia twarzą w twarz z tą godziną. Nie mogę teraz zawieść, ponieważ zawiódłbym ich.

To wielka chwila w życiu człowieka, gdy może powiedzieć Nie! wszystkim bocznym ścieżkom, wszystkim łatwym sposobom, wszystkim kompromisom, wszystkim pokusom, żeby udać się do Aten. Ale to wspaniały moment, kiedy może wejrzeć w głębię rzeczy i zdać sobie sprawę z tego, że istnieje „jeszcze coś” – Boska opatrzność, która doprowadziła Go do tej chwili. Oto podporządkowuje się wszechmocnej woli i ta wola niesie odkupienie przez ofiarę.

Usłyszymy teraz ostateczną decyzję: Ojcze, uwielbij swoje Imię! Nie myśl o tym, ile to będzie mnie kosztowało – uwielbij swoje Imię. Jezus dał Bogu pusty czek – pusty, tyle że podpisany własną krwią. Wieki zawisły na tej chwili i On ich nie zawiódł. Największa chwila życia następuje wtedy, gdy i my wręczamy Bogu czysty czek podpisany własną krwią i z radością prosimy Go, żeby liczył na wszystko, co do nas należy, włączając w to nas samych. Jest to moment Wielkiego Wyrzeczenia – dla Niego i dla nas.

Ale zaraz po tym następuje chwila Wielkiego Zwiastowania. Słuchajcie: „Wtedy rozległ się głos z nieba: I uwielbiłem, i znów uwielbię”. W chwili, kiedy Jezus wypowiedział ostateczne zdanie, przemówiło niebo. Wielu z nas, żyjących pod milczącym niebem, przekona się, że przemówi ono głosem Bożym, kiedy obierzemy drogę jerozolimską. Bóg przemówi do nas z kart Pisma Świętego, przez głos opatrzności i w głębi naszego ducha, jeśli zdecydowanie obierzemy tę drogę. Wtedy życie nabierze nowego sensu, celu, planu.

Ciekawa jest reakcja świadków. Niektórzy mówili: Zagrzmiało. Dla nich był to bezosobowy głos przyrody, bez żadnej treści. Tak wygląda interpretacja materialistycznego naturalizmu. Kiedy słyszymy głos Boga w odpowiedzi na nasze ostateczne oddanie mu się, oni powiadają: Zagrzmiało. Kiedy przechodzimy przez przemieniający duszę moment kryzysu i wychodzimy jako istoty odrodzone, powiadają z powagą: doświadczenie wieku dorastania – zagrzmiało. Kiedy wracamy do domu ze spotkania, na którym uchwyciliśmy wizję Chrystusa zmieniającą nasze życie, oni powiadają: psychologia tłumu – zagrzmiało. Kiedy odczuwamy ból, nieszczęście i grzech świata i poświęcamy się sprawie jego uzdrowienia, oni powiadają: sublimacja popędu płciowego – zagrzmiało. Kiedy Bóg kładzie na nas rękę w postaci fizycznego uzdrowienia, ich odpowiedź brzmi: sugestia umysłu – zagrzmiało. Kiedy modlitwa podnosi nas na duchu i kiedy cieszymy się z przemiany, słyszymy: autosugestia – zagrzmiało. Oto postawa i interpretacja jednej grupy świadków.

Jest jeszcze inna grupa, z własną interpretacją: „Anioł do Niego przemówił”. Dla nich było to coś więcej niż głos natury i coś mniej niż głos Boga – był to głos anioła. Ludzie tego rodzaju mają inklinacje religijne, ale prezentują raczej amatorskie podejście. Są bardziej spirytualistyczni niż duchowi. Są bardziej zainteresowani zjawiskami i manifestacjami spirytyzmu, przebywają raczej w ciemnych pokojach grzechu niż ciemnych padołach grzechu, kontaktują się ze zmarłymi, zamiast przekazywać Dobrą Nowinę żywym. Takiej postawie brak głębi moralnej – przemówił do niego anioł.

Nie mogę bezapelacyjnie stwierdzić, że zmarli nie przemawiają do żywych – mój umysł jest otwarty, oczekuję na to dowodów. Ale gdyby nawet przemawiali, to nie sądzę, że wtedy, gdy koncentrujemy się na uzyskaniu kontaktu ze zmarłymi, skutkiem tego powstaje najzdrowsza religia i najzdrowszy charakter, zwłaszcza gdy prowadzi to do osłabienia naszego kontaktu z problemami żywych.

Obie te grupy to „świadkowie” – „ci, którzy stali, powiedzieli”. Każdy, kto stoi na obrzeżach życia jako obserwator, będzie z natury rzeczy dokonywał płytkiej interpretacji życia. Tylko ci, którzy stawili czoła alternatywie Jerozolimy i Aten, i wybrali Jerozolimę, potrafią prawdziwie interpretować życie. Oni żyją. Wiedzą, co oznacza krzyż, ponieważ czują jak wżyna się im w ramiona. Wiedzą, co znaczy cierpienie, ponieważ zostali ukrzyżowani na krzyżu dobrowolnego bólu. Ale wiedzą także, co oznacza życie, ponieważ czują, jak pulsujące, tryskające, śpiewające życie przepływa przez każdą tkankę ich istoty. Znają życie – od środka! Nie są obserwatorami.

Wskutek tego doniosłego wyboru Jezus zobaczył, że wydarzą się trzy rzeczy. Po pierwsze, nadejdzie sąd nad światem. „Teraz odbywa się sąd nad tym światem”. Co wybór krzyża miał wspólnego z sądem nad światem? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że nie ma tu żadnego powiązania, ale przy drugim spojrzeniu zauważamy, że istnieje związek. Krzyż to krzesło sędziowskie dla tego świata. Tam ludzie zostają prawdziwie osądzeni. Muszę wyznać, że nie czuję wewnętrznego drżenia, kiedy wyobrażam sobie Boży tron w dniu ostatecznym, ale Człowiek na krzyżu osądza mnie, potępia i rzuca na kolana. Jego duch stawiający czoła grzechowi świata i cierpieniu sprawia, że mój duch drży jak igła kompasu w czasie burzy. Na krzyżu Jego miłość osądza moją nienawiść, Jego szerokie nastawienie osądza moje wąskie spojrzenie, Jego ofiarność osądza mój egoizm. Obserwator powiedział: Zagrzmiało i teraz fakt wyboru krzyża grzmi jak grom w naszym grzesznym duchu i sprawia, że zaczynamy się bać. Jezus miał rację, kiedy powiedział: „Teraz odbywa się sąd nad tym światem”. Po drugie, moc zła zostanie wyrzucona z tego świata. „Teraz władca tego świata zostanie wyrzucony na zewnątrz”. Jezus wyrzuci grzech i cierpienie ze świata przez to, że weźmie je do swojego serca i tam zadusi je na śmierć. Wyrzuci księcia tego świata nie przez złamanie mu karku, ale przez to, że pozwoli mu złamać swoje serce. Wyrzuci cierpienie przez przyjęcie cierpienia, wyrzuci grzech przez to, że stanie się grzechem. Po trzecie, Jezus zamanifestuje najwyższą moc przez wybór krzyża. „A Ja, gdy zostanę wywyższony nad ziemię, pociągnę wszystkich do siebie”. Oto miał się zamanifestować nowy rodzaj mocy – moc przezwyciężenia zła dobrem, nienawiści miłością i świata przez krzyż. Była to moc nadstawienia drugiego policzka, pójścia drugiej mili, oddania także płaszcza, pociągnięcia człowieka wzwyż przez śmierć.

Wybór został dokonany. Jezus podziękuje grupie z Aten, ale odrzuci ich ofertę. Wybierze ludzi, którzy Go odrzucali. Nie miał innego wyjścia, ponieważ Jerozolima i wzgórze zwane Golgota leżało między Nim a zwycięstwem wielkanocnego poranka. Nie nauczy śpiewać ludzi niosących krzyż, jeśli nie pozwoli najpierw, żeby Jego własny głos został uciszony przez krzyż.

Prawdą pobrzmiewają przejmujące słowa poety:

Chcę śpiewać wiersz za wierszem, Szalony jak strumyk na wiosnę. Chcę krzyczeć melodię W porywach przygody.

Ale jak mam śpiewać wiersze? Ja, który widziałem dziś Zgarbione robotnice I dzieci, którym nie wolno się bawić.

A na przestronnym wzgórzu, Gdzie przestwór nieba szeroki, Widziałem drzewo zgrozy, Na którym umarł Murzyn.

Chcę śpiewać wiersz za wierszem, Ale mój głos milknie. Oniemiałem w obliczu smutku świata I zamilkłem wobec największej krzywdy.

Nikt nie potrafi śpiewać poezji w świecie takim jak nasz, chyba, że poznał „pieśń Baranka” – pieśń, której uczymy się w cierpieniu, biorąc na siebie krzyż, przykładając do niego smyczek i zamieniając go w harfę.

Ale zanim będziemy w stanie zaśpiewać tę pieśń, musimy się na chwilę zatrzymać, wejrzeć głębiej i spróbować oddać głębokość krzyża, który wybrał Jezus.

9. Boża cena

Kiedy przyglądamy się życiu, wydaje się ono mówić dwie sprzeczne rzeczy. Przyroda wydaje się wypowiadać twarde, niezmienne, nieugięte, żelazne prawa. Religia z drugiej strony oferuje nam przebaczenie, odnowę, nową szansę. Spójrz na Boga przez przyrodę, a dojdziesz do wniosku, że jest on Prawem. Spójrz na Boga przez Chrystusa, a dojdziesz do wniosku, że jest on Miłością. Czy można pogodzić te dwie rzeczy, czy też musimy między nimi wybierać?

Nie ma wątpliwości, że spotykamy się z takimi dwoma zespołami faktów. Jeden zespół faktów został w Indiach zamieniony w prawo karmy. Zredukowane do najprostszej formy i głównego sensu prawo karmy mówi, że zbieramy to, co zasialiśmy. Prawo to z naciskiem podkreśla, że nasz świat jest światem moralnym i ludzie ponoszą moralną odpowiedzialność, że w jakiś sposób, gdzieś, kiedyś, dosięgną nas skutki własnego postępowania. Nieuchronnie, nieodmiennie, nieodwracalnie spotkamy się ze skutkami tego, co robimy. Jeśli takie jest sedno prawa, to mogę je zaakceptować – z całego serca. Nie oznacza to, że akceptując zasadę karmy musimy jednocześnie przyjąć teorię reinkarnacji, która stanowi obudowę prawa karmy, wyjaśniającą istniejące w życiu nierówności. Nie mam dostatecznych dowodów na reinkarnację. Jeśli chodzi o karmę, to spotykam się wszędzie z bardzo przekonującymi dowodami.

Człowiek ma wolną wolę, żeby wybrać uczynek, ale nie wybiera sobie jego skutków. Skutek jest wynikiem naszych moralnych wyborów. Może nie zawsze następuje widoczna kara, ale w rezultacie zawsze dochodzi do degradacji człowieka, nawet jeśli brak jest bezpośrednich tego dowodów w postaci zewnętrznych skutków. To prawo nie ma względu na kolor. Jeśli złamie je biały, czarny, brązowy, czy żółty, prawo złamie i jego. Nie ma względu na religię. Prawo to nie pyta, czy jesteś chrześcijaninem, muzułmaninem, hinduistą, buddystą czy agnostykiem – jeśli je złamiesz, ono złamie ciebie. Chodzi o to, że to nie my łamiemy prawo – ale sami się na nim łamiemy. Kiedy je łamiemy, ono sprawia, że zmieniamy się w drżące, pokrwawione, zdruzgotane istoty. Odnosi się to do grup, narodów, ras, jak również do jednostek. Istnieje karma narodowa, jak i karma indywidualna. Na małą skalę, jak i na wielką skalę, wszechświat opowiada się za dobrem, a przeciw złu.

Za grzechy popełnione we dwoje, odpowiemy indywidualnie.

To sprawia, że nasz świat wydaje się być twardy i nieubłagany, ale przez to w naszych umysłach wypalona zostaje prawda, że wszechświat zasadza się na prawie, a nie na zachciance, mrzonce i fantazji. Wiemy, czego się spodziewać. Dyscyplina w tej szkole jest bardzo surowa, ale niezawodna. Wolę mieć wszechświat niezawodny, niż taki, w którym nie można mieć pewności po czyjej stronie się opowie.

Nie musimy tego już dłużej uzasadniać, ponieważ historia ludzkości to historia działania tego prawa. „Wszystko zdradza ciebie, jeśli zdradzasz mnie” – powiedział Francis Thompson. A mówiąc tak, ubrał w słowa to, co zostało zapisane w konstytucji rzeczy.

Ale nie jest to cała prawda o materii. Istnieje druga strona, na którą rzadko się spogląda omawiając prawo karmy. Nie jest prawdą, że tylko my zbieramy to, co zasialiśmy. Skutki naszych uczynków, dobre i złe, dotykają także innych. Istnieje coś takiego, jak przechodnie prawo karmy. Inni ludzie zbierają to, co my zasialiśmy. Jeśli zgrzeszy ojciec rodziny, prawdopodobnie oddałby wszystko, żeby tylko on sam mógł ponosić konsekwencje, ale nie ma na to wpływu. Jego żona, dzieci, przyjaciele – wszyscy jego bliscy– odczuwają skutki jego czynów. Życie każdego człowieka jest związane z życiem innych ludzi. Nie ma izolacji. Jeśli moje życie się wznosi, wszyscy inni zostają podciągnięci do góry, ale jeśli moje życie upada, wszyscy inni odczuwają ten upadek.

Jeśli prawo transferu karmy jest prawdziwe – a myślę, że jest ono tak głęboko osadzone w faktach jak prawo karmy – to otwiera nam to drogę do pojęcia zastępstwa. Pozwala nam pomyśleć o krzyżu. Gdyby znalazł się ktoś, kto stojąc w samym centrum życia, przez powszechność i głębię swojej miłości, wziął do swojego serca grzechy i cierpienia człowieka, mógłby przenieść je do swojej karmy. W tym przypadku człowiek zjadłby owoc nie tego, co sam zasiał, ale tego, co zasiał On. Istnieje przynajmniej możliwość takiego rozważania. Zbadajmy tę możliwość dokładniej.

Zanim przejdziemy do idei kryjących się za krzyżem Chrystusa, przyjrzyjmy się dwóm założeniom wstępnym. Słusznie czy niesłusznie – a uważamy, że słusznie – my chrześcijanie patrzymy na Jezusa jako na ludzkie życie Boga. On jest tą częścią Boga, którą mogliśmy oglądać. Był na ziemi objawieniem Boga. On jest Bogiem przemawiającym do nas językiem dla nas zrozumiałym – językiem człowieka. Ukazuje nam swój charakter w miejscu, w którym tworzy się charakter człowieka, tzn. w środowisku ludzkim. Trudno sobie wyobrazić, jak Bóg mógłby się objawić inaczej niż właśnie w taki sposób. Jeśli to prawda, w takim razie to, co spotkało Jezusa, spotkało Boga. To, co On poniósł, poniósł i Bóg. Jego krzyż, to krzyż Boga. A zatem ten zewnętrzny krzyż, który został kiedyś wzniesiony w przeszłości, jest znakiem wewnętrznego krzyża, który leży na sercu Boga. Ograniczeni przez nasze zmysły nie byliśmy w stanie dostrzec krzyża na sercu Boga, dopóki nie dostrzegły go nasze zmysły. Włoski malarz miał rację malując jak gwoździe wbijane w ręce Jezusa przechodzą przez drewno i wbijają się w ręce stojącego z tyłu Ojca. Ta koncepcja to echo stwierdzenia Pawła, kiedy powiada: „W Chrystusie, bowiem, Bóg pojednał świat ze sobą”.

Nie możemy oddzielić Boga od Chrystusa, uznać jednego za twardego i nieugiętego, a drugiego za czułego i przebaczającego. Mała dziewczynka powiedziała kiedyś: „Nie cierpię Boga, ale kocham Jezusa. Bo Bóg chciał zniszczyć świat, ale Jezus mu na to nie pozwolił”. W swoim dziecięcym wybuchu wyraziła to, co zostało wbudowane w teologiczne systemy. Ale Nowy Testament odkrywa przed nami Boga Chrystusowego. Kiedy Jezus mówi: „Kto mnie zobaczył, zobaczył Ojca”, ma na myśli, między innymi i to, że kto mnie widział na krzyżu, widział na krzyżu i Ojca. A zatem krzyż to złamane serce Boga.

W świecie takim jak nasz złamanie serca jest nieuniknione. W domu człowieka, w którym miłość spotyka się z grzechem ukochanej osoby, na skrzyżowaniu, gdzie spotykają się ta miłość i ten grzech, ustawiony zostaje krzyż bólu. Prawdziwa miłość cierpi, kiedy styka się z grzechem ukochanej osoby, a im czystsza miłość, tym większy ból. Kiedy święta i czysta miłość Boża styka się z naszym grzechem, grzechem bliskich mu ludzi, to na rozdrożu miłości i grzechu, zostaje wzniesiony krzyż. To nieuchronne. Taka jest natura rzeczy. Nie następuje to mechanicznie, ale w wyniku akceptacji ze strony miłości. Ponieważ miłość nie może być miłością i jednocześnie pozostać niewzruszona i daleka. Jeśli ma być miłością, to zagłębi się w grzech i smutek innych i weźmie je na siebie.

„Ale ja nie chcę zrzucać moich grzechów na Jezusa – powiedziała mi kiedyś pewna Szwedka, która przeszła na buddyzm. – To poniżające prosić kogoś, żeby wziął na siebie twoje grzechy”. „Zgadzam się z panią – odpowiedziałem – ale chociaż nie chce pani zrzucić swoich grzechów na Jezusa, i prosić, żeby je poniósł, to nie może pani przeszkodzić temu, żeby On sam je wziął, czy pani o to prosi, czy nie. Ponieważ On jest miłością, to musi je na siebie wziąć nawet bez pani prośby”. Miłość nie może być miłością, jeśli nie bierze na siebie brzemienia miłości. W takim świecie jak nasz Bóg nie może nie przyjąć krzyża i nadal pozostać Bogiem miłości.

Jeśli zatem w cierpieniu i bólu protestujemy przeciw temu, że Bóg stworzył świat, w którym są możliwe grzech i cierpienie, to pamiętajmy, że jeśli my płacimy dużą cenę za życie w takim świecie, to Boga kosztowało to więcej, żeby go stworzyć. Bowiem oznacza to, że stworzył świat, w którym musi kierować się miłością. Oznaczało to Jego własny krzyż. Mógł stworzyć świat bez grzechu i cierpienia, ale wtedy nie bylibyśmy wolnymi istotami zdolnymi do podejmowania własnych wyborów. Mógł nas uczynić kukiełkami, nie ludzkimi istotami, maszynami, nie ludźmi. On jednak wybrał wielką przygodę i stworzył istoty ludzkie zdolne do wybrania zarówno dobra, jak i zła. Miłość nie mogła stworzyć czegoś gorszego. Rodzice dają życie dziecku, które może obdarzyć miłością, a przez to ryzykują wydanie na świat istoty, która może zbłądzić, złamać im serce. A jednak podejmują to ryzyko, ponieważ miłość nie może postąpić inaczej. Dlatego Bóg, Boski rodzic, podejmuje takie samo ryzyko stwarzając nas, ponieważ może się okazać, że złamiemy mu serce. I tak się stało. Krzyż jest tego dowodem. W chwili stworzenia wziął na siebie odpowiedzialność, a na krzyżu spełnia swój obowiązek wynikający z odpowiedzialności. Weźmie na siebie wszystko, co spada na nas – i jeszcze więcej! Tylko na takiej podstawie mógł stworzyć. Ale właśnie na takiej podstawie mógł stworzyć. I z pewnością od początku myślał o wspaniałej odnowie, skoro podjął ryzyko stworzenia. Ów ostateczny plan i cel jest przed nami zakryty. „Jeszcze się nie ujawniło, kim będziemy” – ale teraz widzimy krzyż. To nas podtrzymuje. Jeśli prawdą jest objawienie tego, co widzimy w krzyżu, to możemy ufać temu, co się za nim kryje. Jeśli Serce kryjące się za wszechświatem jest jak to łagodne, to silne serce, które pękło na krzyżu, to mogę mu bez zastrzeżeń oddać własne serce.

Ale rodzą się takie obiekcje: Jeśli Bóg cierpi, to Bóg jest nieszczęśliwy. Jeśli jest nieszczęśliwy, to nie jest doskonały. Jeśli nie jest doskonały, to nie jest Bogiem. Te obiekcje zasadzają się na błędzie logicznym. Jak brzmi prawo szczęścia w naszym wszechświecie? Brzmi ono tak: Prawdziwie szczęśliwi są ci, którzy dobrowolnie przyjmują na siebie ból ze względu na innych. Nieszczęśliwi są ci, którzy koncentrują się na sobie i nie chcą nic zrobić dla innych swoim kosztem. Są znudzeni, nic ich nie cieszy. Bóg, który siedziałby gdzieś z dala od tragedii, bólu i nieszczęścia świata, byłby Bogiem samolubnym, a zatem Bogiem nieszczęśliwym. Ale Bóg, który zazna radości krzyża, będzie Bogiem, który pozna największą radość we wszechświecie – radość zbawienia innych kosztem samego siebie. Bóg, w którego naturze nie byłoby najwspanialszej rzeczy we wszechświecie, to znaczy miłości, byłby Bogiem niedoskonałym, a zatem nie byłby Bogiem. Psalmista pyta: „Czy Ten, który stworzył ucho, nie słyszy? Czy nie widzi Ten, kto ukształtował oko?” A Browning dodaje: „Ten, który stworzył miłość, nie miałby kochać?” A my moglibyśmy dodać: Ten, który w serca najlepszych ludzi włożył impuls poświęcenia, nie miałby poświęcić siebie? Jeśli we wszechświecie nie ma takiego Boga, to powinien być!

Ale wracając do rzeczy. Jeśli prawo karmy jest zapisane w naturze rzeczy, to zapisane jest tam także prawo miłości. Jeśli zbocza wzgórza zostaną zniszczone przez silne strumienie, przyroda zaczyna działać, wypełniając bruzdy kwiatami. Jeśli kość zostaje złamana, cały organizm zaczyna pracować na rzecz uleczenia tego złamania. Jeśli rana zostaje zainfekowana, miliony cząsteczek poświęcą siebie w walce z zakażeniem. Kiedy mrówki pokonują strumień, niektóre z nich tworzą most z martwych ciał innych mrówek, żeby pozostałe mogły się przeprawić bezpiecznie. Kwiat umiera, żeby mógł się pojawić owoc.

W Ameryce Południowej dostałem kilka kamieni wyjętych z dna pewnej rzeki, które rozłupane na pół, ujawniały w środku rysunek krzyża. W tym samym kraju dano mi także część olbrzymiej kiści winogron, w której środku widniał doskonały rysunek krzyża. Krzyż jest częścią życia – tkwi w kamieniu, zbliża się do życia w winorośli, jeszcze wyraźniej widać go w zwierzęciu, jaśniej świeci w człowieku, a do spełnienia i doskonałości dochodzi w krzyżu Chrystusa. A krzyż jest objawieniem Boga.

W pięknych strofach E. M. Plunkett:

Widzę Jego krew na róży A w gwiazdach chwałę Jego oczu. Jego ciało lśni pośród wiecznych śniegów, Jego łzy padają z niebios.

Wszystkie ścieżki wydeptały Jego stopy, Jego silne serce porusza huczące ciągle morze, Jego korona cierniowa plecie się z każdym cierniem, Jego krzyż jest każdym drzewem.

Ktoś powiedział, że życie to wrażliwość. W najniższej formie życia odnajdujemy bardzo mało wrażliwości. Nie ma jej w kamieniu. Ale znajdujemy ją w roślinie, ponieważ prof. Bose dowiódł przez swój eksperyment, że roślina potrafi reagować na przychylność i nienawiść oraz że cierpi w chwili śmierci. Ale to cierpienie jest niewielkie. Więcej wrażliwości jest w zwierzęciu, choć nie jest wysoko rozwinięta, ponieważ zwierzę ma bardzo ograniczony zasób uczuć. Wyraźniej i pełniej widać ją w człowieku – im wyżej wznosi się człowiek na skali kultury i charakteru, tym większą objawia wrażliwość, im większa skala uczuć, tym większa zdolność cierpienia. Kiedy dochodzimy do najwyższej formy życia, to znaczy Boga, spodziewamy się, że wrażliwość objawi się w pełni doskonałości. Odkupieńcze dzieło Chrystusa na krzyżu dowodzi, że tak jest rzeczywiście. Krzyż – to Bóg wrażliwy na ludzki grzech i smutek; tak wrażliwy, że czyni go swoim. Goethe powiedział: „Gdybym był Bogiem, grzech i cierpienie tego świata złamałyby mi serce”. Oczywiście, że tak. Boże serce zostało złamane.

Jezus objawia najwyższy stopień wrażliwości. Wszystko, co rani człowieka, rani Jego. Jak powiedział Joseph Parker: „Jezus nigdy nie schodzi z krzyża” – ponieważ człowiek zawsze tkwi w grzechu i cierpieniu. Hutton powiada, że F. D. Maurice miał wrażenie „pewnego rodzaju pełnego wyrzutów sumienia współudziału w każdej grzesznej skłonności swojego wieku”. Mencius napisał, że cesarz, który pierwszy przeprowadził regulację rzek Chin, powiedział: „Czuję się osobiście odpowiedzialny za każdego człowieka, który tonie w Chinach”. Cesarz, którego nazywano „Cesarzem Rolniczym”, powiedział, że czuł się „osobiście odpowiedzialny za każdego człowieka, który w Chinach głoduje”. Jezus posuwa się jeszcze głębiej i przez zakres swojej miłości ukazuje, iż odczuwa każdy grzech i każde cierpienie człowieka jako swoje własne. Grzech każdego człowieka, to Jego grzech, ból każdego człowieka, to Jego ból. Oto sens słów „On sam w swoim ciele poniósł nasze grzechy na drzewo”. Nie poniósł ich w sensie mechanicznym, ale życiowym. Nie zostały na Niego złożone w taki sposób, jak kiedyś składano je na koźle ofiarnym, ale wziął je tak, jak matka wzięłaby do serca grzechy zbłąkanego syna i razem z nim znosiłaby wstyd i karę.

Dr Coffin opowiada o brytyjskim sierżancie spod Somy, który powiedział, że kiedy przez długie miesiące na linii frontu utrzymywała się wymiana ognia, nie mógł się oprzeć wrażeniu, że Chrystus znajduje się pomiędzy dwiema pozycjami i że strzały przechodzą przez Jego ciało. W kaplicy Pekińskiego Zjednoczonego Koledżu Medycznego na tablicy ku czci dr. Halla, który zmarł podczas zarazy opiekując się pacjentami, napisano to, co powiedział o nim chiński pacjent: „On wziął moją chorobę do swojego serca”. Kiedy ewangelia powiada, że „On wziął na siebie nasze słabości”, to znaczy to o wiele więcej niż uzdrowienie słabości ludzi, którzy znajdowali się wokół niego. On je wziął, stały się Jego własnym bólem. Podobnie jak to się dzieje, kiedy dotykasz wrażliwego nerwu w ciele i mózg odczuwa ten wstrząs, tak Jezus jako głowa grzesznej, cierpiącej rasy odczuwa ten ból w swoim wnętrzu.

O pewnym mędrcu w Indiach powiadano, że widział, jak jacyś ludzie bili wołu i tak bardzo współczuł biednemu zwierzęciu, że ślady kijów pojawiły się na jego plecach. W ranach Chrystusa widzimy nasze własne rany, w Jego ubiczowanych i krwawiących plecach widzimy zewnętrzny znak wewnętrznego biczowania przez pełne winy sumienie, w Jego odrzuceniu, odrzucenie naszego obciążonego winą ja, w Jego wołaniu osamotnienia na krzyżu, nasze własne wołanie.

On był nerwem, przez który płynął nie odczuwany inaczej ucisk ziemi.

W naszym aszramie ochrzciliśmy pewnego swamiego. Stał się bardzo gorliwym uczniem. Był to człowiek lew – najbardziej pierwotny, jakiego kiedykolwiek spotkałem. Pewnego razu rozmawiał z grupą hinduskich prawników i jeden z nich rzucił pogardliwą uwagę o narodzeniu Jezusa, sugerując złośliwie, że narodził się poza związkiem małżeńskim, a zatem w grzechu. Rozwścieczony swami zdjął but i kilka razy uderzył prawnika po ramieniu. Potem odszedł oburzony, czując, że miał prawo tak bronić Pana. Ale kiedy w nocy leżał i o tym rozmyślał, przyszedł do niego Chrystus. Stanął cicho bez słowa, a potem w milczeniu zsunął z ramienia szatę i tam swami zobaczył ślady swojego buta. Zobaczył, że Jezus wziął na siebie uderzenia, które zadał swojemu wrogowi.

Kiedy przywódcy żydowscy wydali Jezusa Rzymianom, żołnierze skorzystali z okazji, żeby wyrzucić z siebie pogardę i nienawiść do narodu żydowskiego. Oto ich król. Pokażą wszystkim, co myślą o Żydach okazując pogardę i szyderstwo ich królowi. Prawdopodobnie nie czuli osobistej wrogości wobec Jezusa, ale w stosunku do Żydów! Dlatego wylali swoją pogardę na ich króla. Ubrali go w królewskie szaty, w rękę wcisnęli mu berło w postaci trzciny, na głowę włożyli koronę z cierni, a potem padali przed nim na kolana wołając: „Witaj, królu Żydów!” Cała ta pogarda była nakierowana na Żydów, a jednak Jezus wziął to, co było skierowane do tych, którzy go ukrzyżowali i zniósł to – dla nich!

O Chaitaniya, wielkim bengalskim wiernym, powiedziano, że kiedyś było mu bardzo zimno – tak zimno, że wydawało się, iż umrze. Jego przerażeni uczniowie owinęli go we wszystkie koce, jakie tylko mogli znaleźć, ale mimo wszystko wyglądało na to, że umiera z zimna. Jeden z uczniów, czując że musi istnieć jakiś inny powód wyziębienia, jakie odczuwa mistrz, zaczął rozglądać się wokół, żeby znaleźć przyczynę. Gdzieś w kącie znalazł chamara – wyrzutka społeczeństwa, który drżał z zimna. Ten chamar, powiedział uczeń do siebie, musi być przyczyną, dla której mojemu mistrzowi jest zimno. Pobiegł, znalazł koce i owinął nimi chamara. Kiedy ten zaczął się rozgrzewać, zaczął się rozgrzewać i Chaitaniya. Może to tylko piękna legenda, ale w wypadku Chrystusa to fakt – „Co uczyniliście jednemu z tych braci Moich najmniejszych, Mnie uczyniliście”. On cierpi ziąb w wychłodzonych ciałach ubogich. On jest samotny w wyrzutku, rani Go wina grzesznika, stanowi część każdego życia. Jakiegoż wyboru dokonał, gdy stał się Synem Człowieczym! Wybór ten oznaczał, że wybrał wszystko, co dotyczyło synów ludzkich. A najbardziej dotyczyły ich grzech i cierpienie. Chrystus i to wziął na siebie.

Słowa Eugene’a Debsa dźwięczą echem krzyża: „Lata temu uznałem swoje pokrewieństwo ze wszystkimi istotami ludzkimi i stwierdziłem, że nie jestem ani trochę lepszy niż najnędzniejsi na tej ziemi. Powiedziałem wtedy i powtarzam dzisiaj, że jeśli istnieje jakaś niższa klasa, to ja do niej należę, jeśli istnieje klasa kryminalistów, to ja do niej należę, jeśli uwięziona jest jedna dusza, to i ja jestem w więzieniu”.

Pewien urzędnik państwowy w Indiach opowiedział mi, jak doznał przemiany. Wszyscy to zauważyli, że się zmienił. Interesowano się jego historią głównie z powodu wspaniałych skutków. Opowiadał, że pierwszy krok w stronę niemoralności uczynił w czasie, kiedy pojechał na studia do Europy. Pozostawił w domu czystą, niewinną, ufną żonę – godną szacunku duszę. Kiedy wrócił z Europy, zamiast porzucić niewierność, prowadził podwójne życie. Czystość i ufność jego żony dźgała go niczym nóż, aż nadeszła chwila, kiedy już nie potrafił dłużej utrzymać w tajemnicy swojej winy. Postanowił wyznać ją swojej żonie, ale bał się – pewnie go porzuci albo zabije go swoim gniewem. I pewnego dnia zdobył się na odwagę. Poprosił ją do pokoju, zamknął drzwi i zaczął opowiadać całą swoją nieszczęsną historię. Kiedy dotarł do jego żony sens tego, co opowiadał, pobladła jakby miała za chwilę umrzeć, zachwiała się i oparła o ścianę. Po jej policzkach płynęły łzy. Kiedy tak stał i patrzył, jak jego grzech krzyżuje jego żonę, jak jej czysta miłość doznaje tortur na krzyżu grzechu, w tym momencie – powiedział – zrozumiałem krzyż Chrystusa. W jej mniejszym krzyżu ujrzałem znaczenie tego większego krzyża. A kiedy przez łzy powiedziała, że mnie nie opuści, ale pomoże mi rozpocząć nowe życie, odczułem ofertę nowego początku w krzyżu Chrystusa i od tej chwili jestem nowym człowiekiem. Odkupiło go cierpienie miłości. A jest to jedyny sposób odkupienia.

Rozpoczęliśmy ten rozdział podkreślając prawo karmy – twarde, niezmienne, nieugięte, żelazne prawo. Ale zauważyliśmy, że to prawo nie stanowi całej prawdy. Pozostaje jeszcze sprawa transferu karmy. Jeśli Bóg jest prawem, jest też miłością. Obie te cechy są w nim. Problemem jest ich pogodzenie.

Czujemy, że skoro Bóg jest miłością, to powinno istnieć przebaczenie. Czy Bóg nie nakazuje nam przebaczyć tym, którzy przeciw nam zgrzeszyli? Czy On sam miałby uczynić mniej, niż żąda od nas? To niemożliwe. Ale czujemy jednocześnie, że jeśli istnieje przebaczenie, to nie jest to tanie przebaczenie. Przeciw takiemu buntuje się nasza moralna natura – nie może znieść takiej myśli. Jak można zachować prawo, a jednocześnie okazać miłość? Kiedy okazało się, że dwaj młodzi ludzie z aszramu Mahatmy Gandhiego splamili się niemoralnością, jego serce zostało złamane. Oto głosi Indiom czystość, a nieczystość wkrada się do jego własnego aszramu. Z powodu smutku ducha zaczął pościć. Pościł sześć dni. Kiedy potem owi chłopcy stanęli przed Gandhim i błagali go, żeby im przebaczył i przywrócił ich do społeczności, czy mógł to uczynić? Tak, teraz mógł im zaoferować przebaczenie, ponieważ nie było to już tanie przebaczenie – była na nim plama krwi jego własnego cierpienia. Gdyby Gandhi jako zwierzchnik instytucji okazał im przebaczenie ze względu na swój autorytet, byłoby ono tanie i łatwe, a także mało znaczące, ponieważ nie byłoby w tym jakości moralnej. Jeśli Bóg udziela nam przebaczenia tylko dlatego, że jest Bogiem wszechmocnym, jak to twierdzą nasi muzułmańscy przyjaciele, to jestem przekonany, że nie możemy go przyjąć. Brak w nim moralnej jakości. Jest to tanie przebaczenie. Ale jeśli udziela nam przebaczenia nie na bazie boskiej wszechmocy, lecz na fundamencie boskiej ofiary, jeśli udziela go nam ręka przebita gwoździem – wtedy nasze poczucie moralności pozwala nam z niego skorzystać.

Jeśli po popełnieniu grzechu więź między Gandhim a chłopcami miała zostać przywrócona, to ten ostatni musiał przejąć inicjatywę. Chłopcy nie mogli powiedzieć: No to bądźmy dalej przyjaciółmi. Stał przed nimi ich grzech. Jak można było usunąć ten grzech i przywrócić zniszczoną więź? Gandhi musiał przejąć inicjatywę, musiał przywrócić tę więź ze swojej strony przez to, że wziął grzech do swojego serca i pozwolił mu je złamać. Kiedy grzeszymy, nie możemy dotrzeć do Boga – On musi przyjść do nas. To On musi przywrócić naszą więź z Nim. On musi wziąć to sobie do serca i przyjść do nas niosąc w swoim sercu nasz grzech, wstyd i smutek. Krzyż to cena, jaką musiał zapłacić Bóg, żeby dotrzeć do nas mimo naszego grzechu.

A zatem krzyż to miejsce pojednania między karmą a przebaczeniem, prawem i miłością. Pionowa belka krzyża reprezentuje prawo karmy – jakże jest ono proste i nieugięte! Druga belka, pozioma, symbolizuje miłość Bożą rozkładającą ręce, żeby zbawić i uzdrowić. Te dwie belki, prawo i miłość, spotykając się tworzą krzyż. A krzyż tworzy z nich jedność.

W świątyni w Pekinie stoi posąg Buddy recytującego prawo karmy. Z tyłu za Buddą, plecami do niego stoi bogini Miłosierdzia. Chińczycy czuli, że oba te aspekty powinny być skojarzone, ale odważyli się jedynie na postawienie ich tyłem do siebie. W krzyżu zaś stapiają się one w chwalebną harmonię.

Oman powiada: po pierwsze, musimy przejść od wrażenia, iż Bóg i Jego królestwo są niewielkie i doznają ucisku, do wrażenia, że odnoszą tryumf i są powszechne. Po drugie, musimy przejść od wrażenia, że Boże władanie nie przynosi nam korzyści, do odkrycia, że jest miłością. Po trzecie, musimy przejść od wrażenia, że Boże sądy jeśli nawet są niesprawiedliwe, do odkrycia, że niosą w sobie zadośćuczynienie. W krzyżu odkrywamy, że są one zarówno sprawiedliwe, jak i niosą zadośćuczynienie. Nie widzę możliwości, żebyśmy takiego odkrycia mogli dokonać gdzieś indziej.

Pewien chłopak został wyrzucony z koledżu za pijaństwo i niemoralne prowadzenie się. Jego ojciec mógł przyjąć jedną z czterech postaw: (1) przebaczam ci, wszystko w porządku; (2) odwracam się do ciebie i nie chcę już więcej mieć z tobą do czynienia; (3) przebaczam ci, ale odsyłam cię, (4) zabieram syna do domu, będę z nim cierpiał i przebaczę mu. Ostatnia postawa to zadośćuczynienie. Jeśli Bóg jest taki, jakim go widzimy w Chrystusie, to wiemy, jaką drogę obierze. Bóg nie mógł obrać żadnej innej drogi i pozostać takim Bogiem, jakim jest. Przy założeniu, że jest tym, kim jest, a my też jesteśmy tacy, jakimi jesteśmy, krzyż był nie do uniknięcia.

A to oznacza, jak zauważył Barry, że „Bóg nie staje się kochającym nas w wyniku ludzkich wysiłków zadowolenia go. Nie przestaje kochać z powodu ludzkiej pomyłki, grzechu i upadku. Oznacza to, że to łaska jest najważniejszym faktem dotyczącym Boga – a łaska to miłość spontaniczna, bez kalkulacji, wychodząca naprzeciw, nie odtrącająca, nie tracąca cierpliwości i cierpiąca tak, jak cierpi człowiek, kiedy ktoś przez niego kochany czyni zło”.

W dwóch przypowieściach Jezusa o powierzonym majątku, dźwięczy głos Natury, nieubłaganie odbierającej temu, który nie wykorzystuje swoich możliwości, a dającej temu, który ma coraz więcej. Jest to sztywne, niezmienne, niezłomne żądanie, żebyśmy rozwijali to, co mamy, w przeciwnym razie – zostanie to nam odebrane. To twarda szkoła selekcji, przetrwania duchowo najsilniejszych i tych, którzy rozwijają swoje talenty. To marsz naprzód Natury, stymulator do wyższego życia, nieubłagany dla tych, którzy nie poddają się temu naciskowi.

Po tych dwóch przypowieściach czytamy: „Po tych słowach Jezus udał się w dalszą drogę, zdążając do Jerozolimy”. Na czele procesji zmierzającej w górę idzie Ten, z ust którego wyszły te nieubłagane słowa przypowieści i zabrzmiał głos Natury. Sam idzie na przedzie jako cel i przewodnik owej wędrówki w górę, niosący w sobie klucz zrozumienia. Ale co więcej, Jezus zmierza do oddania w Jerozolimie samego siebie. Na przedzie procesji życia podąża człowiek ukoronowany koroną z cierni – objawienie tego, kim się ma stać człowiek i kim jest Bóg. Wszechświat znajduje swoje spełnienie w ofiarnej miłości – na krzyżu. Ostatnie słowo to nie będzie słowo nieubłaganej przypowieści, w której nie ma przebaczenia, ale ostatnie słowo znajdzie swój wyraz w Człowieku. A widzimy, że jest to słowo nieugaszonej miłości. Ostatnie słowo przypowieści wypowiada krzyż. To ostatnie słowo brzmi: MIŁOŚĆ.

Koroną życia jest człowiek, koroną człowieka jest Chrystus, koroną Chrystusa jest krzyż.

Kiedy spoglądamy na przyrodę i człowieka, możemy podsumować wszystko słowami mądrego człowieka: „Dochodzimy wtedy do nieuniknionego wniosku, że postęp to wzrastanie w miłości”. Ale nie dowiedzielibyśmy się, czym jest miłość, gdyby On nas pierwszy nie umiłował. Krzyż to najwyższy szczyt tej miłości.

Jeśli prawdą jest prawo, że „zakres wywyższenia zwierzęcia albo istoty rozumnej w skali istnienia można bezbłędnie określić na podstawie stopnia, do jakiego ta istota kieruje się ofiarną miłością do innych”, to wiemy, że mamy rację uznając Chrystusa za najbardziej wywyższonego w skali istnienia. Ponadto czujemy, że mamy rację skłaniając kolana pod krzyżem jako najwyższym objawieniem ofiarnej miłości, a co więcej, mamy rację uznając miłość za klucz, który otwiera przed nami tajemnice Boże oraz że przez krzyż widzimy Boga, któremu można ufać, którego można szanować i kochać. Rufus Jones miał rację powiadając: „Dzisiaj najważniejszym aspektem krzyża Chrystusa jest jego utożsamienie się i jego objawienie cierpiącej miłości Boga Ojca”.

Pewien misjonarz tłumaczył słuchaczom znaczenie krzyża. Przerwał mu muzułmanin: „Nie wiesz, co mówisz. Bluźnisz i poniżasz Boga mówiąc, że on cierpi”. Misjonarz nie odpowiedział. Odezwał się hinduista: „Nie, jeśli w ogóle wierzyć w jakiegoś Boga, to musimy wierzyć w takiego Boga, jakiego ukazuje Jezus”. Hinduista miał rację. Jeśli nie możemy wierzyć w takiego Boga, to nie możemy wierzyć w żadnego Boga. Albo Bóg w Chrystusie, albo żaden. Ale jeśli możemy wierzyć w takiego Boga, to otrzymujemy do rąk klucz, klucz do wszechświata i naszego własnego cierpienia.

W czasie jednej z naszych Konferencji Okrągłego Stołu pewien socjolog powiedział w zamyśleniu: „Wierzę, że fundamentalne tendencje wszechświata znajdują swój wyraz w Chrystusie. Jeśli to prawda, a wierzę, że tak, to centralną, fundamentalną tendencją wszechświata jest miłość, a krzyż jest jej ilustracją i spełnieniem”. Jak powiada Sir Oliver Lodge: „Kiedy wznosimy się na skali istnienia, stwierdzamy, że sami wybieramy ból i kłopoty, zamiast wygody i łatwizny. Najwyższy rodzaj bólu to ból dobrowolny – znosi się go dla sprawy innych”.

Na czele procesji życia idzie więc Człowiek w cierniowej koronie – Jego ból leczy nasz ból, Jego rany są odpowiedzią na nasze rany, Jego miłość zabiera nasz grzech.

10. Cierpienie jako skutek błędnych wyborów moralnych

Nasze rozważania prowadzą nas do wniosku, że cierpienie pochodzi z wnętrza, jako wynik naszych własnych wyborów, a z zewnątrz jako wynik naszego powiązania ze środowiskiem, na które składają się siły fizyczne i stosunki międzyludzkie. Skoncentrowaliśmy naszą uwagę na tych ostatnich, jako przynoszących najbardziej kłopotliwe problemy, ale nie możemy przeoczyć faktu, że duża część cierpienia jest wynikiem naszych niewłaściwych pragnień. Cierpienie w wyniku grzechu łatwiej zrozumieć, choć znieść najtrudniej. Łamie ono naszego wewnętrznego ducha.

Zło zaatakowało całą osobowość człowieka. Zło umysłu to błąd, zło emocjonalne to cierpienie, zło woli to grzech. Ponieważ wola stanowi centrum osobowości, centrum problemu zła stanowi grzech. Grzech to brzydkie słowo i umysł współczesnego człowieka go nie lubi. Buntuje się przeciw niemu. Ale nie może uciec przed jego konsekwencjami. Jak powiada Carlyle: „Grzech jest, był i będzie ojcem nędzy”. Bardzo nowoczesna osoba rzuciła mi kiedyś z wielką satysfakcją uwagę, że „pozbyła się staromodnego piekła ziejącego ogniem i siarką”. Odpowiedziałem, że chociaż jest to prawdą w przypadku wielu ludzi, to i tak odkrywają oni, że istnieje piekło złamanego prawa i że to „nowe piekło” jest prawdopodobnie równie złe jak to staromodne, albo nawet gorsze!

Kilka miesięcy temu obudził mnie odrażający sen, w którym popełniłem ohydny grzech. Poczucie winy było straszliwe, moje całe ciało pokrywał zimny pot. Ulga, jaką poczułem, gdy przekonałem się, że to tylko sen, była tak niezwykła, że trudno ją opisać słowami. Ale niekiedy budzimy się i stwierdzamy, że nasze poczucie winy to nie sen – o gdybyż tak było! – ale naga, bolesna rzeczywistość.

W Entweder-Oder Kierkegaarda znajduje się fragment, w którym uwiedziona, której złamano serce pisze do uwodziciela: „Janie, nie piszę, mój Janie. Bo widzę, że nigdy nim nie byłeś. Zostałam srodze ukarana za to, że pozwoliłam sobie cieszyć się tą nadzieją. A jednak jesteś moim – moim uwodzicielem, moim oszustem, moim wrogiem, moim mordercą, źródłem mojego nieszczęścia, grobem mojej radości, otchłanią mojej rozpaczy. Nazywam cię moim – a ja jestem twoja – jestem twoim przekleństwem na wieki. Och, nie myśl, że przebiję cię sztyletem i zamorduję. Ale uciekaj dokąd chcesz, a ja będę twoja aż do krańców ziemi. Kochaj setki innych, ale ja jestem twoja. Jestem twoja w twojej ostatniej godzinie. Jestem twoja, twoja, twoja – jestem twoim przekleństwem”.

Kiedy zżera nas rak grzechu, kiedy zżera podstawy naszego szczęścia, nie ma sensu mówić o zwycięstwie w cierpieniu. Dopóki z duszy nie zostanie usunięte poczucie winy i nie nastąpi przywrócenie więzi z Bogiem, dusza usycha. Jedno z dzieci naszych misjonarzy, chłopiec, zgubił się matce w londyńskim tłumie. Zdenerwowana matka odnalazła go w końcu, przytulonego do nóg policjanta, rozpaczliwie płaczącego. Tego samego wieczoru jego młodszy brat, Bobbie, płakał z powodu jakiejś błahostki. Chłopiec, który był się zgubił, podszedł do niej i powiedział: „On płacze teraz, a co będzie jak się znajdzie w prawdziwych tarapatach”. Zagubienie, zgubienie Boga, poczucie osamotnienia, sieroctwo ducha, to prawdziwy kłopot.

Grupa ludzi – to już inne wydarzenie – stała na brzegu morza i wspominała swoje smutki, wyliczała swoje straty. Jeden opowiedział o statku, który zatonął ze wszystkim, co miał na pokładzie, inny opowiedział o kopczyku na obcym brzegu, grobie ukochanej osoby – wszyscy uważali swój smutek za największy. Ale w końcu przemówił ktoś jeszcze. Z westchnieniem powiedział: „Moja strata jest największa, ponieważ utraciłem wierzące serce”. Wszyscy zgodzili się, że to najgłębszy smutek. W przypadku wielu ludzi ich wierzące serce zostało pogrzebane w grobie jakiegoś grzechu. Pewien szczery uczestnik Konferencji Okrągłego Stołu powiedział: „Nie wierzę żadnej religii. Życie to nieszczęście, a jego celem jest grób”. Utrata wiary i poczucie, że życie jest nieszczęściem wydają się być ze sobą powiązane. I są powiązane.

Maria stała u grobu i płakała. Wtedy usłyszała: „Kobieto, dlaczego płaczesz?” Odpowiedziała: „Zabrali mojego Pana”. Oto prawdziwy powód do płaczu. Kiedy Jego nie ma, życie obraca się w kupkę popiołu. W takiej chwili dusza prawdziwie płacze.

A więc to jest najwyższy ból – ból zerwanej więzi z Bogiem. Jak można ją naprawić? Czy ewangelia oferuje jakieś uzdrawiające słowo na ten smutek? Tak! Jej cel i geniusz objawiają się właśnie w tym miejscu. Jest to historia nie tylko ludzkiego poszukiwania Boga, lecz Bożego poszukiwania człowieka.

Pewna dziewczyna odeszła z domu, zagubiła się w życiu wielkiego miasta i wylądowała w końcu w domu hańby. Jej zrozpaczona matka usłyszała o tym, co się stało i opuściła swój dom, żeby jej szukać. Wzięła ze sobą swoje stare fotografie i w każdym domu publicznym zostawiła jedną. Pewnego dnia dziewczyna zerknęła obojętnie na zdjęcie na kominku, podeszła bliżej i zbladła. Była to fotografia jej matki, na której było napisane „Wracaj do domu” i podpis „Mama”. Uciekła z tego miejsca prosto w ramiona matki.

Jeśli życie Jezusa w ogóle coś znaczy, to znaczy na pewno, że jest on Bożą fotografią, umieszczoną wśród błądzących, grzesznych dzieci, na której jest napisane „Wracaj do domu”. To wszystko. Ale to wystarczy. I taki właśnie sens ma wcielenie. To Bóg mówi do swoich dzieci „Wracaj do domu”. Jest Łono Ojca, na którym marnotrawni synowie mogą wypłakać swoje grzechy i wstyd, i znaleźć tam odnowę i uzdrowienie – czy będą to marnotrawni synowie, którzy zmarnowali swoje życie czyniąc zło, czy też zaprzepaszczając okazje czynienia dobra. Ewangelia oferuje drugą szansę, jest ewangelią nowego początku. Na pewnej wystawie sklepowej widniał napis: „Każde porcelanowe naczynie da się naprawić”. Na całej Ewangelii można dać napis: „Każde zniszczone życie da się naprawić”. Pod koniec Ewangelii wg Marka występuje słowo, które po angielsku znaczy: recover, wyzdrowieć, odzyskać. To było słowo dla samego Marka. On potrzebował uleczenia. Uciekając w chwili aresztowania Jezusa w ogrodzie Getsemane, porzucił lniane prześcieradło. Jego odjazd z Pamfilii rodził kontrowersje, ale w ostatecznym rozrachunku zostawił nam ewangelię. Kiedy Mateusz został poborcą podatkowym, sprzedał narodowe ideały za rzymskie pieniądze, ale w końcu zostawił nam Kazanie na Górze, opis najwyższych przekazanych człowiekowi ideałów. Jan był człowiekiem o wybuchowym temperamencie, synem gromu, a jednak zostawił po sobie ewangelię miłości – i życie miłości, które ilustrowało ewangelię miłości. Łukasz nie był może człowiekiem jakiegoś szczególnego grzechu – był po prostu kulturalnym humanistą, ale jego życie tkwiło w mroku. A potem Chrystus dotknął nudnego humanizmu i rozpalił go w płomienie miłości i pasji dla człowieka. Wszyscy czterej ewangeliści zestawieni razem powiadają, że ich ewangelie zostały napisane po to, aby świat mógł odzyskać Boga – i oni sami stanowią obraz takiego odzyskania.

Ale większość z nas, chrześcijan, nie jest obciążona poczuciem winy za jakieś jawnie grzeszne czyny. Towarzyszy nam raczej poczucie ociężałości, niedostosowania, niepowodzenia w prowadzeniu życia owocnego i zaraźliwego. Mamy nie tyle poczucie popełnionego zła, co niewykonanego dobra. Jeśli jest zło, to jest to zło bardziej wewnętrzne – zło usposobienia, ducha, zło pychy, zawiści i zazdrości, nieczystości myśli, miłości pieniędzy i swojego ja. Nosimy w sobie ustawiczny ból wewnętrznej nieczystości. Często towarzyszy nam wołanie z siódmego rozdziału listu do Rzymian: „Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale dokonuję zła, którego nie chcę. (…) Cieszę się bowiem prawem Boga jako człowiek wewnętrzny, ale w moich członkach dostrzegam inne prawo, które walczy z prawem mojego umysłu i bierze mnie w niewolę prawa grzechu, które mieszka w moich członkach. Jak udręczonym jestem człowiekiem! Kto mnie uwolni z ciała podległego tej śmierci?” Oto ból niedostatecznego dobra – dobra wypływającego z głębi człowieka. Jakie jest źródło niepowodzenia tego wyraźnie bardzo religijnego, a tak pokonanego człowieka?

W szóstym rozdziale listu do Rzymian autor rozwija przed nami obraz pełnego duchowego zwycięstwa w Chrystusie. Mówi o śmierci dla grzechu, o ukrzyżowaniu starego, poprzedniego człowieka z Chrystusem, o tym, że grzech już nad nami panować nie będzie – tak brzmi tryumfalna nuta, która potem zamienia się w nutę rozpaczy i mroku w rozdziale siódmym. Dlaczego? Wydaje się, że powód wygląda następująco. W rozdziale szóstym słowo „Chrystus” albo zaimek je zastępujący użyte zostały dziewiętnaście razy. Nacisk położony jest na Chrystusa, na to, czego On dokonał. Ale jest to obraz obiektywny, zewnętrzny, historyczny, nie wewnętrzny. Zwycięstwo szóstego rozdziału to wizja a nie rzeczywistość, obecna w Chrystusie, ale niekoniecznie w doświadczeniu. Po wspaniałej wizji następuje porażka rozdziału siódmego. W tym rozdziale dziewiętnaście razy występuje słowo „grzech” i zastępujący je zaimek. Tutaj wydaje się, że człowiek samotnie toczy bój z grzechem, bez moralnego i duchowego wsparcia. W tym rozdziale Duch Święty nie jest nawet wspomniany. To ważne. Oto samotna walka i druzgocąca klęska. Ale potem następuje rozdział ósmy ze swoją nutą tryumfalnego zwycięstwa – zwycięstwa osobiście doznanego. Zwycięstwo nie jest dłużej już tylko w Chrystusie – znajduje swoje miejsce w człowieku. W tym rozdziale słowo „Duch Święty” i zastępujący je zaimek występuje dziewiętnaście razy. Prawdopodobnie to przypadek, że występują one tyle samo razy, ale dobrze wyrażają poszczególne myśli. Rozdział ósmy konsekwentnie prezentuje zwycięstwo, ponieważ człowiek nie tylko znajduje w Chrystusie coś pięknego, ale to piękno i zwycięstwo realizuje się w nim, kiedy zaczyna korzystać z zasobów Ducha. „Zaczyna korzystać z zasobów Ducha”? Nie jest to wyrażenie precyzyjne, ponieważ ukazuje, że to my zaczynamy coś robić, a w rzeczywistości to Duch Święty zaczyna coś robić z nami – dotyka najgłębszych głębi.

Kiedy współczesna psychologia powiada nam, iż w naszej podświadomości powstają potężne instynkty i siły, które zawiadują naszym życiem i przeznaczeniem, zaczynamy dostrzegać konieczność religii, która utrzymywałaby tę wewnętrzną fortecę podświadomości. Duch Święty działa przede wszystkim w podświadomości. Duch Święty dotyka samej głębi naszego życia i oczyszcza je kąpielą swojego własnego czystego życia. I teraz czynimy dobro, ponieważ jesteśmy dobrzy – dobrzy w głębi naszej istoty, ponieważ utrzymuje je Najwyższe Dobro. Przez swoje całkowite poddanie wpuściliśmy Go do wnętrza naszej istoty. Teraz, kiedy On jest źródłem, nasze życie staje się spontaniczne, naturalne, nieograniczone, zwycięskie.

Duża część chrześcijan patrzy na zwycięstwo Chrystusa opisane w rozdziale szóstym – jest ono nęcące i kuszące. Ale tragedia wielu polega na tym, że widzą życie jako zwycięstwo, gdy tymczasem sami padają jego ofiarą. Ich liturgia to liturgia porażki, którą nazywają chrześcijaństwem. Ale nie jest uczciwe nazywać to chrześcijaństwem, dopóki przez całkowite poddanie i odważną wiarę nie przejdziemy do rozdziału ósmego, nie zaczniemy korzystać z dostępnych nam zasobów i nie poznamy w doświadczeniu znaczenia słów: „Bo prawo Ducha, życia w Chrystusie Jezusie uwolniło cię od prawa grzechu i śmierci”. Oto chrześcijaństwo – Duch Święty działający w najgłębszej głębi – głębi podświadomości.

Jeden z najwspanialszych chrześcijan w Indiach, dyrektor Rudra, doświadczył głębokiego nawrócenia, kiedy zrozumiał słowa: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem”. Nie dziwię się temu, ponieważ słowa te zawierają w sobie dwie rzeczy, które zaspokajają nasze dwie najgłębsze potrzeby. „Ja jestem zmartwychwstaniem” – wkroczenie nowego życia do pokonanego, zmęczonego ducha oraz „Ja jestem życiem” – moc, która ustawicznie podtrzymuje to nowe, zmartwychwstałe życie. Życie i podtrzymywanie życia! Czy to przeczucie? To życie. Ktoś powiedział, że „Religia odwołuje się do dwóch instynktownych pragnień – światła rzuconego na tajemnicę życia i mocy opanowania życia”. Jeśli tak jest, to ewangelia zaspokaja te dwa pragnienia, ponieważ przychodzi jako światło i jako życie.

W tym ósmym, zwycięskim rozdziale znajdujemy radosny werset: „A wiemy, że Bóg współdziała we wszystkim ku dobremu z tymi, którzy Boga miłują”. Autor łączy owo wewnętrzne posilenie Ducha z mocą przekształcania wszystkiego – nieszczęść, kłopotów, rozczarowań, rzeczy dobrych, złych i obojętnych – w dobro. Rzeczy same w sobie mogą nie być dobre, ale okazuje się, że dzięki naszym uświęconym celom współdziałają ku dobremu. Tak jak dwa koła zębate współpracują ze sobą w poruszaniu maszyny, tak nasza uświęcona wola sprawia, że nawet zło przyczynia się do realizacji jej celów.

Ale te dwie rzeczy – wewnętrzne wzmocnienie Ducha oraz wykorzystanie środowiska i sprawienie, żeby ze sobą współdziałały dla dobra – nie dzieją się jedna bez drugiej. Nie można ich oddzielić. Nie możemy przekształcać naszego środowiska, żeby współdziałało ku dobremu, jeśli nie zaczęliśmy korzystać z zasobów Ducha. Kiedy ogarnia nas Duch Święty, wtedy wszystkie wewnętrzne rzeczy współdziałają na rzecz dobra, ponieważ wszystko jest wtedy poddane woli Bożej. Rządzeni od wewnątrz, zwyciężamy na zewnątrz.

Uzdrów moje serce, a wtedy świecie przybywaj!

11. Postawa zaangażowanego cierpienia

W postawie, którą zalecaliśmy, kryje się jednak potencjalne niebezpieczeństwo. Niebezpieczeństwo może polegać na tym, że taka postawa może być przyczyną fatalnego wypaczenia w sferze społecznej i ekonomicznej. Społeczny i ekonomiczny reakcjonista przyjmuje i propaguje taką postawę zamiast działania na rzecz niesienia ulgi cierpiącym z powodu złych stosunków społecznych i systemów ekonomicznych.

Chociaż wielu naszym cierpieniom nie można zapobiec, jednak większość z nich wynika z niewłaściwych systemów stworzonych przez człowieka. A ponieważ zostały skonstruowane przez człowieka, to i człowiek może je unicestwić. Musimy pamiętać, że zło może tkwić w woli indywidualnej, ale może też kryć się w woli zbiorowej. Może być w człowieku, ale może także istnieć w systemie. Złe systemy istnieją tak samo jak źli ludzie.

Ewangelia byłaby przesłaniem stronniczym, gdyby nauczała jednostkę, jak wykorzystać swoje cierpienia dla wyższych celów, a pozostawiała nienaruszone systemy, które są przyczyną cierpienia indywidualnego. W trakcie przeprowadzania sprawdzianu na inteligencję wyznacza się zadanie wybrania wody ze zbiornika, do którego leci z kranu woda. Jeśli zaczynamy wybierać wodę nie zakręciwszy wcześniej kranu, to odznaczamy się niską inteligencją. Podejmowanie walki z problemem cierpienia bez próby dotarcia do źródeł cierpienia tkwiących w złych systemach, to dowód braku inteligencji duchowej. W obliczu tego prostego sprawdzianu wiele z naszych chrześcijańskich działań nie zdałoby próby na inteligencję. Usiłujemy usuwać cierpienie z życia jednostek, a pozwalamy działać systemom, które są bezpośrednią przyczyną cierpienia tych jednostek.

Czy powinniśmy ratować pojedynczych niewolników, czy raczej uderzyć w system niewolnictwa? Czy powinniśmy podnosić pojedynczych pijaków, a pozostawić w spokoju przemysł monopolowy, który przysparza alkoholików? Czy powinniśmy ratować pojedynczych rannych w wyniku wojny, czy raczej zwalczać system powodujący wojny? Czy powinniśmy zbierać rannych na drodze do Jerycha, czy wysłać ludzi, żeby schwytali rozbójników? Oczywista odpowiedź na każde z tych pytań brzmi, że powinniśmy robić wszystkie te rzeczy. Tak naprawdę nie istnieje różnica między ewangelią indywidualną a ewangelią społeczną. Pełna ewangelia zawiera te dwa aspekty. Ale większość z nas jest zbyt małostkowa, żeby pojąć je oba. Opowiadamy się na przemian to za społecznym, to za indywidualnym aspektem, a nie łączymy ich w jedno. Siła Toyohiko Kagawy leży w tym, że w żywy sposób połączył ze sobą te dwie sprawy. Uważa on, że zanim nastanie Królestwo Boże, jednostka może doświadczyć indywidualnej przemiany, a społeczeństwo podobnej przemiany musi doświadczyć. To nieprawda, choć wielu tak głosi, że wystarczy, iż doprowadzimy do odrodzenia jednostki, a odrodzona jednostka wniesie ewangelię w porządek społeczny. Okazuje się, że to się zazwyczaj nie sprawdza, jeśli do nauczania dotyczącego indywidualnego odrodzenia nie włącza się prawdy mającej odniesienie społeczne.

W naszym aszramie w Indiach, człowiek, który zajmuje się sprzątaniem latryn otrzymuje jeden wolny dzień w tygodniu, a my sami na ochotnika wykonujemy jego pracę. Brązowym i białym braminom nie tak łatwo to robić, ponieważ w oczach społeczności hinduistycznej taka praca oznacza wykluczenie. Ale bardzo niewielu odmówiło. Odmówił jeden z nawróconych braminów, a kiedy go zapytałem, kiedy to zrobi, odpowiedział: Co prawda jestem nawrócony, ale nie do tego stopnia. Jego nawrócenie miało granice. Ale czy większość nawróceń nie ma takich granic? Wielu nawraca się emocjonalnie, ale nawrócenie nie obejmuje ich woli. Wielu nawraca się, gdy chodzi o ich wolę, tylko w odniesieniu do swego indywidualnego życia, ale ich wola nie nawraca się, jeśli brać pod uwagę całość międzyludzkich więzi.

Nauczanie dotyczące chrześcijańskiej postawy względem cierpienia musi zostać zmienione w kwestii dotyczącej zmiany systemów powodujących cierpienie. Można powiedzieć Murzynowi, że w swoich pieśniach negro spirituals stworzył najbardziej tryumfalną muzykę religijną świata, ponieważ swoją krzywdę zawarł w muzyce, ale zakończyć na tym kwestię i nie poświęcić się usuwaniu owych krzywd, to uczynić z religii opium. Można powiedzieć, że pogodna inwalidka sprawiła, że praca w fabryce stawała się lżejsza, kiedy robotnicy myśleli o jej porannym i wieczornym uśmiechu, ale nie jest to prawdziwe rozwiązanie problemu. Religia nie może koncentrować się tylko na tym, żeby oglądać poranki i wieczory rozświetlane uśmiechem tryumfującej duszy, ale raczej powinna zadbać o to, by warunki pracy ludzi umożliwiały im uśmiechanie się w obliczu stojących przed nimi zadań. Żeby wiedzieli, że nie są poddani wyzyskowi, ale stanowią godną szacunku część honorowego partnerstwa w procesie produkcji. Jeśli religia chce być prawdziwie skuteczna, musi przejść od wózka inwalidy, przy którym uczy bezradnych udzielania pomocy innym, stanąć w naszych fabrykach i nauczać sprawiedliwości. Jeśli tego nie czyni, to tak naprawdę nie stawia czoła problemowi ludzkiego cierpienia, ale usypia ludzi w kwestiach najważniejszych poprzez podejmowanie kwestii ubocznych. Jeśli ktoś zbacza z drogi i zajmuje się sprawami nieistotnymi, Chińczycy powiadają: „On wszedł w rogi krowy”. Religia, która nie dochodzi do źródła cierpienia i nie szuka lekarstwa, to zagłębianie się w rogi krowy. To wchodzenie w ślepą uliczkę, unikanie istotnych kwestii ludzkich problemów.

Pewnego razu widziałem jak kobieta z wyższej kasty zyskała sobie zasługę poprzez nabranie wody ze studni i napełnienie nią dzbana kobiety z kasty niedotykalnych. A kiedy to się działo, ta ostatnia musiała stać z dala. Kobieta z wyższej kasty musiała najpierw odejść od studni, żeby ta druga mogła odebrać swój dzban. Kobieta z wyższej kasty odeszła z dumą, że oto wykonała dobry uczynek, ale ta duma to było opium. Zamknęła jej oczy na kwestię głębokiej niesprawiedliwości całej tej sytuacji. Dobry uczynek wykonany na rzecz kobiety z kasty niedotykalnych pozwalał jej na świadomą tolerancję nieludzkiego systemu kastowego. Religia nie może tylko napełniać wodą dzbanów wyrzutków społeczeństwa czy to uprzemysłowionego czy innego. Musi otworzyć źródła przywilejów dla wszystkich. Potrzebujemy sprawiedliwości, a nie dobroczynności.

Ale ewangelia Chrystusa idzie jeszcze dalej niż sprawiedliwość. Nakłania nas do tego, byśmy wobec cierpienia zajęli postawę taką, jak Bóg. Boża postawa to nie tylko postawa sprawiedliwości. Bóg posuwa się jeszcze dalej i przyjmuje postawę zastępstwa. Bóg otwiera przed nami możliwość wykorzystania bólu, ale na tym nie kończy sprawy. On działa – żeby usunąć korzenie ludzkiego cierpienia podejmuje działanie za nas. I społeczeństwo musi czynić to samo. Tak jak zastępcze jest działanie Boga względem społeczeństwa ludzkiego, tak zastępcze muszą być kontakty społeczeństwa z jednostką. Cierpienie jednostki należy postrzegać i odczuwać jako cierpienie całości. Porażkę i grzech jednostki należy postrzegać i odczuwać jako porażkę i grzech całości. Głód jednej osoby musi być odczuwany jako dojmujący głód wszystkich. Duch zadośćuczynienia musi znaleźć drogę do każdego rodzaju międzyludzkich stosunków.

Nieobecność tego ducha niszczy społeczeństwa. Chińczycy mają takie powiedzenie: „To nie jest na moim ciele”, co oznacza, że nie są za coś odpowiedzialni. Raz cudzoziemka spostrzegła, jak rozgniewana teściowa ciągnie swoją młodą synową nad brzeg rzeki, by ją tam wrzucić do wody. Zaczęła prosić przyglądających się gapiów, żeby ratowali dziewczynę, ale wszyscy oni odwracali się od niej zdumieni, mówiąc: „ależ to nie jest na moim ciele”. To właśnie taki brak poczucia zbiorowej odpowiedzialności kładzie swoją niszczącą dłoń na chińskim narodzie. Byłem kiedyś w mieście, w którym ulice były straszliwie brudne. Pewien chiński dżentelmen powiedział mi, iż encyklopedie podają, że jest to najbrudniejsze miasto świata. Powiedziałem mu: – Nie rozumiem. Wszystkie sklepy i składy są bardzo czyste, Chińczycy w nich się znajdujący są odziani w jedwab, a wąskie uliczki są straszliwie brudne. – To łatwo zrozumieć – odpowiedział. – Sklepy i składy są ich własnością, ale ulice nie należą do nikogo. – Tarzali się we wspólnym brudzie z powodu braku zbiorowej odpowiedzialności. Okazało się, że powiedzenie „to nie jest na moim ciele” znaczy, iż jego skutki dotykają wszystkich.

Hinduscy bramini powiedzieli o kaście niedotykalnych z całym ich brudem, niewiedzą i degradacją „to nie jest na naszym ciele”. Spoglądając z wyższością stanęli z boku, ale przekonali się, że kiedy sami zapragnęli niezawisłości, samorządności, nie mogli tego uzyskać, ponieważ niedotykalni zawiśli na ciele społeczeństwa jak na trupie. Jeśli nie zajmiemy postawy zastępczego cierpienia względem słabszych członków społeczeństwa, to będziemy się musieli zmierzyć z własnym cierpieniem, które już nie będzie zastępcze. Wróci do nas jako cierpienie trudne i śmiertelne.

W 1887 roku Delionow, minister edukacji w Rosji i przedstawiciel klasy rządzącej, ogłosił że „dzieci woźniców, służących, kucharek, praczek, właścicieli małych sklepików i im podobnych nie powinny być zachęcane do wychodzenia poza sferę, w której się urodziły”. Klasy rządzące powiedziały, że nie ponoszą odpowiedzialności za edukację i awans mas społecznych. „To nie jest na naszym ciele” – rzekli, aby za kilka krótkich lat zobaczyć dzieci owych „woźniców, służących, kucharek, praczek, właścicieli małych sklepików i im podobnych” stojących na powalonym ciele owej upadłej klasy rządzącej. Ci, którzy nie chcieli przyjąć cierpienia społeczeństwa jako własnego cierpienia, musieli pogodzić się z obcasem buta na swoim karku i cierpieniem śmierci.

Pracodawca na Zachodzie, bezdusznie lekceważąc czynnik ludzki w procesie produkcji, zachłannie wprowadzał wszelkie ulepszenia techniczne obiecujące wzrost jego dywidendy i pokonanie konkurencji, nawet gdy oznaczało to bezrobocie dla milionów. „To nie jest na moim ciele” – mówił eliminując ludzi i wprowadzając maszyny. A potem okazywało się, że nie ma komu kupować jego produktów. I tak zwaliła się na niego jego własna budowla. Znalazła się na jego ciele i to było rujnujące.

Biały człowiek w Ameryce zebrał poły swojego płaszcza i wyprowadził się na przedmieścia, nie dbając o to, co się stanie z Murzynem, który gnił w slumsach i pogrążał się w społecznej degradacji z powodu ostracyzmu. „To nie jest na moim ciele” – powiedział. A potem przekonał się, że poniżenie Murzynów poniżyło naród amerykański w oczach reszty świata. „Istnieje tylko jeden sposób utrzymania kogoś w rynsztoku – pozostać tam razem z nim”, powiedział Booker T. Washington. Poniżając go, poniżyliśmy samych siebie. Jedynym sposobem podniesienia się jest podniesienie kogoś innego. Wywyższając innych, sam rośniesz. Biały człowiek, który powiada, że warunki życia Murzynów „nie są na jego ciele” przekona się w końcu, że to poniżenie stworzy okazję manipulowania ludźmi w ich ignorancji, wykorzystania ich do celów politycznych i w ostatecznym rozrachunku poniżenia całego społeczeństwa. Jeśli coś nie jest na naszym ciele zastępczo, to znajdzie potem swój wyraz w bezproduktywnym cierpieniu.

W naszym interesie leży, żeby Chiny i Japonia nie zjednoczyły się – powiedział mi pewnego dnia europejski oficer. „Ich jedność nie jest na moim ciele”, powiedział. A potem przekonał się, że brak jedności paraliżuje handel prowadzony na Wschodzie przez jego kraj, napięcie prowadzi do eskalacji zbrojeń i powstaje niebezpieczeństwo wybuchu konfliktu, który obejmie wiele narodów i pogrąży wszystkich w ruinie.

Jezus ogłosił nowy porządek ludzkiego społeczeństwa, w którym każdy człowiek czuje się częścią innych ludzi, w którym cierpienie jednostki jest cierpieniem wszystkich, w którym miłość powinna być elementem motywującym i uwrażliwiającym wszystkich. Paweł widział nowe braterstwo, „ciało”, w którym, kiedy cierpi jeden członek, cierpią wszystkie pozostałe. Tak jak w ludzkim ciele, kiedy jeden członek zostanie skaleczony, ze wszystkich części organizmu śpieszą cząsteczki, żeby leczyć i pomagać. Podobnie zdrowie całego społeczeństwa powinno stanąć do dyspozycji najsłabszych, aby ich uzdrawiać i podnosić.

Jezus reprezentuje sobą to nowe społeczeństwo. Na nim spoczął ból każdego człowieka i jego grzech. Odczuł go tak mocno, że Jego ciało zostało złamane na krzyżu. Ale to złamane ciało staje się dla wszystkich życiem. „To jest Moje ciało za was wydane”, mówi dając nam swoje ciało, które jest zewnętrznym symbolem życia, które wszystkiego doświadczyło i wszystko uzdrowiło. To ciało doświadczyło całego cierpienia, grzechu i bólu rodzaju ludzkiego. On wszystko przeobraża i oddaje nam jako zdrowie.

Dlatego nie wolno nam wypaczyć tej chwalebnej możliwości wykorzystania cierpienia przez przejawianie religijnej, a tak naprawdę śmiertelnej, obojętności na cierpienie jednostki. Bogaty farmer modlił się wraz z rodziną, żeby jego nieszczęsny sąsiad nie umarł z głodu. Kiedy powstali z klęczek, jego mała córeczka powiedziała: „Tatusiu, niepotrzebnie zawracałeś tym głowę Bogu, ty sam z łatwością możesz zachować ich od głodu”. Miała rację. Społeczeństwo nie może pozwolić na to, żeby religijność zastępowała sprawiedliwość. I jeśli prawdziwie pragnie być społeczeństwem chrześcijańskim, to nie może zatrzymać się przy sprawiedliwości, musi przejść do zadośćuczynienia, krzywdę każdego człowieka uczynić swoją krzywdą, grzech każdego człowieka swoim grzechem. I musi usuwać ich przyczyny, bez względu na koszty. Musi to robić, bo inaczej nie może się mienić społeczeństwem chrześcijańskim.

12. Wygoda czy charakter?

Po tym jak Jezus spędził ze swoimi uczniami prawie trzy lata, kiedy to mogli Go obserwować, przejmować Jego idee, Jego ducha, pewnego razu zwrócił się do nich, by im powiedzieć: „Wy już jesteście czyści dzięki Słowu, które do was mówiłem”. Poprzez słowa, które im głosił, każdy z uczniów był oczyszczany indywidualnie, i nawet więcej – Jezus oczyszczał całą ich koncepcję życia. Oczyszczał ich świat.

Oczyścił ich pojmowanie Boga. Uczniowie trzymali się wielu dawnych idei, ale teraz przed nimi, z nimi i w nich był kochający, niebiański Ojciec wszystkich ludzi. Oczyścił ich pojmowanie człowieka. Dlatego nie ma już wielkich i małych, białych i czarnych, nisko i wysoko urodzonych, ale jeden rodzaj ludzki, jedna ludzka rodzina z Bogiem jako Ojcem i wszystkimi ludźmi jako braćmi. Oczyścił ich koncepcję życia – nie było już czymś, czego należy unikać, jest dobre i będą go mieli więcej. Oczyścił pojmowanie sfery fizycznej – nie jest ona wrogiem sfery duchowej, ale przez poświęcenie celom duchowym może stać się czynnikiem promocji sfery duchowej, czyli doznać uduchowienia i uświęcenia. Oczyścił pojmowanie teraźniejszości – nie należy tylko pospiesznie przez nią przechodzić, ale ma się ona stać sceną Królestwa Bożego na ziemi. Oczyścił pojmowanie domu – odcinając go od poligamii i opierając na równej wartości mężczyzny i kobiety jako partnerów na całe życie, aż do śmierci. Oczyścił pojmowanie religii – nie był to już dłużej zestaw magicznych przesądów. Religia oznacza korzystanie z boskich zasobów w celu prowadzenia zwycięskiego moralnie życia. Oczyścił pojęcie wielkości – już dłużej nie należało upatrywać jej w bogactwie i władzy nad innymi. Służący wszystkim miał być największy. Oczyścił pojęcie władzy – nie należało już dłużej rozumieć ją jako siłę militarną. Miała to być raczej siła do zwyciężania zła dobrem, nienawiści miłością oraz świata przez krzyż cierpienia za świat.

Oczyścił pojęcie cierpienia! Nie miało już ono dłużej być znakiem naszego uwięzienia w kole istnienia, jak sugeruje Budda, zapłatą za złe uczynki popełnione w poprzednim wcieleniu, jak mówią nam nasi hinduistyczni przyjaciele, znakiem Bożego niezadowolenia, jak sugerowało przez wieki wielu wyznawców różnych religii, czymś, co należy znosić stoicko i z uporem. Cierpienie jest czymś więcej. Cierpienie jest darem od Boga!

Tylko ewangelia waży się tak powiedzieć. Ponieważ tylko ewangelia waży się powiedzieć, że Bóg też cierpi. Co więcej, waży się powiedzieć, że Boże cierpienie nie jest czymś marginalnym i przypadkowym, ale leży w samej naturze Boga. Mówi nam tak, ponieważ krzyż rzuca światło na Bożą naturę. Mówi nam to, ponieważ jak napisał Von Hugel: „Cierpienie jest najczystszą formą działania, być może jedyną czystą formą działania” i nie możemy odmówić Bogu tej najczystszej formy działania. Mówi nam tak, ponieważ to coś znaczy, znaczy wszystko. Wiemy, że choć życie na tym świecie przynosi ból, to Boga kosztuje to jeszcze więcej. Ale ewangelia mówi to wszystko, ponieważ nie poprzestaje na mówieniu, ale pokazuje możliwość wykorzystania bólu. W ewangelii znajdujemy światopogląd najbardziej pesymistyczny, ponieważ ewangelia patrzy na świat przez krzyż, ale jest on jednocześnie najbardziej optymistyczny, ponieważ przekonuje nas, iż ten sam krzyż może w Nim i w nas stać się odkupieniem.

Ewangelia to jedyny sposób życia, który waży się chwycić pokrzywę życia, chwycić ją mocno tam gdzie najbardziej parzy, a kiedy otworzy dłoń, pokazuje nam kwiat – Różę Saronu. Słuchałem kiedyś grupy niewidomych dzieci, które śpiewały „Nasz Bóg jest Bogiem miłości”. Jak te niewidome dzieci śmiały coś takiego śpiewać? Nie mogłyby, gdyby fundamentem ewangelii nie był krzyż stanowiący objawienie Bożej natury.

Ewangelia to jedyna wiara, która ośmiela się mówić swoim naśladowcom: „Oto posyłam was jak owce między wilki”. Wasza szansa uniknięcia bólu zadawanego przez ludzi i przyrodę będzie taka, jak szansa owiec na przeżycie między wilkami. Może tak powiedzieć, ponieważ później powiada też: „I zobaczyłem Baranka siedzącego na tronie”. Fakt, że On zasiada na tronie, to obietnica, iż pewnego dnia i my w jakiś sposób wyjdziemy spomiędzy wilków ludzi i przyrody, i odniesiemy nad nimi zwycięstwo.

Pomyślmy sobie, jakaż to czelność przedstawiać tryumfalny wjazd Mistrza na ośle! Tryumfalny wjazd na symbolu największego poniżenia! Ale tak właśnie było. Dla ludzi tamtych czasów pokora, łagodność, miłość, poświęcenie, krzyż to była głupota. Ale Jezus tryumfalnie wjechał na grzbiecie tej głupoty. Ludzie dopiero teraz budzą się do zrozumienia, że to jest właśnie zasadniczy fundament wszechświata, że wszystko inne to słabość, że Królestwo Jezusa powstało „przed założeniem świata”. Jego Królestwo zostało wpisane w samą naturę rzeczy.

Ktoś powiedział, że „istnieje spokojna Opatrzność, która rządzi losem narodów, która nie zwraca uwagi na klęski, zwycięża zarówno przez to, co nazywamy porażką jak i zwycięstwem, odrzuca na bok nieprzyjaciół i przeszkody, miażdży wszystko co niemoralne jako nieludzkie i zapewnia ostateczny tryumf najlepszego przez stłumienie wszystkiego, co sprzeciwia się moralnym prawom wszechświata”. W słowach tych brzmi nuta prawdy, poza wyrażeniem „spokojna Opatrzność”. Światem nie rządzi „spokojna Opatrzność”, na której ból i zmagania nie robią wrażenia. Myślimy raczej o spokojnej Miłości, która, stwarzając taki świat, przygotowała dla siebie krzyż.

Część terytorium Węgier w wyniku traktatu wersalskiego została oddana innym krajom – nastąpiło rozczłonkowanie kraju. Są mapy, na których te terytoria są zamalowane na czarno, a na każdej części widnieje cierniowa korona. Kiedy Bóg spoglądał na ziemię, musiał widzieć jej fragmenty zacienione cierpieniem i grzechem. Musiał także widzieć na nich koronę cierniową, a była to Jego własna korona. Ale ta korona z cierni bliższa jest sercu świata niż wszystkie pozłacane korony władzy. Księga Apokalipsy mówi o tych, którzy nosili „jakby korony” – to nie były prawdziwe korony, ale jakby korony. Ale korona cierniowa to symbol prawdziwej rzeczywistości i pewnego dnia ukoronujemy nią Pana wszechrzeczy. Ta korona cierniowa to przyrzeczenie i obietnica, że ciemne terytoria zostaną odzyskane. Że cała wściekłość wieków zostanie przekreślona.

Dlatego właśnie czujemy, że mamy solidne podstawy do radości. Widzimy, że świat, który początkowo wydawał się nawet nie być sprawiedliwym, teraz okazuje się być odkupieńczy. Widzimy, że wszechświat musi być surowy. Ale to nie jest „padół łez”, ale raczej „dolina kształtowania charakteru”, a charakter nie ukształtuje się inaczej jak przez stres, ucisk i zmagania. Nie możemy wołać: „Dlaczego mnie takim ukształtowałeś?”, ponieważ On jeszcze nas nie ukształtował, ten proces trwa nadal. Jeśli ten proces wydaje nam się nie mieć sensu, to pamiętajmy, że jeśli krzyż objawia Boga, to za wszystkim musi kryć się wspaniały cel, ponieważ On był gotów zapłacić najwyższą cenę za jego wypełnienie. Pewnego razu na północy Indii przyglądałem się pracy tkaczek dywanów. Cierpliwie siadały w tym samym miejscu tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu i tkały dywan. Kiedy tak stałem i przyglądałem się temu zajęciu, wydało mi się ono bezsensowne, ponieważ cały dywan był pokryty węzłami i plamami. Ale ja patrzyłem na lewą stronę. Kiedy stanąłem po stronie tkaczki, dostrzegłem powstający wzór i całe jego piękno. Warto było okazać cierpliwość. My oglądamy teraz „lewą” stronę Bożych planów i czasem wydają się nam one nieuporządkowane. Ale pewnego dnia staniemy z drugiej strony i zobaczymy je tak, jak widzi je Bóg. A wtedy z zapartym tchem będziemy przyglądać się wzorowi. Teraz widzimy niewyraźne plamy i węzły. Ale widzimy także krzyż. I on nas podtrzymuje. Bóg ma dobre zamiary i zamierza nas uzdrowić.

Jezus powiedział do uczniów: „Niech się nie trwoży wasze serce” nie dlatego, że mieli być chronieni przed wszystkimi kłopotami, ale ponieważ mieli wierzyć w Boga. Wiara w Boga i Jego plany odkupienia nie oszczędzi ci kłopotów, ale uratuje cię, gdy się w nich znajdziesz, ponieważ kłopoty mogą stać się środkiem odkupienia. Jeśli tak jest, to „nawet gdyby świat się zawalił, pod jego ruinami człowiek wiary znajdzie się bez konsternacji”. Bo jeśli nawet dojdzie do najgorszego, on sobie poradzi, ponieważ jego świat wewnętrzny pozostanie nienaruszony. Pewnego dnia ktoś podbiegł do Emersona i zawołał zaniepokojony: – Panie Emerson, mówią, że świat się kończy. – Nie szkodzi – odpowiedział Emerson – poradzimy sobie bez niego. Człowiek, który nie jest uzależniony od niczego na niebie ani na ziemi poza swoją właściwą więzią z Bogiem, czuje się bezpieczny. Utrzymanie tej więzi sprawia, że wszystko inne wraca na swoje miejsce. Kiedy Jezus wisiał na krzyżu, obdarto go ze wszystkiego, poza dwoma słowami: „Boże mój”. Trzymał się ich, nic nie mogło mu ich wydrzeć. Trzymając się ich, mógł wrócić na właściwe miejsce. Na podstawie tego jednego uratowanego z ruin wyrażenia mógł zbudować wieczne królestwo. Kiedy stary Stefan Colonna został wypędzony z Rzymu, zburzono jego pałace i warownie, a on opuszczony znalazł się sam na drodze, ktoś, rozpoznawszy go, dręczył słowami: –No i gdzie są teraz twoje warownie? Na to Colonna odpowiedział spokojnie: – Tutaj – i wskazał swoje serce. Jeśli ta warownia została nienaruszona, wszystko inne można wykorzystać dla swoich celów i z ruin odbudować życie.

Bóg rzadko używa człowieka, jeśli najpierw nie przeprowadzi go przez sprawdzian bólu. Jezus rozpoczął swoją służbę od doświadczenia na pustyni, ale skończył ją porankiem wielkanocnym. I nasza pomniejsza służba też wymaga próby cierpienia. Kiedy zostałem powołany do służby, miałem pieniądze na studia w koledżu. Ale okazało się, że katastrofa zmiotła pieniądze, obowiązek utrzymywania rodziny spadł na mnie, a droga do wypełnienia powołania została zablokowana. Otrzymałem powołanie, ale droga do jego wypełnienia została natychmiast zablokowana! Ale ten rok spędzony za barykadami okazał się jednym z najlepszych. Poznanie ubóstwa poprzez doznanie go na własnej skórze przygotowało mnie do zrozumienia ubóstwa Indii. Zabierzcie ten rok, a melodia życia okaże się płaska, brak w niej będzie bogatej nuty cierpienia. Malayale, lud żyjący na południu Indii, mają przysłowie: „Ten, który urodził się w ogniu, nie wyblaknie na słońcu”. Dlatego jeśli Bóg pozwala ci urodzić się w ogniu przeciwności i trudności, to wiedz, że chce cię tylko zabezpieczyć przed wyblaknięciem w słońcu pomniejszych trudności ludzkiego życia.

Przez całe lata notowałem swoje uwagi w moim Nowym Testamencie, mając nadzieję, że staną się kanwą książki, którą napiszę. Kiedy pewnego razu ukradziono mi ów Nowy Testament, wydawało się, że moja wieloletnia praca poszła na marne. Rozpoczynać wszystko od nowa – zadanie przewyższające siły! Ale musiałem to zrobić i przekonałem się, że była to najlepsza rzecz, jaka mogła mi się przytrafić. Musiałem przyjrzeć się wszystkiemu od nowa. Gdybym miał te notatki, które przez lata zapisywałem na szerokich marginesach księgi, to bym je po prostu odczytał, ale teraz byłem zmuszony zrobić nowe. I zrobiłem! Mój Nowy Testament jest teraz bogatszy, ja jestem bogatszy przez to, że straciłem stare notatki. Bóg nigdy nie odbiera nam czegoś, jeśliby nie miał potem włożyć nam w ręce czegoś lepszego.

Dlatego jestem pewien, że „w każdej północy tkwi zalążek poranka”. Albo jak ujął to Klemens z Aleksandrii: „Chrystus zmienił wszystkie zachody we wschody słońca”. Dlatego często musimy śpiewać jak nocny ptak o nadchodzącym brzasku, kiedy wokół panuje ciemna noc. Ale śpiewamy o Brzasku, ponieważ Chrystus jest naszym Brzaskiem.

Kiedy uczniowie Jezusa znajdowali się na Górze Przemienienia, „pojawił się obłok i osłonił ich. Kiedy weszli w obłok, przerazili się. Ale z obłoku odezwał się głos: Ten jest Mój Syn wybrany, Jego słuchajcie”. Wtedy podnieśli swój wzrok i nie zobaczyli nikogo, tylko samego Jezusa. Obłok rozjaśnił im oczy. Zanim obłok ich ogarnął, byli rozdarci, chcieli jednakowo potraktować Mojżesza, Eliasza i Jezusa. Ale po przejściu obłoku ich horyzont wypełniał już tylko Jezus. Kiedy naszego ducha ogarnia obłok, wtedy musimy słuchać, bowiem będzie przemawiać Bóg. W tej godzinie głos przemówi tak, jak nie może mówić w innym czasie. Okazywaliśmy lojalność różnym rzeczom, być może dobrym – czyż Mojżesz i Eliasz nie byli dobrymi ludźmi? – ale tolerowaliśmy rzeczy, które przeszkadzają w dotrzymaniu wierności temu, co najważniejsze, i które podważają supremację Jezusa. Potem zstępuje obłok i zaczynamy się bać. Bogata, niezmiernie kulturalna kobieta stała nad grobem swojego jedynego dziecka. Ogarniał ją obłok samotności i smutku, ciemny jak noc. Ale kiedy tak stała nad grobem, przemówił do niej cichy głos Boży. Odeszła znad tego grobu, żeby poświęcić się wychowywaniu dzieci samotnych matek. Teraz jest jedną z najszczęśliwszych kobiet na świecie, ponieważ w czarnej godzinie głos Boży pozwolił jej dostrzec, że egoistyczne pobudki nie pozwalały jej okazać Bogu pełnej lojalności. Kiedy podniosła swoje wypełnione łzami oczy, widziała już tylko Jezusa. Wtedy pobłogosławiła obłok, który przywrócił jej wzrok.

Zdolną i miłą kobietę zaatakował artretyzm i przez wiele lat była bezradną inwalidką. Ale nie do końca bezradną. Ponieważ obróciła swoją bezradność w niesienie pomocy. Zanoszono ją do okna, pod którym przechodzili robotnicy śpieszący do pracy i wracający z niej. Jej miły uśmiech witał ich każdego ranka i wieczoru. Ten uśmiech, który, jak wiedzieli, kwitł na twarzy osoby walczącej z bólem, wnosił błogosławieństwo w bezbarwne dni zmęczonych robotników. Kiedy zmarła, cztery fabryki zezwoliły swoim pracownikom wziąć udział w pogrzebie, żeby mogli wyrazić wdzięczność duszy, która potrafiła uśmiechać się w bólu. Piękna twarz cierpiącej kobiety była oknem, przez które wielu zobaczyło Boga.

Inna chora na artretyzm i unieruchomiona kobieta powiedziała do swojego pastora: „Nie przyjęłabym z powrotem zdrowia, ponieważ mam teraz taką wspaniałą zażyłość z Chrystusem. Wartą cierpienia”.

Jedyna córka misjonarzy zmarła na trąd. W goryczy i smutku mogli powiedzieć: „Oto skutek naszej służby w Indiach”. Ale nie powiedzieli tak. Wrócili do Indii z decyzją pomagania trędowatym, którzy cierpieli tak, jak cierpiała ich córka. Założyli Przytułek dla Trędowatych Purulia, który rozrósł się i stał się największą i najlepiej prowadzoną kolonią trędowatych na świecie. Ich córka zmarła nie na darmo, ponieważ jej śmierć otworzyła dom dla tysięcy współcierpiących. Obłok, który zacienił ten dom w chwili śmierci dziecka, oczyścił wzrok rodziców i pozwolił im dostrzec potrzebę innych ludzi, której by nie dostrzegli, gdyby sami bezpośrednio nie doświadczyli nieszczęścia.

Mój przyjaciel, Hindus, wspaniały człowiek i przyjazna dusza, powiedział mi, że był kiedyś dumnym i wyniosłym braminem, nawet po swoim nawróceniu na chrześcijaństwo. Z powodu swojego urodzenia czuł się lepszy od innych. Nie interesował się innymi ludźmi – interesował go tylko fakt jego własnej wyższości. A potem pewnego dnia, kiedy jechał zatłoczonym autobusem, doszło do wypadku i razem z innymi pasażerami znalazł się pod przewróconym pojazdem. Wszyscy razem ulegli katastrofie. Kiedy wypełznął spod szczątków autobusu, coś się z nim stało, bowiem w jednej chwili zrozumiał, że jego los jest związany z losem innych ludzi i że wspólnie z nimi dzieli nieszczęścia. Wyszedł z tego wypadku jako brat wszystkich i takim pozostał. Tego dnia zginął bramin, a narodził się brat. – Ale – powiedział do mnie z uśmiechem – trzeba było wypadku, żebym się zmienił. Obłok nieszczęścia zstąpił na nich wszystkich i w obłoku przemówił Głos. Od tamtej chwili horyzont wypełnia Jezus.

Pewna kobieta, inwalidka chodząca o kulach, któregoś dnia spadła ze schodów. Jedna kula złamała się, a druga została na schodach. Kobieta leżała na dole przy schodach i wołała o pomoc. Ale było akurat południe i służący się oddalili. W końcu, ponieważ nie przybywała żadna pomoc, kobieta z modlitwą podpełzła do barierki, z trudem podciągnęła się na nogi i zaczęła chodzić. I chodzi do tej pory – bez kul! Najlepsza rzecz, jaka się jej przytrafiła to ów upadek ze schodów, choć wydawało się to być nieszczęściem w nieszczęściu. Ale z tego obłoku przemówił głos: Wstań i chodź.

Musiałem kiedyś uciekać z płonącego domu jednej ze świętych osób na tej ziemi. Moje straty były niewielkie, jej olbrzymie. Właściwie straciła prawie wszystko. Kiedy patrzyłem na budynek, z którego uratowaliśmy kilka rzeczy z parteru, dostrzegłem napis na ścianie korytarza: „Odpoczywaj w Panu”. Przez chwilę płomienie ułożyły się wokół napisu w kształt ramy. To motto to ostatnia rzecz, którą widziałem w płonącym domu, a potem i ono zginęło w płomieniach. Zginęło w płomieniach? Z płomieni uratowaliśmy to motto i fakt, o którym mówiło. Kiedy odchodziliśmy znad zgliszczy, powiedziałem świątobliwej kobiecie, że ostatnia rzecz, jaką dostrzegłem w jej domu to było motto w ramie z ognia „Odpoczywaj w Panu”. Ona odwróciła się do mnie z uśmiechem, nie boję się powiedzieć, niebiańskim, i powiedziała: „I to właśnie czynię”. Dom spłonął, ale ocalał z niego uśmiech, który dowodził spokojnego serca, a posiadanie takiego uśmiechu i takiego serca znaczyło więcej, niż posiadanie wszystkich rzeczy, które tego dnia się spaliły. Powiedziała, że odpoczywa w Panu. I rzeczywiście tak było, choć brzmi to bardzo pasywnie. Ja dostrzegłem coś więcej. Ona z nieszczęścia wyniosła zwycięstwo ducha, które sprawiło, że poczułem, iż płomienie, które niszczą czyjś majątek, nie przynoszą straty, jeśli tak mogą rozświetlić twarz. „Teraz zaczynam być uczniem” – powiedział Ignacy, kiedy z radością podążał do Rzymu, gdzie miał być rozdarty na strzępy za wyznawanie Pana Jezusa. Teraz zaczynam żyć – mówił uśmiech na twarzy owej kobiety, kiedy dorobek jej życia zmieniał się w popiół.

13. Ostatnie słowo – z życiem czy ze śmiercią?

Kiedy Jezus spieszył wypełnić prośbę strapionego ojca o uzdrowienie jego chorej córeczki, przeszkodziła mu kobieta pozostająca w wielkiej potrzebie. Zatrzymał się, by odpowiedzieć na jej dotyk wiary, ale zabrało mu to trochę czasu. Wtedy dotarła do nich wieść z domu Jaira, że dziecko zmarło i nie trzeba już trudzić Mistrza. Można sobie wyobrazić drżące usta ojca, kiedy do jego uszu dotarła straszliwa wieść. Natomiast tekst powiada: „Kiedy Jezus usłyszał te słowa, powiedział do przełożonego synagogi: Nie bój się, tylko wierz!”

Jezus nie zwrócił uwagi na to, co mówiono! Ale słowa te były faktem. Reprezentowały fakt z pierwszej ręki, prosto z komnaty śmierci. A jednak Jezus nie chciał zwracać uwagi na ten fakt. Dlaczego? Słuchał innych, ważniejszych faktów. Te ważniejsze fakty to duchowe Królestwo, o którym Jezus wiedział, że jest najwyższą i ostateczną rzeczywistością. To wyższe Królestwo duchowej rzeczywistości wywierało presję, modyfikowało, wkraczało i przeobrażało niższe królestwo faktów fizycznych. Jezus czuł, że ostatnie słowo należy do tego Królestwa. Fakty mówiły: dziewczynka nie żyje. Fakty wyższego Królestwa mówiły: dziecko może żyć. Jezus nie chciał słuchać słów wypowiadanych przez śmierć, ponieważ słuchał słów życia.

Żyjemy w wieku nauki. Nauka odrzuca ustalone tradycje, niesprawdzone hipotezy i zwraca się do faktów. Dla religii to wielki zysk żyć w wieku, który żąda faktów. Żądanie faktów usuwa przesądy, kieruje ku rzeczywistości, zmusza religię do postawienia nóg na twardym gruncie i weryfikację samej siebie na podstawie dowiedzionej prawdy. Ale chociaż zauważamy korzyści, to odnotowujemy też straty. Tak bardzo zaczynamy przykładać wagę do faktów, że stajemy się ich częścią, nie potrafimy wznieść się ponad nie. Jesteśmy ich częścią do tego stopnia, że znajdujemy się we władzy ich tyranii.

Przestajemy się spodziewać czegokolwiek, co wykracza poza fakty i prawa fizyki. Niezbędny w żywej religii duch oczekiwania, spodziewania się, wykraczającego poza byt fizyczny, zaczyna zanikać. Małe jest wyczucie cudowności, czy to w duchowej, czy w fizycznej sferze. Jesteśmy tak przywiązani do naszego środowiska, że naszą religią staje się naturalizm.

Religia jest bardziej uporządkowana, ale nudna i przewidywalna. Nie ma w niej niespodzianek, nie przynosi żadnych zaskakujących efektów. Słuchamy wypowiadanego słowa – słowa faktów fizycznych.

Każdy człowiek w wieku lat czterdziestu potrzebuje ponownego nawrócenia! Ponieważ około czterdziestki stajemy się zasiedziali, przestajemy czegokolwiek oczekiwać w dziedzinie ducha, zaczynamy upodabniać się do środowiska i dbać o bezpieczeństwo. Słyszałem kiedyś jak anglikański biskup stwierdził, że największą liczbę duchowych ofiar odnotowuje się między czterdziestką a pięćdziesiątką, a nie dwudziestką a trzydziestką, jak można by się spodziewać. Dlaczego? No, cóż, jeśli „niebo kłamie na temat naszego dzieciństwa”, to świat kłamie na temat wieku średniego. Podporządkowujemy się jego normom, dopasowujemy się do świata i stopniowo poddajemy się dechrystianizacji.

Jezus powierzył nam najbardziej zadziwiające zadanie, jakie kiedykolwiek zlecono istotom ludzkim. To zadanie to ni mniej ni więcej tylko zastąpienie całego współczesnego porządku świata opartego na chciwości, wyzysku, niewrażliwości, nowym porządkiem – zbudowanym na miłości, dzieleniu się i braterstwie. Ten nowy porządek to Królestwo Boże na ziemi. Oczywiście próba zastąpienia całego współczesnego porządku w każdym jego aspekcie – ekonomicznym, społecznym, politycznym – to zadanie zapierające dech w piersiach. Zapiera nam dech w piersiach, kiedy wspomnimy, że obejmuje ono w szczególny sposób wewnętrzne pobudki i instynkty, tkankę samego ducha i najdrobniejsze aspekty poglądów. Program nadchodzącego Królestwa Bożego na ziemi sprawia, że program partii komunistycznej wydaje się być prostacki i konserwatywny. Komunizm zajmuje się w sferze ekonomii głównie redystrybucją. Królestwo Boże obejmuje całość życia, jego zewnętrzne, jak i wewnętrzne aspekty.

Jeśli to prawda, to dominującą cechą chrześcijanina musi być odważna wiara. Nie może przystosowywać się do rzeczywistości, jaką zastaje, ponieważ widzi, iż rzeczywistość nie dorasta do norm Bożego Królestwa, które jest dla niego rzeczywistością najwyższą. Jezus postawił znak równości między Królestwem Bożym a życiem. Mówi o wejściu do Królestwa Bożego i rozpoczęciu życia jako o jednym i tym samym. Dla niego Królestwo Boże to życie – życie prawdziwe, jedynie prawdziwe życie. I do niego należy ostatnie słowo. Słowo wypowiedziane na niższym poziomie nie miało ostatecznego znaczenia. Dlatego kiedy na niższym poziomie zostało wypowiedziane słowo śmierci, Jezus nie chciał go słuchać – wiedział, że ostatnie słowo należy do Życia.

Na kartach tej książki podkreślaliśmy, że przy rozwiązywaniu trzech tragicznych faktów: grzechu, cierpienia i śmierci nie możemy stosować wybiegów, uników, ucieczki od rzeczywistości – musimy być całkowicie realistyczni. Ale teraz chcielibyśmy powiedzieć, że choć te trzy rzeczy są prawdziwe, to jednocześnie są stosunkowo nierealne. Są intruzami. Nie są zakorzenione w ostatecznych faktach wszechświata. Ostateczną rzeczywistością nie jest grzech, lecz dobro, nie cierpienie, lecz zdrowie, nie śmierć, lecz życie. Grzech, cierpienie i śmierć to negatywy, dobro, radość, życie to pozytywy. Pierwsze trzy to negacja, ostatnie trzy to afirmacja. A zatem przyszłość należy do afirmacji, bez względu na to, co mówi współczesność. Wierzymy, że grzech, cierpienie i śmierć zostaną wyrugowane ze wszechświata przez ostateczny tryumf Królestwa Bożego.

Przyjmując założenie, że grzech, cierpienie i śmierć nie stanowią ostatecznej rzeczywistości, można by sądzić, że aby się ich pozbyć, wystarczy zaprzeczyć ich istnieniu – zmień swój sposób myślenia, a one znikną. Jednak jest to wniosek błędny. Zaprzecza idei i atmosferze Nowego Testamentu. Spójrz w twarz Jezusa, kiedy zdąża w kierunku Jerozolimy, żeby podjąć tam ostateczną walkę z tymi trzema smutnymi faktami i sprawdź, czy Jezus stara się nakłonić ludzi tylko do zmiany sposobu myślenia. Nie, Jezus wiedział, że fakty te mają głębsze podstawy niż zakorzenienie w naszym umyśle – one opanowały wszystkie instynkty naszej natury, stały się częścią nas i niełatwo się uwolnić z ich uścisku. Trzeba zapłacić najwyższą cenę. Jezus mógł wyrugować grzech tylko poprzez wzięcie go na siebie i stanie się grzechem. Mógł usunąć cierpienie tylko biorąc je do serca i raniąc swoje serce. Mógł zniszczyć śmierć tylko umierając. I zmarł, i powstał z martwych! Wszystko musiało odbyć się uczciwie i bez wybiegów – należało stawić czoło i zwyciężyć. Jezus na krzyżu przeciwstawił się tym trzem – stoczył tam kosmiczny bój, a potem przez zmartwychwstanie pokonał je – odniósł kosmiczne zwycięstwo w czasie wielkanocnego poranka.

Tekst ewangelii nie mówi, że Jezus nie uwierzył słowom o śmierci dziecka. On po prostu nie zważał na nie. To wypowiedziane słowo było faktem, jeśli o to chodzi. Ale nie było to ostatnie słowo. Ostatnie słowo należało do życia. Kiedy stawimy czoło tym trzem faktom, to im nie zaprzeczamy– ale zaprzeczamy temu, że są to fakty ostateczne. Stawiamy im czoło, ponieważ On się im przeciwstawił i zwyciężamy, ponieważ On zwyciężył.

Nie staramy się znaleźć wewnętrznej siły w walce ze smutkiem – podejmujemy z nim walkę, zmuszamy go do służenia wyższej rzeczywistości. Bierzemy w niewolę jeńców. Profesor James powiada, że „takie aktywne radzenie sobie ze smutkiem nadaje życiu nowy wymiar”. I rzeczywiście! Kiedy droga w obie strony zostaje zablokowana, zawsze można pójść wzwyż. Zamiast rozglądać się wkoło, możemy spojrzeć do góry. Kiedy ktoś pozna ten sekret, to nie jest już dłużej związany tyranią słowa wypowiedzianego na niższym poziomie – słyszy słowa wyższe, chwyta się ich, jak tonący Piotr chwycił się ręki Jezusa, i idzie po wzburzonym morzu okoliczności i cierpienia, którym ludzie ulegają i w których toną.

Przyjrzyjmy się czterem rzeczom, których ludzie najbardziej się boją: krytyce, braku materialnego zabezpieczenia, starości, śmierci.

Sprawa pierwsza, krytyka. Boimy się jej, ponieważ uderza w naszą miłość własną. Według Adlera kompleks ego to najczęstsza przyczyna niezadowolenia z życia. Krytyka rani nasze ego i dlatego jej nienawidzimy. Jak chrześcijanin powinien traktować krytykę? Powinien zająć taką postawę: po pierwsze, zadać pytanie, czy dana krytyka jest słuszna? Jeśli tak, to chcę się zmienić. Staję się dzięki tej zmianie lepszym człowiekiem, czyli pośrednio dzięki krytyce. A zatem mój krytyk okazuje się być darmowym stróżem mojej duszy. Musimy przyjmować taką postawę, ponieważ życie, za jakim się opowiadamy, w tym właśnie punkcie jest podatne na wypaczenie. Mamy skłonność do myślenia, że skoro możemy wykorzystać wyrządzaną nam niesprawiedliwość dla naszego dobra, to każda bolesna krytyka musi być niesprawiedliwa. A tymczasem może być tak, że krytyka jest uprawniona i bardzo konieczna. Ale przypuśćmy, że krytyka jest niesprawiedliwa i nieprawdziwa – czy mamy ją potulnie znosić? Nie, mamy ją włączyć w plan życia i wykorzystać. Jezus został skazany na podstawie wypaczonych słów i błędnej interpretacji Jego wypowiedzi. On nie tylko to zniósł, ale włączył to w swój plan i poprzez te kłamstwa wypowiedział Bożą prawdę. Wypaczenie Jego słów posłało Go na krzyż, ale dzięki krzyżowi świat czyta dzisiaj prawdę o Bogu i życiu. Ktoś powiedział, że „myślenie to po prostu przemeblowywanie naszych uprzedzeń”. Chrześcijaństwo polega na przemeblowaniu niesprawiedliwej krytyki i zwrócenie jej światu jako zupełnie innego przesłania.

Pewnego razu ktoś z publiczności zarzucił pewnemu mówcy kłamstwo. Działo się to w kraju, w którym utrata twarzy stanowi stratę najwyższą. Wykładowca utracił twarz w obliczu wielkiego tłumu. Ale tylko na chwilę. Zyskał twarz – i nawet jeszcze więcej – dzięki uśmiechowi, braku nieprzyjaznej reakcji oraz rozważeniu podniesionej kwestii w sposób cierpliwy i uczciwy. Ale tej nocy jeden ze słuchaczy nie mógł spać. Prześladowały go cierpliwość i humor, z jakim wykładowca poradził sobie w tej sytuacji. On sam wcześniej się z kimś pokłócił i dręczyła go doznana krzywda. Przewracał się na łóżku aż do czwartej rano. Po straszliwej walce udał się do domu swojego nieprzyjaciela, obudził go, porozmawiał z nim, poprosił o wybaczenie, przyjął je i sam go udzielił. Kiedy wracał do domu, właśnie świtało – i to nie tylko na dworze! Tego ranka wstał w kościele i wszystkich, których zranił swoim językiem, poprosił o wybaczenie. Reakcja była natychmiastowa i zaraźliwa. Inni także zaczęli przepraszać i przebaczać. Tego ranka zakończone zostały trzydzieści trzy kłótnie. W kościele zmieniła się duchowa atmosfera. Ów wykładowca nie tylko zniósł krytykę – wykorzystał ją, żeby zmienić duchową atmosferę w kościele. Na osi ducha, z jakim ów człowiek przyjął krytykę, cała sytuacja obróciła się w dobrą stronę. Tak jak lilia korzysta z gnoju i brudu, przyjmuje je do swojego systemu, przekształca, przemienia i ukazuje światu jako symbol czystości, tak i my możemy wykorzystać niesprawiedliwą krytykę zrodzoną z gnoju i brudu ludzkich uprzedzeń i złości i obrócić ją w jasną prawdę Bożą. Powiada się, że „prawdę można zgasić jednym dmuchnięciem” – to fakt. Ale można ją także jednym dmuchnięciem zapalić – zapalić dzięki nastawieniu ducha, które w jednej chwili objawia więcej prawdy i piękna niż cała argumentacja wieków. Co to jest prawda? – zapytał Piłat i spodziewał się w odpowiedzi argumentów i definicji, ale świat widzi ją w duchu Człowieka, który stał przed nim. Prawda rozpalała się przy każdym uderzeniu, jakie otrzymywał.

Tak więc niezależnie od tego, czy krytyka jest prawdziwa czy nieprawdziwa, możemy ją wykorzystać i zaprząc do wypełnienia wyższych celów.

Druga sprawa, brak zabezpieczenia materialnego. Istnieją dwa sposoby zapewnienia sobie materialnego bezpieczeństwa. Jeden to odkładanie jak najwięcej. Metoda ta odznacza się wyraźnymi niedogodnościami, ponieważ niesie ze sobą niepokój i upadek ducha, a poza tym, jak przekonujemy się w obecnym czasie załamań giełdy, takie zabezpieczenia nie są skuteczne. Drugi sposób, to całkowite wyrzeczenie się potrzeb materialnych, uznanie ich za zniewolenie i wyswobodzenie się z tego przez wyrzeczenie. Próbujemy pozbyć się trudności materialnych przez umycie rąk. W każdym przypadku dostrzegamy niebezpieczeństwo zniewolenia – pierwsze to zniewolenie bogactwami, drugie zniewolenie ubóstwem. Żaden z tych sposobów nie przynosi wolności. Jesteś wolny tylko wtedy, kiedy potrafisz wykorzystać albo ubóstwo, albo dostatek. Człowiek, który umie wykorzystywać tylko dostatek, jest związany tym dostatkiem. Człowiek, który umie wykorzystywać tylko ubóstwo, jest związany tym ubóstwem. Obaj są zniewoleni. Ale ten, kto tak jak Paweł nauczył się i ograniczać się, i żyć w obfitości, jest wolny. Gandhi, związany swoim ubóstwem, czuje wyrzuty sumienia, kiedy musi, w sprzeczności ze swoimi zasadami, korzystać z samochodów, telegrafów, statków i pomocy przemysłowców do wspierania swojej sprawy. Z drugiej strony przedsiębiorcy są związani należącymi do nich przedsiębiorstwami i koniecznością prowadzenia życia na określonym poziomie, ponieważ w chwili, gdy zostają pozbawieni rzeczy, które można nabyć za pieniądze, są nieszczęśliwi. Jesteś wolny, jeśli potrafisz przyjąć ubóstwo i wykorzystać jego ograniczenia jako okazję do wspinania się na wysokości Boże i jesteś wolny, jeśli potrafisz przyjąć pojawiające się w twoim życiu bogactwo i wykorzystać je dla celów Bożego Królestwa.

Pewnego razu, kiedy stałem w Indiach na stacji kolejowej, zapytałem hinduskiego dżentelmena, czy też jedzie najbliższym pociągiem. Odpowiedział, że nie, ponieważ są w nim tylko wagony trzeciej klasy. Ja powiedziałem, że nim pojadę. „Tak – on na to – pan może jechać, bo jest pan człowiekiem religijnym. Jeśli jedzie pan pierwszą klasą, to pana to nie nobilituje. Jeśli trzecią klasą, to pana to nie degraduje. Pan jest ponad tym, ale ja muszę się pilnować!” Gdybym wtedy poddał się wrażeniu chwili, to zatańczyłbym na tym peronie! Pierwsza klasa nie wywyższa, trzecia nie poniża, przyjemność nie uderza nam do głowy ani ból nas nie załamuje, bogactwo nie zniewala naszego ducha, ponieważ we wszystkim widzimy możliwość spełnienia głównego celu życia. Ubóstwo i bogactwo to tylko incydenty, naszym życiem jest Królestwo Boże.

Rzecz trzecia, obawa przed starością. To smutne, kiedy obserwujemy nasze więdnące, obumierające ciało. Możemy opóźniać starość przy pomocy wybiegów, jakie oferuje nauka, np. zrobienie sobie liftingu twarzy, oraz wykorzystując liczne produkty przemysłu kosmetycznego. Ale jest to walka przegrana i w końcu wszyscy poniesiemy klęskę. To naprawdę poważna sprawa – wtedy, kiedy jakość naszego życia jest bardzo zależna od wyglądu. Ale jeśli nie jest? Wtedy możemy patrzeć na zbliżającą się starość z uśmiechem, a nawet radością. Każdy okres życia daje nam okazję ofiarowania czegoś, czego nie możemy zaoferować w żadnym innym okresie. W młodości składamy Bogu i innym ludziom naszą gorliwość. W wieku średnim oferujemy nasze opanowanie, doświadczenie, współczucie – cechy, jakich nie potrafilibyśmy dać w żadnym innym okresie życia. Starzeć się nie tyle pięknie, co wdzięcznie, to przywilej chrześcijanina, ponieważ chrześcijanin nie powinien znosić starości, ale ją wykorzystywać. Czyż istnieje coś piękniejszego niż postarzała twarz, na której czas wyżłobił delikatność, współczucie i doświadczenie? Kiedy zapominamy o swoim wyglądzie, a koncentrujemy się na czymś głębszym niż wygląd, ładny wygląd do nas powraca, ponieważ nie ma niczego piękniejszego na niebie i ziemi niż twarz, która nosi znamiona miłości i czystości. – Hej, ty, z niebem na twarzy, rzuć mi pensa – zawołał żebrak, kiedy zobaczył przechodzącego obok świętego Pennyfathera.

Kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Indii, miałem trudności z aklimatyzacją. Kilka razy powaliła mnie gorączka. Mogę prawie powiedzieć, że warto było zachorować, żeby odwiedziła mnie pewna starsza święta Hinduska, zwana „Caroline Mama”. Jej brązowa twarz zawsze jaśniała, a kiedy wstawała z kolan po modlitwie przy moim łóżku, zawsze pochylała się i całowała moje spocone czoło. Kiedy wychodziła z pokoju, miałem wrażenie, że – wiedząc o tym – gościłem anioła. Gdyby była młoda, to zatrzymałaby się nieśmiało na werandzie, zapytała o moje zdrowie i odeszła. Ale stary wiek ciszy się przywilejem wkraczania do wewnętrznych sanktuariów i rozdawania pocałunków tam, gdzie są potrzebne. Tak, stary wiek posiada przywilej wkraczania w dusze innych ludzi, o którym nie ma pojęcia wiek młody. Stary wiek, tak jak młodość, cieszy się swoimi własnymi przywilejami. Dlatego kiedy spoglądam w lustro i widzę moje siwiejące włosy, to czuję tylko radość. Będę szczęśliwy, kiedy już całkiem osiwieję! Ponieważ każdy rok życia jest milszy niż poprzedni i dlaczego nie miałoby tak być do końca – do końca, który jest tylko nowym początkiem?

Jednym z pięciuset bogów w pewnej świątyni w Pekinie jest Marco Polo. Chińczycy deifikowali pierwszego gościa z Zachodu. Ale uczynili go innym niż pozostałe bóstwa. Deifikowani Chińczycy siedzą spokojnie, jakby wieki wyglądały im z oczu. Ale Marco stoi – jako jedyny z pięciuset. Niecierpliwe, surowe, piorunujące spojrzenie, napięty wyraz twarzy. W taki sposób Wschód widział zaborczy Zachód. Myślę, że bardziej podziwiam Chińczyków za wspaniałomyślność dania mu miejsca wśród bogów, niż za deifikację niecierpliwości. My, ludzie Zachodu, tak długo ją deifikowaliśmy, tak wiele po niej sobie obiecywaliśmy, a zyskaliśmy tak mało, że już nie skłaniamy kolan przed jej ołtarzem tak jak niegdyś. W tym panteonie bardziej niż Marco Polo zainteresowała mnie i zostawiła lepsze wrażenie inna postać. Była to figura mężczyzny, tak pięknego za życia, że kiedy się zestarzał, jego twarz pękła na dwoje na wysokości czoła. Właśnie zdzierał ze swojej twarzy maskę starości, spod której wyłaniało się młode oblicze. Dzięki swojej dobroci był prawdziwie młody, dlatego zdzierał zewnętrzną maskę, by ukazać swoją prawdziwą twarz. Spodobał mi się ten stary-młody człowiek, pozdrowiłem go w swoim sercu, ponieważ przedstawiał to, czym moim zdaniem powinien być chrześcijanin – człowiekiem, który dzięki wewnętrznej odnowie ducha ustawicznie się odmładza.

Znałem pewną kobietę, która pracując jako misjonarka w regionie Chin narażonym na ciągłe napady bandytów, doświadczyła nieopisanych niebezpieczeństw i wyszła z nich bez szwanku. A potem w Indiach próbowała pogłaskać małego domowego pieska, który prawie odgryzł jej dolną wargę. Wydawało się to ironią losu, że osoba, która dzięki swojej odwadze uratowała tysiąc chińskich żołnierzy od niechybnej śmierci, została w czasie urlopu na zawsze zeszpecona przez pieska. Ale kiedy zobaczyłem ją ponownie w Chinach, już po jej wizycie w Ameryce, okazało się, że lekarze tak dobrze wykonali swoje zadanie, że wyglądała lepiej niż przedtem! I myślę, że coś takiego jest przywilejem chrześcijanina – ukąszony przez rozkład wieku, może wyłonić się jeszcze piękniejszy na duszy i ciele niż wcześniej. „Ten człowiek jest bardziej duchem niż ciałem” – powiedział pewien Chińczyk o chrześcijaninie. I w ten sposób ukazał możliwość rysującą się przed każdym chrześcijaninem – możliwość posiadania wiecznie młodego ducha wykorzystującego do końca swoje życie.

Pewna starsza Hinduska przyjmowała gości z zagranicy. Robiła to tak wdzięcznie, była tak opanowana, że jeden z przyjaciół powiedział w chwili pożegnania: „Jesteś taka piękna”. Kobieta odpowiedziała spokojnie: „Oczywiście, że jestem. Powinnam być. Mam siedemdziesiąt cztery lata”. Ona pojęła tajemnicę.

Po czwarte, strach przed śmiercią. Główne cierpienie życia to śmierć. Boimy się swojej śmierci i śmierci bliskich. Wiemy oczywiście, że spotka nas wszystkich, ale kiedy przychodzi, zaskakuje nas i szokuje. Powiadam, że szokuje, ale to nie całkiem prawda, ponieważ niektórzy poznali sekret, o którym mówiliśmy w tej książce, a który sprawia, że zaczynają śpiewać. Prawie wszyscy pierwsi chrześcijanie uchwycili tę nutę zwycięstwa nad śmiercią. Właśnie wyszedłem z rzymskich katakumb, w których pochowano dwieście tysięcy pierwszych chrześcijan, w tym wielu męczenników. Na ścianach znajdują się różne napisy, ale, o ile pamiętam, nie ma wśród nich narzekania. Nie ma tam nic z późniejszej nuty pogańskiej, która wypełniła nasze cmentarze narzekaniem nad rozdzieleniem i nieobecnością. Ci chrześcijanie wierzyli, że Chrystus pokonał wszystko, w tym śmierć, dlatego w ich śmierci słychać nutę głębokiej radości. Ton tych napisów przypomina mi napis, jaki rodzina Lee z Kalkuty umieściła na pomniku upamiętniającym sześcioro ich dzieci, które zginęły w czasie obsunięcia się ziemi ze stoków Himalajów w Darjeeling: „Bogu niech będą dzięki za to, że daje nam zwycięstwo przez naszego Pana Jezusa Chrystusa”.

Dla rodziny Lee i pierwszych chrześcijan zmartwychwstanie Jezusa nadawało sens wszystkiemu.

Ewangelia wzbudza pytania wprawiające w zakłopotanie i rozdzierające serce człowieka, stawiając je w jedyny sposób, w jaki powinny być stawiane, to znaczy w obrębie samego życia. Dla innych były to filozofie, dla Jezusa – fakty. Kiedy Jego ciało wisiało na krzyżu, tak wykrzywione, że zdało się być wielkim znakiem zapytania na tle nieba, z Jego ust wydobyło się wołanie: „Boże mój, dlaczego?” Wydaje się, że zebrały się w tym gorzkim wołaniu cały ból i udręka wieków. Nie ma żadnego pytania, które kłopocze i dręczy nasze serce, które nie znalazłoby się w tym bolesnym pytaniu. Do czego może posunąć się nienawiść? Dlaczego ten świat toleruje niesprawiedliwość? Dlaczego dobrzy są pozornie opuszczeni w godzinie cierpienia? Czy wszechświat popiera dobrych ludzi? Te i inne pytania znajdują swój wyraz w tej tragicznej modlitwie.

A jak brzmi odpowiedź? Odpowiedź musi zostać udzielona dokładnie w tym samym miejscu, w którym zostało zadane pytanie, to znaczy w życiu. Jeśli jakieś pytanie rodzi się w związku z konkretną sprawą, to właściwa odpowiedź musi zostać udzielona w połączeniu z tą sprawą. Pytanie było faktem, odpowiedź musi być faktem. Bóg odpowiedział, odpowiedział właściwie i to w tym miejscu, gdzie pytanie się zrodziło. Krzyż rodzi pytania, zmartwychwstanie udziela na nie odpowiedzi. Odpowiada na fakt niesprawiedliwości i bólu większym faktem – Zwycięstwem! Odpowiedź nie byłaby pełna, gdyby Jezus został wzbudzony tylko w sensie duchowym. Wystarczającym mogło być tylko zwycięstwo odniesione zarówno we sferze duchowej, jak i fizycznej. Zmartwychwstanie Jezusa było zwycięstwem – pełnym i zdecydowanym zwycięstwem w obu tych sferach i dlatego było wystarczające. Ostatnie słowo Boga to nie śmierć, lecz zmartwychwstanie. Ale ostatnie słowo to nie słowo wypowiedziane, lecz żywe słowo – to fakt, najbardziej oszałamiający fakt w historii człowieka. Teraz już wiemy jak wszystko się kończy. Bóg wypowie ostatnie słowo tyczące ludzkich losów i tym słowem będzie Zwycięstwo. Jezus pozwolił, żeby życie wypowiedziało swoje najokrutniejsze słowo, tak by najłagodniejsze i najczystsze serce, jakie kiedykolwiek było na ziemi, zostało zatrzymane przez śmierć. A potem Jezus cicho wstał z martwych, wyszedł z grobu z najwspanialszymi słowami na ustach: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem”. To właśnie nadaje sens całości, ponieważ podkłada muzykę pod wszystkie smutki życia, a nutą przewodnią czyni radość.

I nie mówcie mi, że Ozyrys i inni pogańscy bogowie też zmartwychwstawali i że jest to mit powstały na bazie analogii z przyrodą, gdzie po śmierci zimy nastaje wiosna. Biorąc nawet pod uwagę popularność historii o zmartwychwstaniu pogańskich bóstw w owym czasie, czy podcina to korzenie zmartwychwstania Jezusa? Nie. Te korzenie sięgają zbyt głęboko, ponieważ rozrastają się w strukturze naszego moralnego i duchowego wszechświata. Które z pogańskich bóstw poparło swoje zmartwychwstanie życiem, które zabrzmiało najczystszymi, najgłębszymi i najbardziej harmonijnymi nutami moralności i duchowości wszechświata? Które z nich poparło swoje zwycięstwo nad śmiercią zwycięstwem nad życiem? Aby wierzyć w powrót do życia pogańskiego bóstwa, musimy ujrzeć je wznoszące się w bezgrzesznej wspaniałości nad życiem. Tylko Jezus potwierdza swoje zwycięstwo nad śmiercią zwycięstwem nad życiem.

– Mogę się posłużyć słowami, których użył Jezus „Ja i Ojciec jedno jesteśmy” – powiedział pułkownik Olcott, jeden z twórców teozofii, do Carlyle’a. – Tak – padła druzgocąca riposta – ale w słowa Jezusa świat uwierzył. Świat uwierzył w zmartwychwstanie Jezusa, ponieważ ujrzał coś więcej niż tylko zmartwychwstanie. Ujrzał „zmartwychwstanie i życie”. Te dwie nuty brzmią harmonijnie.

Kiedy arcykapłani i faryzeusze przyszli do Piłata po śmierci Jezusa, powiedzieli: „Panie, przypomnieliśmy sobie, że jeszcze za życia ten oszust powiedział: Po trzech dniach zmartwychwstanę. Rozkaż więc, aby zabezpieczono grób aż do trzeciego dnia, żeby czasem nie przyszli jego uczniowie, nie wykradli Go i nie rozgłosili wśród ludu: Powstał z martwych!. I ostatnie oszustwo będzie o wiele gorsze od pierwszego”. „Ostatnie oszustwo” – dla nich całe życie i nauczanie Jezusa było oszustwem – błądził albo nie pasował do ich systemu. Ponieważ nie przystosował się do ich małości, z ich punktu widzenia tkwił w błędzie. Ale z Jego punktu widzenia to ich duch i poglądy były błędne. A wieki opowiedziały się za Jezusem! Z takiego punktu widzenia, w którym uważa się, że wszystko, co odstępuje od ustalonego porządku jest błędem, i zmartwychwstanie jest błędem. Martwi nie powstają! Jednak podstawowy błąd polega tu na przekonaniu, że jedyne i ostatnie słowo należy do porządku naturalnego. Ale czy Bóg stwarzając porządek natury wyczerpał wszystkie swoje możliwości? Łatwość z jaką wszystko działa, gdy chodzi o porządek naturalny, sprawia, że czujemy, iż w Bogu kryją się możliwości niezmierzone i niewyczerpane. „Ostatnie oszustwo” to odstąpienie od naturalnego porządku, ale odstąpienie wzwyż. To nie jest recesja – cofnięcie się – ale rzut wzwyż, przyspieszenie rozwoju. Lepsze postępowanie to według normalnych zasad błąd, ale to „błąd” kierujący do góry. Zmartwychwstanie to „błąd”, to pogwałcenie jednego porządku, porządku naturalnego, w celu dostosowania się do prawdziwych norm wolnego i nieskrępowanego Boga. W tym sensie to nie jest błąd, ale wyższa prawda. Nazwijcie to „cudem”, jeśli chcecie. Nie mam nic przeciwko temu. Ponieważ mamy do czynienia przynajmniej z czterema wyraźnymi cudami, albo odstępstwami od naturalnego porządku: (1) Stworzenie ducha człowieka – jest to odstępstwo tak zadziwiające, że nie można nazwać go niczym innym, jak tylko cudem. (2) Narodzenie Jezusa z dziewicy – nowy początek życia dla ludzkości na wyższym poziomie. (3) Zmartwychwstanie Jezusa – zwycięstwo nad życiem gorszego gatunku z włączeniem śmierci. (4) Odrodzenie pojedynczych ludzi – wprowadzenie człowieka na wyższy poziom, upodabnianie go do owego Wyższego Człowieka, albo dokładniej Wyższego-niż-Człowiek. Oto cztery wyraźne cuda, które dają nowy początek – początek drogi wzwyż. Każdy z nich jest godny Boga i czegoś takiego byśmy się spodziewali, jeśli we wszechświecie miałby istnieć dobry i niosący odkupienie Bóg. Jeśli Jezus nie wstał z martwych, powinien był wstać! Gdyby nie zmartwychwstał, wszystko źle by się potoczyło.

Ponieważ, przypominam wam, największy cud to żaden z tych czterech – największy cud to On sam. Cud Jego moralnej osobowości, gdy wznosi się w bezgrzesznej wielkości zarówno nad świętym, jak i grzesznikiem, to cud najważniejszy. Wszystkie mniejsze cuda stają się wiarygodne w świetle tego centralnego cudu.

Przekaz ewangeliczny powiada: „Naprzeciw grobowca siedziały zaś Maria Magdalena i inna Maria” – grzesznica i święta siedzą, patrząc, co się stanie z grobem. Jeśli pozostanie zapieczętowany, jeśli nie będzie zwycięstwa nad śmiercią, ludzkość siedzi naprzeciw, wiedząc, że jej nadzieje są wraz z tym grobem skończone. Nadeszła przełomowa godzina historii człowieka – czy dobro, miłość i życie zostaną stłumione przez siły zła, nienawiści i śmierci? Odpowiedź brzmi: Nie! Pan zmartwychwstał! A wieki odpowiadają: Prawdziwie zmartwychwstał!

Dyrektor szkoły przy kościele i jego żona stracili swoje jedyne dziecko. Najbliższa niedziela to była niedziela wielkanocna. Dyrektor wypełniał swoje obowiązki jak zazwyczaj – nie, nie jak zazwyczaj, ponieważ w tym, co robił, rozbrzmiewała nuta tryumfu i zwycięstwa. Kiedy tego dnia dzieci wracały do domu, jeden z chłopców spytał nagle matkę:

– Oni prawdziwie wierzą, prawda?

– Wierzą w co? – zapytała matka.

– No, w zmartwychwstanie i to wszystko.

– Oczywiście, my wszyscy wierzymy.

– Nie – powiedział chłopiec – nie w ten sposób. Oni naprawdę wierzą.

Ten chłopiec zauważył, że dyrektor i jego żona zmienili tragedię śmierci w tryumf życia.

Dlatego kiedy grozi nam i naszym bliskim śmierć, możemy powiedzieć jak ptak siedzący na gałęzi, gdy zagraża mu burza: „Strząśnij mnie, i tak mam skrzydła”. Teraz już nic nas nie przestraszy, ponieważ odnosimy zwycięstwo nad ostatnim wrogiem – śmiercią. Ból pękających pąków zapowiada rozwinięcie się kwiatów, ból śmierci mówi nam, że życie wewnątrz nas rozkwita dla nieśmiertelności.

* * *

Wielu ludziom zabraknie w tym tomie nuty pocieszenia, jakiego kochający Bóg udziela swoim dzieciom. Celowo zostawiłem ją na ostatnią chwilę. Ponieważ rozważając kwestię smutku podkreślamy zwykle przede wszystkim nutę pocieszenia, może to osłabić tkankę naszej duchowej natury. Zaczynamy patrzeć na Boga jako na wielkiego ocieracza łez. Bóg staje się wtedy dla nas bardziej babciny niż dobry. I wtedy my, zranione dzieci, patrzymy na religię bardziej jako na oferującą pociechę, niż jako na siłę kształtującą charakter. Tracimy wtedy i pociechę, i charakter. Ponieważ nie ma prawdziwej pociechy, jeśli nie jest ona produktem ubocznym wewnętrznego duchowego zwycięstwa. Charakter nie wypływa z duchowego rozpieszczania. Słowo pociecha (w jęz. ang. comfort – przyp. tłum.) składa się z dwóch słów: „com” (z) i „fortis” (siła) i oznacza dosłownie „posilenie przez przebywanie z”. Stąd pociecha w sensie nowotestamentowym oznacza siłę płynącą z przebywania w towarzystwie Boga, który cierpi razem z nami. To jest męska pociecha. Jest w niej stal. I ta stal to pokrzepienie.

Wspaniałość odczuwania pociechy wynika z faktu obecności Ojca, który wie, i rozumie, i dzieli z nami wszystko.

Widziałem jak robak, wolno i z trudem, Pchany wewnętrznym bodźcem, Próbował przejść przez zakurzoną drogę, Po której pędzą hałaśliwe samochody. Jego przeznaczeniem śmierć, Bolesnym końcem proch. I nikt na niego zważał, Gdy szedł.

Czyliż i jam robakiem w pyle Nieskończonych, niezliczonych lat? I czy przeznaczona mi śmierć W kole wirujących sfer? Czy zdążam do celu, Którego nigdy nie ujrzę? Próbuję stać się tym, Kim być nie mogę? I czy nikt na mnie zważa, Gdy idę?

Coś mi mówi, że tak nie jest. W moim sercu płonie coś, Co rodzi uśmiech mimo strachu Przed wirowaniem miażdżących sfer.

Ten płomień to radosna miłość Nie do nieobecnego Boga gdzieś tam. Bowiem w moim sercu – Jako część mojego życia, Mieszka mój niebiański Ojciec. Ten cudny fakt popycha mnie Do życia świętego i wyższego. I z dnia na dzień Zapewnia mnie, żem ja nie proch, Nie muszę śmierci lękać się.

To jedno wiem, osiągnę cel, Bo proch, co trudzi mnie, Galilejczyka niegdyś stopy brudził. I choć brutalna siła zupełnie Go skruszyła, Aż w pyle legł Jego krwawy kształt Podobny zwykłemu robakowi, Lecz z prochu powstał On Wyniesiony nad niebiosa.

Podążam za Nim – Jego życie moim jest. Teraz nie lękam się zmagania. Świat materii i złego zamysłu Próbują złamać mnie, mą duszę zmiażdżyć – Niech czynią to, co chcą. Mój wewnętrzny pokój trwa. Nie martwię się, co świat wymyśli, Bo dobrze wiem, osiągnę cel – Mój Ojciec o mnie dba.

Nasza pielgrzymka w poszukiwaniu znaczenia cierpienia dobiegła końca. Ufam, że wykazaliśmy, iż ewangelia Jezusa spełnia z nadmiarem żądanie mądrego człowieka, który powiedział, że religia „musi potrafić wykazać, iż dobroć to zwycięska żywotność, a zło to żywotność pokonana, że grzech to zaprzeczenie, a cnota to spełnienie obietnicy zawartej w celu istnienia człowieka”. Staraliśmy się wykazać, iż te same smutki spadają na wszystkich, włączając w to chrześcijan, ale choć kruszą ducha niektórych, to jednocześnie przyczyniają się do kształtowania ducha tych, którzy poznali Jego tajemnicę. Zarówno marny pacykarz jak i Rafael używali tych samych barwników i farb, ale jeden tworzył z nich nieład, a drugi przekazał przesłanie. Cały ból wydaje się być niezbędny, jeśli celem jest kształtowanie charakteru, ponieważ ptak nie może latać inaczej, jak w środowisku stawiającym opór, i nie możemy się wznieść, chyba że wznosimy się na czymś pokonanym. Dlatego chcemy uczyć nasze dusze tego, czego pewien ojciec chciał nauczyć swoją córkę: „Choć nikt z nas nie może uniknąć bólu, nauczę ją, że mądrość chrześcijańska wynosi nas ponad cierpienie i nadaje piękno nawet zgryzocie”. Mam także nadzieję, że dostrzegliśmy fakt, iż cała zgryzota i smutek nie są bezużyteczne:

Że żaden robak nie ginie daremnie, Żadna ćma nie płonie na próżno w bezowocnym ogniu, Lecz niesie zysk innemu.

Zauważyliśmy, że także Bóg jest głęboko zaangażowany w to wszystko i że Jego ból przynosi nam korzyść. Kiedy patrzymy jak z trudem wspina się na strome wzgórze Golgoty z krzyżem na plecach, wiemy, że ten krzyż jest blisko i jest nierozerwalnie związany z naszym odkupieniem.

Ufam także, że Bóg nie może się nami posłużyć dopóty, dopóki nie poznamy mądrości i współczucia zdobytych w bólu:

Czy musisz Ty – Stwórco Nieskończony! Czy musisz zwęglić drewno, zanim będziesz mógł nim rysować?

Tak, wygląda na to, że musi. Kiedy zostajemy zwęgleni w ogniu cierpienia, musimy wiedzieć, że Nieskończony Stwórca przygotowuje nas, byśmy stali się narzędziem do wypełnienia jego celu.

Napisano o Jezusie, że „wziął chleb, pobłogosławił, połamał go i dał uczniom, mówiąc: Bierzcie”. Wziął, pobłogosławił, połamał, dał. Taka jest kolejność. Nie możemy się krzywić, gdy jesteśmy łamani, ponieważ On widzi potrzeby ludzi i chce przez złamanie nas pomnożyć, żeby ich nakarmić.

Ale nie powinniśmy przyjmować postawy biernej rezygnacji – mamy wychodzić z radością i korzystać ze wszystkiego, co nas spotyka, żeby obracać to w świadectwo. A zatem chrześcijanin powinien być najbardziej niepoprawnie szczęśliwym człowiekiem na ziemi, ponieważ ma radość „mimo wszystko”. Jego szczęście nie zależy od okoliczności. Billy Bray, jeden z Bożych trubadurów, nazwał jedną swą stopę „Chwała”, a drugą „Alleluja”. Kiedy szedł, jedna z nich wołała Chwała, a druga Alleluja. Instynktownie nadał takie nazwy swoim stopom, a nie drogom, ponieważ niektóre drogi mogły prowadzić do smutku, ale nawet wtedy jego stopy rozbrzmiewały przesłaniem.

Dzięki Bogu, że ten sposób się sprawdza! Stawia czoło wszystkim faktom, niczego nie unika, wszystko wykorzystuje i jawi się jako zwycięska żywotność. Pewna postawna i wysoka kobieta odwiedzała wszystkie świątynie w Indiach, żeby znaleźć uwolnienie od szalejącej w niej burzy ducha. Przy jednej z tych świątyń, tysiąc mil od swojego domu, spotkała drobną chrześcijankę, która powiedziała jej o drodze w Chrystusie. Wydało się jej to niemożliwe do realizacji i dlatego ta rosła kobieta powiedziała: „Nie znasz mnie. W napadzie wściekłości rzuciłam przekleństwo na moją rodzinę. Jak mogę cofnąć to przekleństwo i uciszyć burzę szalejącą w moim wnętrzu? Nie, to nie zadziała.” „Spróbuj” – nalegała chrześcijanka, ponieważ sama była radosnym obrazem Bożego działania. Lecz kobieta odeszła kręcąc głową. Ale tydzień później pojawiła się w tym samym miejscu spotkań pielgrzymów. Szła górując nad tłumem, a kiedy dostrzegła drobną chrześcijankę, chwyciła ją w ramiona i wykrzyknęła tubalnym głosem: „To działa! To działa! Spróbowałam. Dzisiaj ktoś uderzył mnie w twarz, a ja nawet nie chciałam oddać. Coś się we mnie zmieniło. To działa!” Wielka i drobna kobieta stały twarzą w twarz, siostry znające wielką tajemnicę. I kiedy tak patrzyły sobie w oczy, wiedziały, że dotknęły sedna życia, samego Życia, i nic już ich nie przestraszy. To działa!

Stoik znosi, epikurejczyk szuka przyjemności, buddysta i hinduista stoją z boku rozczarowani, muzułmanin poddaje się, ale tylko chrześcijanin nie posiada się z radości!