Najszczęśliwsi na świecie

The Happiest People On Earth, 1975. Fascynująca opowieść Demosa Shakariana spisana przez Johna i Elizabeth Sherrill.

Poświęcamy naszym Rodzicom: Izaakowi i Zarouchi Shakarian, Sirakan i Tiran Gabrielian, którzy wprowadzili nas w grono… najszczęśliwszych ludzi na świecie.

Przedmowa. (1) Wieść spoza gór. (2) Aleja Union Pacific. (3) Bomba zegarowa. (4) Człowiek, który się zmienił. (5) Punkt zaczepienia w niebie. (6) Hollywoodzki amfiteatr. (7) Czas próby. (8) Restauracja Cliftona. (9) Noga na stole. (10) Świat zaczyna się zmieniać. (11) Złoty łańcuch. (12) Posłowie

Przedmowa

Było to pewnego szarego dnia, w grudniu 1960 roku. Wjechaliśmy na przedostatnie wolne miejsce na parkingu przed hotelem President w Atlantic City. Zaraz po nas zaparkował cadillac z kalifornijską rejestracją, który – jak można było zauważyć – przebył długą drogę. Wysiadł z niego dobrze zbudowany mężczyzna w kapeluszu z szerokim rondem. Wyciągnął swą potężną, spracowaną dłoń i powiedział:

– Jestem Demos Shakarian.

Obszedł samochód, aby otworzyć drzwi pięknej czarnowłosej kobiecie.

– A to moja żona Róża.

Wyjaśniliśmy im, że jesteśmy dziennikarzami czasopisma „Guideposts”. Naszym zadaniem jest zbadanie zjawiska mówienia innymi językami, a tutaj – dodaliśmy szybko – przyjechaliśmy tylko popatrzeć.

A było co oglądać. Hotel President był miejscem okręgowej konferencji chrześcijańskiej organizacji zwanej Międzynarodową Społecznością Biznesmenów Pełnej Ewangelii, której założycielem i przywódcą był Demos Shakarian. Do Atlantic City przybyło tysiące ludzi ze wschodniego wybrzeża. Niektórzy po to, by spotkać tego ogorzałego farmera, inni, by opowiedzieć sobie nawzajem historie działania Ducha Świętego w ich życiu, a jeszcze inni, tak jak my, po prostu – popatrzeć, z pewną obawą i raczej sceptycznie.

Uważajmy, żeby nie poddawać się emocjom – przypominaliśmy sobie wzajemnie, bo krzyki, unoszenie rąk, jakieś niewiarygodne opowiadania – to stare, wypróbowane metody wprawiania tłumów w stan euforii.

Śledziliśmy więc wszystko bacznie… ale nic takiego się nie działo. Siedzący z przodu hotelowej sali balowej Demos prowadził spotkanie z cichą wrażliwością człowieka, który słucha głosu niesłyszalnego dla pozostałych. Spodziewaliśmy się chaosu, a tymczasem konferencja przebiegała w atmosferze radości i umiaru. Byliśmy nastawieni na presję, która nie nastąpiła i staliśmy się wręcz bezbronni wobec ogarniającej nas miłości. Okazało się, że w tym tygodniu, wraz z setkami innych uczestników, rozpoczęliśmy własną wędrówkę przez życie w Duchu.

Od tego grudniowego spotkania, przez piętnaście lat śledziliśmy ruch zielonoświątkowy w wielu częściach świata, ponieważ odkrywaliśmy w nim niezwykłe zjawiska: przemianę życia ludzi, entuzjazm, autentyzm pierwotnego chrześcijaństwa we współczesnym Kościele. I stopniowo zauważaliśmy coś niezwykłego. W relacjach naszych rozmówców, którzy opowiadali nam o ożywieniu ich wiary – bez względu na to, czy byli to mężczyźni, kobiety, dzieci czy starcy, katolicy czy mennonici – najczęściej na początku pojawiała się ta niezwykła grupa biznesmenów oraz nazwisko farmera z Downey w Kalifornii, Demosa Shakariana.

Jak to możliwe, zastanawialiśmy się, by ten nieśmiały, niezbyt elokwentny mężczyzna o rozbrajającym uśmiechu, człowiek, który zazwyczaj się nie spieszy i jak gdyby nigdy nie wie, gdzie będzie jutro, mógł mieć tak znaczący wpływ na miliony ludzi? Dlatego też postanowiliśmy dokładnie się temu przyjrzeć.

Znacznie łatwiej było jednak podjąć tę decyzję niż ją wykonać. Demos mógł w danym czasie być w Bostonie, Bangkoku czy Berlinie, a poza tym nie odpowiadał na listy. Ale w ciągu czterech lat udało nam się zorganizować wiele spotkań. Raz Demos i Róża przyjechali do nas, później spotkaliśmy się w letnim domku naszego przyjaciela w Szwajcarii. Innym razem pracowaliśmy w Monako i w Palm Springs. Rozmawialiśmy podczas podróży samochodem, na lotniskach i w ormiańskich restauracjach. Ale najmilej spędziliśmy czas w ich domu w Downey – w tym samym, który wybudowali w roku 1934 i gdzie urodziło się ich pierwsze dziecko. Dom ojca Demosa stoi w sąsiedztwie i od jego śmierci pozostawał niezamieszkały. Jest znacznie większy, przestronniejszy, ma więcej pokoi niż ich dom, ale Demos i Róża mają pewne wspomnienia związane z własnym mniejszym domem…

I tak stopniowo odkrywaliśmy tajemnicę Demosa. Część tej tajemnicy przybyła wraz z jego rodziną z Armenii, kraju, gdzie najstarszy chrześcijański naród wiele wycierpiał za swoją wiarę. Z tego cierpienia pochodzi jego szczególnie wnikliwe wejrzenie w tajemnicę życia.

Ale wnikliwość ta nie jest przywilejem jakiejś rasy czy narodu. Jest to tajemnica, którą może i powinien poznać każdy z nas, bo gdy tak się stanie, to wtedy – jak mówi Demos – bez względu na sytuację, w jakiej się znajdujemy, będziemy ludźmi najszczęśliwszymi w świecie.

John i Elizabeth Sherrill, Chosen Books, Lincoln, Virginia, Listopad, 1975

1. Wieść spoza gór

Pewnej nocy jechaliśmy z Różą przez Los Angeles. Wracaliśmy właśnie do domu, gdy nagle naszła mnie nieprzeparta chęć, by zboczyć z drogi i przejechać obok domku, w którym zamieszkał tuż po przybyciu do Ameryki, mój dziadek Demos.

Przez czterdzieści dwa lata naszego małżeństwa Róża przyzwyczaiła się już do moich nieoczekiwanych posunięć i chociaż była już pierwsza w nocy, nic nie powiedziała, gdy skręciłem w kierunku dzielnicy zwanej Los Angeles Flats. Ale przy ulicy Boston pod numerem 919 nie było już tego ozdobionego sztukaterią domku. Siedząc w samochodzie rozglądaliśmy się przez chwilę, ale widzieliśmy tylko nowe domy komunalne stojące w miejscu dawnych ruder. Zawróciliśmy więc i po chwili byliśmy na autostradzie.

Ale w tę ciepłą, kalifornijską noc snuły się za mną wspomnienia o dziadku. Wiedziałem, dlaczego odczułem potrzebę zjechania z drogi. Stało się tak pod wpływem proroctwa, jakie usłyszeliśmy z Różą nieco wcześniej tego wieczora. Wracaliśmy właśnie ze spotkania Społeczności Biznesmenów Pełnej Ewangelii w Beverly Hills, gdzie ktoś z obecnych wygłosił przepowiednię, oznajmiając, że przekazuje słowa z polecenia samego Boga. Dotyczyła ona wielkiego prześladowania chrześcijan, jakie niebawem ma nastać w wielu częściach świata, a nawet i w Stanach Zjednoczonych.

Co w związku z tym mieliśmy zrobić? Jak postąpiła moja rodzina, gdy prawie wiek temu usłyszała wieść bardzo podobną? Wtedy także zostało przekazane proroctwo i wszystko cokolwiek od tamtego czasu wydarzyło się w życiu mego dziadka, ojca i moim własnym, było skutkiem tego, że zostało ono potraktowane poważnie.

Była już druga w nocy, gdy skręciłem na drogę do Downey. Księżyc srebrzył się cudownie i było zbyt pięknie, aby kłaść się spać. Ku niezadowoleniu Róży chodzę spać dość późno, gdy więc była już w łóżku, przysunąłem stary fotel bliżej okna i w ciemnościach nocy pozwoliłem myślom powędrować w przeszłość.

Nie znałem mojego dziadka Demosa, bo zmarł zanim się urodziłem, ale słyszałem o nim wiele, wiele razy. Znałem każdy szczegół jego życia, więc gdy teraz usiadłem, wpatrując się w srebrzące się w blasku księżyca liście drzewa pomarańczowego, wydawało mi się, że widzę zupełnie inny krajobraz daleko stąd i wiele lat temu. Nie sprawia to trudności Ormianinowi. Jesteśmy ludem wywodzącym się z czasów starotestamentowych i w naszych umysłach przeszłość spaja się z teraźniejszością tak, że to, co wydarzyło się sto, tysiąc, czy dwa tysiące lat temu, jest tak samo rzeczywiste, jak teraźniejszość.

Już tak wiele razy o tym słyszałem, że mogłem prawie zobaczyć tę małą wioskę Kara Kala leżącą na skalistych zboczach góry Ararat – tej, o której Biblia powiada, że spoczęła na niej Arka Noego. Gdy zamknąłem oczy, ujrzałem tamte kamienne budowle: szopy i stodoły oraz wiejski dom, gdzie mieszkał mój dziadek Demos. W tym to domu urodziło się jego pięć córek. Brakowało jednak syna, a było to wśród Ormian hańbą taką samą, jak u starożytnych Izraelitów.

Byłem w stanie wyobrazić sobie dziadka idącego w niedzielny poranek do domu modlitwy wraz ze swoimi pięcioma córkami. Chociaż większość Ormian była wyznania prawosławnego, to dziadek i wielu mieszkańców Kara Kala byli prezbiterianami. Wyobraziłem sobie, jak pewnej niedzieli przechodził przez wioskę dumnie wyprostowany, jakby na przekór cichym wyrzutom.

Wydało mi się to dziwne, że w obliczu tak wielkiej potrzeby, jaką miał dziadek, nie przyjął on, i to od razu, tych wieści, które już prawie pięćdziesiąt lat rozbrzmiewały po górach. Przynieśli je Rosjanie. Dziadek lubił Rosjan, ale był zbyt ostrożny, aby tak bez zastrzeżeń przyjmować te opowieści o cudach. Rosjanie przybywali długimi karawanami uformowanymi z krytych wozów. Ubierali się podobnie jak nasi ludzie: w długie tuniki o żywych kolorach, przewiązane w pasie sznurem. Żonaci mężczyźni mieli bujne brody. Ormianie nie mieli żadnych trudności w porozumiewaniu się z nimi, bo większość z nas rozumiała także język rosyjski. Słuchano więc opowiadań o wylaniu Ducha Świętego – jak to nazywali Rosjanie – na prawosławnych chrześcijan rosyjskich. Przyjeżdżali oni jako ludzie wyposażeni w dary Ducha i chętnie się nimi dzielili. Wydawało mi się, że słyszę rozmowę babci i dziadka, jaką prowadzili do późnej nocy po jednej z takich wizyt. I dziadek musiał wtedy przyznać, że wszystko, o czym opowiadali Rosjanie, jest zgodne z Biblią.

– W Biblii jest napisane o uzdrowieniach – mówił. – Tak samo o mówieniu innymi językami i proroctwach. Tylko, że to wszystko nie brzmi… po ormiańsku. – Mógł przez to rozumieć, że nie wydaje się to być godne zaufania, rzeczywiste.

A babcia, która cały czas nosiła w swoim sercu ciężar, być może powiedziała:

– Czy wiesz, że kiedy mówisz o proroctwach czy uzdrowieniach, to mówisz o cudach?

– No, tak.

– A gdybyśmy tak właśnie otrzymali Ducha Świętego, czy sądzisz, że moglibyśmy prosić o cud?

– Myślisz o synu?

Może babcia nawet wtedy zapłakała. Jestem przekonany, że w ten słoneczny niedzielny poranek, w maju 1891 roku, babcia płakała.

Po upływie kilku lat niektóre rodziny w Kara Kala zaczęły przyjmować świadectwa rosyjskich zielonoświątkowców. Szwagier dziadka, Magardisz Muszegan był jednym z nich. Przeżył on chrzest w Duchu Świętym i podczas częstych wizyt u Shakarianów opowiadał o nowej radości, jaką znalazł w życiu.

W tym szczególnym dniu – a było to 25 maja 1891 roku – babcia wraz z kilkoma kobietami siedziała w kącie jednoizbowego domu i szyła. To znaczy próbowała szyć, bo wielkie krople łez moczyły tkaninę leżącą na jej kolanach i jej w tym przeszkadzały. Naprzeciw niej, przy oknie, gdzie było jaśniej, siedział Magardisz Muszegan i czytał z leżącej na jego kolanach Biblii.

Nagle Magardisz zamknął Biblię, przeszedł przez pokój i stanął przed babcią. Jego cienka broda podrygiwała, gdy w podnieceniu wymawiał słowa:

– Gulisar, właśnie przemówił do mnie Pan! Babcia wyprostowała się.

– Tak, słucham cię, Magardiszu.

– Pan przekazał mi dla ciebie wieść. Dokładnie za rok o tym czasie urodzisz syna – powiedział.

Kiedy tylko dziadek wrócił z pola, babcia już w drzwiach oznajmiła mu treść tej nadzwyczajnej zapowiedzi. Zrobiło mu się miło, ale był jeszcze zbyt wielkim sceptykiem, by uwierzyć. Uśmiechnął się tylko i wzruszył ramionami, ale mimo to zaznaczył sobie datę w kalendarzu.

Minęło kilka miesięcy i babcia znów była w ciąży. W tym czasie wszyscy w Kara Kala wiedzieli już o tym proroctwie i cała wioska oczekiwała w podnieceniu. 25 maja 1892 roku, dokładnie w rok po proroctwie, babcia urodziła syna.

W taki to sposób po raz pierwszy nasza rodzina zetknęła się z działaniem Ducha Świętego. Wszyscy w Kara Kala przyznali, że wybór imienia dla nowo narodzonego chłopca był trafny. Został nazwany Izaakiem, ponieważ tak jak długo oczekiwany syn Abrahama, był dzieckiem obietnicy.

Mogę sobie wyobrazić jak dumny i szczęśliwy był dziadek po urodzeniu się Izaaka, gdy wraz z rodziną w niedzielne poranki wchodził do kościoła. Ale jak wszyscy Ormianie, dziadek był uparty. Uważał siebie za człowieka, który myśli zbyt realistycznie, by móc bez zastrzeżeń uznać to proroctwo za nadnaturalne, za takie, jak te, o których mówi Biblia. Może przepowiednia Magardisza była po prostu szczęśliwym zbiegiem okoliczności? Jednak później, w jednym dniu, wątpliwości dziadka znikły na zawsze. W roku 1900, kiedy Izaak miał już osiem lat, a jego młodsza siostra Hamas – cztery, rozeszła się wieść, że wkrótce przybędzie drogą przez góry stu rosyjskich chrześcijan w swych krytych wozach. Wszyscy oczekiwali ich z radością. Utarł się zwyczaj urządzania w Kara Kala wielkich uczt z okazji ich przyjazdu.

Mimo, że dziadek nie zgadzał się jeszcze z tzw. pełną Ewangelią głoszoną przez Rosjan, jednak wtedy uznał tę wizytę za darowaną przez Boga i nakłonił wszystkich, aby uroczystość powitalną urządzić na podwórzu przed jego domem.

Dziadek dumny był ze swojego bydła. Wiedząc już, że Rosjanie są w drodze, poszedł do swego stadka, aby je przejrzeć. Na tę specjalną uroczystość wybrał najładniejszą sztukę. Jakkolwiek wybór padł na byczka najtłustszego, to jednak po dokładniejszych oględzinach okazało się, że zwierzę to ma poważną wadę. Było ślepe na jedno oko.

Co tu robić? Dziadek dobrze znał Biblię i wiedział, że nie powinien ofiarowywać Panu zwierzęcia ze skazą. Czyż nie mówi o tym dwudziesty werset dwudziestego drugiego rozdziału Księgi Kapłańskiej? „Nic, co ma wady, nie składajcie w ofierze, gdyż przez to nie zyskacie upodobania.”Co za dylemat! Nie było w tym stadzie innego tak dużego byczka, aby nakarmić setkę gości. Dziadek rozejrzał się wokół. Nikt go nie widział. Gdyby tak zabić tego byczka i po prostu ukryć głowę z wadą? Tak też zrobił. Zaprowadził go do stodoły, zabił, a łeb z okiem pokrytym bielmem szybko odciął i włożył do worka, który ukrył w ciemnym kącie pod stertą słomy.

Zdążył w samą porę, bo gdy tylko skończył patroszenie, usłyszał odgłosy wozów wjeżdżających do Kara Kala. Co za piękny widok! Znana już karawana jechała drogą, wzbijając pył. Każdy wóz ciągnęły cztery konie. Na pierwszym z nich, obok woźnicy, siedział patriarcha z białą brodą – ich przywódca i prorok. Dziadek i mały Izaak wybiegli im na spotkanie.

Ci starzy rosyjscy chrześcijanie nigdy nie rozpoczynali żadnej modlitwy, nawet przed jedzeniem, dopóki nie otrzymali tego, co nazywali „natchnieniem”. Tak długo czekali w skupieniu przed Panem, aż – mówiąc ich słowami – zstąpił na nich Duch. Oczekiwali na namacalne odczucie Jego obecności. Gdy tylko to następowało, podnosili ręce i pląsali z radości. Tak i tym razem Rosjanie czekali na natchnienie Ducha. Niektórzy już zaczęli pląsać w miejscu. Wszystko przebiegało jak zawsze. Wkrótce miało zostać wypowiedziane błogosławieństwo nad pokarmem i miała się zacząć uczta.

Lecz nagle, ku przerażeniu dziadka, patriarcha uniósł ręce nie na znak błogosławieństwa, lecz by przerwać ceremonię. Ten siwowłosy mężczyzna rzucił przenikliwe spojrzenie na dziadka i bez słowa odszedł od stołu.

Dziadek nie spuszczał oczu ze starca, gdy ten zamaszyście kroczył przez podwórze do stodoły. Po chwili stamtąd wyszedł. W ręce trzymał worek ukryty przez dziadka pod stertą słomy. Dziadek zadrżał. W jaki sposób ten człowiek mógł się o tym dowiedzieć? Nikt go przecież nie widział, gdy chował worek, a Rosjanina nawet nie było wtedy jeszcze w wiosce. A teraz patriarcha przyniósł ten tak wiele mówiący worek i w obecności wszystkich zebranych pozwolił, by wytoczył się z niego łeb byczka z bielmem na oku.

– Czy masz nam coś do wyznania, bracie Demosie? – zapytał Rosjanin.

– Tak – powiedział dziadek drżącym głosem – ale jak się o tym dowiedziałeś?

– Bóg mi powiedział – odparł starzec. – Ciągle jeszcze nie wierzysz, że On tak jak dawniej mówi dzisiaj do swoich ludzi? Duch dał mi słowo poznania, a to ze szczególnego powodu: abyś mógł uwierzyć ty i twoja rodzina. Dotychczas opierałeś się działaniu mocy Ducha. Od dziś przestaniesz się sprzeciwiać.

Wobec swych sąsiadów i gości dziadek wyznał oszustwo, jakiego się dopuścił. Ze łzami spływającymi na najeżoną brodę prosił o przebaczenie.

– Powiedz mi – rzekł do proroka – w jaki sposób mógłbym i ja otrzymać Ducha Bożego?

Potem ukląkł, a stary Rosjanin położył swe spracowane ręce na jego głowie. Natychmiast z ust dziadka popłynęła radosna modlitwa w języku, którego ani on sam, ani obecni tam nie rozumieli. Rosjanie nazywali ten rodzaj ekstatycznego uniesienia „mówieniem innymi językami” i uznawali to za znak obecności Ducha Świętego w mówiącym. Tego wieczoru babcia również otrzymała chrzest w Duchu.

Były to początki wielkich przemian w życiu naszej rodziny. Pierwszą z nich była zmiana stosunku do najsławniejszego mieszkańca Kara Kala. A chociaż miał on już 58 lat w dniu, gdy wydarzyła sięta historia z łbem byczka, w tych stronach ciągle nazywano go „chłopcem-prorokiem”.

Prawdziwe jego nazwisko brzmiało: Efim Gerasemowicz Klubniken. Był to ciekawy człowiek. Pochodził z rosyjskiej rodziny, która przybyła wraz z pierwszymi zielonoświątkowcami i osiedliła się na stałe w Kara Kala. Od najmłodszych lat Efim przejawiał dar modlitwy, często pościł i modlił się godzinami.

Wszyscy w Kara Kala wiedzieli o tym, że gdy Efim miał jedenaście lat, Pan wezwał go do jeszcze dłuższego czuwania w modlitwie. Tym razem przedłużyło się ono do siedmiu dni i nocy, podczas których otrzymał wizję od Pana. Nie było to jeszcze nic szczególnego. Wręcz przeciwnie: „Gdy ktoś przebywa tak długo bez jedzenia i snu, to można się spodziewać pewnych przywidzeń” – mruczał zawsze dziadek. Jednakże to, co Efim był w stanie zrobić w ciągu tych siedmiu dni, niełatwo można było sobie wytłumaczyć.

Efim nie umiał ani czytać, ani pisać, ale podczas pobytu w małym kamiennym szałasie w Kara Kala, zobaczył w wyobraźni kartkę zapisaną pięknym, ręcznym pismem. Poprosił o pióro i papier. Przez siedem dni siedział przy stole z surowego drewna, gdzie jadała rodzina i pilnie kopiował zarówno układ, jak i kształt liter oraz rysunki, jakie pojawiały się przed jego oczami. Gdy wreszcie skończył, przyniesiono kartkę do wioski, aby ją przeczytać. Okazało się, że ten analfabeta napisał pięknymi, rosyjskimi literami kilka wskazówek i spostrzeżeń. W nieokreślonej bliżej przyszłości – pisał chłopak – wszyscy chrześcijanie w Kara Kala znajdą się w straszliwym niebezpieczeństwie. Przepowiedział czasy strasznych wydarzeń, jakie będą miały miejsce w całym tym regionie. Setki tysięcy ludzi zostanie okrutnie wymordowanych. Nadejdzie czas – ostrzegał – że wszyscy ludzie z tych terenów będą musieli uciekać. Będą musieli przeprawić się przez morze. I chociaż nigdy nie widział żadnej mapy, „chłopiec-prorok” narysował mapkę i na niej dokładnie wskazał kraj, do którego chrześcijanie powinni zmierzać. Ku ogromnemu zdziwieniu dorosłych, nie były to zarysy wybrzeży pobliskiego Morza Czarnego, ani Kaspijskiego, i nawet nie Śródziemnego, ale odległego Oceanu Atlantyckiego. Nie było co do tego żadnych wątpliwości, że chodzi o kraj po drugiej stronie oceanu. Narysowana mapka jasno wskazywała wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.

Ale nie tam mieli osiedlić się emigranci – mówiło proroctwo. Mają oni podróżować dalej, aż osiągną zachodnie wybrzeże tej nowej krainy. Tam – jak napisał chłopiec – Bóg będzie im tak błogosławił, że ich potomstwo stanie się błogosławieństwem dla narodów.

Nieco później Efim napisał jeszcze jedno proroctwo, o którym wiedziano tylko tyle, że dotyczy dalszej przyszłości, gdy ludzie raz jeszcze będą musieli uciekać. Efim poprosił rodziców, aby zapieczętowali je w kopercie oraz powtórzył polecenie, jakie w związku z nim otrzymał. W wizji zostało mu ukazane, że tylko następny prorok, wybrany przez Pana do tego zadania, może otworzyć kopertę i odczytać proroctwo przed całym zgromadzeniem w kościele. Każdy, kto chciałby otworzyć kopertę przed czasem, umrze.

Wielu ludzi w Kara Kala śmiało się z tych bajecznych przepowiedni chłopca. Z pewnością można jakoś wytłumaczyć to „cudowne” pisanie. Może wcześniej potajemnie uczył się pisać i czytać tylko po to, by spłatać wiosce takiego figla? Jednak ci, którzy nazywali Efima „chłopcem-prorokiem”, przekonani byli o prawdziwości tych wieści. Kiedykolwiek docierały do spokojnych wzgórz w okolicy góry Ararat jakieś polityczne nowiny, wszyscy zachowywali te gazety, aby je czytać wciąż na nowo. Konflikty między tureckimi muzułmanami a chrześcijańskimi Ormianami wydawały się przybierać na sile. Czyż w sierpniu 1896 roku, a więc cztery lata wcześniej nim dziadek zabił byczka z uszkodzonym okiem, tłum Turków nie wymordował na ulicach Konstantynopola ponad sześć tysięcy Ormian?

Ale Konstantynopol był daleko, a od czasu przekazania tego proroctwa mijały lata. To prawda, że proroctwa w Biblii przekazywane były kilkadziesiąt, a nawet kilkaset lat przed ich wypełnieniem. Jednak większość ludzi w Kara Kala, a między nimi i dziadek, uważała, że dar takiego prorokowania zaniknął wraz ze skompletowaniem ksiąg Biblii. Wkrótce po nastaniu dwudziestego wieku Efim ogłosił, że nadszedł czas, aby wypełniły się słowa, które zapisał przed pięćdziesięcioma laty: „Musimy uciekać do Ameryki. Wszyscy, którzy pozostaną, będą ukarani” – powiedział wtedy.

Tu i tam rodziny zielonoświątkowców w Kara Kala pakowały swój dobytek, który od niepamiętnych czasów przechodził z pokolenia na pokolenie. Efim wraz z rodziną wyjechał jako pierwszy. Każda grupa opuszczająca Armenię była wyszydzana przez tych, którzy zdecydowali się pozostać. Sceptyczny i niewierny naród wraz z wieloma chrześcijanami nie ufał Bogu, który dał współczesnym ludziom, we współczesnych czasach, dokładne wskazówki.

Okazało się, że wskazówki były właściwe. W roku 1914 w Armenii nastał czas niewyobrażalnej tragedii. Z perfidnym okrucieństwem Turcy rozpoczęli swoje krwawe przedsięwzięcie: wypędzili dwie trzecie ormiańskiej ludności na pustynię mezopotamską. Podczas tego przemarszu zmarło ponad milion mężczyzn, kobiet i dzieci, w tym wszyscy mieszkańcy Kara Kala. Dalsze pół miliona zmasakrowano w wioskach. Był to pogrom, który Hitlerowi przywiódł na myśl projekt eksterminacji Żydów. „Świat nie interweniował, gdy Turcy zabijali Ormian – powiedział do swoich zwolenników – dlaczego więc teraz miałoby go to obchodzić?”

Ormianie, którym udało się zbiec z zagrożonych terenów, opowiadali później historie pełne heroizmu. Mówili, że Turcy dawali czasami chrześcijanom szansę uratowania życia, jeśli wyprą się swej wiary. Najczęściej zamykali ich w stodołach, które podpalali. Wcześniej proponowali: „Jeśli przyjmiecie Mahometa zamiast Chrystusa, otworzymy drzwi!”. Najczęściej chrześcijanie wybierali raczej śmierć i śpiewali pieśni chwały, gdy płomienie ogarniały ich ciała.

Ci natomiast, którzy wzięli pod uwagę ostrzeżenia „chłopca-proroka” i szukali schronienia w Ameryce, słuchali tych wieści z wielką trwogą.

Dziadek Demos był wśród uciekinierów. Po pamiętnym wydarzeniu z udziałem rosyjskiego patriarchy nie wątpił już więcej w prawdziwość tego proroctwa. W 1905 roku, godząc się na niską cenę, sprzedał gospodarstwo prowadzone od pokoleń przez jego rodzinę. Podzielił bagaże, które członkowie rodziny zabrali na plecy, sam wziął ciężki, mosiężny samowar na węgiel drzewny. I tak jego żona, sześć córek: Szuszan, Estera, Sirun, Magga, Jerchan i Hamas oraz duma jego życia, trzynastoletni Izaak, wyruszyli w podróż do Ameryki.

Dotarli szczęśliwie do Nowego Jorku, ale mając w pamięci proroctwo, nie osiedlili się tam. Zgodnie ze spisanymi wskazówkami jechali dalej przez bezkresną, dziką krainę aż do Los Angeles. Tam, ku swojemu zadowoleniu, zastali małą, ciągle jednak powiększając się dzielnicę ormiańską, w której mieszkało już także kilku przyjaciół z Kara Kala. Przy ich pomocy dziadek rozpoczął poszukiwanie mieszkania. Dzielnica The Flats była najtańsza w Los Angeles, ale tylko dzięki połączeniu sił z dwiema innymi nowo przybyłymi rodzinami, byli w stanie zamieszkać w domku przy ulicy Boston 919, z elewacją ozdobioną prostokątną sztukaterią.

Przeprawa przez ocean, podróż przez całe Stany Zjednoczone i udział w spłacie nabytego domu spowodowały, że wszystkie pieniądze uzyskane ze sprzedaży gospodarstwa przodków zostały wydane i dlatego też zaraz po przyjeździe dziadek zaczął szukać pracy. Jednak bez powodzenia. W Kalifornii ciągle jeszcze odczuwało się skutki wielkiego kryzysu gospodarczego z końca XIX wieku – nie było pracy, a już szczególnie dla imigrantów bez znajomości języka angielskiego. Każdego ranka dziadek chodził do biura pośrednictwa pracy, aby co wieczór wracać do domu coraz cięższym krokiem.

Ale był taki dzień w tygodniu, kiedy wszystkie te troski odkładano na bok – była to niedziela. Domek przy ulicy Boston miał spory salonik, który wkrótce zmienił się w miejsce nabożeństw. Odbywały się one zgodnie ze zwyczajami przejętymi ze spotkań domowych w Kara Kala. Centralnym miejscem był stół, na którym leżała otwarta Biblia. Po jednej stronie siedzieli mężczyźni, po drugiej – kobiety. Kolejność miejsc uzależniona była od wieku. Starsi mężczyźni nadal pielęgnowali swe bujne, czarne brody, młodzi wyłamywali się czasem z tego zwyczaju i nosili jedynie wąsy. Oczekiwano, aby przynajmniej do kościoła – jeśli nie przez cały tydzień – mężczyźni chodzili w kolorowych tunikach, kobiety zaś – w długich, haftowanych sukniach i ręcznie szydełkowanych chustach na głowach. Był to ich tradycyjny strój od wielu pokoleń.

Jakże wielką ulgę mógł odczuwać dziadek, gdy znajdował duchowe pokrzepienie wśród tej gromadki chrześcijan. Już od dawna wiedzieli, że Bóg może do nich przemawiać bezpośrednio z Biblii. Dziadek mój, mając na myśli swą wielką potrzebę znalezienia pracy, ukląkł na orientalnym dywaniku przywiezionym ze starego kraju i prosił o „Słowo”. Wtedy całe zgromadzenie zaczęło się łagodnie modlić, niektórzy tym nieznanym, ekstatycznym językiem. Po jakimś czasie, któryś ze starszych powoli się podnosił, podchodził do leżącej na stole Biblii i palcem wskazywał werset. Słowa wskazane w Biblii wydawały się zawsze odpowiadać na aktualne potrzeby modlących się.

Czasami mówiły o Bożej wierności lub dotyczyły nadejścia dni obfitujących w mleko i miód, jak to przepowiedział „chłopiec-prorok”. Tak więc ta mała, ormiańska wspólnota cierpliwie oczekiwała takich dni, i w tym oczekiwaniu doznawała niezapomnianych chwil bliskiej więzi i braterstwa.

Pewnego dnia dziadek doznał innego pokrzepienia. Wraz ze swym szwagrem Magardiszem Muszeganem – tym samym, który przepowiedział narodziny Izaaka – wędrował w Los Angeles ulicą San Pedro rozglądając się za pracą w miejskich stajniach. Gdy przechodzili obok bocznej ulicy zwanej Azusa Street, zatrzymali się na chwilę. Wraz z zapachem koni i skórzanej uprzęży dotarły do nich tak dobrze im znane głosy ludzi wysławiających Boga innymi językami. Nigdy nie przypuszczali, że jeszcze gdzieś w tym kraju są ludzie, którzy tak samo jak oni wielbią Boga. Wbiegli do tej stajni przerobionej na salę modlitwy. Zapukali do drzwi. W tym czasie dziadek znał już kilka słów po angielsku.

– Czy możemy… wejść? – zapytał.

– Oczywiście! – drzwi otworzyły się na oścież.

Panowała tam radosna atmosfera. Ujrzeli ręce uniesione w dziękczynieniu, rozbrzmiewał śpiew i wielbienie Boga. Dziadek i Magardisz powrócili na ulicę Boston z wieścią, że Pięćdziesiątnica dotarła nawet tutaj, do tej dalekiej krainy za morzem. Nikt wtedy jeszcze nie wiedział, że ulica Azusa stanie się tak znana. W tej starej, miejskiej stajni rozpoczęło się przebudzenie, które dało początek charyzmatycznej odnowie w wielu miejscach na całej kuli ziemskiej. Wtedy dziadek patrzył na tę inną społeczność wierzących jako na zapowiedź potwierdzenia Bożej obietnicy, że coś nowego i cudownego wydarzy się w całej Kalifornii.

Dziadek nie doczekał jednak tego nowego. Tak długo oczekiwana praca znalazła się, ale zakończyło się to tragedią. Pewnego dnia w 1906 roku dziadek przyszedł do domu podśpiewując.

– Znalazłeś pracę? – zapytała babcia.

– Tak, znalazłem.

Wszyscy mieszkańcy domu zbiegli się, aby usłyszeć tę wielką nowinę. Tam w górze, w Nevada, w sąsiednim stanie – wyjaśnił – kolej wynajmuje ludzi do pracy.

Uśmiech na twarzy babci zamarł natychmiast. Słyszała o Nevadzie. To przecież pustynia, gdzie temperatura dochodzi do 40°C, ludzie mdleją w tym upale i umierają podczas bardzo ciężkiej pracy przy układaniu torów kolejowych.

– Zapomniałaś – powiedział dziadek – że jako gospodarz przyzwyczajony jestem do pracy w upale. A poza tym, Gulisar, matko mojego syna, nie mamy przecież wyboru!

Tak więc dziadek, zgodnie z tradycją, poprosił starszych kościoła o udzielenie mu błogosławieństwa na podróż. Później z tobołkiem na plecach wyruszył w stronę pustyni. Wkrótce listonosz zaczął co tydzień przynosić przekazy pocztowe na ulicę Boston.

Aż pewnego letniego wieczoru nadeszła telegraficzna wiadomość, której babcia zawsze się obawiała. Pracując przy układaniu torów w wietrzny dzień, dziadek nagle zasłabł i zmarł. Jego ciało miało być przywiezione pociągiem.

Zaraz po śmierci dziadka, mój ojciec Izaak musiał zacząć pracować, do czego nie był jeszcze przygotowany, bowiem stał się głową rodziny w wieku lat czternastu.

Przez kilka miesięcy sprzedawał gazety na skrzyżowaniu ulic. Zarabiał 10 dolarów na miesiąc, co stanowiło znaczną pozycję w rodzinnym budżecie, ale tylko wtedy, gdy jeszcze żył dziadek. Teraz nie wystarczało na wyżywienie matki i sześciu sióstr. Nawet tak sensacyjne wydarzenie jak trzęsienie ziemi w San Francisco w roku 1906, po którym mógł w ciągu godziny sprzedać sześć paczek dodatku nadzwyczajnego, nie dało wiele więcej niż kilka dodatkowych kubków mleka.

Ojciec nie mógł brać pieniędzy, których nie zarobił. W początkach tego wieku ciągle jeszcze były w obiegu złote monety pięciodolarowe, a miały one mniej więcej taką samą wielkość, jak monety z niklu. Pewnego dnia spieszący się przechodzień włożył monetę w rękę chłopca, wziął trzy centy reszty i pobiegł dalej ulicą. Ten wrzucał już monetę do kieszeni swego niebieskiego fartucha z napisem: LOS ANGELES TIMES, gdy naraz zauważył, że to, co trzyma w ręce, jest złotą pięciodolarówką.

– Proszę pana! – krzyknął.

Ale klient był już kilka przecznic dalej. Zostawił więc zarobione pieniądze i gazety i rzucił się w pogoń za tym mężczyzną. Akurat przejeżdżał tramwaj. Nie zastanawiając się, szybko do niego wskoczył, kupił bilet za ciężko zarobione pieniądze, aby tylko dogonić tego człowieka. Gdy spostrzegł go na ulicy, wyskoczył z tramwaju i podbiegł.

– Proszę pana! Proszę pana, to nie była niklówka! – powiedział łamaną angielszczyzną. Złota moneta w jego ręce jeszcze raz błysnęła w słońcu.

Często myślę o tym człowieku, który przyjął monetę bez najmniejszego odruchu serca. Wydaje mi się, że gdyby zobaczył te głodne dzieci czekające każdego wieczoru przy drzwiach ulicy Boston 919, na pewno pozwoliłby chłopcu ją sobie zatrzymać.

Dziesięć dolarów na miesiąc nie było sumą wystarczającą rodzinie. Wieczorami, po pracy, ojciec, podobnie jak dziadek, zaczął kręcić się koło biura pośrednictwa pracy. Ale jeżeli nie starczało jej dla mężczyzn, to co dopiero dla chłopców.

Wreszcie dowiedział się o otwarciu fabryki uprzęży. Płaca była niska, 15 dolarów miesięcznie, ale było to więcej niż ze sprzedaży gazet. Ojciec zgodził się więc na to zajęcie.

Pewnego dnia 1908 roku, gdy miał już 16 lat, wróciwszy z fabryki, usłyszał od babci zdumiewającą wieść.

– Izaaku! Słuchaj, jaka radosna wiadomość! – krzyknęła.

– Czy coś ważnego dla nas? – odpowiedział przez chustkę, którą często trzymał przy ustach. Skórzany pył w fabryce dostawał się do jego płuc i wywoływał ciągły kaszel.

– Znalazłam pracę – powiedziała babcia.

Ojciec nie dowierzał własnym uszom. Przecież żadna Ormianka nigdy nie pracowała zarobkowo.

– W naszym starym kraju to mężczyźni starali się o utrzymanie rodziny – przypomniał babci, gdy zmywał w kuchni skórzany pył ze swoich włosów.

– Ależ Izaaku, czy nie widzisz, co się z tobą dzieje? Jesteś chudy jak patyk. Słyszałam też wczoraj jak niegrzecznie odezwałeś się do Hamas.

W odpowiedzi ojciec byłby wybuchnął, ale się opanował.

– W każdym razie nie pójdziesz do pracy – oznajmił.

Ależ ja już ją mam! U miłej rodziny w Hollenbeck Park: pranie, prasowanie i trochę sprzątania.

To ja się pakuję – powiedział spokojnie i wyszedł z kuchni. Poszedł do swojego pokoju, a babcia podążyła za nim. Stanęła w drzwiach i patrzyła jak zwijał w tobołek te parę rzeczy, jakie posiadał.

– Jeśli ty będziesz pracowała, to znaczy, że ja nie jestem już tutaj potrzebny.

Następnego dnia babcia poinformowała, z którymi była umówiona, że jednak nie podejmie pracy.

Kaszel ojca nabyty podczas pracy w fabryce uprzęży coraz bardziej się nasilał. Jego zdrowie nie poprawiło się ani trochę także w następnym roku, gdy został brygadzistą, choć umożliwiało mu to czasem przebywanie na świeżym powietrzu. Babcia opowiadała mi także o bezsennych nocach z powodu kaszlu syna. Gdy wreszcie udało się jej nakłonić go, by poszedł do lekarza, ten powiedział tylko to, co wszyscy w rodzinie już dawno wiedzieli: „Jeżeli nie zrezygnujesz z pracy w fabryce, nie dożyjesz dwudziestu lat”.

No tak, ale w jaki sposób utrzymywać matkę i siostry? Dlatego, jak zresztą zawsze w trudnych chwilach, ojciec zwrócił się do zboru. Ormiańscy zielonoświątkowcy nie zgromadzali się już w saloniku przy ulicy Boston. Gdy tylko zaczęli zarabiać, pierwszą rzeczą, jaką postanowiono, było zbudowanie domu kościelnego. Był to budynek przy ulicy Gless, o konstrukcji szkieletowej i wymiarach 10 na 10 metrów. Wewnątrz były ławy do siedzenia, które zsuwano pod ściany, gdy tylko zgromadzenie ogarniała radość w Duchu i zaczynano pląsać. Z przodu, tradycyjnie, stał stół.

Wyobrażam sobie ojca idącego do stołu, podobnie jak czynił to przy wielu innych okazjach. Widzę go jak klęka na małym, ciemnokarmazynowym dywaniku i przedstawia swoje potrzeby. Za nim grupa starszych zboru wraz z Magardiszem i jego synem Aramem Muszeganem, który podobno był tak silny, że bez trudności podnosił naładowany wóz i to tak wysoko, że można było naprawić koło. To on właśnie położył wtedy swój palec na Biblii i przeczytał na głos te dziwne, ale zarazem piękne słowa:

Błogosławiony będziesz w mieście, błogosławiony będziesz w polu. Błogosławione będzie twoje potomstwo, plon twojej ziemi, rozpłód twego bydła, miot twojej rogacizny i przychówek twoich trzód (Pwt 28,4).

– Ziemia? – zdziwił się ojciec. – Bydło? Ale słowa 28. rozdziału Księgi Powtórzonego Prawa brzmiały dalej:

Pan każe, aby było z tobą błogosławieństwo w twoich spichlerzach, w każdym przedsięwzięciu twoich rąk. Pobłogosławi cię na ziemi, którą daje ci Pan, Bóg twój.

Słuchając tego, ojciec ponownie sobie uświadomił, że jest tylko jedna rzecz na ziemi, której bardzo pragnie; coś, o czym marzył całymi dniami stojąc przy maszynach w fabryce uprzęży. Chciałby pracować przy krowach, przy młodych, dojrzewających w polu roślinach. „Ale nie stać mnie na to” – musiał uświadamiać sobie ciągle od nowa, gdy tylko jego myśli biegły za daleko. Jednak teraz, mając w uszach wspaniałe słowa z Biblii, natychmiast podjął decyzję. Złożył wymówienie w fabryce uprzęży i po dwóch tygodniach został bez pracy.

I prawie natychmiast coś zwróciło jego uwagę: owoce i jarzyny zalegające wystawy sklepów warzywniczych w całym mieście nie tylko miały za wysokie ceny dla takich rodzin jak jego, ale do tego często były blade, jakby zrywano je niedojrzałe. „Co by się stało, zastanawiał się – gdybym jeździł do wioski, kupował tam świeże, ładne warzywa, przywoził je tutaj i sprzedawał po domach?” W ten sposób ojciec założył swoją małą firmę. Na południu i wschodzie Los Angeles było mnóstwo małych farm, a wiele z nich należało do Ormian i rosło tam wiele wspaniałych owoców i warzyw. Wziął więc tę skromną sumę pieniędzy, jaką uzbierał odkładając każdego miesiąca na posag dla siostry i kupił za nie mały wóz oraz dwuletniego, rudego konika, którego nazwał Jack.

Następnego dnia pojechał swym wozem do miejscowości Downey, gdzie był węzeł kolejowy. Nie należała ona jeszcze wtedy do miasta. Było to małe miasteczko, odległe o 25 kilometrów od Los Angeles. Podróż ta trwała dobre trzy godziny w jedną stronę, ale ojciec cieszył się z każdej chwili spędzonej w podróży. Świeże, czyste powietrze zalewało jego zagrożone płuca ozdrowieńczymi falami. W jego wyobraźni zaczęły się urzeczywistniać marzenia. Pewnego dnia i on stanie się farmerem. Będzie miał nawet własne krowy. Będzie mleczarzem, najlepszym mleczarzem w regionie.

Na razie jednak było wiele do zrobienia. Tego dnia jeździł w Downey od jednej farmy do drugiej i kupował sałatę, grapefruity, pomarańcze, marchewkę oraz wszystkie owoce i warzywa, jakie tylko w tym czasie dojrzewały. Potem jego dwukółka, załadowana najlepszymi produktami, toczyła się z powrotem do Los Angeles. Gdy Jack przemierzał ulice Los Angeles, ojciec wykrzykiwał: Dojrzałetruskawki! Słodkie pomarańcze! Świeżo zerwany szpinak! Jego produkty były dobre, ceny przystępne i dlatego w następnych dniach gospodynie już na niego czekały.

Minął rok. Ojciec miał 19 lat, zapuścił modne wąsy. Pieniądze naposag już dawno się zwróciły, a nawet ich przybyło. Zdrowie powróciło, a firma przynosiła niezłe zyski. Ojciec zdecydował, że nadszedł czas, aby pomyśleć o założeniu własnej rodziny.

Spotkał już dziewczynę, którą chciałby mieć za żonę: czarnooką, ciemnowłosą, piętnastoletnią Zarouhi Jessajan. Nie znał jej osobiście. Zgodnie z ormiańskimi zwyczajami chłopak nie mógł nawet rozmawiać z dziewczyną przed oficjalną zgodą rodziców na małżeństwo. Wiedział tylko jedno: kiedykolwiek przechodził koło domu Jessajanów przy ulicy Gless 16, miał wrażenie, że serce wyskoczy mu z piersi.

Ponieważ jego ojciec już nie żył, dlatego o rękę Zarouhi dla Izaaka oficjalnie poprosił starszy z kościoła. Przedstawił Jessajanom sytuację mego ojca: gdy tylko uzbiera wystarczającą kwotę, sprzeda swoją firmę i kupi rolę. A oprócz tego, ten młody człowiek ma jeszcze wiele innych marzeń nie ograniczonych niczym, nawet nieboskłonem kalifornijskiego nieba.

Tak więc ojciec ożenił się i wraz z moją matką kupili w centrum Downey cztery hektary uprawnego pola, las z drzewami eukaliptusowymi i pastwiska. A co najważniejsze… kupili trzy mleczne krowy. Własnymi rękami, on i matka, wybudowali mały domek z nieheblowanych desek. Matka nieraz mówiła, że był to dom bardzo wygodny w sprzątaniu, bo między deskami w podłodze były tak wielkie szczeliny, że woda czy śmieci spod szczotki znikały gdzieś tam w ziemi.

Rozmyślając o początkach małżeństwa moich rodziców, uświadomiłem sobie, że siedzę w starym fotelu, otoczony zewsząd wspomnieniami. Niebo zaczęło szarzeć, a spoza pomarańczowych drzew przebijały pierwsze blaski wschodzącego słońca. Moje myśli ciągle plątały się w przeszłości. Dnia 21 lipca 1913 roku, przed przeprowadzką moich rodziców do ich nowego, drewnianego domku, urodziło się im pierwsze dziecko. W przeciwieństwie do mojego dziadka i babci, którzy tak długo oczekiwali syna, ich pierwszym dzieckiem był syn. Dali mu na imię Demos.

Na stole obok mnie stał mosiężny samowar, w którym odbijały się promienie porannego światła. Był to ten sam samowar, który dziadek przywlókł na plecach z Kara Kala. Obróciłem się, by przyjrzeć się tej wypolerowanej powierzchni, której świt nadał wspaniałe barwy. Zamyśliłem się nad imieniem, które miałem po dziadku. Czyżby moi rodzice odgadli, jaką rolę to tajemnicze i daleko sięgające proroctwo miało odegrać również i w moim życiu?

2. Aleja Union Pacific

Kiedy miałem osiem miesięcy, moi rodzice przeprowadzili się do Downey, nadal jednak jeździli do tego małego kościoła na ulicy Gless. Ojciec zawsze mówił, że to właśnie ze swoich kościołów Ormianie czerpali siłę do życia. Prawie w tym samym czasie nauczył mnie dwóch robót. Gdy tylko moje ręce były wystarczająco długie, uczył mnie doić krowy i gdy tylko mój wzrost – przy pomocy skrzynki po pomarańczach – pozwalał na dosięgnięcie głowy Jacka, pokazywał mi, jak należy go zaprzęgać. Kilka moich najodleglejszych wspomnień dotyczy tych chwil, gdy zaprzęgałem Jacka do powozu i wyjeżdżaliśmy z rodziną – bo wtedy miałem już dwie siostry: Ruth i Lucy – do kościoła.

Podróż taka trwała ze trzy godziny, a nabożeństwo wraz z posiłkiem w środku dnia – pięć godzin, ale ja bardzo się z tego wszystkiego cieszyłem. Lubiłem patrzeć na tych muskularnych farmerów, naich wzniesione do góry spracowane ręce, gdy Duch Święty zstępował podczas zgromadzenia, na ich twarze skierowane ku niebu tak, że aż ich krzaczaste brody przybierały położenie równoległe do stołu. Z radością słuchałem ich głębokich głosów, gdy śpiewali stare ormiańskie psalmy.

Kazania także były natchnione i dzięki nim w tym małym budynku przy ulicy Gless jakby ożywała przeszłość.

– Ormianie – kaznodzieja często nam to przypominał – są najstarszym chrześcijańskim narodem na świecie, jak również tym, który znosił największe cierpienia za swoją wiarę. Niedawne masakry dokonane przez Turków, to tylko najświeższe dowody ustawicznych dążeń sąsiadów do wymazania tego upartego narodu z mapy świata.

Ciągłe powtarzanie tych historii w kazaniach spowodowało, że stały się one jakby częścią naszego życia.

– Było to w roku 287 – rozpoczynał czasem kaznodzieja – gdy święty Grzegorz, jako młody jeszcze człowiek, szukał możliwości powrotu do swojej ukochanej Armenii. Grzegorz wcześniej popadł w niełaskę u ówczesnego króla Armenii i został wygnany z kraju, ale tam, gdzie się znalazł, po raz pierwszy usłyszał wieść o Chrystusie. Nie bacząc na ryzyko, powrócił do kraju, aby dzielić się Ewangelią ze swymi rodakami.

– Król jednak szybko dowiedział się o jego powrocie. Kazał go pojmać i wrzucić do najgłębszego lochu w swoim zamku, skazując tym samym na śmierć głodową. Siostra króla, słuchając potajemnie świadectw Grzegorza, nawróciła się.

Kaznodzieja malował przed naszymi oczami żywy obraz tej młodej kobiety skradającej się po śliskich, wilgotnych schodach do ciemnego, potwornie cuchnącego lochu, z ukrytą kromką chleba lub garnuszkiem koziego mleka pod mocno pofałdowaną suknią. Udawało się jej robić to przez czternaście lat i w ten sposób utrzymywała Grzegorza przy życiu.

– Wtem opanowała króla nieuleczalna choroba, rodzaj obłędu, która sprawiała, że w czasie ataków rzucał się na podłogę i chrząkał jak zwierzę. Gdy miał chwile przytomności, szukał pomocy u lekarzy, ale nadaremnie.

– Człowiek o imieniu Grzegorz mógłby ci pomóc – zasugerowała bratu siostra.

– Grzegorz umarł już wiele lat temu – odparł król – i jego kości butwieją pod tym zamkiem.

– On żyje – powiedziała spokojnie i przyznała się do tego, co robiła przez czternaście lat.

– Tak więc Grzegorz został wyprowadzony z lochu. Jego włosy były białe jak śnieg na górze Ararat, ale był zdrowy na umyśle i duchu. W imieniu Jezusa Chrystusa zgromił demony, które opętały króla i w ten sposób został on uzdrowiony. W roku 301 obaj podjęli dzieło nawrócenia całej Armenii.

Podczas długiej drogi powrotnej ciągle rozmyślałem o tej historii. Myślałem o tym cierpliwym człowieku siedzącym przez wiele lat w mrocznym, cuchnącym lochu. Lata mijały bezpowrotnie, a on nie tracił wiary, nie tracił nadziei, czekał na właściwy Boży czas…

Nadeszła chwila, gdy ostatnia z sześciu córek wyszła za mąż, wtedy babcia przeprowadziła się do naszego małego, drewnianego domku. Pamiętam jej gładko zaczesane siwe włosy i czarne oczy ustawicznie błyszczące dumą z jej jedynego syna. Żałowała tylko – jak mówiła – że dziadek Demos nie może zobaczyć Shakarianów znowu na własnym gospodarstwie. Moja babcia Gulisar umarła w swym małym pokoiku jako kobieta szczęśliwa i spełniona.

Miałem już dziesięć lat, a nasza farma mleczna zaczęła się rozwijać. Z trzech krów powiększyła się do trzydziestu, a później do stu i pięciuset, a czterohektarowe pole rozszerzyło się do osiemdziesięciu hektarów. Ojciec marzył o największej i najlepszej farmie mlecznej w Kalifornii. Jeśli praca rozwijałaby się tak dalej, a było to całkiem możliwe, ponieważ ojciec znał się na robocie i pilnował, abyśmy także pracowali – marzenia jego miały szanse się urzeczywistnić.

Oprócz mnie na farmie pracowali Amerykanie pochodzący z Meksyku, mieszkający w specjalnie dla nich wybudowanym baraku. Musieliśmy więc z ojcem nauczyć się języka hiszpańskiego. Nic wiem kto jakich historii bardziej lubił słuchać: czy my – ich opowiadań o Meksyku, czy oni – wspomnień ojca o Armenii. W każdym razie dosyć często słyszeli o Efimie, „chłopcu-proroku” czy o Magardiszu Muszeganie, który przepowiedział narodziny ojca. Kiedykolwiek dołączał do nas ktoś nowy, ojciec jeszcze raz opowiadał wszystko od początku.

A później opowiadał jeszcze o pogrzebie Efima w roku 1915, największym pogrzebie, jaki kiedykolwiek odbył się w Los Angeles Flats. Efim nie uczęszczał do kościoła przy ulicy Gless – gdzie nabożeństwa odbywały się po ormiańsku – ale do sąsiedniego kościoła, kilka ulic dalej, gdzie nabożeństwa prowadzono po rosyjsku. W dniu jego pogrzebu spotkały się nie tylko te oba zbory, ale przyszło także wielu prawosławnych Ormian i Rosjan, którzy jakoś wyzbyli się swych uprzedzeń do tych „dzikich wyskoków zielonoświątkowców”. Przybyli na pogrzeb dlatego, że wielu z nich znalazło się w Ameryce dzięki jego proroctwu.

– A co się stało z tym drugim proroctwem? – pytali ci meksykańscy Amerykanie. – Tym, które mówi o przyszłości?

– Jest ciągle zastrzeżone przez syna Efima.

– Czy naprawdę umarłbyś, gdybyś je otworzył?

– Nie umarłbym, jeśli byłbym tym, którego wyznaczył Bóg.

– Kto nim będzie, jak myślisz?

Na to pytanie nikt oczywiście nie znał odpowiedzi…

* * * * * *

W tym czasie, kiedy umarł „chłopiec-prorok”, poważnie się zraniłem, co w przyszłości miało przynieść wiele kłopotów. Nie mam pojęcia, w jaki sposób złamałem sobie nos. Dziesięcioletni chłopak pracujący na farmie narażony jest na liczne urazy. Dopiero wtedy, gdy zauważyłem, że nie słyszę tak dobrze jak moi koledzy z piątej klasy, matka zabrała mnie do lekarza

– Mogę ci powiedzieć, dlaczego tak jest, Zarouhi – powiedział doktor – ale nie wiem, co z tym zrobić. Demos złamał sobie nos, a zrośnięcie jest nieprawidłowe. Obydwa kanały: nosowy i uszny są zablokowane. Możemy poddać go operacji, ale nie zawsze się to udaje.

I w moim przypadku też się to nie udawało. Wyglądało na to, że co roku, po każdej operacji przewód słuchowy znowu się blokuje. W szkole, aby móc słyszeć nauczyciela, zawsze musiałem siedzieć w pierwszej ławce.

Chociaż nie było w moim życiu takiego okresu, w którym Jezus nie byłby mi bliskim przyjacielem, jednak wtedy, gdy moja głuchota się pogłębiała, stawał mi się jeszcze bliższy. Nie mogłem się bawić po lekcjach z chłopcami ze szkoły. „Nie bierzmy Demosa, bo on niezbyt dobrze słyszy” – mówili często, więc pozostawałem sam. W zasadzie mi to nie przeszkadzało. Moją ulubioną pracą w polu było wyrywanie chwastów ze zboża, bo wtedy mogłem iść daleko i rozmawiać na głos ze swoim Panem. W wieku około trzynastu lat, podczas pracy między łanami zbóż miałem wrażenie, że znajduję się jak gdyby w zielonej katedrze, a wysokie źdźbła tworzą jej sklepienie. Wtedy podnosiłem ręce tak, jak to robili mężczyźni w kościele i prosiłem: Spraw, bym znów dobrze słyszał, Jezu. Nie słuchaj tego, co mówią lekarze…

Doskonale pamiętam każdy szczegół pewnej niedzieli 1926 roku. Miałem wtedy 13 lat. Wstałem, aby się ubrać w swoim pokoju na piętrze naszego nowego domu. W tym czasie ojciec miał już tysiąc mlecznych krów i wybudował piętrowy dom w stylu hiszpańskim o pięknych ścianach z białą sztukaterią i dachem pokrytym czerwoną dachówką.

Czułem się dziwnie, gdy ubierałem się wtedy do kościoła. Dziwnie, ale tak jakoś przyjemnie, jakby całe moje ciało było nastrojone przez Ducha. Schodziłem krętymi schodami na śniadanie i śpiewałem. Moi rodzice i siostry siedzieli już przy stole. Do tego czasu nasza rodzina powiększyła się o trzy dziewczynki. Najmłodsza, Florence, miała dopiero dwa latka, a cztery starsze siostrzyczki żywo wymieniały wrażenia z ostatniej wycieczki do miasta. Chciałem się do nich przyłączyć, ale szybko zrezygnowałem. Bo czyż można rozmawiać z takimi maluchami?

Nasz stary konik Jack nie ciągnął już teraz naszej rodzinnej bryczki dwudziestopięciokilometrową drogą do kościoła. Rok temu, gdy skończył szesnaście lat, ojciec odstawił go na pastwisko, aby mógł spędzić resztę swego żywota na zasłużonej emeryturze.

Zamiast niego mieliśmy teraz dużego, czarnego studebakera – terenowy samochód z brezentowym dachem i umieszczoną pod tylnym siedzeniem skrzynią, w której znajdowały się osie do wymiany, gdyby trzeba było jechać w warunkach polowych.

Tej niedzieli mały kościółek rozbrzmiewał głosami uniesienia. Nie było nikogo w tej sali, kto nie pamiętałby wydarzenia z ubiegłego tygodnia. Matka jednej z kobiet uczęszczających na zgromadzenia dwa miesiące temu opuściła Armenię, udając się w długą podróż do Ameryki.

Zaraz, gdy wyruszyła, zaginął po niej ślad, a jej córka rozpaczała. Gdy zbór zaczął się modlić o tę sprawę, mąż cioci Esther, wujek George Stepanian, wstał nagle z ławki i podszedł do drzwi, poczym długo stał w otwartych drzwiach, wypatrując kogoś na horyzoncie.

W końcu powiedział: „Twoja matka ma się dobrze i za trzy dni przyjedzie do Los Angeles”. Po trzech dniach matka rzeczywiście przybyła.

Dzisiaj wszyscy ze wzruszeniem oczekiwali, jakie następne błogosławieństwo ześle Pan. Może ktoś zostanie uzdrowiony? Może ktoś otrzyma nowe wskazówki od Pana?

Podczas, gdy ja również o tym wszystkim rozmyślałem, zaczęło się dziać coś dziwnego i to nikomu innemu, ale właśnie mnie. Siedziałem z innymi chłopcami na końcu sali, gdy naraz odniosłem wrażenie, jakby ciężki, wełniany koc przykrył moje barki. Zdziwiony rozejrzałem się wokół, ale nikt mnie nawet nie dotknął. Spróbowałem poruszyć ramionami, ale odczułem opór, tak jakbym był w wodzie.

Nagle moja szczęka zaczęła drżeć jakby z zimna, mimo że ten niby koc był ciepły. Mięśnie krtani napięły się. Zapragnąłem powiedzieć Jezusowi jak bardzo go kocham, ale gdy tylko otworzyłem usta, wypłynęły z nich słowa, których nie rozumiałem.

Wiedziałem, że nie były to słowa ormiańskie, hiszpańskie czy angielskie, ale wymawiałem je tak, jakbym posługiwał się nimi całe życie.

Popatrzyłem na chłopca, siedzącego obok mnie, a on się uśmiechnął.

– Demosa ogarnął Duch! – krzyknął.

Wszystkie głowy obróciły się w naszą stronę. Ktoś o coś mnie zapytał i doskonale go rozumiałem, ale mogłem odpowiedzieć tylko tymi radosnymi, niezrozumiałymi dźwiękami. Całe zgromadzenie zaczęło z wdzięcznością śpiewać i wielbić Boga, a ja wciąż chwaliłem Pana tym nowym językiem.

Nawet w kilka godzin później, podczas powrotnej podróży, gdy ktoś mnie o coś zagadnął, odpowiadałem tylko w tym języku. Poszedłem do swojej sypialni na piętrze, zamknąłem drzwi, i nadal byłem w uniesieniu, a te niezrozumiałe sylaby ciągle wypływały z moich ust. Włożyłem piżamę, zgasiłem światło i w tej chwili uczucie obecności Pana ogarnęło mnie bardziej niż kiedykolwiek. Wydawało mi się, że ten niewidzialny płaszcz, który pozostawał na moich barkach, stawał się coraz cięższy, choć przyjemny. Osunąłem się na podłogę i leżałem na dywanie całkowicie bezradny, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. Nie było to przeżycie trwożące, lecz całkowicie odświeżające, tak jak chwile tuż przed zapadnięciem w głęboki sen.

Leżałem w swoim pokoju, a czas nabrał dla mnie cech wieczności. I w tej wieczności usłyszałem głos. Rozpoznałem ten głos natychmiast, ponieważ często przedtem słyszałem go w mojej „zielonej katedrze” na polu.

– Czy możesz usiąść, Demosie? – zapytał.

Spróbowałem, ale bez skutku. Niesamowicie potężna i nieograniczenie kojąca siła trzymała mnie w miejscu. Wiedziałem, że nie jestem tak silny jak Aram Muszegan, ale jak na moje trzynaście lat byłem dosyć mocnym chłopcem. Lecz teraz moje mięśnie nie miały więcej siły niż mięśnie nowo narodzonego cielęcia. Głos przemówił znowu:

– Czy będziesz kiedykolwiek wątpić w moją moc, Demosie?

– Nie, Panie Jezu!

Pytanie to powtórzyło się trzykrotnie. I również trzykrotnie na nie odpowiedziałem.

Natychmiast odczułem, że moc, która mnie zewsząd ogarniała, przeniknęła mnie na wskroś. Odczułem coś, jakby falowanie nadnaturalnej energii – jakbym zaraz w tej Bożej mocy miał być zabrany do domu, do nieba. Miałem wrażenie, że patrzę na ziemię w dole, widzę ją z Bożej perspektywy. Widziałem rozmaite potrzeby ludzkie oraz możliwości ich zaspokojenia z Bożego punktu widzenia. I ciągle słyszałem Jego szept: „Demosie, moc jest przywilejem każdego chrześcijanina, przychodzi wraz z narodzeniem się na nowo. Przyjmij tę moc, Demosie”.

Zaczęło szarzeć. Usłyszałem świergot ptaków za oknem. Usiadłem wreszcie. Cóż to, ja słyszę? Od niepamiętnych lat nie słyszałem śpiewu ptaków. Zerwałem się na równe nogi, czując się nadzwyczajnie orzeźwiony i szybko się ubrałem. Był ranek i minęła już piąta, a o wpół do szóstej powinienem już być z ojcem w oborach przy dojeniu. Otworzyłem drzwi mego pokoju i usłyszałem skwierczenie smażonych jajek na dole w kuchni.

Brzęk naczyń, śpiew ptaków, odgłosy własnego stąpania po czerwonych płytkach schodów – nawet tak nikłe dźwięki docierały do moich uszu. Krzyknąłem w kuchni: Mamo, tato! Ja słyszę!

Uzdrowienie nie było całkowite. Podczas kolejnej wizyty u lekarza okazało się, że mam 90 procent normalnego słuchu. Dlaczego pozostało te 10 procent ułomności, nie wiem, ale też wcale się tym nie martwię. Pamiętam, że w ten poniedziałkowy poranek, gdy skończyliśmy dojenie, poszedłem znów do mojej „zielonej katedry”.

Zboże było wysokie. Siedząc wśród łanów rwałem kłosy i łuskałem ziarno, które wypuszczało białe mleczko. – Panie – powiedziałem wtedy – jeśli Ty uzdrawiasz ludzi, czynisz to dlatego, że masz dla nich jakieś zadanie. Czy wskażesz mi, Panie, jakie zadanie przeznaczyłeś dla mnie?

Wcześniej, podobnie jak jeden z moich kolegów marzył o tym, by stać się najlepszym koszykarzem, ja marzyłem, by być prorokiem. Miałem wtedy niewiele więcej lat niż „chłopiec-prorok”, gdy otrzymał swoją wizję.

Ale lata mijały, a ja nie otrzymywałem tego nadzwyczajnego daru. „Proroctwo będzie odgrywało wielką rolę w twoim życiu – zdawał się mówić do mnie Pan – ale ty nie będziesz prorokiem”.

Aż pewnego dnia przeżyłem coś, co sprawiło, że zacząłem przypuszczać, iż stanę się uzdrowicielem. Moja młodsza siostra Florence miała sześć lat, gdy przewróciła się i bardzo uszkodziła sobie prawy łokieć o słup w oborze. Po wielu zabiegach operacyjnych lekarze mieli nadzieję, że będzie mogła poruszać tą ręką, ale łokieć pozostanie sztywny i wykrzywiony. „Gdy wszystko się zagoi, możemy rozpocząć terapię – mówili. – Jeżeli będzie cierpliwa, możesz odzyskać dziesięć, a może dwadzieścia procent całkowitej sprawności, ale to wszystko, czego się spodziewamy.”

Pewnej niedzieli, wkrótce po tym orzeczeniu lekarzy, gdy byliśmy w kościele, znów odczułem ten miły, ciepły i ciężki „koc”, który powoli przykrył moje barki. Nie musiałem już teraz pytać kto to, ani co mam dalej robić. Miałem przejść przez salę i modlić się o uzdrowienie ręki Florence. Podczas ogólnego śpiewu szybko wstałem z ławki i przeszedłem na stronę kobiet. Florence siedziała w ostatniej ławce z prawą ręką w gipsie. Pochyliłem się nad nią, a ciepło tego „koca” spływało po moich ramionach na dłonie.

– Florence – szepnąłem – chcę się modlić o twój łokieć.

Jej duże, ciemne oczy patrzyły na mnie poważnie. Położyłem ręce na opatrunku. W zasadzie wcale się nie modliłem, ale stojąc czułem, jak ognisty potok spływa przez moje ramiona i ręce na opatrunek.

– Czuję – szepnęła – czuję to ciepło.

I to było wszystko. Zaraz też znikło to uczucie ciepłej narzuty, a ja wróciłem na swoje miejsce. Wątpię, czy zauważyło to więcej niż kilka osób.

Po paru tygodniach zdjęto gips. Przy kolacji matka opowiadała nam, jak lekarz ująwszy jej mizerny łokieć jedną dłonią, a drugą trzymając za nadgarstek, starał się niesłychanie ostrożnie prostować chorą rękę. Potem zginał przedramię tam i z powrotem, a na jego twarzy pojawił się uśmiech niedowierzania. „Dobrze – mówił – dobrze, lepiej niż się spodziewałem. O, znacznie lepiej! Ale dlaczegóż to ramię nie wygląda na złamane?”

Tego lata, znów chodząc po polach, pytałem Pana, czy zadaniem, które dla mnie przygotował jest służba uzdrawiania? I znów otrzymałem odpowiedź: Oczywiście. Chcę, aby cały Kościół wykonywał to dzieło. Będziesz świadkiem wielu nadzwyczajnych uzdrowień, a niektórych z nich dokonam przez twoje ręce. Ale to nie jest ta specjalna posługa, jaką mam dla ciebie, Demosie.

Miałem 17 lat i byłem już uczniem szkoły średniej – powinienem być już dalej, ale z powodu słabego słuchu straciłem dwa lata – kiedy ojciec kupił następną farmę. Mieliśmy teraz dosyć miejsca, aby wybudować silos, jak i wystarczający kapitał, aby zainstalować automatyczne dojarki. Ojciec zaangażował się także i w inne przedsięwzięcia.

Wielkim problemem tak dla nas, jak i dla wszystkich sąsiadujących z nami właścicieli farm mlecznych, było zwożenie mleka do zlewni. Ojciec założył więc przedsiębiorstwo transportujące mleko. A później, gdy zauważył, że ceny szynki w Los Angeles szły w górę, założył hodowlę świń. Następnie paczkarnię mięsa. „Pan rozkaże, aby błogosławieństwo było w każdym przedsięwzięciu twoich rąk…” I rzeczywiście wydawało się, że czegokolwiek dotknął Izaak – syn obietnicy – musiało się udać. Jego sukces był tym większy, że wszystko to miało miejsce w czasie kryzysu gospodarczego na początku lat trzydziestych. W tym też czasie ojciec powierzył mi już małe stado i pamiętam, jak pewien księgowy, który pomagał mi na początku w księgowaniu, powiedział, że znacznie więcej udaje mi się uzyskiwać z tych trzydziestu krów, niż większości hodowców w Downey High.

Nasz dom zaczął przyciągać polityków, przedsiębiorców i różnego rodzaju wpływowych ludzi, a moja mama, ta skromna i nieśmiała imigrantka z Armenii, gościła na cotygodniowych przyjęciach ważne i znane osobistości. Była rzeczywiście wspaniałą kucharką i wkrótce jej dolmasy, kuftasy i katasy stały się słynne w całej południowej Kalifornii.

Lecz przede wszystkim utkwiło mi w pamięci to, że jednakowo traktowała wszystkich swoich gości. Różni podróżni wstępowali do nas często w owych czasach i byli tak samo traktowani, jak burmistrz miasta Downey: najlepsza chińska porcelana, srebrne sztućce i obrus na stole. Jeśli nie miała do jedzenia nic ciepłego, przygotowywała w mig mięso, jarzyny, domowe ciasto, serdecznie zapraszając gości swoją łamaną angielszczyzną do zajęcia miejsca przy stole.

Coraz częściej zaczęło mnie ciągnąć w pewne miejsce. Kiedykolwiek byłem we wschodniej części Los Angeles w sprawach naszego przedsiębiorstwa, zawsze znajdowałem powód, aby przejechać koło kremowego domu Sirakana Gabrieliana, przy Alei Union Pacific nr 4311, w nadziei, że w ogródku pojawi się jego córka. Nie dlatego, aby z nią porozmawiać, bo rozmowa chłopca z dziewczyną przed zaręczynami w naszej ormiańskiej społeczności nadal nie była akceptowana. Ale gdy tylko ona była blisko, moje serce przepełniało nieopisane szczęście.

Wyczekiwałem z radością niedzieli, kiedy Róża Gabrielian wraz z innymi kobietami siadała w sali kościoła w zajmowanej przez nie części. Była najładniejszą dziewczyną i nic dziwnego, że ukradkiem zerkali na nią wszyscy chłopcy.

Imię jej ojca, Sirakan, znaczyło po ormiańsku „słodkie serce”. Podobało mi się to imię. Podobnie jak i mój ojciec, Sirakan rozpoczynał od niczego. Gdy wreszcie uzbierał 100 dolarów, także i on kupił konia i wóz. Jednakże nie poszedł tą samą drogą, to znaczy, nie przywoził warzyw i owoców, lecz zaczął wywozić śmieci. A ponieważ na początku XX wieku w Los Angeles usługi te były bardzo potrzebne, nic dziwnego, że wkrótce był w stanie kupić drugiego konia i wóz, a niedługo potem trzeciego.

Sirakan wraz z rodziną należał do ormiańskiego kościoła prawosławnego. Mieszkał blisko naszego kościoła przy ulicy Gless i po jakimś czasie przysłuchiwania się tym radosnym głosom wylewającym się każdej niedzieli przez otwarte okna, postanowił raz tam wejść i wszystkiemu się dokładnie przyjrzeć. Po pewnym czasie sam dołączył do zgromadzenia. Ale omal nie przypłacił tego życiem. Dla wielu prawosławnych Ormian, zielonoświątkowcy byli zdrajcami dawnej wiary. Gdy tylko ktoś z nich przyłączał się do naszego zgromadzenia, uważali go już za martwego. Postanowili więc, że sprawią Sirakanowi pogrzeb. Pewnego dnia, gdy jechał z furą śmieci na miejskie wysypisko, został napadnięty przez grupę prawosławnych. Spętali mu ręce i nogi, i zawlekli nad wykopany przez nich w ziemi dół. Wrzucili go tam i usiłowali zagrzebać. Prawie już kończyli, gdy nadjechał wóz prowadzony przez zielonoświątkowców, którzy usłyszawszy rozpaczliwe wołanie, uwolnili go.

Bardzo lubiłem słuchać jego opowiadania o tym wydarzeniu. Równie ciekawa była historia jego małżeństwa. Jego ojciec postanowił pojechać do Armenii, aby tam poszukać sobie żony, gdyż jego pierwsza żona nie żyła już od kilku lat. Przedsiębiorstwo usługowe Sirakana dobrze prosperowało, on sam ukończył 21 lat, nadszedł więc czas, aby pomyśleć o małżeństwie. Poprosił więc ojca, aby i dla niego poszukał tam narzeczonej.

Ojcu udało się załatwić obie sprawy. Dla swojego syna wybrał piękną, trzynastoletnią Tirun Marderosjan. Aby mogła ona przyjechać do Ameryki, jeszcze w Armenii odbył się ślub per procura z mieszkającym w Stanach Sirakanem, a następnie wybrała się w drogę, by spotkać się z nim już jako swoim mężem, którego nigdy wcześniej nie widziała Dopiero później zrozumieli, jak istotne było to, że właśnie w tym czasie się to wydarzyło. W kilka tygodni potem Turcy najechali na tę część Armenii, a obie narzeczone były jedynymi, którym udało się ujść z życiem.

Tirunie, młodej żonie bez żadnego jeszcze doświadczenia, dziwne musiało się wydać powitanie, jakiego doznała. Sirakan oczekiwał przyjazdu ojca i dwóch kobiet dzień później, niż to nastąpiło. Powrócił właśnie z miejskiego wysypiska i zastał w domu wystraszone dziecko stojące w drzwiach pokoju. Uświadomił sobie natychmiast, że to musi być jego żona, a on tymczasem był brudny od stóp do głowy.

– Stój tam! – krzyknął. – Stój tam! – tak, jakby biedna dziewczyna zamierzała gdzieś uciekać. Zamknął się w tylnej części domu i po pół godzinie zjawił się odświętnie ubrany, aby dopiero teraz wygłosić oficjalne słowa powitania do tej, jakże bardzo wystraszonej panny młodej.

Tacy byli rodzice Róży, ci, którzy pewnego dnia mieli wybrać dla niej męża. Nie mogłem sam bezpośrednio z nimi rozmawiać na temat ożenku z ich córką. Tak w moim, jak i w jej przypadku, musieli do akcji wkroczyć rodzice.

Trząsłem się cały, gdy zaczynałem rozmowę na ten temat. Było to wieczorem w czerwcu 1932 roku. Wszyscy siedzieli przy stole, kiedy przełamałem pierwsze lody.

– Tato, mam już 19 lat – zacząłem.

Ojciec pogładził wąsa i ukroił następną porcję wołowiny.

– Kończę już szkołę średnią i pomagam w interesach. A ty ożeniłeś się, gdy miałeś dziewiętnaście lat – ciągnąłem z determinacją.

Wszystkie moje siostry przerwały jedzenie. Matka z wrażenia odłożyła widelec.

– Czy masz na myśli jakąś konkretną dziewczynę? – zapytała.

– Tak.

– Czy jest Ormianką?

– Tak.

– Ale czy jest chrześcijanką?

– O, tak! To jest… – rozpocząłem – to jest Róża Gabrielian.

– Ach… – westchnęła matka.

– Tak – powiedział ojciec.

– Och! – wykrzyknęły moje siostry.

Tak więc rozpoczęły się skomplikowane, zgodne z odwieczną tradycją swaty. Po pierwsze, mimo że nasze rodziny widywały się każdej niedzieli w kościele i były zaprzyjaźnione, należało umówić się na oficjalne spotkanie.

Te delikatne sprawy zawsze musiały być załatwiane przez starannie dobrane osoby trzecie. Po długich rozmowach – mnie oczywiście nie pytano o zdanie – rodzice zdecydowali, że do tak delikatnej misji najlepiej nadawać się będzie Rafael Janojan, mąż siostry ojca, cioci Sirun. Pomyślałem sobie, że to dobry znak, bo jego właśnie najbardziej lubiłem ze wszystkich sześciu mężów, sześciu sióstr mego ojca. Miał on składnicę złomu i gdy miałem 14 lat, pozwolił mi złożyć sobie z części starych samochodów, mój pierwszy pojazd. I właśnie dzięki tej składnicy był on w stałym kontakcie z Gabrielianami, nadal prowadzącymi firmę wywożącą śmieci.

Pamiętam dobrze, jak szybko biegłem do jego samochodu, gdy wjeżdżał na nasze podwórko po oficjalnym spotkaniu z Sirakanem Gabrielianem. Ale wujek Janojan wcale nie spieszył się z przedstawieniem mi sytuacji. Wszedł do naszego salonu, z wielką powagą zgodził się na filiżankę mocnej herbaty, posłodził ją i opieszale mieszał.

– No więc, Rafaelu? – naglił ojciec.

– Słuchaj, Izaaku – odparł wujek Janojan. – Zgodzili się na tę datę. Gabrielianie z przyjemnością przyjmą wizytę Shakarianów dwudziestego dnia następnego miesiąca.

„O, zgodzili się na odwiedziny! To znaczy, że nie odrzucili mojej kandydatury bez namysłu. Róża musi więc brać mnie pod uwagę.” W mojej głowie kłębiły się różne myśli.

Nadszedł wreszcie 20 lipca. Skończyłem swoją robotę w rekordowym czasie i rozpocząłem przygotowania. Wykąpałem się, ogoliłem i znów się wykąpałem. Myłem zęby tak długo, aż znikło zażółcenie. Użyłem dwóch rodzajów najlepszych perfum. Tak długo szorowałem zabrudzone paznokcie, że ze szczotki zaczęło wypadać włosie.

Usłyszałem, jak ojciec wyjeżdżał packardem z garażu, ale na schodach zauważyłem plamę na butach, którą natychmiast zapastowałem i jeszcze przyłożyłem ałun tamujący krew na zadraśnięcie, jakie zrobiłem sobie przy trzecim goleniu.

– Demosie! – ojciec wołał już z samochodu. – Czy chcesz być ładniejszy od Róży?

Wcisnąłem się pomiędzy moje siostry na tylnym siedzeniu. Nigdy nie przypuszczałem, że 28-kilometrowy odcinek drogi z Downey do wschodniej części Los Angeles może się tak bardzo dłużyć. Wreszcie dotarliśmy do numeru 4311 na Alei Union Pacific. Całą grupą weszliśmy na żwirową ścieżkę biegnącą obok schludnie utrzymanych grządek pani Tirun Gabrielian, z pietruszką, bazylią i innymi ziołami potrzebnymi w kuchni. Drzwi wejściowe były szeroko otwarte, a w nich stali wszyscy: Sirakan, Tirun, starszy brat Róży, Edward, wujkowie, ciotki i mnóstwo kuzynów, a za nimi – Róża w sukience koloru jej imienia.

Niedługo mogłem się jej przypatrywać, ponieważ całe to towarzystwo rozbiło się na małe grupki, zgodnie z ormiańskim zwyczajem: kobiety po jednej stronie dużego pokoju, a mężczyźni po drugiej. Od czasu do czasu zerkałem na Różę siedzącą między moimi siostrami. Byłem ciekaw, o czym rozmawiają. Róża była w wieku mojej siostry Lucy. Zapytywałem siebie, czy kiedykolwiek będę mógł rozmawiać z Różą tak naturalnie, jak to robiła Lucy.

Nie brałem żadnego udziału w poważnej rozmowie, jaka toczyła się między moim ojcem, a ojcem Róży, którzy siedzieli nawyściełanych krzesłach ustawionych obok siebie. Cokolwiek działo się między nimi, obaj wyglądali na zadowolonych.

Gdy odchodziliśmy, pan Gabrielian już w drzwiach powiedział ojcu, że przedstawi jego stanowisko Róży.

W dwa tygodnie później, wuj Janojan przywiózł tak bardzo oczekiwaną wiadomość: Róża zgodziła się wyjść za mnie za mąż.

Teraz więc, z okazji pozytywnej odpowiedzi, nadszedł czas przygotowań tradycyjnych uroczystości wieczornych w domu pana młodego. Nadeszły radosne wieczory wypełnione śpiewem, wspólnymi posiłkami, przemowami i wzajemnym składaniem sobie życzeń, ponieważ u Ormian związek małżeński zawiera nie tylko para młodych, lecz wstępują weń jak gdyby całe ich rodziny.

Jednego wieczora Róża koncertowała na pianinie, a mnie się wydawało, że serce wyskoczy mi z dumy, gdy patrzyłem na jej palce biegające po klawiaturze. Ja też kiedyś rozpocząłem lekcje gry na skrzypcach, ale po konsultacjach z nauczycielem i po reakcjach osób znajdujących się w zasięgu słyszalności mojej muzyki, zaprzestałem nauki. Florence odziedziczyła po mnie skrzypce i na spotkaniach rodzinnych ona na nich grywała, a jej chora niegdyś ręka teraz lekko i swobodnie prowadziła smyczek po strunach.

Innego znów wieczoru nastąpiło wręczenie upominku, zwyczajowego daru chłopca dla dziewczyny, symbolizującego ich nowy związek. Był to zegarek na rękę, wysadzany diamentami. Dar ten wybrali moi rodzice, mnie zaś pozostawiono przywilej wręczenia go Róży na oczach wszystkich zgromadzonych. W tej nagłej ciszy, jaka wtedy zapanowała, oczy wszystkich zebranych skierowały się na mnie, a moje palce całkowicie zesztywniały. Z początku nie mogłem otworzyć małej zawleczki, a później nie potrafiłem jej zamknąć. Z żalem przypomniałem sobie, jak w mig naprawiam drobne części mechanizmów traktora. W końcu Róża zapięła to za mnie.

Rzecz jasna, że o tym gdzie i kiedy odbędzie się wesele, decydowali starsi. Kościółek przy ulicy Gless był za mały, aby pomieścić setki oczekiwanych gości, a poza tym, prawosławni przyjaciele i krewni woleliby raczej umrzeć, niż przekroczyć próg naszej kaplicy. Nie, uroczystość zaślubin miała się odbyć w domu pana młodego, a uczta weselna – co było wydarzeniem głównym – na dużym, podwójnym korcie tenisowym z tyłu domu.

Jeśli chodziło o datę, Gabrielianie zdecydowanie postanowili odłożyć uroczystości przynajmniej o rok. „Teraz jest inaczej niż dawniej – tłumaczyli – kiedy to kobiety wychodziły za mąż mając piętnaście, a nawet trzynaście lat. Dziś kobieta musi dojrzeć, aby móc założyć rodzinę. Trzeba poczekać, aż Róża ukończy 16 lat.”

Podczas tych wszystkich dyskusji i przy podejmowaniu decyzji dotyczących naszej przyszłości, nie miałem żadnych możliwości zamienienia z Różą choćby jednego słowa. Według tradycji, chwila ta mogła nastąpić dopiero po zaręczynach, na które mieli być zaproszeni wszyscy dalsi krewni i przyjaciele, bo te rodzinne spotkania były jedynie wstępem do dalszych uroczystości.

Ale po czterech wieczorach tych ceremonii nie mogłem już dłużej wytrzymać. Odrzuciłem tradycję i zerwałem się na równe nogi.

Podszedłem do matki wybranki i powiedziałem – Pani Gabrielian, czy mógłbym porozmawiać z Różą?

Przez chwilę się nie odzywała, patrząc przy tym na mnie surowo. Potem, kiwając głową nad tym, do czego dąży młode pokolenie, pozwoliła Róży i mnie wejść do innego pokoju. Postawiła na środku dwa krzesła z prostymi oparciami i wyszła, pozostawiając nas samych.

Po raz pierwszy byliśmy sam na sam. I nagle wszystkie przygotowane wyznania zamarły mi na ustach. Zamierzałem wypowiedzieć mistrzowską mowę, wyrażającą moje uczucia i wrażenia. Chciałem uczynić to w najlepszym języku ormiańskim, bo Sirakan Gabrielian ostrzegał przed tą „głupotą hollywoodzką”, szerzącą się w mieście i nie zezwalał, by pod jego dachem wypowiedziane było choć jedno angielskie słowo. Chciałem jej powiedzieć, że jest najpiękniejszą dziewczyną na świecie i że zrobię wszystko, by ją uszczęśliwić. Ale cóż, nie pamiętałem ani słowa, więc siedziałem jak głupi ze związanym językiem. W końcu – ku memu przerażeniu – słowa, jakie wykrztusiłem brzmiały: „Różo, wiem, że Bóg chce, abyśmy byli razem”. Ku mojemu zdziwieniu jej płomienne, brązowe oczy wypełniły się łzami.

Demosie – wyszeptała – przez całe życie modliłam się, aby takie właśnie były pierwsze słowa mężczyzny, który mnie poślubi.

* * * * *

W trzy tygodnie później odbyły się oficjalne zaręczyny, podczas których narzeczeni otrzymali pierścionki. Poszliśmy do sklepu jubilerskiego, aby je sobie wybrać. Oczywiście, towarzyszyła nam znaczna część rodziny. Pamiętam jeszcze nazwisko sprzedawczyni, którą była pani Earhart. Opowiadała nam o swojej córce Amelii, która właśnie płynęła przez Atlantyk. Zauważyłem, że Róża z nadzieją spojrzała na śliczny, mały diamentowy pierścionek, ale mama wybrała inny. Nie zdarzyło się nigdy, byśmy podważyli jej decyzję.

Uroczystość zaręczynowa była przyjęciem dla trzystu osób i odbyła się w pomieszczeniach sklepu spożywczego, należącego do Gabrielianów. Po jej zakończeniu udzielono mi zezwolenia na spotykanie się z Różą kiedykolwiek chciałem, co zwykle miało miejsce wieczorami po pracy. Wtedy przynosiłem zazwyczaj wspaniałe, pieczone przez moją mamę ciasta: paklava czy szakar lokum.

Często podczas tego roku razem z matką, Różą i moimi siostrami odwiedzaliśmy sklepy. Zgodnie z tradycją, rodzina narzeczonego kupowała ubiór dla narzeczonej, a wybieranie torebek, kapeluszy i innych rzeczy dawało powód do wielu wycieczek. Najbardziej cieszył Różę zakup ciemnej, brązowej sukni z odpowiednio dobranymi butami. W społeczności ormiańskiej tylko zamężne kobiety ubierały się na ciemno, Róża była więc przekonana, że gdy włoży to na siebie, będzie wyglądać na starszą o jakieś pięć lat.

Wesele odbyło się 6 sierpnia 1933 roku. Tego poranka cały klan Shakarianów pojechał do wschodniej części Los Angeles, aby przywieźć pannę młodą do domu. Ponieważ główny posiłek przewidziany był na wieczór, więc w ciągu dnia u Gabrielianów podano jedynie pięć rodzajów ormiańskich przekąsek. Obie rodziny miały się zjawić wieczorem w Downey, a przybyły tam bogato przystrojonymi kwiatami dwudziestoma pięcioma samochodami jadącymi jeden za drugim.

Ogrodzenie kortu tenisowego przyozdobione było różami. Z pozostałej części tego dnia pamiętam tylko kilka momentów: długą, jasną brodę pastora Perumeana, podrygującą w takt czytania starego, ormiańskiego tekstu, przewody elektrycznego oświetlenia kołyszące się między liśćmi palm oraz kelnerów w białych marynarkach, którzy uginali się pod wielkimi tacami, nosząc sziszkebab i tradycyjny, weselny pilaf ułożony z migdałów w kształcie daty, nad czym mama spędziła wiele dni.

Pamiętam, że było około pięciuset gości, a każdy z nich – tak mi się przynajmniej wydawało – napisał jakiś wiersz po ormiańsku, który musiał być odczytany i przez wszystkich oklaskiwany.

Około jedenastej wieczorem padałem ze zmęczenia, a oczy Róży pełne były łez z powodu ciasnych białych butów, w których chodziła od samego rana.

Ale gdy staliśmy razem żegnając ten niekończący się korowód gości, pewni byliśmy jednego: w końcu, nieodwołalnie, Róża i ja stanowimy już małżeństwo, w jak najbardziej ormiańskim znaczeniu tego słowa.

3. Bomba zegarowa

Należało do tradycji, której poddaliśmy się bez zastrzeżeń, by przez pierwszy rok lub dwa, młode małżeństwo mieszkało w domu męża. Jedynym cieniem, jaki w tym czasie kładł się na nasz wielki dom w hiszpańskim stylu, było zdrowie mojej siostry Lucy. W wieku jedenastu lat uległa wypadkowi samochodowemu, w wyniku czego uszkodzona została jej klatka piersiowa. Nie pomagały operacje, modlitwa także nie przynosiła oczekiwanego rezultatu, a Lucy coraz częściej narzekała na trudności w oddychaniu. „Dlaczego, Boże – pytałem ciągle na nowo – dlaczego uzdrowiłeś łokieć Florence, a nie uzdrawiasz klatki piersiowej Lucy?”

Mieszkaliśmy jeszcze z Różą u mojej rodziny, gdy w październiku 1934 roku urodził się nasz pierwszy syn, Richard. Wtedy też, w sąsiedztwie moich rodziców, rozpoczęliśmy budowę własnego domu. Kilka następnych lat przyniosło nadspodziewany rozwój naszej mlecznej farmy. Nawet w okresie kryzysu gospodarczego, przedsiębiorstwo ciągle się rozwijało i osiągnęło rozmiary, o jakich ojciec nigdy nawet nie marzył, gdy pracował jeszcze w fabryce uprzęży, czy też później, gdy woził warzywa swoją dwukółką. Mieliśmy już największą farmę mleczną w Kalifornii, ale ojcu marzyło się teraz coś nowego – największa farma na świecie. Powiedziano nam, że nigdzie na świecie nie ma takiej hodowli, gdzie codziennie doi się trzy tysiące krów: To był nasz nowy cel.

Wraz z tymi marzeniami pojawiły się inne: mogliśmy zwiększyć nasz tabor przeznaczony do transportu mleka. Mieliśmy trzystaciężarówek, a gdyby zwiększyć ich liczbę do pięciuset – moglibyśmy obsługiwać cały stan. Można by także używać tego taboru do transportu świeżych pasz oraz do przewozu świń i byczków do zakładów przetwórczych. Nasze ambicje ciągle rosły, nie było bowiem w Ameryce granicy osiągnięć, której nie mógłby przekroczyć ciężko pracujący, praktyczny Ormianin. I nie tylko przekroczyć, ale i osiągnąć jeszcze więcej.

Ja zająłem się zadaniem specjalnym: budową Reliance III – naszej trzeciej obory, dzięki której mogliśmy zwiększyć liczbę bydła do trzech tysięcy sztuk. Dokupiliśmy 16 hektarów pola, na którym wybudowaliśmy silosy, zagrody dla bydła oraz nowoczesną oborę wraz ze zlewnią mleka, gdzie mleko wędrowało do butelek bezpośrednio od krów, bez udziału ludzkich rąk.

Wtedy też zacząłem się zastanawiać, czy Bóg ciągle ma te same plany względem mojego życia, co do których byłem tak bardzo przekonany w dzieciństwie. Było faktem to, że już nie Bóg znajdował się w centrum mojego życia. Oczywiście, każdej niedzieli jeździliśmy na nabożeństwa przy ulicy Gless razem z małym Richardem, podskakującym na tylnym siedzeniu auta. Ale gdy byłem wobec siebie szczery, to stwierdzałem, że moje myśli i cała energia skupiały się na sprawach biznesu. Nie było dla mnie niczym niezwykłym rozpoczynać dzień pracy o siódmej rano, a kończyć – o jedenastej wieczorem.

W 1936 roku założyłem nowe przedsiębiorstwo: wytwórnię nawozów sztucznych i odtąd często, nawet i całą noc, spędzałem przy biurku. Zauważyłem, że nawet w modlitwie najczęściej wspominam ceny lucerny czy benzyny zużywanej przez ciężarówki. Na przykład, najważniejszą decyzją hodowcy był wybór odpowiednich sztuk rozpłodowych. Buhaj dobrej jakości nawet wtedy, tj. w latach trzydziestych, kosztował około 15 tysięcy dolarów. Mimo tak wygórowanych cen, kupno buhaja z najlepszym rodowodem było ciągle wielką loterią. Zawsze wielką niewiadomą: czy dana sztuka jest w stanie przekazać pożądane cechy potomstwu, czy też nie. Buhaj, który nigdy nie zawodził w tym względzie, trafiał się raz na tysiąc okazów.

Dlatego w gwarze i kurzu na placu, gdzie odbywała się aukcja, modliłem się: „Panie, ty stworzyłeś te zwierzęta, ty widzisz każdą ich komórkę i każde ścięgno. Wskaż mi, którego mam kupić”. Często wybierałem byczka wyglądającego najmizerniej ze wszystkich, za to później mogłem oglądać jego wspaniałe potomstwo.

Moją wiarę zawsze stosowałem praktycznie, nawet w oborach. Spędziłem w nich wiele nocy, stojąc przy gorączkującej krowie z rękami położonymi na jej grzbiecie, czy też przy krowie, która się cieliła, a weterynarz ze zdziwieniem przyglądał się temu, co może zdziałać modlitwa w sytuacji, gdy on był już bezradny.

Tak, ciągle wierzyłem. Nawet nazwa, jaką wybraliśmy dla naszej obory, Reliance, oznaczała zaufanie, poleganie na kimś, ponieważ rzeczywiście polegaliśmy na Bogu dzień w dzień. Ale wydawało mi się, że jestem człowiekiem, który zawsze tylko bierze, jednocześnie bardzo mało dając z siebie. Dlatego właśnie zagadkowe wydały mi się słowa pewnego proroctwa, które dotyczyło mnie i Róży.

Milton Hansen był malarzem pokojowym, ale w tamtych czasach mało kto zlecał malowanie swego domu. Wysoki, szczupły, jasnowłosy Norweg miał wiele powodów do zmartwień, jednak był najradośniejszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek znałem. Zawsze wiedzieliśmy już wcześniej, że do nas idzie, bo już z daleka słyszeliśmy, jak na ulicy śpiewa pieśń ile tylko tchu w płucach.

Pewnego wieczoru Róża, ja i Milton siedzieliśmy w naszym małym salonie, gdy nagle Milton wstał, podniósł ręce i zaczął drżeć. Hołdował on pewnej szczególnej tradycji charyzmatycznej: kiedy zstępował na niego Duch, zamykał oczy, podnosił ręce i mówił donośnym, uroczystym głosem. Róża i ja jesteśmy „wybranymi naczyniami” – zagrzmiał wtedy. Mamy być „prowadzeni krok po kroku”.

– Myślcie o sprawach Bożych – rzekł Milton. – Wejdziecie do bram miasta i nikt ich nie będzie mógł zamknąć. Będziecie mówić o świętych sprawach z głowami państw na całym świecie.

Popatrzyłem na Różę i zobaczyłem, że podobnie jak ja, jest tym zdziwiona. Ważni mężowie stanu? Podróże po świecie? Ani Róża, ani ja nie wyjechaliśmy dotąd poza Kalifornię. A z powodu trzyletniego synka i drugiego dziecka, będącego właśnie w drodze, nasze nadzieje i marzenia ograniczały się tylko do własnego, małego domu.

Milton widocznie zauważył niedowierzanie na naszych twarzach, bo powiedział swoim zwykłym, grzecznym tonem:

– Nie patrzcie tak na mnie. Ja tylko powtarzam to, co powiedział Pan. Sam też tego nie rozumiem.

Z pewnością zapomniałbym o tym proroctwie, gdyby nie drugie zaskakujące przeżycie. W kilka dni później, powodowany nagłym impulsem, wstąpiłem na środowe nabożeństwo do kościoła znajdującego się w części miasta, gdzie nigdy dotychczas nie byłem. Pod koniec kazania wzywano do wyjścia naprzód. Może dlatego, że wiedziałem, iż moje życie duchowe nie jest takie, jak być powinno, wyszedłem również i ukląkłem przy barierce. Pastor zszedł z podium do klęczących ludzi i modlił się kolejno o wszystkich, kładąc na nich ręce. Kiedy zbliżył się do mnie, donośnym i rozlegającym się po całym kościele głosem, powiedział: „Mój synu, jesteś naczyniem wybranym do specjalnego zadania. Ja sam będę cię prowadził. Spotkasz się z wieloma mężami stanu w wielu krajach świata, w imieniu Pana. Kiedy przybędziesz do miasta, otworzą się bramy i nikt nie będzie w stanie ich zamknąć”.

Poczułem, jak uginają się pode mną nogi. Jaki zaskakujący zbieg okoliczności! Ten pastor nie mógł znać ani mnie, ani Miltona Hansena. Więc to rzeczywiście Bóg do mnie przemawia? I cóż to za niepojęte wieści? „Myśl o sprawach Bożych” – powiedział Milton. Wiedziałem, że jest to zgodne ze Słowem Bożym. Zdawałem sobie także sprawę z tego, jak bardzo byłem pochłonięty problemami rodziny Shakarianów.

Następny rok przyniósł naszej rodzinie dwa ważne wydarzenia. Pierwsze – to urodziny naszej córki Geraldiny, w październiku 1938 roku. Drugie natomiast – to śmierć w wieku 22 lat mojej siostry Lucy. Była rówieśnicą Róży, najpiękniejsza ze wszystkich moich sióstr, bystra, wspaniała dziewczyna. Jej marzeniem – rzadko spotykanym u ormiańskich dziewcząt w tamtych czasach – było zostać nauczycielką. Whittier College, gdzie studiowała, w dniu jej pogrzebu został zamknięty, co się dotychczas nie zdarzało. I po raz pierwszy od kilku lat znowu stanąłem przed tymi ważnymi pytaniami: Dlaczego istniejemy? Jaki jest sens śmierci? Jaki sens życia?

Rozglądałem się po kościele przy ulicy Gless, patrzyłem na przyjaciół i rodzinę zgromadzoną zgodnie ze zwyczajem na przyjęciu związanym z pogrzebem, i ciągle się nad tym zastanawiałem. U Ormian śmierć była sygnałem do zgromadzenia się wszystkich krewnych, począwszy od najbliższej rodziny, a skończywszy na najdalszych kuzynach. Po uroczystościach pogrzebowych następował tradycyjny posiłek. W Armenii, gdzie krewni musieli niekiedy wracać do swoich domów dziesiątki kilometrów przez skaliste wzgórza, posiłek taki był konieczny. Tutaj w Kalifornii, przyjęcie po pogrzebie stało się sakramentem jedności rodzinnej.

Usiadłem obok ojca przy końcu długiego stołu i patrzyłem na matkę, siedzącą po jego drugiej stronie. Przy niej siedziała Róża z małą Gerry na kolanach oraz czteroletni Richard. Wujek Magardisz Muszegan zmarł już przed kilkoma laty, ale obok Richarda siedział syn Magardisza – Aram, a dalej syn Arama, Harry. Następnie – sześć sióstr ojca z mężami oraz moje cztery siostry: Ruth, Grace, Roxana i ich mężowie z rodzinami oraz Florence. Nawet Florence – zgodnie z ormiańskim sposobem myślenia – mając piętnaście lat, uważana była za dojrzałą kobietę. Przy innych stołach, ustawionych dookoła pokoju, siedzieli kuzyni i dalsza rodzina.

Wszystkim dobrze się powodziło. Byli to silni, dumni ludzie, mężczyźni z brzuszkami i kobiety w szeleszczących, ciemnych jedwabiach. Myślałem o tamtym proroctwie, które sprowadziło ludzi zgromadzonych w tym salonie do tej obfitującej krainy: „I będę was błogosławił i będzie się wam dobrze powodziło”. Bóg przyobiecał to jeszcze tam, w Kara Kala, i teraz, patrząc wokoło mogłem stwierdzić, że On rzeczywiście to sprawił.

Ale była jeszcze druga część tego proroctwa: „Sprawię, że będziecie błogosławieństwem dla narodów”. Czy tę część także wypełniamy? Czy jesteśmy błogosławieństwem dla kogokolwiek? W jakiś sposób – tak. Ludzie ci byli dobrymi sąsiadami, dobrymi pracownikami i pracodawcami. Ale… czy to już wszystko?

– To nie może być wszystko – powiedziałem do Róży, gdy wracaliśmy do domu. – Wiem, że Bóg chce, abyśmy zrobili coś więcej dla innych. Tylko sam nie wiem, co.

W następnych miesiącach zacząłem zwracać większą uwagę na ludzi, z którymi codziennie pracowałem. Było ich wielu: nie tylko nasi pracownicy w oborach, ale i sprzedawcy ziarna, kierowcy ciężarówek, dostawcy butelek. I dokonałem dziwnego odkrycia: ci ludzie nigdy nie mówili o Bogu.

Minęło trochę czasu, zanim to zrozumiałem. Dla mnie Bóg był tak rzeczywisty jak… Róża czy dzieci. On był częścią każdej chwili mojego życia. Oczywiście wiedziałem, chociaż było to dla mnie dosyć abstrakcyjne, że są ludzie, którzy Go nie znają. Dlatego zbierano kolekty dla misjonarzy udających się na wyspy gdzieś tam na Pacyfiku. Ale żeby tutaj, w samym Los Angeles, gdzie można znaleźć kościół na każdym rogu ulicy, byli tacy, którzy nie wierzą w Boga, to stanowiło dla mnie zupełną nowość. A ponieważ taka była rzeczywistość, powinienem był coś zrobić. Ale co?

Pewnego wieczoru, podczas modlitwy, przed moimi oczami pojawił się obraz, który mnie przeraził. Był to Park Lincolna: wielka, otwarta, zielona przestrzeń z mnóstwem drzew, w odległości około 17 kilometrów od Downey. Często jeździliśmy tam na pikniki. Latem, w niedzielne popołudnia, można było tam spotkać około czterech tysięcy ludzi, którzy spacerowali lub siedzieli na kocach, odpoczywając na łonie natury. W obrazie, który tak nagle pojawił się przed moimi oczami, widziałem siebie stojącego na podwyższeniu wśród tych wszystkich ludzi i mówiącego im o Jezusie. Ten sam obraz zaprzątał moje myśli rano, gdy się budziłem. Nie wymazał go nawet dobry, mocny sen. Gdy rano zawiązywałem krawat, wspomniałem o tym Róży.

– Kochanie, ciągle mam przed oczami taką dziwną scenę: stoję na podwyższeniu i przemawiam do tłumów…

– … w Parku Lincolna! – dokończyła.

Odwróciłem się od lustra z palcami nadal przy krawacie.

– O tym samym myślałam! – powiedziała. – Nie mogłam pozbyć się tej myśli, ale to wygląda tak głupio, że nie chciałam ci nawet o tym mówić.

Staliśmy naprzeciw siebie w słonecznej sypialni, uśmiechając się porozumiewawczo, ciekawi trochę, jak często będziemy przeżywać tego rodzaju dziwne zjawiska. Teraz wydawało nam się to tylko dziwnym, nie mającym większego znaczenia, zbiegiem okoliczności.

– Znasz mnie przecież, Różo. Jeśli mam mówić do więcej niż dwóch osób naraz, język mi sztywnieje i zapominam nawet, jak się nazywam.

Jestem farmerem, człowiekiem wolno myślącym i jeszcze wolniej mówiącym. Wiem, że nigdy nie byłbym zdolny wypowiedzieć tego, co Jezus dla mnie rzeczywiście znaczy.

Róża nie pozwoliła jednak zarzucić tej myśli.

– Pamiętasz, pytaliśmy Boga, co mamy robić. A jeśli to właśnie jest Jego odpowiedź? Dlaczego nam obojgu naraz przyszedł ten dziwny pomysł do głowy?

Zapoznałem się więc z przepisami miejskimi i dowiedziałem się, że Park Lincolna zarezerwowany jest wyłącznie do użytku publicznego i przeznaczony na miejsce wypoczynku dla społeczeństwa. Nie wolno go natomiast używać w celach prywatnych, bez względu na to, jakie by to były cele. Pocieszyło mnie to trochę, ale na krótko.

Róża bowiem, dowiadując się na własną rękę, odkryła, że po drugiej stronie ulicy jest nie zagospodarowany skrawek ziemi z widokiem na park. Ziemia ta należała do pewnego człowieka, który założył tam hodowlę strusi w nadziei, że znajdzie chętnych nabywców spośród ludzi wypoczywających w parku. Nie było to jednak zbyt dochodowe przedsięwzięcie, więc człowiek ten z radością zgodził się wynająć nam na niedzielne popołudnia część swego terenu, obok strusiej farmy.

W ten sposób, zupełnie niespodziewanie, nie wiedząc nawet, jak się to wszystko stało, znalazłem się w centrum działania na rzeczrealizacji tego dziwnego pomysłu. Było teraz tak wiele spraw do załatwienia, że nie miałem czasu poddawać się obawom. Trzeba było załatwić pozwolenie policji, zamówić mównicę i pozostałe wyposażenie. Róża pomyślała o stronie muzycznej i poprosiła kilka dziewcząt ze zboru, by przyszły śpiewać.

Jeśli chodzi o mówienie, to pocieszałem się, że słyszałem w życiu już tyle kazań, iż jakoś może sobie poradzę, a poza tym, większość czasu można przecież wypełnić muzyką.

Gdy jednak pierwsza niedziela była coraz bliżej, budziłem się w nocy zlany potem. Ciągle powtarzał się ten sam sen: stałem na śmiesznie wąskim podium krzycząc i wymachując rękami, widząc jednocześnie – ku memu przerażeniu – wśród słuchaczy wielu ludzi, z którymi – załatwiając różne sprawy – spotykałem się na co dzień.

Jeśliby rzeczywiście tak się zdarzyło? Jeśli jakiś sprzedawca czy kupiec znajdzie się w parku? Co sobie o mnie pomyśli? Jestem teraz odnoszącym sukcesy młodym przedsiębiorcą, coraz częściej bywam zapraszany do udziału w różnych organizacjach społecznych, zyskuję stopniowo opinię znawcy w swojej dziedzinie. Co się stanie, jeśli ludzie zaczną o mnie plotkować jako o religijnym fanatyku? Mógłbym wtedy stracić nie tylko moje dobre imię, ale też przyczynić się do powstania uszczerbku na dobrym imieniu mojego ojca, a przecież on tak długo na nie pracował.

Nadeszła pierwsza niedziela czerwca 1940 roku, dzień, na który wszystko było już przygotowane. Przyjechaliśmy na miejsce zarazpo nabożeństwie w kościele, aby zainstalować głośniki i wzmacniacze. Był ładny, ciepły, bezchmurny dzień i w Parku Lincolna po drugiej stronie ulicy było tłoczno. „Nie mogłoby tak padać?” – pomyślałem, kiedy Róża zachwycała się piękną pogodą. Teraz akompaniowała trzem dziewczętom śpiewającym znaną pieśń kościelną „Przyjacielem naszym Jezus”. Śpiew już się kończył. Wszedłem po schodkach na podium zbite domowym sposobem z desek, wziąłem mikrofon do ręki i chrząknąłem. Ku mojemu przerażeniu, przez głośniki zabrzmiało to jak grzmot. Cofnąłem się.

– Przyjaciele… – rozpocząłem. I znowu ten potężny huk wokół mnie. Wyjąkałem kilka zdań, słysząc tylko potężne, dudniące echo własnego głosu i błagalnie dawałem znaki dziewczętom, by znowu zaczęły śpiewać. Tu i tam ludzie wstawali zabierając swoje koce. Byłem pewien, że wyganiamy ich z parku. Ale ku mojemu zdziwieniu, prawie wszyscy podchodzili bliżej nas, rozkładając koce w miejscach, skąd mogli najlepiej słyszeć. Widząc to audytorium, poczułem się odważniejszy. Znów podszedłem do mikrofonu, wyłowiłem sobie z tej grupy jednego mężczyznę w żółtej koszulce polo, utkwiłem w nim wzrok i całe moje kazanie kierowałem do niego.

I wtedy usłyszałem wyraźny, zatroskany głos kobiecy:

– Kochanie, czy to nie Demos Shakarian?

Moje oczy przebiegły tłum. Dostrzegłem kobietę, wskazującą mnie siedzącemu obok mężczyźnie, który wytężał wzrok, aby lepiej mi się przyjrzeć. Kupowałem kiedyś u niego instalację do elektrycznego pastucha.

– To niemożliwe – głos rozległ się w zupełnej ciszy, jaka nagle zapadła. – To nie może być Shakarian! – powtórzył, szukając czegoś po kieszeniach. Wreszcie wyciągnął okulary.

– O rety, to przecież Shakarian!

Kołnierzyk wrzynał mi się w szyję. Mikrofon w ręce stał się śliski od potu. Nagle usłyszałem szloch i przestraszyłem się, że to ja sam płaczę. Rozejrzałem się. Przy podium stał mężczyzna w żółtym polo, a łzy spływały mu po policzkach.

– O, tak, masz rację, bracie, masz rację – szlochał. Bóg był tak dobry dla mnie!

Spojrzałem na niego oniemiały. Na szczęście Róża nie straciła głowy i poprosiła go, by wszedł na podium. Wziął wilgotny od potu mikrofon z moich dłoni i zaczął opowiadać historię swego życia pełnego wzlotów i upadków. Grupa ludzi przechodzących ulicą, zatrzymała się przy nas.

– To tak samo jak w moim przypadku! – powiedział inny mężczyzna i wspiął się na podium. Z wrażenia zapomniałem o głośnikach, zapomniałem o człowieku sprzedającym elektryczne ogrodzenia. Całą uwagę poświęciłem działaniu Boga w Parku Lincolna. Do czasu, gdy zaczęliśmy pakować aparaturę, sześć osób powierzyło swe życie Chrystusowi.

Przez następne trzy miesiące – czerwiec, lipiec i sierpień 1940 roku – powtarzaliśmy to samo każdej niedzieli. Przyjeżdżaliśmy na miejsce o drugiej i pozostawaliśmy aż do piątej czy szóstej po południu. Zazwyczaj przychodziło kilku awanturników i tych, którzy im pomagali. Zawsze też był obecny pewien starszy mężczyzna, nieodmiennie pijany. Liczba osób wychodzących naprzód w czasie wezwań nie była wielka: cztery, dziesięć czy kilkanaście. Gdy czasem nawet udało się nam utrzymać z nimi kontakt, trudno było stwierdzić, czy w ich życiu rzeczywiście zaszły jakieś istotne zmiany.

Ale chociaż trudno było zmierzyć zewnętrzne skutki tych niedzielnych spotkań, to na pewno spowodowały one zmiany we mnie samym. Kiedy rozpoczynałem tę działalność, byłem zatroskany o swoją reputację, lecz później przekonałem się, jak mało istotna to była sprawa. Zawsze obawiałem się, że rozpozna mnie ktoś ztych, z którymi miałem do czynienia w związku z prowadzonymi przeze mnie interesami. W odpowiedzi na ten strach, każdej niemal niedzieli, Bóg posyłał do parku kogoś z moich partnerów, tak więc prawie wszyscy z nich mieli okazję mnie słyszeć. „No więc – wydawał się mówić do mnie Bóg za każdym razem – ośmieszyłeś się przed nim. Masz teraz przynajmniej o jednego mniej, któremu musisz starać się imponować.”

Później, kiedy przemawiałem do wysoko postawionych osobistości w ekskluzywnym Lions Club, reakcją była niezręczna cisza przerywana niekiedy wybuchami śmiechu, ale nic więcej.

[Lions Clubs International – filantropijna organizacja pozarządowa, działająca na zasadzie wolontariatu. Skupia ponad 1,3 miliona ludzi i 45 tys. klubów w ok. 200 krajach i jest prawdopodobnie największą tego rodzaju organizacją na świecie. Siedziba główna mieści się w Oak Brook w Illinois. Organizacja założona w USA w 1917 przez Melvina Jonesa. (przyp. red. wg Wikipedii)]

A więc nie urzeczywistniła się żadna z moich obaw, które miałem przed rozpoczęciem naszej działalności w Lincoln Park. Nie spotkała mnie ani katastrofa finansowa, ani jakieś kłopoty w relacjach z ludźmi. Pod koniec tego lata nauczyłem się czegoś bardzo ważnego i nie zapomnę tego nigdy: Obawa: „Co sobie ludzie o mnie pomyślą” wynika jedynie z egocentryzmu.

Były jeszcze inne kłopoty tego lata. Przyszły one z najmniej przez nas oczekiwanej strony, a mianowicie ze zboru przy ulicy Gless… Na początku, starsi z naszej wspólnoty uważali te „wyskoki” – tak bowiem nazywali nasze niedzielne spotkania popołudniowe – za pewnego rodzaju „letnie szaleństwo młodych”. Ale gdy spotkania powtarzaliśmy regularnie, niedziela po niedzieli, starsi zaczęli protestować.

Pewnej sierpniowej niedzieli, na nabożeństwie, jeden ze starszych zboru wstał i ostrzegł nas przed kontynuowaniem spotkań w Lincoln Park.

– To nie jest dobre! – niemal krzyczał, aż podrygiwała przy tym jego długa, siwa broda. – To jest… to jest nie ormiańskie – powiedział twardo.

I nagle zrozumiałem, że on ma rację. Przebiegłem w myślach historię Armenii. Przed oczami stanął mi obraz małego kraju, trwającego przy jedynej prawdzie, pomimo najazdów i masakr, otoczonego zewsząd większymi i silniejszymi niechrześcijańskimi narodami, i czerpiącego swą siłę przetrwania z głębokiej wspólnoty narodu, zdanego przede wszystkim na siebie.

Jeśli teraz mielibyśmy z Różą odwrócić się od tego, musielibyśmy to zrobić na własne ryzyko. Po raz pierwszy znaleźliśmy się w konflikcie z pokoleniem naszych ojców. Rozglądając się tego lata po Parku Lincolna zrozumieliśmy, że świat jest znacznie większy niż dotąd przypuszczaliśmy, a ludzie są bardzo, bardzo samotni.

We wrześniu dni stawały się coraz chłodniejsze i coraz mniej było ludzi w parku, więc zrezygnowaliśmy z naszych spotkań. Farma mleczna zabierała nam coraz więcej czasu, tym bardziej, że postanowiłem rozpocząć nową działalność. Pomyślałem, czy by nie wprowadzić nowej formy sprzedaży, polegającej na wydawaniu mleka przy drodze, w pobliżu obory Reliance III, bez konieczności wysiadania przez kupujących z samochodu. Moglibyśmy wtedy sprzedawać mleko o kilka centów taniej niż wtedy, gdydostarczamy je do sklepu czy do domu.

Aby w jakiś sposób powiadomić ludzi o tej nowej możliwości nabywania mleka, rozpoczęliśmy wielką akcję reklamową przy akompaniamencie fanfar. Ogłoszenia w gazetach, reklama w radiu, zawiadomienia wysyłane pocztą. Na farmie mnóstwo transparentów, muzyka i znani artyści estradowi. Rozpoczęliśmy to przedsięwzięcie z wielką pompą i tak już pozostało. Natychmiast zaczęliśmy marzyć o całej sieci takich punktów zbytu na terenie całej Kalifornii. To by nas wzbogaciło.

Ale największym ze wszystkich dotychczas podjętych przez Shakarianów przedsięwzięć, było nabycie młyna. Nieco później uświadomiłem sobie, że zaistniałą przez to sytuację przyrównać można do bomby zegarowej.

Kupno młyna wydawało nam się normalnym ogniwem łańcucha przedsięwzięć związanych z rozwojem farmy. Krowa mleczna zjada codziennie około 10 kilogramów ziarna i około 15 kilogramów siana. Jeśli pomnożymy to przez trzy tysiące krów – bo tyle mieliśmy zamiar wkrótce mieć – to uzyskamy olbrzymią ilość około 75 ton siana i ziarna dziennej dawki karmy.

Przez wiele lat kupowaliśmy paszę od młynarzy z naszego regionu. Potem mieszaliśmy to z ziarnem według wypracowanych przez nas receptur, co w efekcie pozwalało nam uzyskiwać mleko wysokiej jakości.

Rezultaty były tak dobre, że inni producenci mleka pytali ojca:

– Izaaku, czy nie mógłbyś sprzedać nam trochę twojej specjalnej mieszanki?

– Czemu nie? – odpowiadał ojciec.

Wyglądało to na całkiem logiczny krok w rozwoju naszego przedsiębiorstwa. Bylibyśmy w stanie kupować ziarno w znacznie większych ilościach, obniżając tym koszty własnej farmy mlecznej. Tę zwiększoną ilość ziarna moglibyśmy mleć sami we własnym młynie, co jeszcze bardziej zmniejszyłoby koszty. Mielibyśmy także może niezbyt duży, ale stały dochód ze sprzedaży ziarna innym farmerom produkującym mleko.

Tak więc rozpoczęliśmy nową działalność z wielkimi nadziejami. Kupiliśmy jeden z pobliskich młynów, a wraz z nim wielki spichlerz wysoki na osiemnaście metrów. Był on przeznaczony do składowania świeżego ziarna. Musieliśmy go trochę odnowić, więc trzeba go było opróżnić, wymyć, a posadzkę wzmocnić dodatkową warstwą betonu.

Przedsięwzięcie wspaniale rokowało na przyszłość. Tuż obok spichlerza przebiegała linia kolejowa Południowy Pacyfik. W przeszłości ziarno przywożone ciężarowymi samochodami, wyładowywane było ręcznie, a wózkami i taczkami transportowano je do spichlerza. W pierwszym roku całkowicie zmechanizowałem transport zboża, które teraz przekazywane było do spichlerza bezpośrednio z samochodów transporterami podciśnieniowymi. Rozładunek 40-tonowego samochodu starą metodą trwał cały dzień i zajmowało się tym trzech ludzi, a teraz robił to jeden człowiek w półtorej godziny. Zmniejszyliśmy przez to o 80% koszty własne i dzięki temu mogliśmy zwiększyć obroty.

Lubiłem jeździć do młyna. Stukot maszyn, łoskot urządzeń transportowych, a nawet ten delikatny pył osiadający na moim nowym, błyszczącym cadillaku, wszystko to mnie upajało.

Później jednak zrozumiałem, że zaangażowanie się w to przedsięwzięcie stało się pułapką. Było ono zależne od dużych wahań cen zboża, które stanowiło mój surowiec. Każdy, kto handlował owsem, żytem, czy jęczmieniem, mógł w ciągu kilku godzin wiele zyskać lub wiele stracić. W takich właśnie spekulacjach specjalizowali się eksperci z nowojorskiej giełdy na Wall Street. Ale i mający do czynienia ze zbożem farmer, także staje się w pewnym stopniu spekulantem, niezależnie od tego czy chce, czy nie chce.

Wygląda to mniej więcej tak: kupuję zboże, powiedzmy, 1 lipca z terminem odbioru wczesną jesienią. Płacę aktualną cenę lipcową wiedząc, że do jesieni cena ta się zmieni. Jeśli kupiłem w lipcu, załóżmy, 100 kilogramów zboża za 4 dolary, a do jesieni cena jego spadnie do 3 dolarów, wtedy tracę. Jeśli natomiast cena wzrośnie do 5 dolarów, zyskuję. Aby być dobrym młynarzem należało kupić dużo zboża wtedy, gdy spodziewano się podwyżki cen, a nie kupować go wówczas, gdy ceny miały iść w dół.

Teoretycznie wiedziałem już o tym zimą 1940/41. W praktyce miałem się z tym zapoznać dopiero później, dzięki doświadczeniom na własnej skórze.

4. Człowiek, który się zmienił

Kiedy wraz z nastaniem ciepłych dni następnej wiosny w parku pojawili się ludzie, znowu zaczęliśmy z Różą rozmawiać o zgromadzeniach.

– Ale nie tylko w niedzielne popołudnia – powiedziała Róża – bo wtedy ledwo zdążymy wzbudzić zainteresowanie, a już trzeba kończyć i potem przez cały tydzień nic się nie dzieje.

Co by było, gdybyśmy robili zgromadzenia wieczorami? I to każdego wieczoru! Gdyby udało nam się rozbić gdzieś namiot, wtedy zgromadzenia mogłyby się odbywać bez względu na pogodę.

– Na parceli kościelnej! – wykrzyknęliśmy równocześnie i zaśmialiśmy się, że znowu myślimy identycznie.

Ponieważ budynek przy ulicy Gless był już za mały dla ciągle rosnącej gromadki Ormian, zbór zakupił parcelę na skrzyżowaniu Goodrich Boulevard z Carolina Place, we wschodniej części Los Angeles i tam też planowano budowę.

Postanowiliśmy więc poprosić starszych zboru o pozwolenie. I znowu, tak jak poprzedniego lata, zauważyliśmy na ich twarzach oznaki podejrzliwości i oburzenia.

– Dlaczego tak was interesują ci obcy ludzie? Dlaczego właśnie Ormiański Kościół Zielonoświątkowy ma się tym zajmować?

– Nie tylko nasz kościół – wyjaśniliśmy. Chcielibyśmy, aby wszystkie wspólnoty zielonoświątkowe w naszym regionie były tym zainteresowane. Nasz zbór byłby, na przykład, odpowiedzialny za rozbicie namiotu, inny za stronę muzyczną, jeszcze inny za utrzymanie porządku podczas zgromadzeń. Pracowalibyśmy razem.

Ale na słowo „razem” ich twarze jeszcze bardziej sposępniały. Razem? Wspólnie z The Foursquare Church, The Assemblies of God czy The Pentecostal Holiness, z ludźmi o tak wątpliwych doktrynach? Dlaczego w tych, tak zwanych chrześcijańskich Kościołach, mężczyźni i kobiety siedzą razem?

W ten sposób starsi zboru zaczęli się zastanawiać nad sprawami, które nam wydawały się drugorzędne i całkowicie zapomnieli o naszych planach na lato. Przysłuchiwaliśmy się temu w milczeniu.

Prawda była taka, że fala zielonoświątkowego przebudzenia, która napłynęła z Rosji do Armenii już blisko wiek temu, rozbiła się na religijne, stopniowo sztywniejące, jak każdy ruch religijnego ożywienia, organizacje. Zawsze tak było. Każde wylanie Ducha w historii, w rękach ludzkich szybko krzepło w nową wspólnotę kościelną. To wielkie ożywienie duchowe, jakie miało miejsce w naszym mieście przy Azusa Street, rozpoczęło się w duchu wolności i radości, łamiąc wszelkie bariery. W latach czterdziestych jednak pozostało z niego kilka samotnych Kościołów, mających trudności nawet w porozumieniu się między sobą i pozostawiających potrzeby świata całkowicie na boku.

Widzieliśmy z Różą tragedię w tym, że tak wiele mieli oni do przekazania, a tego nie czynili. Każda mała grupka, zamknięta w swoich tzw. czterech ścianach, przeżywała moc Bożą objawiającą się w zaspokajaniu rozlicznych potrzeb, w uzdrowieniach, w Bożym prowadzeniu, podczas gdy świat rozpaczliwie potrzebował takiej właśnie mocy. Natomiast ludzie, z którymi miałem do czynienia przez sześć dni w tygodniu, nawet nie słyszeli, że taka moc istnieje.

– Nie musicie brać w tym udziału – błagałem starszych. – Sam zatroszczę się o rozbicie namiotu i uporządkowanie wszystkiego. Pozwólcie nam tylko skorzystać z tej parceli.

Jednak moje słowa do nich nie trafiały i gdyby nie mój ojciec, który był bardzo poważany w zborze, nic byśmy nie wskórali. Skoro Izaak jest za tym – powiedzieli – to bez względu na to jak ryzykownie to wygląda, musi to być dobre.

W końcu otrzymaliśmy pozwolenie. Jednak prawie natychmiast zaczęliśmy tego żałować. Zauważyliśmy, że postawienie namiotu to znacznie bardziej skomplikowana sprawa, niż zbicie z desek małego podium. Ponieważ miało to być „miejsce użyteczności publicznej”, musiało odpowiadać tak wielu wymogom, że równało się to prawie postawieniu obiektu stałego. Musiałem udać się do władz lokalnych, do straży pożarnej, na policję, do władz sanitarnych i do zakładu energetycznego, za każdym razem wyjaśniając od nowa, co chcemy zrobić i po co to wszystko.

Gdy już zgromadziłem plik zezwoleń, można było zacząć rozbijanie namiotu. Trzeba było sprawdzić, czy przewody elektryczne, przejścia między rzędami oraz wyjścia są zgodne z przepisami. Należało zaopatrzyć namiot w kubły na śmieci, przenośne ubikacje, urządzenie do zraszania ziemi wodą, aby nie wzbijał się kurz. I dopiero wtedy można było rozpocząć akcję informacyjną. Daliśmy ogłoszenia w radiu i prasie, rozlepiliśmy plakaty na szybach wystawowych. Próbowałem przypomnieć sobie wszystko, czego nauczyłem się w kampanii reklamującej moje nowe punkty sprzedaży mleka.

Wszystko to pochłaniało mnóstwo pieniędzy i czasu. W końcu nawet ojciec zaczął się niecierpliwić. Przypomniał mi, że już od kilku tygodni nie byłem w biurze. Nie musiał mi nawet mówić, co powinno było nas obu najbardziej zaprzątać, bowiem wytwórnia sztucznych nawozów – moje pierwsze, samodzielne przedsięwzięcie – zaczęła przynosić straty. Przez pięć lat usiłowałem uczynić ją opłacalnym przedsięwzięciem. Jeśli miała jakoś przetrwać, powinienem był na niej skupić – i to od zaraz – całą moją energię i czas. Ale jednocześnie nie mogłem uwolnić się od myśli, że ważne są też namiotowe nabożeństwa.

Wieczorne spotkania rozpoczęły się w lipcu i odbywały się każdego dnia przez sześć kolejnych tygodni. Wiedziałem, że Bóg jest rzeczywisty, wspaniały i moje serce było tym przepełnione, ale nigdy nie mogłem znaleźć odpowiednich słów, by to wyrazić. Harry Muszegan, mój dalszy kuzyn, nie miał takich kłopotów. Tak jak jego ojciec Aram, czy dziadek Magardisz, umiał mówić w taki sposób, który skłaniał ludzi do słuchania. Miał, co prawda, dopiero 20 lat, ale już wtedy był znacznie lepszym mówcą niż ja mógłbym być kiedykolwiek i dlatego poprosiliśmy go, aby przemawiał.

Ludzie, którzy przyszli raz, przychodzili znowu. Mijały tygodnie i wzrastała liczba słuchaczy. Pięć zborów, które ledwo zgodziły się na współpracę, zaczęło stopniowo zapalać się do tej sprawy. Ich kaznodzieje zasiadali zawsze na podium, gdzie śpiewały chóry i Róża grała na pianinie. Kiedy nie było chóru, śpiewała Florence swym pięknym, dobrze wyszkolonym sopranem. W czerwcu ukończyła szkołę średnią, a jesienią miała rozpocząć dalsze studia w Whittier College. Jeśli chodzi o mnie, pomagałem, w czym tylko mogłem. Prowadziłem nabożeństwa, załatwiałem telefony, organizowałem transport i zajmowałem się skromną księgowością, notując przychody i rozchody.

Ku ogólnemu zdziwieniu, w naszych księgach widniały zapisy nie tylko po stronie wydatków, ale i przychodów. Każdego wieczoru komitet składający się z kaznodziejów przeliczał pieniądze z kolekt i stwierdzał, że przychód jest większy niż poprzedniego dnia.

Było to zadziwiające, bo nigdy nie nakłanialiśmy ludzi do ofiar. Miało to dla mnie również wydźwięk ironiczny, bo w tym samym czasie księgi finansowe mojej wytwórni nawozów wykazywały, że jest coraz gorzej.

Z ofiar pokrywaliśmy wydatki na ogłoszenia w prasie i w radiu, płaciliśmy za wynajęcie namiotu i trochę pieniędzy jeszcze zostawało. Większości wydatków, jakie ponosiłem sam, nie notowałem, ponieważ nie oczekiwałem ich zwrotu. Teraz zaświtał mi pomysł: co by było, gdyby resztę tych pieniędzy przekazać na specjalne konto bankowe, do dyspozycji tych pięciu zborów?

W połowie sierpnia zwinęliśmy namiot, a ochotnicy uporządkowali parcelę. Setki ludzi po raz pierwszy w życiu usłyszało, że Bóg jest rzeczywistością. Niektórzy podjęli decyzję naśladowania Chrystusa. Natomiast moja wytwórnia nawozów w Downey na zawsze zamknęła swoje podwoje.

Wspólne zarządzanie kontem bankowym przyniosło bardzo dobre skutki. Chcąc podjąć decyzję dotyczącą tych pieniędzy, kaznodzieja z Foursquare Church musiał skontaktować się z pastorem z Pentecostal Church of God. Starszych z Assemblies of God widziano na wspólnym obiedzie ze starszymi Ormiańskiego Kościoła Zielonoświątkowego. Później jedni i drudzy wzięli udział w nabożeństwie dziękczynnym zboru The Pentecostal Holiness.

Było to we wtorek rano pod koniec września. Siedziałem przy biurku, analizując sytuację finansową po bankructwie mojej wytwórni. Ledwo usłyszałem dzwoniący przy moim łokciu telefon. Podniosłem słuchawkę i dopiero po kilku sekundach uświadomiłem sobie, że ktoś po drugiej stronie płacze. To była Róża.

– … szpital w Downey – mówiła – przyjedź tak szybko, jak tylko możesz. – Co? Kto? – zapytałem osłupiały.

– Florence – odpowiedziała. – Gdy dzisiaj rano jechała do Whittier. Pamiętasz, jaka mgła była rano… Och, Demosie, widocznie nie widziała tej ciężarówki.

Ciągle nie bardzo pojmowałem w czym rzecz, ale pobiegłem do samochodu i w oszołomieniu dotarłem do szpitala. Większość rodziny zdążyła już przybyć do tego parterowego, drewnianego budynku. Florence była już na stole operacyjnym, ale – jak mi powiedział ojciec – lekarze nie mogli tu pomóc. Był tak wstrząśnięty, że nie mógł mówić, więc szczegóły opowiedział mi mąż mojej siostry Ruth.

Wypadek miał miejsce rano o wpół do ósmej, kiedy znad Pacyfiku nadciągnęła gęsta, szara mgła. Florence nie zauważyła znaku stop i jej samochód zderzył się z ciężarówką służby drogowej. Gorący asfalt znajdujący się na ciężarówce rozlał się na jezdnię. Kierowca ciężarówki nie doznał żadnych obrażeń, natomiast Florence została wyrzucona z samochodu na tę płonącą smołę. Jakiś przechodzień ściągnął ją stamtąd i zagasił swoją marynarką palącą się odzież. Niestety, jej plecy były już straszliwie poparzone.

Oparzenia nie pozwalały chirurgom nastawić połamanych kości. Przewieziono ją więc do odpowiednio wyposażonej sali, przeznaczonej dla szczególnie ciężkich przypadków i zezwolono nam pojedynczo podchodzić do otwartych drzwi i zaglądać do środka. Doktor Haygood, prowadząc nas po korytarzu, płakał razem z nami. To właśnie on był przy jej narodzinach siedemnaście lat temu, a także opiekował się nią podczas odry czy kokluszu. Jedyne, co mógł teraz zrobić, to głaszcząc matkę po ręce, powtarzać: – Ona jest silna i młoda, Zarouhi. Ma wielką wolę życia.

Gdy przyszła moja kolej, aby zajrzeć przez drzwi, ledwo mogłem uwierzyć, że na wysokim, szpitalnym łóżku leży Florence. Florence o czarującej twarzy i anielskim głosie, najmłodsza i najbardziej utalentowana z całej rodziny. Leżała teraz na wyciągu, a z jej ust wydobywał się nieustanny jęk.

– Boże! – modliłem się. – Nie pozwól jej cierpieć, zabierz ten ból.

Czy tylko mi się wydawało, czy też rzeczywiście jęk na chwilę ustał?

– Zabierz ten ból – modliłem się znowu.

Powróciliśmy z Różą do domu, aby nakarmić Gerry i Richarda. Po południu wróciłem do szpitala, Florence krzyczała z bólu, choć, najwidoczniej, była jeszcze nieprzytomna. Stanąłem w drzwiach i modliłem się – krzyk ponownie ustał. Spędziłem tam resztę dnia i cały wieczór, gdy tylko ból się wzmagał, wydawały się pomagać jej moje modlitwy. Zauważyli to nawet lekarze i pielęgniarki.

– Demosie – powiedział dr Haywood – możesz tu przychodzić, kiedy tylko zechcesz. Nawet kroplówka wydaje się lepiej działać w twojej obecności.

Otrzymałem biały fartuch, maskę i czepek chirurgiczny, postawiono też dla mnie krzesło obok jej łóżka. Przez następnych pięć dni spędzałem w tym pokoju każdą wolną chwilę. Gdy tylko Florence wracała do przytomności, ból wzmagał się straszliwie. Ani środki uśmierzające, ani największa liczba zastrzyków nie pomagały. Spała tylko wtedy, gdy ja byłem przy niej – meldowały pielęgniarki.

Nie miałem pojęcia, dlaczego tak było. Często siedząc tam, powracałem myślami do wydarzenia sprzed jedenastu lat, gdy Florence uszkodziła łokieć, a ja w niedzielny poranek w kościele odczułem, że będzie uzdrowiona. Jakieś dziwne powiązania wydawały się istnieć między Florence i mną, ale tym razem po moich modlitwach nie następowało uzdrowienie. Odczuwała chwilową ulgę, ale nie nadchodził kres jej cierpienia.

Ze zdjęć rentgenowskich zrobionych zaraz po wypadku dowiedzieliśmy się o faktycznym stanie jej zdrowia: przy uderzeniu o bruk strzaskane zostały biodro i miednica. Następne zdjęcia wykazały ostry odłamek kości przesuwający się w stronę jamy brzusznej. Każdego dnia robiono zdjęcie i oglądając je z lekarzami, widziałem ten ostry jak szpilka, wędrujący w stronę jamy brzusznej, kawałek kości.

W szóstym dniu po wypadku, gdy oparzenia nadal nie pozwalały na operację, wszyscy członkowie naszego zboru postanowili pościć cały dzień. Poczynając od północy w niedzielę przez cały poniedziałek nikt nie tknął pokarmu ani wody. W poniedziałek, o siódmej wieczorem, zeszli się wszyscy do nowo otwartej kaplicy na Goodrich Boulevard, we wschodniej dzielnicy Los Angeles, aby tam wspólnie zakończyć 24-godzinny post połączony z modlitwą o uzdrowienie Florence. Byli wszyscy razem na jednym miejscu… – jak mówią Dzieje Apostolskie 2,1.

Tylko mnie tam brakowało. Miałem do spełnienia specjalną misję w oddalonej o osiem kilometrów od Downey miejscowości Maywood. Od miesięcy słyszeliśmy o pewnym człowieku nazwiskiem Charles Price. Kilka lat wcześniej dr Price był pastorem dużego zboru Congregational Church w Lodi, w Kalifornii. Był to supernowoczesny pastor w ultranowoczesnym obiekcie kościelnym, szczycącym się nawet własną kręgielnią. Pewnego razu w tych okolicach prowadziła kampanię ewangelizacyjną Aimee Semple McPherson. [Aimee Semple McPherson (1890-1944), była kanadyjsko-amerykańską ewangelistką w latach 20. i 30. XX wieku. W wyniku jej działalności powstał The Foursquare Chuch, w polskim tłumaczeniu: Kościół Poczwórnej Ewangelii – Jezus zbawia, uzdrawia, chrzci Duchem Świętym i znowu przyjdzie. Kościół ten w roku 2016 liczył ok. 9 milionów wiernych na świecie. McPherson była pionierką w wykorzystaniu nowoczesnych mediów, zwłaszcza radia. (przyp. red.)]

Dr Price, uzbrojony w notes i ołówek, poszedł na jedno z jej namiotowych nabożeństw, celem wynotowania sobie tych wszystkich „głupich twierdzeń zielonoświątkowców”, które panna McPherson będzie głosić, aby potem ostrzec przed tym swoich wiernych. W połowie nabożeństwa schował ołówek i notes, padł na kolana i ze łzami spływającymi po policzkach i wzniesionymi rękami uwielbiał Boga nieznanym językiem.

Od tego wieczoru posługa Charlesa Price’a uległa zupełnej przemianie. Swoje przesłanie nazywał pełną Ewangelią, dając tym wyraz całkowitej akceptacji wszystkiego, o czym mówi Nowy Testament w każdym swoim fragmencie. Był znany szczególnie z wielkiego nacisku, jaki kładł na to, że uzdrowienia opisane w Biblii mają być częścią normalnych przeżyć Kościoła w każdym wieku.

I właśnie teraz dr Price prowadził w pobliżu Maywood nabożeństwa namiotowe. Zbliżałem się do namiotu, a moje serce się rozpływało. Już prawie na kilometr od namiotu widziałem mnóstwo zaparkowanych samochodów, a gdy wreszcie się tam znalazłem, okazało się, że wszystkie miejsca, wraz z dodatkowymi na trawie wokół namiotu, są zajęte.

Dr Price przemawiał na podium ozdobionym białymi i czerwonymi flagami. Był to mężczyzna w średnim wieku, blondyn w okularach. Skończył kazanie i zaprosił wszystkich potrzebujących uzdrowienia, by podeszli do przodu, bo chciał się modlić o poszczególne osoby. Setki ludzi zapełniły przejścia. Spojrzałem na zegarek. Była już dziewiąta wieczorem. „Nie dotrę dziś do niego” – pomyślałem. Ale przypomniałem sobie naszych braci i siostry klęczących teraz przed Bogiem, i to mnie uspokoiło. Bardzo wolno posuwała się ta kolejka. Dziesiąta. Dziesiąta trzydzieści. Jedenasta. Odpowiedzialni za porządek chcieli już zakończyć spotkanie. Słychać było: „Dr Price chętnie będzie się modlił za ciebie jutro wieczorem, siostro. Dr Price chętnie będzie się modlił za ciebie jutro wieczorem, bracie”.

Charles Price zabierał właśnie Biblię i butelkę z olejkiem, którym namaszczał chorych.

– Sir! – zawołałem.

Odwrócił się i patrzył na mnie mrużąc oczy w świetle reflektorów. Ominąłem porządkowych.

– Doktorze Price, nazywam się Demos Shakarian. Moja siostra uległa ciężkiemu wypadkowi samochodowemu i lekarze w Downey mówią, że nie ma dla niej nadziei, ale ja myślę, że gdyby pan przyszedł… – wyrzuciłem z siebie jednym tchem.

– Zamknął oczy, a wtedy na jego twarzy zauważyłem zmęczenie. Stał tak przez chwilę, a potem nagle otworzył oczy i powiedział: Pojadę.

Szedłem przed nim spiesznie, torując mu drogę w rozstępującym się tłumie i odsuwając tych, którzy chcieli go zatrzymać. Zauważył moją niecierpliwość.

– Nie bój się, synu – powiedział. – Tej nocy twoja siostra zostanie uzdrowiona.

Popatrzyłem na niego. Jak mógł twierdzić to z taką pewnością? Ale uświadomiłem sobie, że przecież nie widział rentgenowskich zdjęć i nie miał nawet pojęcia, jak poważna jest sytuacja.

Widać ten sceptycyzm musiał się uwidocznić na mojej twarzy, bo gdy tylko uruchomiłem samochód, powiedział:

– Pozwól młodzieńcze, że powiem ci, dlaczego jestem pewny, że twoja siostra zostanie uzdrowiona.

Przed laty – opowiedział mi – w roku 1924, krótko po tym przeżyciu, jakie miał na nabożeństwie panny McPherson, przejeżdżał przez małą miejscowość zwaną Paris w Kanadzie, w stanie Ontario. Znajdując się już w tej wiosce, odczuł silną chęć skręcenia w prawo. Tak też zrobił. Później w lewo. W ten właśnie sposób jechał przez tę miejscowość, aż znalazł się obok kościoła metodystycznego. Tam właśnie odczuł, że ma się zatrzymać.

Nie mając nawet pojęcia, dlaczego to wszystko robi, zadzwonił do domu pastora i się przedstawił. Powiedział, że jest ewangelistą i nagle usłyszał sam siebie pytającego, czy mógłby poprowadzić serię nabożeństw w tym kościele. Odczuł, że właśnie tam ma się zatrzymać.

Wśród ludzi uczęszczających na te zgromadzenia, dr Price dostrzegł kaleką, młodą kobietę, którą mąż przynosił każdego wieczoru, sadzając ją na poduszce, w jednej z pierwszych ławek. Rozpytując o nich dowiedział się, że nazywają się Louis i Eva Johnston, pochodzą z Laurel w stanie Ontario i że Eva już ponad dziesięć lat jest unieruchomiona w łóżku. Dręczą ją ciągłe bóle powodowane atakami reumatycznej gorączki. Dr Price patrzył na jej trzęsące się i wprost groteskowo powykręcane nogi. Powiedziano mu, że małżeństwo to było już u dwudziestu lekarzy w Toronto, ale elektroterapia, radioterapia oraz masaże rozgrzewające powodowały jedynie nasilanie się choroby. Dr Price był pewien, że tego wieczora Eva Johnston zostanie uzdrowiona. Wiedział to stąd, że kiedykolwiek na nią spoglądał, ogarniało go zewsząd coś w rodzaju fizycznego ciepła. Miał wrażenie jakby ciężki koc okrywał jego barki.

Zadrżałem, bo uświadomiłem sobie identyczność mojego przeżycia w związku z łokciem Florence. Z trudem mogłem się skupić na prowadzeniu samochodu.

Dr Price zinterpretował sobie to wrażenie „ciężkiego koca” jako obecność Bożą. Powiedział wszystkim zgromadzonym, że będą świadkami szczególnego cudu. Zszedł z podium, położył dłonie na głowie kobiety i zaczął się modlić. Na oczach całego zgromadzenia jej plecy i wykręcone nogi zaczęły się prostować, i chociaż od dziesięciu lat nie mogła stanąć na własnych nogach, w ten wieczór Eva Johnston nie tylko stanęła, ale – prawie tańcząc – pobiegła wzdłuż przejścia. Dr Price pozostawał w kontakcie z Johnstonami, uzdrowienie to było trwałe.

– Dziś wieczorem – mówił Charles Price – zobaczymy inny cud, ponieważ gdy do mnie mówiłeś, odczułem ten „koc” na moich barkach. Czuję go nadal. Bóg jest Panem tej sytuacji.

Z trudem przełknąłem ślinę, nie wierząc nawet przez chwilę, że mógłbym cokolwiek powiedzieć. Od czasu, gdy jedenaście lat temu sam miałem podobne przeżycie, nie słyszałem, by ktoś doświadczył czegoś podobnego.

Było już wpół do dwunastej, gdy dojechaliśmy do Downey. Główne wejście do małego szpitala z trzydziestoma trzema łóżkami było zamknięte, więc musieliśmy dzwonić. W końcu zjawiła się pielęgniarka.

– Dobrze, że pan przyszedł – powiedziała. – Stan Florence dzisiaj wieczorem się pogorszył.

Zapytałem, czy dr Price może wejść ze mną. Dano nam białe fartuchy i maseczki na usta. Weszliśmy do pokoju Florence.

Leżała na tym samym łóżku z wyciągiem, do połowy ukryta w plątaninie rurek i przewodów. Przedstawiłem jej Charlesa, a ona słabo skinęła głową.

Dr Price wyciągnął z kieszeni buteleczkę z olejem i wylał trochę na dłoń. Sięgając ręką przez te wszystkie stojące wokół łóżka aparaty, dotknął końcami swych palców jej czoła.

– Panie Jezu – powiedział – dziękujemy, że jesteś tutaj. Dziękujemy Ci za uzdrowienie naszej siostry.

Łagodnym, ale zdecydowanym głosem modlił się, lecz ja dalszych słów już nie słyszałem. Jakaś nadzwyczajna zmiana nastąpiła w atmosferze tego pokoju. Zrobiło się… jakby jakoś tłoczno. Powietrze wydawało się jakby cięższe i czuliśmy się prawie tak, jakbyśmy stali w wodzie.

Florence natychmiast obróciła się na łóżku. Dr Price szybko odskoczył, uchylając głowę przed spadającym z wyciągu ciężarkiem. Florence obracała się na łóżku to w jedną, to w drugą stronę, na ile tylko pozwalały jej przewody. Na skutek jej ruchów ciężarki zostały wprawione w ruch wahadłowy lub obrotowy. Wiedziałem, że powinienem próbować ją jakoś powstrzymać, bo lekarze ciągle powtarzali, że połamane biodro powinno pozostawać w bezruchu. Ale nadal stałem w miejscu pogrążony w tej ciepłej, pulsującej atmosferze.

Z krtani Florence wydobywał się jęk, ale trudno było powiedzieć, czy jego przyczyną był ból, czy też niewymowne uniesienie. Przez dwadzieścia minut Florence rzucała się i przewracała w swoim uwięzieniu z przewodów, podczas gdy my uskakiwaliśmy przed rozhuśtanymi ciężarkami. W każdej chwili w drzwiach mogła się pojawić pielęgniarka, aby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Wiedziałem, że co dziesięć minut przychodzono tu na kontrolę, ale nikt nie przyszedł. Wydawało nam się, że nasza trójka została przemieszczona w czasie i przestrzeni w świat, gdzie istniała tylko ta ciepła, wszechogarniająca Obecność.

I nagle… była to znowu ta sama zwykła sala szpitalna. Florence nadal leżała na łóżku, ciężarki stopniowo się uspokajały. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się we mnie.

– Demosie – wyszeptała – Jezus mnie uzdrowił.

Nachyliłem się nad nią.

– Wiem – odpowiedziałem.

Gdy po kilku minutach przyszła pielęgniarka, z zadowoleniem popatrzyła na głęboko śpiącą Florence.

Następnego ranka, gdy jeszcze spałem po odwiezieniu dr Price’a do jego domu w Pasadenie, zadzwonił dr Haygood.

– Chciałbym, abyś wpadł do nas i obejrzał zdjęcia rentgenowskie – to było wszystko, co powiedział.

W gabinecie rentgenowskim tłoczyli się lekarze, pielęgniarki i laboranci oglądający zdjęcia na ekranie rentgenoskopu. Siedem pierwszych przedstawiało połamane i przemieszczone kości biodra i miednicy. Były one niemal rozbite w kawałki, a odłamki kości na każdym następnym zdjęciu były bardziej rozproszone. Ale ósme zdjęcie, zrobione dzisiaj rano, pokazywało miednicę zupełnie zdrową. Obie strony zdjęcia były identyczne. Kość lewego biodra uformowana była tak samo jak prawego. Tylko wyraźne włoskowate linie wskazywały, że kiedyś, jakby wiele lat temu – ta solidna kość była poważnie złamana.

Florence pozostała w szpitalu jeszcze przez miesiąc, ponieważ musiały się zagoić oparzenia na jej plecach. Ostatniej nocy w szpitalu zobaczyła stojące na stole 25 szklanek z wodą, które jakby miała wypić.

– Wierzę, że są to lata życia, które mam jeszcze przed sobą – powiedziała do Róży i do mnie, gdy przyjechaliśmy następnego dnia, aby zabrać ją do domu. – Wierzę, że Bóg daje mi jeszcze 25 lat życia, abym mogła Mu służyć.

Nic na ten temat nie mogłem powiedzieć, ale byłem pewny, że własnymi oczami oglądam Bożą moc.

Pozostało coś jeszcze, co dopiero miałem poznać – moje własne słabości.

5. Punkt zaczepienia w niebie

Grudzień roku 1941. Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny. Wraz z atakiem na Pearl Harbour, Los Angeles stało się ośrodkiem trwających całą dobę przygotowań obronnych. W ciągu dnia wszystkie drogi zatłoczone były ciężkimi pojazdami oliwkowego koloru, a w nocy miasto tonęło w ciemnościach z powodu całkowitego zaciemnienia wszystkich obiektów. Poranne dojenie w naszych oborach odbywało się przy zasłoniętych oknach. Pobliska fabryczka produkująca na potrzeby lotnictwa została ogrodzona wysokim płotem z drutu kolczastego, a przez jej bramę ciągle przejeżdżały rozmaite samochody osobowe i ciężarowe. Ku rozpaczy Róży, a zadowoleniu siedmioletniego Richarda, urządzenia obrony przeciwlotniczej zostały zainstalowane prawie na naszym podwórzu.

Ponieważ mleczarstwo zostało zaklasyfikowane do podstawowych gałęzi gospodarki, zajmujący się tym ludzie nie musieli służyć w wojsku. Pomimo tego wielu naszych pracowników i dostawców powołano do czynnej służby wojskowej lub zatrudniono do obsługi instalacji obronnych. Dwoiłem się i troiłem, dzieląc swój czas między zagrody cieląt i obory, gdyż brak było rąk do pracy. Byłem stałym bywalcem w biurach decydujących o przydziałach i żebrałem o paliwo, zboże, opony, części zamienne do ciężarówek, żeby jakoś to wszystko się kręciło.

Największy problem stanowiło zdrowie zwierząt. Nie było dostatecznej liczby lekarstw i brakowało weterynarzy. Kiedykolwiek pojawiała się groźba zarazy, razem z ojcem zwracaliśmy się w modlitwie do Boga. Była to teraz często jedyna droga ratunku.

Przez wszystkie lata wojny nadal pomagaliśmy z Różą organizować latem nabożeństwa namiotowe według wcześniej wypracowanych wzorców. Polegało to na znalezieniu utalentowanego kaznodziei i zrobieniu wszystkiego tego, do czego mieliśmy powołanie: zachęceniu poszczególnych zborów z danego terenu do współpracy, wypożyczeniu potrzebnego sprzętu i dopracowaniu wielu szczegółów. A potem, gdy wszystkie zasadnicze koszty związane z tymi nabożeństwami zostały już pokryte, trzeba było wpłacić pozostałe pieniądze na konto bankowe wspólne dla wszystkich zaangażowanych zborów, aby wraz z zakończeniem cyklu nabożeństw nie zakończyła się też ich współpraca.

Niektórzy ze starszych naszego zboru ciągle dopytywali się, co my z tego wszystkiego mamy. Gdy w lipcu 1942 roku Florence znowu wyszła na podium bez najmniejszego śladu po wypadku i zaśpiewała wspaniałą pieśń na otwarcie serii nabożeństw, wiedzieliśmy dobrze, że wszystkie nasze wysiłki nie potrafią dostatecznie wyrazić naszej wdzięczności Bogu.

Był też jeszcze inny powód do radości w tych trudnych latach: pogłębiająca się przyjaźń z Charlesem Price’m. Lubiłem słuchać jego kazań ujmujących elokwencją, którą doskonalił jeszcze przy Williamie Jenningsie Bryanie.

[William Jennings Bryan (1860-1925) – amerykański polityk, kandydat partii demokratycznej na prezydenta USA w latach 1896, 1900 i 1908, prawnik i sekretarz stanu za prezydentury Woodrowa Wilsona. Jeden z najpopularniejszych mówców w historii politycznej USA, obdarzony głębokim, rozkazującym głosem. Bryan był członkiem Kościoła prezbiteriańskiego. (przyp. red. wg Wikipedii)]

Ale jeszcze więcej radości sprawiały mi nasze kontakty osobiste. Prawie co tydzień, w latach 1941-1946, przyjeżdżał do Downey i szliśmy wtedy do jego ulubionej włoskiej restauracji na obiad. Siadaliśmy w zacisznym miejscu i całymi popołudniami słuchałem tego najmądrzejszego człowieka, jakiego kiedykolwiek spotkałem.

Kiedyś powiedziałem:

– Doktorze Price, myślę, że robić to, co ty robisz, to najwspanialsza rzecz na świecie! Widzieć tysiące ludzi poruszonych twoimi kazaniami, widzieć ludzi doznających zbawienia, uzdrowienia i przeżywających działającą przez ciebie moc Bożą.

Dr Price przestał nawijać spaghetti na widelec i przez chwilę przyglądał mi się z lekko ściągniętymi brwiami.

– To nie tak – powiedział w końcu. – To jest… jak ta wojna. Zatoczył ręką koło wskazując salę restauracyjną, w której byliśmy prawie jedynymi cywilami.

– Gdzie najczęściej giną żołnierze? Na pierwszej linii frontu, gdzie wróg jest najbliżej. Tak samo jest z ewangelizacją, Demosie. To jest taka sama śmiertelna walka, jak teraz na Guadalcanal. Kaznodzieja, który atakuje wroga na jego terytorium, często jest pod ostrzałem, doznaje ran. Niektórzy z nas giną, Demosie.

[Guadalcanal – brytyjska wyspa w archipelagu Wysp Salomona, rejon zaciętych bitew morskich w czasie II wojny światowej. (przyp. red. wg Wikipedii)]

Uśmiechnął się tym charakterystycznym dla niego uśmiechem, jakby na przekór losowi.

– Czasami ludzie mówią mi komplementy, że jestem wspaniałym mówcą. Nic to dla mnie nie znaczy. Ale wczoraj wieczorem, pewna kobieta powiedziała mi, że jej rodzina modli się o mnie każdego dnia. Wierz mi, Demosie, że jest to najwspanialsza rzecz, jaką może usłyszeć kaznodzieja.

Pochyliłem głowę, jego szczerość wywarła na mnie wielkie wrażenie. Ale tak naprawdę wtedy, na początku lat czterdziestych, wcale tego nie rozumiałem.

Niepostrzeżenie, w tych ciężkich czasach wojny obfitujących we wszelakiego rodzaju braki, trzy krowy ojca, które kupił kiedyś, zapoczątkowały obecne trzytysięczne stado, stając się tym samym największą prywatną hodowlą bydła mlecznego na świecie.

Cierpiałem też chyba na największy w świecie ból głowy, gdy godzinami sterczałem przy telefonie wydzwaniając śladem pogłosek, że gdzieś tam można zdobyć butelki, a gdzie indziej cement na posadzkę do obory. Coraz trudniejsze stawało się także zapewnienie paszy dla takiej liczby bydła.

Pewnego razu jechałem jak zwykle do Imperial Valley, aby zakupić siano. Większa część tej drogi prowadziła przez pustynię. Upalny lipiec 1943 roku był jakby wstępem do jeszcze bardziej upalnego sierpnia. Wokół tej drogi, na opustoszałych dotychczas terenach, zaszły zadziwiające zmiany. Tam, gdzie podczas mojej poprzedniej podróży widziałem kilka spieczonych słońcem szałasów, teraz – wlokąc się wolno za wojskowymi pojazdami – zobaczyłem miasto namiotów. I tak było wzdłuż całej drogi. Gdzieniegdzie tylko wśród namiotów pojawiały się daktylowe plantacje, czy zakurzone przysiółki. Oczywiście, nikt nic nie mówił i nikt nic nie wiedział, ale było jasne, że gdzieś na powierzchni strwożonej ziemi ma się odbyć wielka pustynna ofensywa.

Wróciwszy do domu, powiedziałem do Róży:

– Tam jest tak wielu żołnierzy, Różo, i wyglądają na znudzonych i zmęczonych upałem.

Szczególnie intrygowało mnie jedno miasto, położone około 40 kilometrów od Palm Springs. Było w nim zawsze pełno żołnierzy będących na przepustce i na przejazd samochodem często traciłem tam prawie godzinę. Przyglądałem się tym chłopcom, jak wystawali w niekończących się kolejkach do restauracji – były tam trzy albo cztery – lub do małego teatrzyku. Wszyscy szukali schronienia przed upałem dochodzącym do 50°C. Nie wiedzieli, co ze sobą robić.

Wtedy pomyślałem: „A gdybyśmy zorganizowali tutaj nabożeństwa namiotowe?”

– Demosie! Jeszcze więcej nabożeństw? – zapytał ojciec. Właśnie zakończyły się sześciotygodniowe nabożeństwa ewangelizacyjne w Orange County, w które byliśmy mocno zaangażowani.

Róża też powątpiewała:

– Ależ Demosie, pracujesz na farmie po szesnaście godzin dziennie. W czasie kampanii ewangelizacyjnej ledwo kładłeś się do łóżka, a już musiałeś wstawać. Co chcesz nam udowodnić przez to dobijanie samego siebie?

– A jeśli ten pomysł pochodzi od Boga, a nie ode mnie, to co wtedy? – odpowiedziałem. Odwróciła głowę od sukienki, którą prasowała:

– W takim razie zajmiemy się tym.

Zerwałem się z kanapy.

– Zaraz zadzwonię do Charlesa Price’a – powiedziałem. – Zazwyczaj jest bardzo zajęty, ale może uda mu się wykroić jakiś tydzień lub dwa.

Róża wzięła ubranko Gerry ze stosu pokropionej bielizny. Nigdy wiele nie mówiła, ale gdy milczała, wiedziałem, że wtedy ma mi do przekazania najwięcej.

– Różo! Co się stało?

– Demosie, wiesz, jak bardzo lubię i szanuję doktora Price’a, ale on nie nadaje się do żołnierzy. Potrzebujemy kogoś młodszego, kogoś… sama nie wiem kogo. Ale myślę, że kogoś, kto umiałby zagrać na gitarze.

Byłem pewny, że Róża się myli.

– Popatrz, jakie tłumy przyciąga dr Price – powiedziałem. – Popatrz na te uzdrowienia, na Florence.

Róża znów zamilkła. Zatelefonowałem do Charlesa Price’a zapominając o tej ważnej lekcji, jakiej się nauczyłem, gdy rozpoczynaliśmy spotkania w Lincoln Park: kluczem do odnalezienia Bożej woli dla mnie i dla Róży była nasza jednomyślność.

Dr Price zainteresował się położeniem żołnierzy na pustyni i obiecał, że spróbuje zmienić swoje plany. Spodziewałem się, że tak zrobi, bo sam byłem bardzo zajęty zwiększaniem dostaw naszego mleka. Ale później dr Price zachorował na grypę, ja zaś miałem kłopoty ze znalezieniem odpowiednich władz wojskowych, które mogłyby udzielić nam zezwolenia na te spotkania. Tymczasem lekarz Charlesa Price’a kategorycznie sprzeciwił się jego wyjazdowi, a mnie opuściła już chęć dalszego działania. Nie znalazłem w odpowiednim czasie właściwego człowieka do wykonania tego dzieła. Jeszcze przez jakiś czas próbowałem znaleźć kogoś do prowadzenia tych kilku spotkań, ale w końcu nic z tego nie wyszło.

Jesienią gazety pełne były wiadomości z wojny, na której zginęło już wielu naszych żołnierzy. Kiedy tylko podawano liczbę zabitych, nie mogłem wyzwolić się od natrętnej myśli: ilu z tych młodych żołnierzy, obok których przejeżdżałem na kalifornijskiej pustyni, jest wśród tych poległych? Ilu z nich przyszłoby na te spotkania, które chcieliśmy zorganizować? Ilu odkryłoby prawdę, która znaczyłaby dla nich o wiele więcej niż cokolwiek dotychczas w życiu?

I wtedy też pojawił się jeszcze inny powód do zmartwień. W całej południowej Kalifornii hodowcy bydła mlecznego znaleźli się w poważnych tarapatach, bo wśród bydła zaczęła się szerzyć gruźlica. Co trzydzieści dni przyjeżdżała komisja stanowa z wydziału zdrowia, aby badać stada. Szczepiono wtedy u nasady ogona, gdzie skóra była gładka i bez sierści. Jeśli po trzech dniach miejsce to pozostawało bez zmian, znaczyło to, że zwierzę nie jest zakażone. Jeżeli natomiast pojawiały się guzy wielkości grochu, klasyfikowano je jako „reagujące”, a jeśli mniejsze – jako „podejrzane”. Gdy liczba „reagujących” i „podejrzanych” osiągała pewien określony pułap, wtedy, zgodnie z nakazem władz, należało wybić całe stado. Tak zdrowe, jak i chore zwierzęta.

Kiedy po raz pierwszy wykryto ślady choroby, kilka stad w sąsiedztwie zostało już wybitych. Oczywiście, zarówno ojciec, jak i ja, modliliśmy się o te zwierzęta. Nawet dziewięcioletni Richard, gdy przychodził po zajęciach w szkole pomagać nam w oborach, także się modlił. Właśnie w Reliance III, na tej pokazowej farmie, wykryto pierwsze objawy choroby. Okazało się, że prawie sto zwierząt było reagujących, a dwieście – podejrzanych. Gdyby do następnej kontroli liczby te wzrosły – co wydawało się nieuniknione – musielibyśmy wybić wszystkie tysiąc krów.

W dniu, w którym się o tym dowiedzieliśmy, jeszcze długo po wieczornym dojeniu siedzieliśmy z ojcem w kantorku przy biurkach naprzeciw siebie. Nie słyszeliśmy dotąd, aby jakaś farma mleczna po osiągnięciu takiego poziomu zachorowań jak u nas, mogła być uratowana.

Dla odprężenia, ojciec włączył radio, trafiając na program z Angelus Temple. I naraz, w pogrążonym w mroku pomieszczeniu usłyszeliśmy ciepły głos dr. Kelso Glovera. Mówił właśnie o mocy Bożej, uzdrawiającej wszelką chorobę. Spojrzeliśmy po sobie.

[Angelus Temple – centralny dom modlitwy The Foursquare Church, znajdujący się w Echo Park, dzielnicy Los Angeles. Kościół zaprojektowano i wybudowano z inicjatywy Aimee Semple McPherson. Otwarcie nastąpiło 1 stycznia 1923 r. Od 1992 r. Angelus Temple figuruje w krajowym rejestrze zabytków USA. (przyp. red. wg Wikipedii)]

Następnego dnia, wcześnie rano, zadzwoniłem do dr. Glovera.

– Gdy pan mówił „wszelką chorobę”, czy miał pan na myśli także choroby zwierząt?

Zapadło długie milczenie, gdy ten dyplomowany teolog zastanawiał się nad odpowiedzią.

– Tak, wszelką chorobę u zwierząt lub u ludzi – odpowiedział w końcu.

– Czy zechciałby pan pomodlić się za tysiącem sztuk bydła rasy holsztyńskiej i to dzisiaj? – zapytałem. Krótko przedstawiłem mu sytuację w Reliance III.

Przyjechał o wpół do dwunastej i obaj udaliśmy się do zagród mieszczących po 60 krów. Większość z nich stała przy żłobach z sianem znajdujących się na drugim końcu. Ale gdy tylko weszliśmy do pierwszej zagrody, krowy przestały jeść i okrążyły nas ciasnym kołem.

Chociaż słońce prażyło nasze głowy, dr Glover zdjął kapelusz, a ja za nim.

– Panie Jezu! – wołał. – Bydło na tysiącach wzgórz jest Twoje! W Twoim imieniu, Panie, odbieramy tym zarazkom atakującym Twoje stworzenia wszelką moc!

Uszy krów uniosły się, a ich duże, czarne oczy lśniły przyjaźnie.

Odwiedzenie wszystkich zagród zajęło nam trzy godziny. Trochę martwiłem się o dr. Glovera, ponieważ nie był to już człowiek młody, a mimo mocno prażącego słońca, przez cały ten czas nie nałożył kapelusza. Odniosłem wrażenie, że atmosfera między silosami i korytami na wodę dziwnie się uciszyła.

Odczuli to nawet pracownicy. W większości byli to ludzie starsi, niezdolni do służby wojskowej czy pracy w przemyśle, pracujący u nas już od wielu lat i przyzwyczajeni do tych wszystkich „zielonoświątkowych wyskoków”. Zauważyłem jednak, że dr Glover wywierał na nich szczególne wrażenie. Gdy gromił chorobę, niemal się widziało jak zarazki opuszczają bydło i ulatują.

Z niecierpliwością oczekiwałem następnej kontroli. Wszystko odbyło się tak, jak poprzednio. Urzędnicy ze służby weterynaryjnej wyglądali bardzo surowo i w skupieniu przechodzili wzdłuż rzędów zwierząt. Badania przeprowadzano w oborach podczas dojenia, gdy wszystkie stały na swoich miejscach. Ludzie ci najlepiej wiedzieli, jak bardzo niebezpieczna jest ta epidemia.

Po trzech dniach przyjechali na najważniejszą część badania – odczytanie wyników. Przybyło dwóch lekarzy z władz stanowych i kierownik wydziału lokalnego. Niezbyt wiele mówili podczas naciągania gumowego obuwia ochronnego. Czekało ich najtrudniejsze zadanie: powiedzieć farmerowi, że jego stado przeznaczone jest na rzeź.

Doiliśmy właśnie 120 krów w Reliance III. Stały w czterech rzędach, po 30 sztuk w każdym. Przy końcu dwóch pierwszych rzędów obaj lekarze spotkali się. Podszedłem bliżej, aby – mimo hałasu dojarek – usłyszeć o czym mówią. – To dziwny wybryk natury – powiedział jeden z nich. Nie było ani jednej reagującej w całym rzędzie, nawet podejrzanej nie było. Drugi lekarz zmrużył oczy mówiąc: „W moim rzędzie też nie”.

W całej oborze wypełnionej stu dwudziestoma zwierzętami ani jedna sztuka nie miała śladu choroby. Na następnej zmianie dojonych było dwieście czterdzieści krów i znów wynik badania był negatywny. Moi pracownicy zaczęli gromadzić się w oborze. Na trzeciej zmianie – to samo.

Do końca tego ranka wydojono już ponad tysiąc krów i żadna nie była nawet podejrzana o gruźlicę, nawet wśród tych zwierząt, które poprzednio zakwalifikowano jako chore. Przedstawiciele władz powiedzieli nam, że nie mogą znaleźć żadnego racjonalnego wytłumaczenia takiego przebiegu wydarzeń. Jedynym wyjaśnieniem było to, co opowiedziałem wszystkim zgromadzonym w oborze: dr Glover modlił się i Bóg odpowiedział.

Bóg odpowiedział nie tylko na tę krytyczną sytuację z okresu wojny. Przez ponad dwadzieścia lat, gdy mieliśmy farmę na starym miejscu, a także później, gdy Downey bardzo się rozbudowało i musieliśmy przenieść się na północ od Los Angeles, w Reliance III nie zauważyliśmy nawet pojedynczego przypadku gruźlicy u naszych zwierząt.

Gdy w listopadzie 1944 roku oczekiwaliśmy następnego dziecka, najbardziej z nas wszystkich cieszyła się – jak myślę – moja matka. Gerry zaczęła już chodzić do przedszkola i skrawek podwórka łączącego nasze domy, całkowicie opustoszał, co nie podobało się mojej matce. Co prawda, miała także inne wnuki, lecz moje siostry wraz z rodzinami mieszkały w odległości kilku kilometrów (a nawet dalej), co w ormiańskim pojęciu oznaczało całkowity brak kontaktu.

Była też szczególna przyczyna jej oczekiwania na narodziny naszego dziecka. W wieku 47 lat zachorowała na raka, który nie nadawał się do operowania. Modlitwa, tak bardzo skuteczna na farmie, tutaj w domu nie skutkowała.

– Ale przynajmniej zobaczę waszą następną córkę! – powiedziała do mnie z radością.

Wszyscy w rodzinie zakładali, że to będzie dziewczynka, jak daleko bowiem sięgnąć pamięcią w przeszłość, w każdym pokoleniu Shakarianów był najwyżej jeden syn. Matka zaczęła szyć piękne różowe sukienki i marszczone czapeczki.

Latem 1944 roku dotarło do mnie coś, z czego do tej pory nie zdawałem sobie sprawy. Siedziałem na nabożeństwie i wodziłem wzrokiem po zatłoczonym namiocie. Pastelowe kolory, piękne wzorzyste sukienki, wielu mężczyzn w mundurach, a nawet niektóre kobiety. Kobiety…

Zauważyłem, że nie mogę się skupić na tym, co mówi kaznodzieja. Przy następnej pieśni podczas ogólnego śpiewu, dokładnie przyjrzałem się zgromadzonym. Czy mi się wydaje, czy też tak jest naprawdę: na dziesięć kobiet przypada jeden mężczyzna? Następnego wieczoru Róża liczyła ze mną. Zgodnie z przepisami przeciwpożarowymi, między rzędami, w których było po czternaście krzeseł, było przejście. Ja liczyłem rzędy po prawej stronie. W pierwszym rzędzie było osiem kobiet i dwóch mężczyzn. W trzecim rzędzie – czternaście kobiet.

Przez następne wieczory staraliśmy się z Różą dokładnie policzyć audytorium. Bez wątpienia: liczba kobiet dziesięciokrotnie przewyższała liczbę mężczyzn!

Było to dla mnie zatrważające odkrycie. Do ormiańskiego zboru zielonoświątkowego przychodziły całe rodziny, liczba mężczyzn i kobiet była mniej więcej wyrównana. Tutaj w namiocie, gdzie wszyscy siedzieli razem, bez podziału na płeć i wiek, nie zauważyłem tego tak szybko. Ale w takim razie, gdzie są ci mężowie, bracia czy ojcowie?

– Nigdy nie uświadamiałem sobie tego faktu – powiedziałem do Charlesa Price’a pewnego dnia po obiedzie – że tak mało pozostało tu teraz mężczyzn. Chyba wszyscy są za oceanem?

Popatrzył na mnie przez swoje okrągłe okulary.

– Demosie, nigdy dotąd Los Angeles nie było tak pełne mężczyzn! Są tu żołnierze ze wszystkich stanów, a oprócz nich – dziesiątki tysięcy mężczyzn pracujących dla potrzeb wojska.

– To… to dlaczego na nabożeństwa przychodzi o wiele więcej kobiet niż mężczyzn?

Dr Price, odchyliwszy się do tyłu zaniósł się śmiechem i uspokoił się dopiero wówczas, gdy zaczęli się nam przyglądać siedzący obok marynarze.

– Mój ty prostoduszny Ormianinie! – powiedział. – Tymi sprawami zawsze zajmują się przede wszystkim kobiety. Większość amerykańskich mężczyzn uważa religię… Ja wiem? Za coś zniewieściałego. Jest to coś akurat dla kobiet i dzieci. Czy słyszałeś kiedykolwiek o towarzystwie misyjnym złożonym z mężczyzn? Albo o męskiej grupie biblijnej? To kobiety stanowią Kościół w Ameryce, Demosie. Oczywiście, za wyjątkiem zawodowych duchownych, takich jak ja. Ale cała praca charytatywna, cały entuzjazm, całe życie – to kobiety.

Przez następnych kilka nocy słowa Charlesa nie pozwalały mi spokojnie zasnąć. Rzucałem się na łóżku, aż w końcu Róża, która w tym czasie potrzebowała szczególnie dużo snu, poprosiła mnie, żebym się przeniósł do salonu na kanapę. Wiedziałem, że kobiety kochają Boga i chętnie mu służą. W naszym ormiańskim Kościele zawsze mieliśmy prorokinie. Jednak wszędzie i we wszystkim prym wiedli mężczyźni. Oni byli starszymi Kościoła, studentami szkół biblijnych, nauczycielami odpowiedzialnymi za religijne wychowanie dzieci. Jak to możliwe, że ci energiczni i odnoszący wiele sukcesów w innych dziedzinach amerykańscy mężczyźni, zaniechali tego najwyższego powołania? Próbowałem to zrozumieć, ale bez skutku.

1 listopada 1944 roku urodziła się nam druga dziewczynka, ciemnowłosy maleńki aniołek z podwiniętymi czarnymi rzęsami, tak długimi, że dotykały jej policzków Oczywiście, każde niemowlę jest przemiłe, ale w niej było coś szczególnego, bo nawet położne, które przecież nie tak łatwo wpadają w zachwyt nad noworodkiem, długo się jej przyglądały.

Daliśmy jej na imię Karolina. Gdy wraz z Różą, Richardem i Gerry uklękliśmy na dywaniku w kościele przy Goodrich Boulevard, aby zgodnie z tradycją prosić o błogosławieństwo dla niemowlęcia, czułem, że rozpiera mnie duma.

Rzecz jasna, od samego początku Karolina była oczkiem w głowie mojej mamy. Chodzenie sprawiało jej coraz więcej trudności, nawet przejście przez niewielkie podwórze łączące nasze domy było dla niej wyczynem. Dlatego Róża kilkakrotnie w ciągu dnia nosiła Karolinę do mamy, a ta odkrywała u niej coraz to nowsze umiejętności. O, teraz zaczęła się uśmiechać, już się obraca, zaczęła siadać – słyszeliśmy nowiny. Wydawało się jej nawet, że już od czwartego miesiąca słyszała z małych usteczek swoje imię, Zarouhi, czego, niestety, nie udało się usłyszeć nikomu z nas.

Zimą, podczas cotygodniowych spotkań z Charlesem Price’m często rozmawialiśmy o tej niechęci amerykańskich mężczyzn do religii. Powiedziałem mu jeszcze o czymś, co zauważyłem w naszych zborach:

– Gdy tylko jakiś mężczyzna zaczyna odnosić sukcesy w swojej działalności zawodowej, to przestaje chodzić na nabożeństwa. Zauważałem to wielokrotnie – powiedziałem. – Często widziałem całe zgromadzenie na kolanach, gdy komuś wzrastało hipoteczne zadłużenie lub potrzebna była pożyczka z banku. Ale gdy tylko firma zaczyna prosperować, ten sam mężczyzna opuszcza wspólnotę, która była z nim w trudnych chwilach. Czy tak ma być? – zapytałem.

Pochylając się nad stołem, dr Price powiedział:

– Znam odpowiedź, jaką dają na to Kościoły: sukcesy w świecie przeszkadzają życiu w Duchu. Wiesz – Bóg i mamona… Ale mnie to nie zadowala – przejechał ręką po swych rzadkich, jasnych włosach. – Jaką odpowiedź daje Kościół mężczyznom, a także kobietom, którzy stoją przed bardzo złożonymi problemami współczesnego przedsiębiorstwa? Co można doradzić ludziom obciążonym wielką odpowiedzialnością, od których decyzji często uzależnione są setki miejsc pracy? Wiesz, Demosie, przychodzili do mnie czasem tacy ludzie i przyznam ci się, że często nie rozumiałem nawet ich pytań. Cóż ja wiem o umowach o pracę czy o zamrożeniu cen? Nie mam zielonego pojęcia o tych sprawach. Z pewnością, my duchowni, możemy pocieszyć i udzielić porady duszpasterskiej człowiekowi, któremu się nie wiedzie, ale co możemy zrobić dla tych, którym wszystko układa się dobrze? Oni również potrzebują Boga, ale my nie znajdujemy wspólnej z nimi płaszczyzny porozumienia.

Niekiedy nasze rozmowy były radośniejsze.

– Demosie – powiedział pewnego dnia dr Price – będziesz świadkiem wielkich wydarzeń zapowiedzianych w Biblii: „(…) i stanie się w ostateczne dni, że wyleję Ducha mego na wszelkie ciało (…)”. To się wydarzy za twojego życia i ty także będziesz miał w tym udział.

Zawsze zaskakiwał mnie sposób, w jaki wypowiadał on proroctwa. W tradycji mojego Kościoła wypowiedzenie proroctwa było szczególnym przejawem działania Boga, wymagającym od mówiącego uniesienia ramion, drżenia głosu podczas zaległej wokół uroczystej ciszy. Ale dr Price stwierdzał najbardziej zdumiewające rzeczy tym samym tonem, którym prosił o sól.

– Jedyny udział, jaki mogę w tym mieć, to pomagać takim ewangelistom jak ty – powiedziałem.

– Nie! – potrząsnął głową. – Nie tak to będzie. Nie przez zawodowych kaznodziei. „Wszelkie ciało” – tak mówi prorok Joel. To będzie spontaniczne i przyjdzie na cały świat, na zwykłych mężczyzn i kobiety, na ludzi w sklepach, biurach czy fabrykach. Ja tego nie dożyję, ale ty – tak. Gdy to zobaczysz, Demosie, wiedz, że przyjście Jezusa jest bliskie.

Dr Price często mówił o powtórnym przyjściu Jezusa na ziemię w najbliższym czasie. Mówił także o swojej zbliżającej się śmierci, chociaż miał dopiero 62 lata. Gdy zaprotestowałem, uciszył mnie uniesioną ręką:

– Nie bądź sentymentalny, mój miły przyjacielu. Są po prostu sprawy, o których wiem. Mam jeszcze rok, może trochę więcej, a może mniej. A później, cóż to za wspaniały przywilej chrześcijanin – iść do swego Pana!

W marcu 1945 roku w Los Angeles panowała grypa i nie zauważyliśmy nawet, kiedy złapała ją także nasza Karolinka. Dr Haywood dawno już nie żył. Następca, dr Steere, który po nim przejął praktykę, zapewniał nas, że znacznie lepszą opiekę zapewni jej rodzinny dom niż szpital, bo w tych wojennych czasach brakowało nie tylko lekarstw i sprzętu, ale i personelu.

Nasze wysiłki nie przynosiły żadnej poprawy. Infekcja objęła klatkę piersiową i Karolina z trudem łapała oddech. Kiedy 21 marca została przyjęta do szpitala, diagnoza była jednoznaczna i straszna: obustronne zapalenie płuc.

Przez pierwszych dwanaście godzin Róża nie odchodziła od jej łóżka. Ja wychodziłem tylko po to, by zadzwonić do przyjaciół, których chcieliśmy prosić o modlitwę. Modliła się cała rodzina. Modlił się zbór. Charles Price również przyjechał do szpitala i próbowaliśmy „odświeżyć” naszą wiarę, przypominając sobie, co uczynił Bóg dla Florence w pomieszczeniu o kilka pokoi dalej, w tym samym korytarzu. Ale teraz nie mówił on o tym wrażeniu ciepła na swoich ramionach i kiedy opuszczał pokój, jego twarz była szara.

Wszystko potoczyło się bardzo szybko. 22 marca o siódmej rano, kiedy brałem prysznic, zadzwonił telefon.

Była to pielęgniarka. Poprosiła, bym przyjechał do szpitala. Zanim tam dotarłem, wiedziałem już, że nasze dziecko nie żyje.

A jednocześnie trzeba było tygodni, miesięcy nawet, żeby to całkowicie do mnie dotarło. Karolina – to prawie pięciomiesięczne, pełne życia dziecko – czyż mogło tak prędko być zdmuchnięte, jak mała iskierka? Ostatni raz widzieliśmy ją w domu pogrzebowym, jak przeraźliwie spokojnie leżała w białej trumience, a jej długie, nadal podwinięte rzęsy ocieniały krągłe policzki.

Obydwa nasze sąsiadujące ze sobą domy pełne były członków rodziny, która przybyła spędzać z nami długie wieczory, łącząc się w tym starodawnym sakramencie jedności i więzi rodzinnej. Po uroczystości pogrzebowej na cmentarzu mieliśmy przyjęcie w kościele, w czasie którego wygłoszono wiele mów kondolencyjnych, a które tak długo przyjmowało serce, jak długo mógł je chłonąć umysł.

Dość dziwne było to, że największe pocieszenie w pierwszym tygodniu po śmierci Karolinki przyniosły nam dwie obce kobiety.

Miały gdzieś po około 35 lat, mieszkały w Pasadenie i pewnego popołudnia przyjechały wraz  Charlesem Price’m do naszego domu. Chciały poczekać w samochodzie, ale Róża wręcz zmusiła je do wejścia. Po chwili dr Price wyprowadził mnie do holu.

– Znam je bardzo dobrze – powiedział – mają rzadko spotykane, nadzwyczajne wyczucie obecności niewidzialnych duchów anielskich, o których Biblia mówi, że czasami nawiedzają ziemię.

Z chwilą wejścia do naszego domu – opowiadał mi dr Price – dwie kobiety, Dorothy Doane i Allene Brumbach miały świadomość obecności całych zastępów anielskich, znacznie liczniejszych niż te, które kiedykolwiek odczuły.

– One mówią, że powietrze jest nimi nasycone – powiedział dr Price.

Był to prezent, który pomógł nam przejść przez wiele trudnych chwil.

Ale nieprzyjemne chwile nadchodziły zazwyczaj niespodziewanie. Pewnej niedzieli, podczas nabożeństwa, Róża nagle zerwała się z ławki i pobiegła do tylnego wyjścia. Kiedy ją dopadłem, stała na chodniku i płakała.

To małe dzieciątko! – tyle tylko była w stanie wykrztusić.

Wtedy skojarzyłem fakty: dziewczyna siedząca obok niej trzymała dziecko w wieku Karolinki. Cztery kobiety w naszym zborze miały dzieci w wieku Karolinki i przez następnych kilka miesięcy, kiedy patrzyliśmy na te dzieci, zawsze wypełniało nas uczucie pustki.

I jeszcze coś. Z upływem czasu zaczęliśmy zauważać zmiany w nas samych. Ten widoczny, materialny świat wokół nas stawał się jakby mniej ważny, mniej znaczący niż dotychczas. Wojna się skończyła, nadeszła odpowiednia chwila, by zacząć budowę nowego domu. Od kilku lat planowaliśmy, że gdy tylko bez kłopotu będzie można nabyć materiały budowlane, wybudujemy większy dom. Chciałem mieć pokój do pracy, Róża marzyła o większej kuchni, a też potrzebowaliśmy pokoju gościnnego dla ewangelistów, którzy często przebywali u nas całymi tygodniami. Wtedy Richard albo Gerry musieli przenosić się na kanapę w salonie.

Ale nawet bez rozmów na ten temat oboje wiedzieliśmy, że nie będziemy budować tego domu. Częściowo dlatego, że w tym małym domu ciągle było pełno Karolinki. Oto kąt, gdzie stała jej kołyska, a w korytarzu obok łazienki wciąż leżała jej wanienka. Ale także dlatego, że wygodny gabinet, piękny pokój gościnny czy nowocześniejsza kuchni, nie były teraz dla nas najważniejsze. Cząstka nas była już w niebie i od tamtego czasu świat wydawał się mieć mniejsze znaczenie dla naszego życia.

Zauważyliśmy jeszcze coś innego. Zwykle po wyjściu Richarda i Gerry do szkoły, pozostawaliśmy z Różą przy stole i pochyliwszy głowy rozmawialiśmy z Bogiem o sprawach rozpoczynającego się dnia.

Teraz jednak okazało się to niewystarczające. I znowu bez żadnej rozmowy na ten temat, oboje jednocześnie zapragnęliśmy rozmawiać z Bogiem, ale na kolanach. Pewnego ranka weszliśmy razem do salonu, aby tam uklęknąć na orientalnym dywanie, który otrzymaliśmy od rodziny Róży z okazji dziesiątej rocznicy naszego ślubu. Odtąd ten ciemnoczerwony dywan w niebieskie kwiaty stał się miejscem naszych spotkań z Bogiem. Nie dlatego, że po śmierci Karolinki zaczęliśmy się Go bać. Nasz Pan stał się nam bliższy i bardziej rzeczywisty. Jego wręcz namacalna obecność w naszym życiu skłoniła nas do klękania przed Nim dla okazania Mu większego szacunku.

I właśnie tam w pokoju, pewnego rana przełamałem wszelkie opory i powiedziałem:

– Panie, nie wiem jak Róża, ale ja nigdy dotąd nie dałem Tobie pierwszego miejsca w moim życiu. Trochę jakichś nabożeństw w namiocie, trochę mego czasu, trochę pieniędzy. Ale Ty wiesz, i ja wiem, że zawsze pierwsze miejsce w moim sercu zajmowała rodzina. Panie, chcę, abyś teraz to Ty zajął niepodzielnie pierwsze miejsce!

Poczułem rękę Róży w swojej dłoni. W ten sposób dała mi znać, że myśli tak samo. Róża zazwyczaj nie mówiła zbyt wiele.

6. Hollywoodzki amfiteatr

Na pozór myśl ta nie wnosiła nic nowego. Chodziło przecież o to samo, co robiliśmy dotychczas, może tylko na większą skalę. Przynosiło to taki skutek, że różne zbory zielonoświątkowe coraz bardziej się do siebie zbliżały. A gdyby wszystkie te wspólnoty, których w rejonie Los Angeles było około trzystu, wynajęły Amfiteatr Hollywoodzki, aby zorganizować tam gigantyczne nabożeństwo? Amfiteatr jest dobrze znany, więc może przyjść tam wielu ludzi z zewnątrz, być może nawet ci, którzy dotychczas z daleka omijali nasze namioty.

Gdy rozważaliśmy z pastorami tę sprawę, pojawił się dobrze już nam znany problem: pieniądze. Wynajęcie amfiteatru na jeden wieczór kosztowało 2500 dolarów. Opłaty za reklamę w radiu, ulotki, plakaty – około 3000 dolarów. A to tylko wydatki początkowe. A przecież pozostawały jeszcze opłaty za światło, obsługę na parkingu i wiele innych. Skąd wziąć taką ogromną kwotę? Przecież nie od pastorów, z których większość miała niskie dochody.

Ale dlaczego nie porozmawiać z właścicielami przedsiębiorstw, którzy byli członkami zborów? I wtedy wpadłem na typowo ormiański pomysł.

– A co by było, gdybym ich zaprosił na obiad? – zapytałem pastorów. – Czy zapewnilibyście przybycie około stu biznesmenów? Każdy Ormianin wie, że najważniejsze decyzje zapadają zwykle przy stole.

Większość z nich miała wątpliwości.

– Nie mamy w zborach zbyt wielu takich ludzi, Demosie – usłyszałem, a było to potwierdzenie tego, o czym sam dobrze wiedziałem. – W każdym razie, nie mamy za wielu takich, których przedsiębiorstwa są w rozkwicie.

W końcu jednak udało nam się ustalić około stu nazwisk i zaprosić tych mężczyzn wraz z żonami na obiad do restauracji Knott’s Berry Farm. Gdy nadszedł ten wieczór, główna sala restauracji wypełniła się gośćmi. Usiedliśmy z Różą przy stoliku na skraju sali, by móc wszystkich widzieć. Wtem przyszedł mi do głowy niecodzienny pomysł. A co by to było, gdybym tak poprosił kilku zebranych, aby podeszli do naszego stolika i powiedzieli wszystkim, co sprawia, że chodzą do kościoła, skoro nie czyni tego większość właścicieli przedsiębiorstw przynoszących zyski? Co tak atrakcyjnego widzą w Jezusie, że rezygnują z wolnego dnia w tygodniu? I co dla nich osobiście znaczy Duch Święty? Mogłaby to być wspaniała zachęta dla nas wszystkich.

Przebiegłem wzrokiem po zgromadzonych i zauważyłem trzy stoliki dalej szczupłego mężczyznę w średnim wieku, w garniturze w różowe paski. Jego twarz promieniała radością. Spojrzałem na Różę, ale ona nie zwracała na niego uwagi. Jak mogła go nie zauważyć? Jego twarz tak jaśniała wśród innych w tej zatłoczonej sali, iż byłem pewny, że jego pierwszego poproszę o zabranie głosu.

Nie mogłem się doczekać, kiedy skończymy jeść. Kawa i ciastko z malinami były po prostu jeszcze jedną, przykrą przeszkodą – tak bardzo byłem ciekaw, co ten człowiek ma nam do powiedzenia.

Wreszcie obsługa skończyła podawanie kawy. Kelnerki sprzątały ze stolików, a krzesła odsunięto tak, aby każdy mógł wygodnie usiąść w oczekiwaniu na mój apel w sprawie funduszy. Zamiast tego, zwróciłem się do człowieka w garniturze w różowe paski:

– Proszę pana… tak, chodzi o pana. Właśnie o pana w niebieskim krawacie, obdarowanego przez Boga miłym uśmiechem. Czy mógłby pan tu podejść?

Wyglądał na zaskoczonego, ale zaraz wstał i przeszedłszy między stolikami, znalazł się przy mnie.

– Czy mógłby pan opowiedzieć nam o tych wspaniałych przeżyciach, jakich pan doznał dzięki Jezusowi? Zdumiony, skinął głową.

Nie wiem, kto to panu powiedział – zaczął – ale tak właśnie jest… Oboje z żoną mamy wiele powodów do wdzięczności! I opowiedział o swoim teściu, który dzięki modlitwie został cudownie uzdrowiony z raka w końcowym stadium. Obecni zamarli jakby zelektryzowani i podczas tej głębokiej ciszy rozejrzałem się po sali. Niedaleko okna zauważyłem następną promienną twarz.

– A czy i pan mógłby tutaj podejść, abyśmy wszyscy mogli pana zobaczyć?

I tak było przez następne półtorej godziny. Każdy z wychodzących wydawał się być przepełniony jakąś wyraźnie odczuwalną mocą. Słyszeliśmy opowieści o jednaniu się małżeństw, uwolnieniach z nałogu alkoholizmu czy rozwiązaniu problemów zawodowych. Przez cały czas miałem na myśli wyrażenie „pełna Ewangelia” używane przez Charlesa Price’a, bo tego wieczoru w tych opowieściach przewijały się wszystkie aspekty Dobrej Nowiny wyrażane w kategoriach konkretnych przeżyć. Wypowiedzi tych ludzi były krótkie, treściwe i rzeczowe. Nikt nie wygłaszał kwiecistych kazań, ale ostateczny skutek był znacznie większy, niżeli jakiegokolwiek kazania, które dotychczas słyszałem.

Po dziesiątym czy jedenastym mówcy wziąłem mikrofon i powiedziałem:

– Przyjaciele, to co słyszeliśmy jest pełną Ewangelią, głoszoną ustami biznesmenów.

„Pełna Ewangelia… biznesmenów”. Zastanowiło mnie to skojarzenie.

– Czy nie chcielibyście – mówiłem dalej – aby więcej ludzi w Los Angeles mogło opowiadać podobne historie? Nie chcielibyście, aby każda kobieta, mężczyzna czy dziecko w Kalifornii poznało Bożą moc w taki sam sposób? Czy znacie lepsze miejsce do tego, by powiedzieć im o Jezusie niż Amfiteatr Hollywoodzki?

To było wszystko, co powiedziałem. Wszyscy obecni na sali zaczęli wstawać i wydobywać ze swych portfeli i portmonetek pieniądze, które następnie kładli na jednym ze stolików z przodu sali. Przynosili banknoty dziesięcio– i dwudziestodolarowe, były też czeki wypisywane w pośpiechu, czekali w kolejce, jaka utworzyła się przed tym stolikiem. Później policzyliśmy tę kolektę i było tego aż 6200 dolarów.

Suma ta wywarła na mnie duże wrażenie, ale miałem też świadomość, że tego wieczora wydarzyło się też coś o wiele ważniejszego. Spotkanie to stanowiło jakiś początek, narodził się pewien pomysł, chociaż nie mogłem jeszcze pojąć jego pełnego znaczenia.

– Pomyśl tylko – powiedziałem do Róży w drodze powrotnej do Downey – o ile więcej jest na świecie biznesmenów niż kaznodziejów. Gdyby tak tylko, biznesmeni zaczęliby głosić Ewangelię…

* * * * *

Kierownictwo amfiteatru powiedziały nam później, że nigdy dotąd nie był on tak zapełniony, jak w ten poniedziałkowy wieczór. Na to wielkie spotkanie ludzi Pełnej Ewangelii przyszło do amfiteatru około dwadzieścia tysięcy osób, z czego dwa i pół tysiąca musiało stać, bo zabrakło miejsc siedzących. Po raz pierwszy zorganizowaliśmy wtedy ceremonię ze świecami. Jedną świecę z trudnością można dojrzeć w ciemności, lecz gdy wszyscy zapalą swoje świece, to znaczy, gdy każdy z nas użyje tego, co dał mu Bóg, wtedy blask ten zamieni noc w dzień – taka była przewodnia myśl zgromadzenia.

Dla mnie była to rzeczywiście chwila światłości, chwila, w której wreszcie otrzymałem odpowiedź na pytanie, jakie stawiałem sobie jako trzynastoletni chłopiec: „Panie, jakie zadanie masz dla mnie? Co szczególnego mam wykonać dla Ciebie?” Myślałem o tym zawsze. Również wtedy, gdy zgasły wszystkie reflektory i ta wielka, otwarta przestrzeń pogrążyła sięw ciemnościach. Nie zostałem kaznodzieją, co często stremowany przypominałem swoim słuchaczom w chwili rozpoczynania przemówienia. Nie byłem prorokiem, jak Charles Price. Nie zająłem się nauczaniem prawd biblijnych, ewangelizowaniem czy uzdrawianiem…

Gdzieś nad nami rozległ się przejmujący dźwięk trąbek i wielokrotnym echem odbił się od sąsiednich wzgórz. Pojawiły się punkciki świateł zapalanych świec. W miarę jak zaczynały się palić kolejne świece, robiło się coraz jaśniej. Aż w końcu cały amfiteatr rozbłysnął tysiącami małych, migocących płomyków. Punkciki te wypisały jak gdyby jedno słowo: pomocnik.

Pomocnik, czyli ten, który przekazuje to, co ma – drugiemu. Ten, który troszczy się o odpowiedni czas i miejsce, aby światła świec mogły się zejść, by być razem. Ten, który ochrania iskrę zdolną zapalić świat.

Z wielkiej radości łzy napłynęły mi do oczu. Gdy wieczorem byłem już w domu, szybko otworzyłem Biblię na Pierwszym Liście do Koryntian i spojrzałem na 28. werset w 12. rozdziale. Jakże często modliłem się rozważając tę listę rodzajów Bożej służby: „(…) najpierw apostołów, po drugie proroków, po trzecie nauczycieli, następnie tych, co mają dar czynienia cudów, dary uzdrawiania (…)” Tak! Jest to tutaj: „(…) niesienia pomocy (…)”. Jakże dotychczas mogłem nie zauważyć tego słowa: „(…) dary uzdrawiania, niesienia pomocy, rządzenia, mówienia językami”.

To jest moje zadanie – praca wyznaczona mi przez Boga, objawiona w blasku płomyków wśród hollywoodzkich wzgórz. Bóg powołał mnie, właśnie mnie, do tego, abym niósł pomoc. Od tej chwili wciąż pozostaję pod mocnym wrażeniem mojego powołania.

Dobrze, że doznałem wtedy takiego pokrzepienia, bo krótko po tym przeżyciu miałem przykre doświadczenie, które mogło na zawsze zabrać mi radość niesienia pomocy.

Mówcą na jednej z naszych kampanii ewangelizacyjnych był kaznodzieja ze wschodnich stanów. Był to człowiek zewsząd polecany. Ale wyglądał dość dziwnie jak na ewangelistę ze swoimi sięgającymi ramion szpakowatymi włosami i protezą zamiast jednej nogi. Od samego początku wydawało mi się, że niezwykle dużo uwagi poświęca zbieranym kolektom, często napomykając, że w innych miejscach pieniądze z ofiar przekazywane były bezpośrednio jemu. „Tak samo byłoby tutaj, gdybyś sam zorganizował te nabożeństwa” – powiedziałem mu. Przypomniałem również, że wtedy, gdy ewangelista ma zarejestrowaną własną działalność religijną, zapewnia wynagrodzenie swemu personelowi, opłaca podróże i noclegi, sam dba o reklamę nabożeństw – to wtedy jest rzeczą oczywistą, że liczy tylko na pieniądze z kolekt, dzięki czemu przedsięwzięcie staje się możliwe. Sam też wynajmuje parcelę pod namiot i angażuje załogę do jego postawienia i demontażu.

Jeśli my organizujemy te nabożeństwa, to żadna z tych spraw organizacyjnych nie obchodzi kaznodziei, nie troszczy się on nawet o utrzymanie, ponieważ jest naszym gościem. Powiedziałem mu też, że często wydawaliśmy setki dolarów na różne nabożeństwa, nigdy nie oczekując ich zwrotu. Po pokryciu wszystkich głównych wydatków pieniądze z kolekt pozostają do dyspozycji zborów, które je organizowały.

Jest tylko jeden wyjątek. Raz w tygodniu organizujemy kolektę zwaną „ofiarą miłości” i wtedy pieniądze przekazywane są ewangeliście do jego własnej dyspozycji. Z doświadczenia wiemy, że suma, jaką otrzymuje zwykle mówca na koniec sześciotygodniowej ewangelizacji z tych tzw. ofiar miłości, pozwoliłyby mu na sfinansowanie następnej serii takich ewangelizacyjnych nabożeństw, organizowanych już przez niego samego.

Mówiąc o tym uwzględniałem najmniejsze szczegóły, ponieważ widziałem, że ta sprawa ciągle nie daje mu spokoju. Ale nawet mimo tych wyjaśnień, nadal po każdym nabożeństwie pytał o kwotę zebranej ofiary.

– Moglibyście zebrać znacznie więcej – mówił wtedy – nie umiecie trafiać w sedno. Trzeba wiedzieć jak uderzyć w czułą strunę ludzkich serc.

– Nie chcemy ich nakłaniać do dawania – powiedziała Róża, podsuwając mu po raz trzeci półmisek z klopsami. – Dają nie dla tego, że o to prosimy. Ofiarują tak, jak ich do tego nakłania Duch Święty i jest to coś całkiem innego. On też wtedy wyznacza kwotę.

Tym, co nas szczerze dziwiło w związku z tym człowiekiem był fakt, że mimo nadmiernego zainteresowania pieniędzmi, nadal pozostawał powołanym przez Boga natchnionym mówcą. Nigdy dotąd nasze nabożeństwa nie były nawiedzane przez takie tłumy, nigdy tylu ludzi nie wyszło do przodu podczas wezwania i nigdy też nie wydarzyło się tyle cudownych uzdrowień. Pewnego wieczoru głuche dziecko po raz pierwszy w swym życiu zaczęło słyszeć. Pod koniec tygodnia lekarz potwierdził autentyczność tego uzdrowienia przed całym zgromadzeniem. Innego zaś wieczoru pewnej kobiecie znikło bardzo ją oszpecające wole tarczycy.

W końcu nadeszła ostatnia niedziela. W czasie popołudniowego nabożeństwa ponad dziesięć tysięcyludzi zapełniło wielki namiot. Bob Smith (nie jest to jego prawdziwe nazwisko) wzruszająco przemawiał na pożegnanie. Z pewnością był bardzo utalentowanym mówcą i cieszyłem sięze względu na niego, że zgromadzenia przyniosły obfite kolekty, a więc były sukcesem także w tej dziedzinie, której wydawał się poświęcać tyle uwagi. Z „ofiar miłości” otrzymał dość pieniędzy na sfinansowanie kilku takich kampanii na wschodzie kraju lub gdziekolwiek indziej.

Przyglądałem się rzędom słuchaczy i ciągle widziałem miażdżącą przewagę kobiet. Jak przybliżyć Boga dzisiejszym mężczyznom? – zastanawiałem się. Wtem doleciały mnie słowa Smitha: „Obfitsze Boże błogosławieństwa…”. Ponownie skupiłem się na kazaniu. „On nie może wam dać dopóty, dopóki wy nie dacie Jemu. Opróżnijcie wasze portfele, przyjaciele, a wtedy On napełni je bogactwami Niebios.”

Dlaczego ten człowiek mówi o portfelach? Nie planowano przecież żadnej kolekty po tym nabożeństwie. „Kto da? – nalegał. Dawaj ofiarnie, dawaj wytrwale, aż Boże ręce zostaną rozwiązane, by dać tobie.”

Kobieta w różowej sukni schodziła między rzędami w stronę podium. Smith wyszedł zza kazalnicy i pochylił się nad rzędem kwiatów doniczkowych, aby wziąć to, co mu wręczała. „Niech Bóg cię błogosławi, siostro! – krzyknął. Bóg będzie cię potężnie błogosławił za ten czyn miłości!”

W różnych miejscach pod dachem tego olbrzymiego namiotu, ludzie wstawali i schodzili w dół. Ja też wstałem z krzesła, aby odejść na bok. Za podium zgromadzili się już niektórzy z personelu porządkowego oraz kilku pastorów miejscowych zborów.

– Co on sobie myśli? – zapytał brat Róży, Edward Gabriel (rodzina Róży właśnie niedawno zmieniła nazwisko z Gabrielian na Gabriel). – Przecież nie ma prawa tego robić!

– Musimy go powstrzymać! – zgodziłem się z nim. Ale jak? Mówca nie był szczery, ale reakcje ludzi były prawdziwe. Już prawie płakał, gdy zgarniając ofiary mówił: „Dziękuję ci bracie! Niech Bóg ci wynagrodzi, siostro! Niech cię Bóg błogosławi… i ciebie… i ciebie.”

Co mogliśmy zrobić? Ludzie ci tygodniami słuchali Bożego Słowa głoszonego przez tego człowieka, widzieli uzdrowienia, jakie się przez niego działy. Wielu z nich powierzyło swe życie Chrystusowi. Czy demaskując go, nie podważymy ich wiary?

– Ale zrobimy wszystko, aby nie odszedł stąd z tymi pieniędzmi – powiedział Edward, który był szefem służby porządkowej.

Ten bezwstydny apel rozbrzmiewał dalej. Gerry coraz bardziej się niecierpliwiła, więc Róża wzięła kluczyki od samochodu i pojechała z nią do domu. Kiedy wróciła – a przejechała w obie strony ponad pięćdziesiąt kilometrów – człowiek ten nadal nawoływał. Z podejścia do podium uczynił główny punkt publicznego „wyznania” i tym samym „wejścia w grono” umiłowanych przez Boga. Przyjście przed podium po raz drugi czy trzeci miało być wyrazem jeszcze większego uświęcenia.

Trudno uwierzyć, ale ta kolekta trwała pełne dwie i pół godziny, licząc od czasu planowanego zakończenia nabożeństwa. Na twarzach niektórych słuchaczy zauważyłem zniecierpliwienie podobne mojemu własnemu. Około czterystu osób opuściło namiot. Ale większość zgromadzonych była wręcz zachwycona tym przedstawieniem. Czasami miałem wrażenie, że wszyscy obecni w namiocie są w bezustannym ruchu, składając swe ofiary u stóp kaznodziei.

W końcu, gdy chyba nikt już nie miał w kieszeni ani dolara, Smith pochylił głowę, aby zakończyć nabożeństwo modlitwą. Edward z grupą porządkowych wykonał coś w rodzaju wojennego manewru i szybko znalazł się na podium. Zanim Smith zdążył zaprotestować, wzięli tacę z pieniędzmi i spiesznie podążyli na jego tyły.

– Ludzie, ach, bracia! – jęknął Smith. – Ja, ja błogosławiłem te dary!

Amen! – zgodnie odpowiedzieli porządkowi znikając za kurtynami i udali się do pomieszczenia na zapleczu.

W kilka minut później zeszliśmy się tam, by przeliczyć zebrane pieniądze. Nagle wpadł rozzłoszczony Smith. Żyły na skroniach nabrzmiały mu z wściekłości.

– To jest moje! – powiedział. – To wszystko należy do mnie! W ręce trzymał torbę z paskiem na ramię z miękkiej skóry, którą trzasnął o stół.

Nigdy dotychczas nie widziałem u niego tej torby i byłem pewny, że nie miał jej, gdy tego popołudnia jechaliśmy samochodem z Downey. Gwałtownie ją otworzył i zaczął pakować leżące na stole banknoty. Edward złapał torbę, a ktoś inny ujął Smitha za ramiona.

– Nie dotykajcie go! – usłyszałem własny głos. – Nie podnoście ręki na tego człowieka!

Porządkowi spojrzeli na mnie niedowierzająco. Ja też oniemiałem. Naraz wydało mi się, że nie patrzę na tego spłoszonego, rozgniewanego kaznodzieję, ale na Saula, króla izraelskiego i słyszę słowa Biblii: „(…) bo kto podnosi rękę na pomazańca Pańskiego (…)„(1 Sam 26,9). Były to słowa, które Dawid wypowiedział do Saula, gdy ten odwrócił się od Boga nie chcąc Go więcej słuchać i wręcz walczył przeciwko Niemu. Mimo to Saul w oczach Dawida nadal był tym, przez którego przepływała Boża moc i błogosławieństwo, tak samo jak płynęło ono przez Boba Smitha.

Smith tak szybko jak tylko mógł wpychał banknoty do swojej torby.

– Demosie! – odezwał się Edward – widzisz, co on robi?

– Widzę – odpowiedziałem.

– I pozwolisz mu odejść z tymi pieniędzmi?

– A dlaczego nie? – odezwał się Smith. – są moje, czyż nie? – mówiąc to, szybko zgarniał resztę gotówki.

– Tak, Bob, to jest twoje – zgodziłem się z nim, ledwo dowierzając własnym uszom. – Bóg nie daje pieniędzy w taki sposób. On nie używa takich metod.

– Metody! – rzucił z pogardą Smith. – Nie macie zielonego pojęcia o metodach. Głupi jesteś, Shakarian! Wszyscy jesteście głupi!

Złapał swoją torbę, zamknął ją i patrzył przez chwilę na grupę stojących wokół ludzi.

– Takie fantastyczne rzeczy się tu wydarzyły, a wy nawet tego nie zauważyliście! – cofał się szukając przejścia w kurtynie. Po chwili już go nie było.

Z całych sił powstrzymywałem Edwarda od pogoni za nim.

– Niech mu będzie – powtarzałem. – Co byśmy zrobili z tymi pieniędzmi? One nie pochodzą od Boga i nie wierzę, aby Bóg je błogosławił.

Jeszcze raz usłyszałem słowa, które nie pochodziły ode mnie. Po chwili ogarnęło mnie wielkie znużenie, zmęczenie ludźmi, nabożeństwami, namiotami i głośnikami. Tłumy powoli przesuwały się w kierunku wyjść. Ochotnicy ze współdziałających zborów układali w stosy składane krzesła. Nie było już śladu po Bobie Smith’e.

Znalazłem w tłumie Różę i powiedziałem jej, żeby jechała do domu. Miałem jeszcze kilka godzin pracy, zanim sam się tam będę mógł udać. Trzeba było zorganizować sprzątanie, brygadę do demontażu i wywiezienia wszystkiego z miasta. Ale i tak pozostało wiele roboty na następny dzień. Miałem już tego wszystkiego serdecznie dość, byłem od tego chory, strasznie chory…

W pokoju Richarda nie pozostało nawet śladu po człowieku, który mieszkał tu przez sześć tygodni. Z szafy znikły jego ubrania, jego dwie niebieskie walizy, nawet szczoteczka do zębów z łazienki. Nikt z nas nie wiedział, kiedy on to wszystko pozbierał. Z pewnością nie pożegnał się z nikim z naszej rodziny, ani nie podziękował Róży za jej kilkutygodniową gościnę.

Dopiero po sześciu latach znowu usłyszeliśmy o Bobie Smith’e. Pewnego ranka on sam wszedł do głównego biura Reliance III – wychudzony, nieogolony, nędznie ubrany, jak żebrak. Opowiedział mi długą, tragiczną historię swego życia, prosząc o pieniądze na podróż do Detroit. Dostał je.

Trzy lata później dowiedzieliśmy się, że zmarł.

To był pierwszy, ale nie ostatni przypadek, kiedy spotkaliśmy się z takim zjawiskiem, by człowiek używany przez Boga w posługiwaniu innym ludziom, doprowadził własne życie do całkowitej ruiny. Czasami, jak w przypadku Smith’a, powodem tego były pieniądze, czasami – alkohol, czasami – kobiety lub narkotyki, a nawet dewiacje seksualne. Dlaczego Bóg mimo to używał takich ludzi? A może moc Słowa Bożego działa niezależnie od tego, kto je wypowiada? Może wiara słuchaczy? Nie wiedziałem.

Ale dwóch rzeczy byłem pewny. Po pierwsze, ludzie, którzy oddali Bogu swe serca czy pieniądze na tych nabożeństwach, nie utracili swojej nagrody, mimo, że człowiek, który ich do tego namawiał, kierował się chęcią zysku. Po drugie, te niezrozumiałe słowa, które wtedy wypowiedziałem, okazały się prawdziwe: „Nie dotykajcie go!” Ten człowiek był w rękach Boga, zrozumiałem, że nie mogę za dużo spekulować na ten temat. Często myślałem wtedy o słowach z bólem wypowiedzianych przez Charlesa Price’a: „Ci, którzy są na pierwszej linii frontu, często doznają ran”. Pomyślałem wtedy o ryzyku i pokusach, z jakimi mają oni do czynienia, i zapytałem samego siebie, czy wystarczająco dużo modliłem się za Boba Smith’a?

* * * * *

Charles Price zmarł. Odszedł do wieczności zgodnie z tym, co wiedział w 1946 roku. Natomiast moja matka, chociaż dotknięta ciągłym bólem, wciąż żyła. Rodzina sądziła, że po śmierci Karolinki szybko podąży za nią. Wydawało się, że małe, pulchne rączki naszej córeczki chwytające palce jej wychudłych rąk, dodawały jej sił, trzymały przy życiu.

Ale mamie pozostało coś jeszcze do załatwienia. Florence miała już 21 lat i ciągle była niezamężna, co – według Ormian – nie pozwalało matce spokojnie odejść z tej ziemi. Kiedy Florence zaręczyła się z młodym, przystojnym Ormianinem, którego matka zmarła przed kilkoma laty, mama wzięła w swe ręce zorganizowanie wesela.

Lekarz nie był w stanie zrozumieć jak ta kobieta mogła jeszcze chodzić, a tym bardziej – skąd miała tyle sił, aby szyć, robić zakupy i przygotowywać wystawne przyjęcie weselne.

Ale kiedy promieniująca radością młoda para wyjechała na miodowy miesiąc, mama znów położyła się do łóżka. Rak rozwinął się już tak bardzo, że żadne środki uśmierzające nie łagodziły bólu. Nigdy jednak nie słyszałem z ust mamy ani jednego słowa skargi, wyrażała tylko wdzięczność za to, że mogła wypełnić wszystkie rodzinne powinności.

Dr John Leary, specjalista, który opiekował się matką podczas jej ostatnich miesięcy, zwykł przychodzić wcześnie rano. Mawiał, że wstępuje tu najpierw dlatego, że chce dobrze rozpocząć swój dzień. Miał wielu innych pacjentów, którzy nie byli w tak ciężkim stanie jak mama, ale wizyty u nich męczyły go. „Jeśli spędzę rano chociaż kwadrans z twoją mamą, Demosie, jestem w stanie przezwyciężyć wszystkie trudności dnia” – mówił.

Dopiero, gdy zmarła w listopadzie 1947 roku w wieku pięćdziesięciu lat, dowiedziałem się, dla jak wielu ludzi była pokrzepieniem. To był największy pogrzeb, jaki widziało Downey. Byli na nim niemal wszyscy, począwszy od dostojników miejskich, a skończywszy na bezdomnych włóczęgach. Wtedy też zobaczyłem, jak daleko sięgała gościnność matki.

Ale jeszcze przed jej śmiercią, najważniejszą dla niej osobą stał się beztrosko śpiący na rękach Róży najmłodszy członek naszej rodziny – nasz czteromiesięczny syn Stephen.

Gdy się dowiedzieliśmy, że się ma urodzić, czuliśmy, iż nadszedł już czas  mamy. Kiedy zobaczy to niemowlę, odejdzie. I tak też się stało. Długo po tym, jak dr Leary zakazał wszelkich odwiedzin, przynosiliśmy Stephena do jej łóżka. Głaskała jego miękkie, czarne loczki, mówiąc ledwo dosłyszalnym szeptem: „Drugi syn… Nigdy, nigdy się nie zdarzyło, żeby Bóg dał drugiego syna…”

7. Czas próby

Ojciec powrócił do biura. W ostatnich tygodniach życia matki przebywał przeważnie w jej pokoju. Teraz znów zasiadł naprzeciw mnie przy biurku na farmie Reliance III. Zobaczył kwartalny bilans i zmarszczył brwi:

– Masz za dużo zapasów, synu – powiedział, wskazując palcem cyfry mówiące o ilości zgromadzonego zboża, znacznie większe niż wymagały tego bieżące potrzeby. Ojciec nigdy nie czuł się dobrze w roli właściciela młyna, a to ze względu na ciągłe zmiany cen zbóż.

Te obiekcje wydawały się mało zrozumiałe w sytuacji powojennego gospodarczego rozkwitu. Zimą na przełomie lat 1947/48 wszyscy zajmujący się obrotem towarów zgadzali się co do jednego: to jedynie rząd dąży do utrzymania niskich cen zbóż przez ustalenie ich górnego, nieprzekraczalnego poziomu. W związku z tym ceny rynkowe pszenicy, kukurydzy, nasion bawełny i mąki sojowej utrzymywały się w tym czasie na tym samym poziomie, mimo że wskazywały tendencje zwyżkowe. W chwili, gdy rząd podniesie ich górną granicę, ceny natychmiast wzrosną. Dlatego, dopóki obowiązywał ten poziom cen, wydawało mi się opłacalne zmagazynowanie większych zapasów.

Wszystko to wykryły przenikliwe, ormiańskie oczy ojca, gdy spojrzał na cyfry. Jeszcze bardziej się zachmurzył, gdy spostrzegł, że zamroziłem setki tysięcy dolarów w zbożu zakupionym za aktualną cenę, które jednak miało być dostarczone dopiero jesienią. Dokonując tej transakcji, odbezpieczyłem niejako zapalnik bomby.

* * * * *

W najbardziej nieoczekiwanych chwilach przychodziła mi na myśl nazwa Fresno. Dlaczego ciągle myślałem o Fresno? Była to mała miejscowość w odległości około 330 kilometrów na północ od Los Angeles. Przejeżdżałem przez nią kilka razy, ale nie znałem tam nikogo i nic mnie z nią nie wiązało. Dlaczego więc ciągle pojawiała się w mojej głowie nazwa Fresno?

Rana po aferze z Bobem Smithem ciągle się jątrzyła. Nie rozmawialiśmy też prawie z Różą o planach dotyczących przyszłego lata. Sugerowano nam, by znowu powrócić do zebrań ewangelizacyjnych we wschodniej części Los Angeles i ta myśl nam się podobała.

Pewnego wieczoru, gdy przyjechałem do domu, Róża układała do snu małego Steve’a.

– Kochanie – powiedziałem – dziś wieczorem w drodze do domu ciągle miałem w myślach nazwę jednego miasta i nie mogłem się od niej uwolnić.

Róża wyprostowała się, popatrzyła na mnie i powiedziała:

– Nie wymieniaj jej! Mnie się to samo dziś przytrafiło. Zgasiła światło i po cichu wyszliśmy z pokoju. W korytarzu odwróciła się i powiedziała:

– To jest Fresno, prawda? Przytaknąłem z podziwem.

– Tak, to Fresno.

Ale jeśli wiedzieliśmy już, gdzie Bóg chce, byśmy działali, ciągle pozostawało pytanie – jak? Nie mieliśmy żadnych kontaktów, nie znaliśmy też tej miejscowości.

W końcu od pewnego kaznodziei z Los Angeles otrzymałem nazwisko pastora z Assemblies of God. Zatelefonowałem do niego i podzieliłem się moim zamiarem zorganizowania w przyszłym roku nabożeństw ewangelizacyjnych. Zapadła głucha cisza. W końcu obiecał zadzwonić. Kilka tygodni później gościłem go na obiedzie w hotelu Kalifornia we Fresno wraz z trzydziestoma trzema innymi pastorami tamtejszych zborów. Wypróbowana przez czas ormiańska metoda karmienia ciała wraz z duszą sprawdziła się i tutaj, jeśli sądzić jedynie po frekwencji, bo nie przyjęto mojego projektu z entuzjazmem. Nigdy dotąd nie widziałem tak podejrzliwych twarzy jak te, które skierowały się wówczas w moją stronę, gdy zacząłem mówić.

Opowiedziałem im o spotkaniach namiotowych, które były organizowane w Los Angeles w minionłych siedmiu latach, wspomniałem o tysiącach ludzi, którzy dziś znają Jezusa dzięki tym właśnie nabożeństwom. Cisza. Nieprzyjazne spojrzenia. Wreszcie wstał jeden z obecnych, podciągnął spodnie i powiedział to, o czym prawdopodobnie myśleli wszyscy:

– Co pan będzie z tego miał, panie Shakarian? Jaka część zysków pójdzie do pana kieszeni?

Ze zdenerwowania dostałem wypieków na twarzy, ale zaraz sam siebie zganiłem. Dlaczegóżby ci ludzie mieli obdarzyć zaufaniem obcego człowieka? Pomyślałem o Bobie Smithie i po raz pierwszy odczułem wdzięczność za tamto doświadczenie. Bóg znał moją tępotę. Możliwe, że ten prztyczek w nos był jedynym sposobem, by mnie czegoś nauczyć. Pastor musi stawiać pytania, musi być podejrzliwy, bowiem chodzi o ludzi powierzonych przez Pana jego opiece.

Tak więc wyłożyłem tym trzydziestu czterem pastorom zasady mojego postępowania. Nie biorę żadnej zapłaty, a nawet pokrywam własne wydatki związane z takim przedsięwzięciem. Tutaj we Fresno wydatki te będą wyższe, ponieważ na czas ewangelizacji musimy się z Różą tu przeprowadzić. Po zapłaceniu takich głównych wydatków, jak zawiadomienia, postawienie namiotu i przygotowanie wszystkiego, co jest z tym związane – pieniądze, które wpłyną do kasy podczas spotkań, będą rozdzielone pomiędzy zbory biorące udział w ewangelizacji. Jeśli natomiast po rozliczeniu okaże się, że jest deficyt – różnicę pokryję z własnej kieszeni. „Co ja będę z tego miał?” – powtórzyłem. Wyciągnąłem z kieszeni Nowy Testament i odczytałem z 12. rozdziału Pierwszego Listu do Koryntian wersety, które dotychczas tak wiele dla mnie znaczyły.

– Przyjaciele! – powiedziałem. – Wierzę, że Bóg ma dla każdego ze swoich sług specjalny dar, daje mu specjalną sposobność, którą trzeba wykorzystać dla Jego Królestwa. Wierzę, że jeśli odkryjemy w sobie ten dar i będziemy go używać – staniemy się najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Ale jeśli go zaniedbamy, to niezależnie od tego, co wspaniałego robimy, będziemy nieszczęśnikami. Jestem szczęśliwy, bo odkryłem swoje powołanie. Jestem właśnie tym pomocnikiem, o którym tutaj jest napisane. Moim darem jest pomagać ludziom w tym, co mogą robić najlepiej. Pomogę zorganizować nabożeństwa, pomogę znaleźć miejsce na ewangelizację, pomogę zaprosić mówców. To, co z tego pozostaje dla mnie, to jedynie radość, że mogę użyć daru, którym Pan mnie obdarował.

Wsadziłem rękę do lewej kieszeni, wyciągnąłem podszewkę i powiedziałem:

– Nic tutaj…

Po wybuchu serdecznego śmiechu, który po tym nastąpił, atmosfera zupełnie się rozładowała. Ze wszystkich stron sali zaczęły nadchodzić propozycje współpracy przy ewangelizacji we Fresno. Jeden z pastorów miał znajomości w miejscowej stacji radiowej, drugi znał właściciela drukarni. Jesień – powiedzieli wszyscy – będzie lepsza niż lato. Październik po winobraniu – to najodpowiedniejsza pora. W centrum miasta jest duża sala – Memorial Auditorium i będzie odpowiedniejsza niż namiot.

– Wygląda na to, że przez kilka miesięcy będziesz miał pełne ręce roboty, Demosie – powiedział Floyd Hawkins, jeden z pastorów, gdy wsiadałem do samochodu. – Często chyba opuszczasz swoje przedsiębiorstwo. Ale mam nadzieję, że i tak dobrze ci idzie.

Uśmiechnąłem się i powiedziałem uspokajająco:

– Nie może być lepiej, Floyd, nie może być lepiej.

Przy ulicy znajdującej się pięć przecznic dalej od sali Memorial Auditorium znalazłem nieumeblowany dom do wynajęcia. Meble nie stanowiły problemu, bo wystarczyło w odpowiednim czasie załadować na wielką ciężarówkę, używaną do przewozu siana, krzesła, stoły, łóżka i automatyczną pralkę. „Bez niej nie poradzę sobie z pieluchami” – przypominała mi Róża.

Dom był tak wielki, że mogli u nas zamieszkać wszyscy zaproszeni ewangeliści, tak jak to było w Downey. Tym razem każdego tygodnia miał przemawiać kto inny.

Spotkania miały odbywać się przez pięć tygodni, ale oboje z Różą chcieliśmy tam być o tydzień wcześniej, by wszystko przygotować, a po skończeniu ewangelizacji jeszcze przynajmniej dziesięć dni, aby doprowadzić wszystko do porządku. Uzgodniliśmy, że 10-letniej Gerry nie zaszkodzi, gdy naukę będzie kontynuować we Fresno, ale Richard, który był już w ósmej klasie, nie będzie przerywał regularnej nauki. Było to dobre rozwiązanie, bo załatwiało także inny problem, o którym wiedzieli wszyscy, choć się o tym nie mówiło. Nie mogliśmy zostawić ojca samego. Po śmierci żony czuł się bardzo samotny. Postanowiliśmy, że Richard zostanie z dziadkiem, a w każdy weekend będą nas odwiedzać.

Wreszcie pani Newman, pielęgniarka, która zawsze zajmowała się naszymi dziećmi po opuszczeniu przez nie kliniki, zgodziła się pojechać z nami do Fresno, co przyjęliśmy jako jeszcze jeden przejaw błogosławieństwa dla tego przedsięwzięcia. Tak więc Róża mogła grać na fortepianie podczas nabożeństw.

W przekonaniu, że Bóg naprawdę jest z nami i że nasze plany zgodne są z Jego wolą, pojechałem w poniedziałek rano ostatni raz do młyna, aby przed wyjazdem załatwić co trzeba. W bramie spotkałem księgowego Maurice’a Brunache. Miał twarz koloru mącznego pyłu, który grubą warstwą pokrywał wszystko dookoła.

– Demosie, stało się – powiedział pokazując jakieś papiery, które trzymał w ręce.

– Co się stało? – zapytałem.

Zmiana cen. Dzisiaj na giełdzie w Chicago.

– To wspaniale, Maurice. Na to właśnie…

Na twarzy Maurice’a było coś, co powstrzymało mnie od dalszych słów. Poszedłem z nim do biura i dobrze, że usiadłem.

– Obawiam się, że to nic wspaniałego, Demosie.

– Więc… ceny się zmieniły? – zapytałem.

– Tak, ale poszły w dół – wskazał na papiery, które trzymał w ręce. – Przy zapasie, jaki teraz mamy, straciliśmy dziesięć i pół tysiąca dolarów. A jeszcze codziennie nadchodzą nowe transporty. Już nawet nie ma miejsca na magazynowanie tej ilości zboża. Zmuszeni jesteśmy część odsprzedać, a w tej sytuacji każda sprzedaż będzie nas drogo kosztowała.

Wziąłem papiery z rąk Maurice’a. Regulamin giełdy zezwala na maksymalną obniżkę cen w czasie trwania tej samej sesji. Z najświeższych wiadomości wynikało, że najbardziej spadały ceny zbóż. My natomiast musimy nadal płacić takie ceny, jakie zakontraktowałem przed kilkoma miesiącami.

– Ta wielka obniżka jeszcze się nie skończyła, Demosie. Jeśli tak dalej będzie, to ty… zbankrutujesz.

Oszołomiony opuściłem biuro. Wszystko to było bardzo dziwne. Nie miało żadnego sensu, a jednak się stało. Gdy wsiadałem do samochodu, nadszedł nowy transport. Zrezygnowany, szybko obliczyłem, ile mnie to kosztuje.

Następnego dnia, we wtorek, załadowałem na ciężarówkę pralkę, trochę mebli i wysłałem to w drogę. Kiedy wchodziłem do domu, dzwonił telefon. To był Maurice Brunache.

– Dalej spadają, Demosie – powiedział.

Od czasu otwarcia giełdy w Chicago, wbrew wszelkim przewidywaniom, ceny zbóż obniżyły się maksymalnie. W ciągu niecałej godziny straciliśmy ponad dziesięć tysięcy dolarów.

To naprawdę smutne, akurat teraz przed wyjazdem do Fresno – powiedział Maurice. – Wiem, jak wiele znaczyła dla ciebie ta ewangelizacja.

– Dlaczego znaczyła?

– Przecież teraz absolutnie nie możesz wyjechać, Demosie… Słuchasz mnie?

Tak słuchałem, ale moje myśli pobiegły do przyrzeczenia, jakie złożyłem trzy i pół roku temu, że Boże dzieło zawsze musi być na pierwszym miejscu: przed rodziną, przedsiębiorstwem, przed wszystkim innym na świecie.

– Ja muszę jechać, Maurice – powiedziałem. Widzisz, ten wielki spadek cen, to coś niezwykłego. To się musi wkrótce unormować. Będziemy w stałym kontakcie.

W drodze do Fresno, wśród szumu opon ciągle słyszałem cichy głos: „Już po tobie, przepadłeś, stracisz młyn, już po tobie”.

Wieczorem, w domu przy Gordon Street, gdy montowałem łóżko dla Steve’a, z kuchni, gdzie Róża i pani Newman rozpakowywały naczynia, doszedł mnie cichy okrzyk:

– Mój zegarek! – biadała Róża, stojąc na składanej drabinie. – Miałam go na ręce…

Wpadłem do pokoju i patrząc na Różę, widziałem w myśli siebie, jak w salonie Gabrielów usiłuję zapiąć mój dar dla niej.

– Jesteś pewna, że go miałaś na ręce?

– Oczywiście, jestem zupełnie pewna! Przypominam sobie, że spojrzałam na niego już tutaj, gdy wysiadaliśmy z samochodu.

Przewróciliśmy całą kuchnię do góry nogami. Poszedłem do samochodu i przeszukałem całą drogę od auta do domu. Róża przypomniała sobie, że w pokoju coś rozpakowywała, ale zanim rozpoczęliśmy tam poszukiwania, pani Newman zawołała nas do pokoju, w którym układała do snu małego Steve’a.

– Dotknijcie jego główki – powiedziała – już w czasie podróży był jakiś nieswój. Zaraz zmierzę gorączkę.

Wszyscy troje staliśmy cicho w tym małym, obcym pokoju tak długo, aż podniosła termometr bliżej lampy. Spojrzała na nas przerażonymi oczami.

– Czterdzieści jeden i pół stopnia!

Od jednego z pastorów we Fresno dostałem adres lekarza, ale ten, gdy przyszedł, stwierdził tylko wysoką gorączkę i zalecił okłady ze spirytusu, które pani Newman już stosowała. Kompresy, okłady z lodu, aspiryna, nic nie obniżyło gorączki. Nad ranem oczy Steve’a były szkliste, a skóra wyschnięta. Lekarz przyszedł znów i wypisał cały plik recept. Błagałem Różę, by położyła się chociaż na chwilę, ale ona jakby tego nie słyszała.

Do wieczora nie było żadnej poprawy. Zadzwoniłem do domu i poprosiłem ojca oraz cały zbór o modlitwę, a przy okazji usłyszałem o następnym fatalnym dla cen zbóż dniu na giełdzie. Róża zasnęła już z wyczerpania, a ja na zmianę z panią Newman czuwaliśmy przy łóżeczku dziecka.

W czwartek rano rozpoczęły się rozmowy z duszpasterzami i porządkowymi. Trudno było mi się skupić na tym, co mówiono. W czasie rozmów wyskakiwałem do telefonu, aby zapytać o zdrowie Steve’a. Ciągle słyszałem tę samą odpowiedź: „Bez zmian, jest wymęczony, nie może przełykać”.

Stan ten trwał jeszcze trzy dni. Przykro było patrzeć na leżące w bezruchu, z wielką trudnością oddychające maleństwo. Róża z panią Newman nieustannie stały przy łóżeczku zwilżając jego wyschnięte wargi.

Prawie zapomniałem już o młynie, gdy w piątek po południu zatelefonował Maurice Brunache i zakomunikował, że w tym tygodniu straciliśmy pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Nadeszła sobota. Następnego dnia miały się rozpocząć nabożeństwa ewangelizacyjne, a zdrowie Steve’a się nie poprawiło. Jeden ze sklepów podarował nam ogromny, jasnoniebieski, długi na trzydzieści cztery metry i szeroki na przeszło pięć metrów dywan, do wyłożenia podium. W sobotnie popołudnie poszedłem tam, by pomóc przy rozkładaniu tego dywanu, lecz nagle poczułem, że muszę wyjść, bo się rozpłaczę.

– Na pewno nie potrzebujecie mnie tutaj – mruknąłem do młodego człowieka ze sklepu. Pospiesznie wsiadłem do samochodu i przejechałem przez miasto, zmierzając do doliny zwanej San Joaquin. Tam, w winnicy, gdzie wśród podmuchów październikowego wiatru szumiały pożółkłe liście, powiedziałem:

– Panie Jezu, ty jesteś krzewem winnym, a my tylko latoroślami czy gałązkami. Bez ciebie nic nie możemy uczynić, ale ty możesz wszystko. Niewiele mogłem zdziałać w tym tygodniu. Czy dlatego, że nie jesteś z nami na tej ewangelizacji? Czy całą tę akcję zacząłem bez Ciebie?

Gdy jeszcze to mówiłem, usłyszałem wewnętrzny głos, ale tak wyraźny, jakbym go słyszał uszami.

Demosie, powinieneś zostawić tę ewangelizację, powinieneś wrócić do Los Angeles, gdzie znajdziesz dobrą opiekę dla twojego syna, a jednocześnie dopilnujesz swego przedsiębiorstwa. Ta choroba i bankructwo przyczynią się do zniesławienia Mojego imienia.

Mimo największych trosk i trwogi nie spodziewałem się takiej odpowiedzi. Czyżby wszystko to, co wydawało się być pokrzepieniem, te wysłuchane modlitwy, były jedynie wytworem mojej wyobraźni?

– Ale… co mam teraz robić? Jest już stanowczo za późno, by zrezygnować z tych planów!

To twoja pycha, Demosie. To tylko twój strach przed tym, by nie potraktowano ciebie jak błazna.

W końcu włączyłem silnik i pojechałem do domu. Steve nadal miał wysoką gorączkę.

– Przyjechał Billy Adams, dyrygent z Los Angeles – powiedziała pani Newman – poszedł obejrzeć salę zgromadzeń.

Róża zasnęła w pokoju Gerry. Po raz pierwszy odczułem, jak bardzo jestem wyczerpany. Położyłem się, ale nie mogłem zasnąć.

Zaniechaj tej ewangelizacji. Wracaj do Los Angeles.

Całą noc rzucałem się na łóżku i wsłuchiwałem się w ciche postękiwanie i słaby kaszel mojego synka. Słyszałem jak przyszedł Billy Adams, słyszałem Różę wkładającą produkty do zamrażarki.

To twoja pycha… to twoja pycha…

Niebo się rozjaśniło. Steve zaczął płakać słabym, zduszonym głosem. Z pewnością Bóg nie dopuściłby cierpień tak małego dziecka tylko po to, by mnie nauczyć pokory. Ale ten oskarżający mnie głos nadal nie milknął.

– Zaniechaj ewangelizacji i wróć do Los Angeles. Będziesz zrujnowany.

Momentalnie zerwałem się z łóżka. Rozpoznałem ten głos! To ten sam, który towarzyszył mi w drodze we wtorek, a wczoraj znów powtórzył się w winnicy. Strach. Zwątpienie. Chaos. Nienawiść do samego siebie. Nie są to dowody Bożej obecności. To przecież narzędzia tego odwiecznego kłamcy. A jeżeli on tak bardzo przeciwstawia się tym nabożeństwom, to z pewnością musi być za nimi Bóg!

– Różo! Billy! – zawołałem.

Wbiegłem do pokoju, gdzie Róża trzymając Steve’a na rękach, chodziła tam i z powrotem. Billy Adams wyszedł właśnie z kuchni z filiżanką świeżo zaparzonej kawy

– To był szatan! – powiedziałem do nich. – To był szatan, to on chciał, bym to wszystko odwołał. Ale Bóg chce, aby te nabożeństwa się odbyły.

Billy postawił filiżankę na szklanym blacie stołu.

– Czy kiedykolwiek w to wątpiłeś, Demosie?

Przeżyłem tak podstępny i miażdżący atak, że musiałem wyznać, iż wątpiłem.

– Ale teraz już nie – powiedziałem. – Dzisiaj po południu pójdziemy wielbić Boga i będziemy śmiać się szatanowi w twarz!

Tak też uczyniliśmy, wierząc w Boże zwycięstwo, chociaż okoliczności zewnętrzne jeszcze się nie zmieniły. Podczas krótkiej drogi do sali zebrań, Róża płakała, a my ciągle przypominaliśmy jej, że pozostawiła Steve’a pod dobrą opieką pani Newman.

Gdy kurtyna się rozsunęła, a Róża zagrała radosne akordy pieśni uwielbiającej, trudno było poznać, jak wielką troskę kryje w sercu. Potem podszedł do mikrofonu Billy i poprosił całe zgromadzenie o wspólną modlitwę o zdrowie Steve’a. Modliliśmy się, śpiewaliśmy i chwaliliśmy Boga. Duch Boży działał tak mocno na tym nabożeństwie, że spodziewaliśmy się po powrocie do domu zastać Steve’a witającego nas przy drzwiach. Jednak jego stan się nie zmienił. Pani Newman zmieniała mu przepoconą piżamę, a Gerry prześcieradło w łóżeczku.

O północy Steve nadal czuł się bardzo źle. Miał wysoką gorączkę, a jego oczka były mętne i nieprzytomne. Ale jednak coś się w tym domu zmieniło. Po raz pierwszy od przyjazdu tutaj zasnąłem, i to zaraz, ledwie tylko przyłożyłem głowę do poduszki. Zbudziłem się rano, kiedy pani Newman zapukała do drzwi:

– Gorączka spadła, ma normalną temperaturę. Chodź i zobacz!

Pani Newman, Róża, Gerry i ja staliśmy nad łóżeczkiem. Steve był jeszcze słaby i wyczerpany, ale w jego dużych niebieskich oczach pojawił się dawny blask.

– Chcę biszkopta – powiedział.

Gdy wybieraliśmy się na popołudniowe nabożeństwo, Steve siedział w łóżeczku cały zadowolony, bo zjadł już całą paczkę biszkoptów. Następnego dnia nie było śladu po przebytej chorobie.

W czasie jego choroby nie myśleliśmy o kryzysie w interesach ani o zgubionym zegarku.

– Ale teraz – powiedziała Róża w środę rano – poszukam mojego zegarka.

– Powinniśmy byli od razu wiedzieć, kto się kryje za tymi trudnościami, Demosie. To szatan chciał nas powstrzymać używszy takich sposobów.

Wszyscy zabraliśmy się do szukania zegarka. Przeszukaliśmy wszystkie szuflady, szafy, kieszenie, ale zegarka nie było.

Wiadomości dotyczące młyna też nie były pocieszające. Spadek cen zboża nie był tylko przejściowym kaprysem rynku. To był poważny kryzys gospodarczy. Codziennie przynosił nam tysiące dolarów strat.

Pod koniec tygodnia przyjechał ojciec z Richardem. Był bardzo zaniepokojony.

– Nie przetrzymamy tego, Demosie – powiedział zmartwiony. – Jeżeli będzie więcej podobnych tygodni, to wkrótce skończy się nasz biznes.

Był sobotni poranek, pojechałem z ojcem i Richardem na targ. Co mogłoby człowieka z farmy mlecznej ucieszyć bardziej niż oglądanie pięknych krów? Miałem nadzieję, że przynajmniej przez kilka godzin obaj z ojcem będziemy mogli zapomnieć o kłopotach finansowych.

Czas mijał szybko i trzeba było wracać do domu, aby przygotować się do popołudniowego nabożeństwa. Przy wyjściu z targowiska Richard zatrzymał się i patrzył zafascynowany na pewnego handlarza, który sprzedawał po dolarze za sztukę małe, zielone i brązowe jaszczurki.

– Tatusiu, czy mógłbym…

– Nie bądź nierozsądny chłopcze, chcesz zdenerwować matkę, gdy przyniesiesz do domu to śliskie stworzenie?

– Tatusiu, proszę! One nie są śliskie – wziął jedną z nich do ręki i głaskał palcami. – Proszę cię, tatusiu, proszę.

Spojrzałem zdziwiony na Richarda. Nie było to wcale do niego podobne, by tak się upierał przy swoim. Ale jeszcze bardziej byłem zdziwiony, gdy mój ojciec wyciągnął z kieszeni dolara i dał mu, mówiąc:

– Zostaw chłopca, niech ma swoją jaszczurkę.

Z westchnieniem wsiadałem do samochodu. Kiedy ja byłem dzieckiem, ojciec nie miękł tak szybko.

Przed domem zwróciłem się do Richarda:

– Musisz teraz zostawić jaszczurkę w ogrodzie. Nie chcę słuchać pisku kobiet.

– Dobrze tatusiu, ale czy mógłbym ją najpierw pokazać Gerry? Powiedz jej, żeby wyszła.

Ku mojemu przerażeniu wyszła pani Newman. Spojrzała na dłonie Richarda, uśmiechnęła się i powiedziała:

– O, kameleon! Jakie piękne stworzonko! Musimy znaleźć dla niego jakieś pudełko.

Pobiegła do stosu rupieci, które w to sobotnie popołudnie miały być wywiezione. Kameleon. Tak, to był kameleon. Pani Newman przerzucała niepotrzebne pudełka. „To jest za duże… to musiałoby mieć wyższe boki… a to jest w sam raz.” Uratowała w ten sposób pudełko po butach, które za chwilę podskakiwałoby we wnętrzu śmieciarki.

W tym właśnie pudełku leżał wysadzany diamentami zegarek Róży…

Tak oto nasza rodzina, przez małą jaszczurkę, otrzymała w tym dniu dowód Bożej troskliwości o każdą, najdrobniejszą nawet rzecz w naszym życiu.

W trzecim tygodniu trwania nabożeństw zauważyliśmy, że przychodzi coraz więcej ludzi i każdego wieczoru na tym niebieskim dywanie dzieje się coś wspaniałego. Zapytałem siebie, czy Bóg mógłby pomóc w sprawie młyna. Na pewno bliski bankructwa młyn nie jest dla Boga większym problemem niż zgubiony zegarek. Bez Jego pomocy stracimy wszystko. Ciągle musieliśmy płacić za zakontraktowane zboże tak, jak się płaciło minionej zimy, a sami sprzedawaliśmy je po cenach o wiele, wiele niższych.

Mijały dni i nic się nie zmieniało poza tym, że sytuacja stale się pogarszała. Był to jednak wspaniały czas. Każdego popołudnia na nabożeństwach setki nowych chrześcijan utwierdzało się w swojej wierze. Setki osób wychodziły do przodu, by powierzyć swe życie Jezusowi, doznawały uzdrowienia oraz chrztu w Duchu Świętym. Każdego rana siedziałem przy telefonie tłumacząc handlarzom zbóż, ile tysięcy dolarów kosztuje mnie ten z nimi interes.

To przypomniało mi nasze nabożeństwa w Goodrich Boulevard, kiedy ewangelizacja była błogosławiona, a moja wytwórnia nawozów znajdowała się na skraju bankructwa. Panie, jeśli chcesz mi powiedzieć, że ci ludzie tutaj we Fresno są ważniejsi niż mój młyn, to wiesz, że ja się z tym zgadzam. Ale chciałbym jednak wiedzieć, dlaczego nie ostrzegłeś mnie, Panie, przed kupnem tego zboża?

Siedziałem wtedy w kuchni. Był piękny październikowy poranek, wszyscy byli gdzieś poza domem zajęci swoimi sprawami. W ciszy zakłócanej tylko szumem pracującej lodówki, usłyszałem cichy, ledwie dosłyszalny głos:

– Mówiłem ci, Demosie.

Poruszyłem się na drewnianym krześle. Naprawdę? Czyżby Bóg na samym początku przestrzegał mnie przed tym przez mego ojca?

Naturalnie… sam młyn… czy słyszałem kiedykolwiek od Boga, by miał on być częścią Jego planu dla rodziny Shakarianów? Może był to tylko mój błyskotliwy pomysł? Trochę logiki, trochę chciwości, może małe imperium dla człowieka, którego Bóg tak bardzo obdarował? Dopiero teraz tak naprawdę, w pełni świadomie, po raz pierwszy zapytałem Boga o to przedsięwzięcie i odpowiedź była jasna i pewna:

– To nie dla ciebie, Demosie. Biznes oparty na spekulacji wymaga poświęcenia mu całego czasu, a ja nigdy nie pozwolę ci poświęcić całego czasu jakiemukolwiek interesowi.

Natychmiast padłem na kolana oparłszy ręce na drewnianym krześle.

– Panie Jezu, przebacz mi, że nie pytałem Ciebie i przedsięwziąłem coś, do czego mnie nie powołałeś. Jest gdzieś zapewne człowiek, którego wybrałeś do tej pracy, który może ten biznes przejąć i któremu to będzie dobrze szło. Przyślij go do nas, Panie, i… – spojrzałem wokół trochę niepewnie, ale byłem sam, a byłoby nonsensem ukrywać coś w sercu przed Bogiem, który widzi każdy najciemniejszy jego zakątek – …i spraw, Panie, aby zaoferował nam dobrą cenę.

Oczekiwałem, że ojciec się ucieszy, gdy powiem mu o zamiarze sprzedania młyna. Oznajmiłem mu to przy końcu tygodnia, ale potrząsnął tylko głową:

– Jak możesz oczekiwać, że w takim czasie znajdziesz kupca? Nikt dzisiaj nie kupi przedsiębiorstwa uzależnionego od zboża. Przecież jego wartość spada z dnia na dzień. Wszystko, co możemy zrobić, to oczekiwać bankructwa, a z reszty zapłacić podatek.

– Tato, to będzie sprzedane – powiedziałem, starając się żeby ze względu na niego, zabrzmiało to przekonująco – i to za uczciwą cenę!

W trzecim tygodniu nabożeństw przychodziło już tak wielu ludzi, że trzeba było wynieść część krzeseł, aby zrobić więcej miejsca. W tym tygodniu ewangelistą był William Branham. Gdy dwaj głuchoniemi bliźniacy nagle zaczęli słyszeć i wydawać dziwne dźwięki – bo nie słyszeli dotąd żadnego języka – całe zgromadzenie trysnęło taką radością, jakiej dotychczas nie przeżywaliśmy.

W czwartym tygodniu, w środę rano zatelefonował z Los Angeles ojciec:

– Demosie, nie uwierzysz, ale właśnie przed chwilą miałem telefon od Weinberga. On chce kupić młyn. Weinberg, tak jak i my, był południowo-kalifornijskim farmerem. Był to pobożny Żyd, wcale się więc nie zdziwił, gdy o godzinie trzeciej nad ranem obudził go głos, który rozpoznał jako głos od Boga. „Adolfie – przemówił ten głos – chciałbym, abyś zadzwonił do Izaaka i powiedział, że kupisz ich młyn”.

Posłusznie zatelefonował więc do mojego ojca. Chciał się jak najprędzej spotkać, by omówić warunki sprzedaży.

– Nie mogę tego pojąć – ciągnął dalej ojciec – że chce go kupić teraz, w takim czasie! Jak on się dowiedział, że chcemy sprzedać? Czy mówiłeś komuś o tym oprócz mnie?

– Nie, tato.

– Tak czy inaczej – mówił ojciec – on jest gotów już to załatwiać. Kiedy przyjeżdżasz?

– Tato, wiesz, że nie mogę teraz stąd wyjechać. – A niby dlaczego nie? – zdziwił się ojciec.

– Bo nabożeństwa mają trwać jeszcze dwa tygodnie, a później trzeba wszystko uporządkować.

– Przecież nabożeństwa mogą się odbywać kilka dni bez ciebie, nie jest to takie ważne, abyś tam był.

– Nie, dla nabożeństw to nie jest ważne, ale dla mnie tak. Bóg mi coś pokazuje. W pewnym sensie jest to dla mnie czas próby, jakiej dotychczas nigdy nie przechodziłem. Kto ma być pierwszy? – pyta mnie Bóg. – Chciałbym Mu dać właściwą odpowiedź.

– A jeśli Weinberg zmieni zdanie?

– Jeżeli jest to kupiec od Boga, to zdania nie zmieni.

W ciągu następnych dziesięciu dni Adolf Weinberg dzwonił do ojca niemal codziennie. Nie mógł pojąć, że kupca gotowego płacić od ręki zmusza się do czekania, podczas gdy zapasy w silosach codziennie traciły na wartości. Ja też wcale tego wtedy nie rozumiałem, wiedziałem tylko, że Fresno jest miejscem wyznaczonym dla mnie przez Boga.

Nadszedł ostatni dzień naszej pięciotygodniowej ewangelizacji. Nabożeństwo popołudniowe miało się rozpocząć o wpół do trzeciej, ale już o wpół do pierwszej sala na trzy tysiące pięćset miejsc była zapełniona, więc rozpoczęliśmy je wcześniej. O godzinie drugiej doszło jednak następne półtora tysiąca osób, które stały pod ścianami sali, a na zewnątrz pozostało jeszcze dalszych kilkaset. Duch uwielbienia Boga działał tak mocno, że gdy nadszedł czas zakończenia popołudniowego nabożeństwa, nie mogłem tego przerwać. Minęła godzina szósta, siódma… Tylko kilka osób opuściło salę. Większość z nich przyszła jeszcze przed południem, jednak nikt nie wychodził z sali nawet na posiłek, z obawy, że nie dostanie się tam z powrotem.

Musieliśmy zrezygnować z programu, jaki przygotowaliśmy na nabożeństwo wieczorne, gdyż kierownictwo w tym zgromadzeniu całkowicie objął Duch Święty. Kelso Glover, który był mówcą w tym tygodniu, powiedział tego wieczoru, że prowadzenie nabożeństwa wymknęło mu się z rąk.

– To jest jak woda – mówił. – Moc Boża przepływa tu, przez ten dywan, tak jak woda. Gdy chcę odejść, czuję, jakbym brnął po kolana w wodzie.

Ludzie wychodzący naprzód już w przejściach doznawali uzdrowienia.

Pewien młody mężczyzna przyszedł na nabożeństwo z szalonym bólem powodowanym raną oka. Dzień przedtem, podczas uprawy ziemi w brzoskwiniowym sadzie zahaczył rurą wydechową traktora o linę, która napięła się mocno, a potem z całą siłą uderzyła go w oko. Lekarz założył mu gruby opatrunek i nie dawał nadziei, że kiedykolwiek będzie mógł na nie widzieć.

Oca Tatham wyszedł przed podium – jak nam później opowiadał – z bólem nie do zniesienia. W chwili, gdy ręka Kelso Glovera dotknęła jego czoła, ból zaraz zniknął, a w zamian doznał w tym oku trudnej do opisania ulgi.

Na oczach pięciu tysięcy ludzi Tatham zaczął zdejmować opatrunek. Odwijał z głowy jedną warstwę gazy po drugiej, aż u jego stóp urósł cały jej stos. Ostatni opatrunek przymocowany był plastrem. Zerwał go. Dwoje zupełnie zdrowych oczu z niedowierzaniem patrzyło najpierw na Kelso Glove’ra, a później na mnie. Nie było żadnej rany, żadnej blizny, oko nie było nawet zaczerwienione.

Była północ, gdy zakończyło się to wspaniałe nabożeństwo. Trwało ono jedenaście i pół godziny. Wracaliśmy do domu na Gordon Street, a ja byłem bardziej rześki niż z rana. Róża i dr Glover czuli się tak samo. Byłem podekscytowany i oszołomiony, jak żołnierz walczący wręcz, gdy widzi nagle uciekającego wroga. Znów przypomniałem sobie słowa Charlesa Price’a: „To jest ciągła walka, Demosie”.

Możliwe, że tym większe jest zwycięstwo, im większa gorycz walki. Być może nieprzyjaciel walczy najmocniej wtedy, gdy najbardziej się boi…

Teraz pozostały nam tylko rozliczenia finansowe, omówienie programu wzrostu duchowego i wyprowadzka z domu przy Gordon Street. Weinberg znów zatelefonował.

– W przyszły poniedziałek będę w domu, panie Weinberg – przyrzekłem mu. – Powinien się pan cieszyć, bo każdy dzień zwłoki działa na pańską korzyść.

– Ja chcę dać panu pół miliona dolarów za przedsiębiorstwo, które ciągle traci na wartości, a pan mnie zwodzi. Nie rozumiem tego postępowania, panie Shakarian.

– W poniedziałek po południu – przyrzekłem.

W poniedziałek, o drugiej po południu spotkaliśmy się: mój ojciec, Adolf Weinberg i ja, aby rozwikłać tę skomplikowaną sprawę sprzedaży młyna, elewatorów i wyposażenia. Pod koniec naszej pierwszej rozmowy różniliśmy się jeszcze o sumę dwadzieścia pięć tysięcy dolarów.

– To jest moja ostatnia propozycja, nie mogę dać więcej – powiedział Adolf Weinberg.

Spojrzałem na ojca, a on przecząco pokręcił głową.

– Nie, podtrzymujemy nasze stanowisko, panie Weinberg.

Tak skończyły się bezpowrotnie nasze negocjacje. Przynajmniej tak myśleliśmy, ale następnego dnia o szóstej rano zadzwonił telefon.

– Shakarian? Tu Weinberg. Czy mogą panowie przyjechać do mnie na śniadanie?

Pojechaliśmy z ojcem na to śniadanie. Przy jajecznicy, pan Weinberg opowiedział nam, jak Bóg znów go obudził w środku nocy, tym razem z wyraźnym poleceniem: „Zadzwoń rano do Shakarianów i zgódź się na ich cenę”.

– Tutaj mnie macie – powiedział Adolf Weinberg. Wasz kupiec, za waszą cenę. Podajcie mi dłoń Izaaku i Demosie. Następną noc chciałbym już przespać spokojnie.

Tak Bóg przeprowadził nas przez chwile należące do najtrudniejszych w naszym życiu. Szatan atakował, ale Bóg czuwał nad tym, by nie zadał nam zbyt bolesnych ran. Steve przebył swoją chorobę bez żadnych następstw, a my zostaliśmy uwolnieni od przedsiębiorstwa, które nigdy nas, mówiąc szczerze, nie pasjonowało. Pod zarządem Weinberga młyn zaczął prosperować znakomicie.

Byłem przekonany, że Bóg dał nam te przeżycia po to, by przygotować nas do nowego zadania, które dla nas zamierzył. Co to będzie za dzieło? Nie miałem pojęcia. Ale bez wątpienia nie będzie łatwe, skoro Bóg przygotowywał nas do tego w tak twardej szkole życia.

8. Restauracja Cliftona

„Zwyczajni ludzie, kobiety i mężczyźni ze sklepów, biur i fabryk…”

Słowa Charlesa Price’a brzmiały tak wyraźnie, jakbym siedział z nim podczas obiadu: „Będziecie świadkami wielkich wydarzeń zapowiedzianych w Biblii. Krótko przed przyjściem Jezusa na ziemię Duch Boży zstąpi na wszelkie ciało”.

„Laicy – powtarzał często dr Price – będą stanowić główne narzędzie, nie księża, teologowie czy utalentowani kaznodzieje, ale mężczyźni i kobiety wykonujący najzwyklejsze zawody w świecie.”

Gdy mówił to pięć, sześć czy siedem lat temu, jeszcze podczas wojny, prawie nie zwracałem na to uwagi. Wydawało mi się niemożliwe, by ludzie bez odpowiedniego przygotowania mogli wywierać taki sam wpływ, jak znaczący ewangelista, na przykład Charles Price.

Pod koniec lat czterdziestych te słowa przypominały mi się coraz częściej. Myślałem też jeszcze o czymś innym: o obiedzie w restauracji Knott Berry Farm, gdzie pod wpływem słów zwykłych ludzi opowiadających swe przeżycia z Bogiem, coraz to nowe twarze zaczynały jaśnieć chwałą. Jakże niezwyciężona byłaby moc armii setek, tysięcy takich ludzi, którzy wspólnie rozgłaszaliby ten rodzaj Radosnej Nowiny po całym świecie!

I wtedy ściągnęły mnie na ziemię leżące przede mną analizy kosztów produkcji mleka.

Ale pomysł ten mnie nie opuszczał. Budził mnie w środku nocy. Szedłem z nim do biura. Rozpalał moje serce, gdy śpiewałem stare ormiańskie pieśni w kościele na Goodrich Boulevard.

Przez cały ten czas nie zaniechaliśmy pomocy w organizowaniu letnich kampanii ewangelizacyjnych. A każdego następnego lata przynosiły one większe rezultaty niż w roku poprzednim. Dlaczego więc odczuwałem pewnego rodzaju niepokój? Czułem, że nie jest to już Boże zadanie dla mnie. Jesienią 1951 roku pomagaliśmy w zorganizowaniu największej kampanii ewangelizacyjnej, jaka kiedykolwiek odbyła się w Los Angeles. W ciągu szesnastu dni wzięło w niej udział dwieście tysięcy ludzi, a głównym mówcą był Oral Roberts. A jednak…

– A jednak – powiedziałem do Orala Robertsa, gdy pewnego wieczoru usiedliśmy po nabożeństwie, aby wypić kawę i zjeść ciastko – ciągle mam wrażenie, że Bóg ma dla mnie coś innego.

– A co takiego, Demosie? – zapytał.

– Jakąś grupę, grupę mężczyzn… nie, niekoniecznie samych mężczyzn. Po prostu ludzi o różnych zawodach, którzy znają Pana Jezusa, kochają Go, ale nie wiedzą, jak to okazać.

– I co oni mieliby robić?

– Opowiadać innym, ale nie teorię. Opowiadaliby o swych aktualnych przeżyciach z Bogiem takim samym ludziom, jak oni. Takim, którzy może nie wierzą słowom kaznodziei, nawet takiego jak ty, ale którzy będą słuchać blacharza, dentysty czy handlowca, bo sami są blacharzami, dentystami czy handlowcami.

Oral odstawił filiżankę z kawą tak szybko, że trochę wylało się na spodek.

– Demosie, rozumiem, widzę to bracie! Jak byście się nazwali?

– Znałem już nawet nazwę: „Międzynarodowa Społeczność Biznesmenów Pełnej Ewangelii”.

Oral popatrzył na mnie uważnie:

– Trochę za długa.

– Tak, ale czy nie widzisz, że każde słowo jest tutaj niezbędne? „Pełna Ewangelia”znaczyłoby to, że żadna z prawd biblijnych nie może być przez nas pominięta: uzdrowienia, mówienie innymi językami, uwolnienie od mocy demonów. Każdy z nas mógłby mówić o wszystkich swoich przeżyciach z Bogiem.

„Biznesmeni”laicy, zwykli ludzie. [Autor pod pojęciem „biznesmeni” rozumie tu wszystkich pracujących ludzi w różnych dziedzinach, głoszących Ewangelię nie dlatego, że jest to ich zawodem. (przyp. red.)]

„Społeczność”specyficzna więź łącząca ludzi, którzy pragną przebywać razem bez ustalania jakichś sztywnych przepisów, norm i zasad zgromadzania się.

„Międzynarodowa”wiem, że to brzmi dziwnie, ale wiesz, Oral, to Bóg mówi „międzynarodowa”. Cały świat, wszelkie ciało – uśmiechnąłem się słysząc, że mówię słowami Charlesa Price’a.

Ale Oral się nie śmiał.

– Demosie – powiedział – to jest możliwe. Za tym stoi Bóg. Czy mógłbym ci w czymkolwiek na początku pomóc?

No właśnie! Mając takiego mówcę jak Oral Roberts, można się spodziewać, że na inauguracyjne spotkanie przybędą setki osób.

– Oral, jeśli zaproszę biznesmenów z całego Los Angeles na sobotni poranek, czy mogę liczyć na twoją obecność i pomoc w rozpoczęciu tej pracy? – zapytałem.

I tak się stało. Jako miejsce spotkania obraliśmy dużą salę na piętrze w restauracji Cliftona, u zbiegu ulic Broadway i Siódmej, która w ciągu tygodnia bywała zwykle zajęta, ale w sobotę świeciła pustkami. Następnie zadzwoniłem do wszystkich znajomych biznesmenów napełnionych Duchem Świętym i zaprosiłem ich na pierwsze spotkanie nowej społeczności, na którym miał być także Oral Roberts. Prosiłem ich, aby zaprosili z kolei swoich znajomych, żebyśmy mogli to przedsięwzięcie rozpocząć wspólnymi siłami. W sali, którą w myślach nazwałem „Górną Izbą”, stało w rogu pianino i Róża z radością zgodziła się zagrać.

Upper Room, w Polsce przyjęła się nazwa Górna Izba lub Wieczernik. Chodzi o pomieszczenie na piętrze, w którym – wg tradycji chrześcijańskiej – Jezus umył uczniom nogi, odbyła się Ostatnia Wieczerza i w której Duch Święty zstąpił na wszystkich zgromadzonych w dniu Pięćdziesiątnicy. (przyp. red.)

Wreszcie nadszedł ten wielki dzień. W to sobotnie, październikowe przedpołudnie ruch w mieście był tak wielki, że z Oralem i Różą w samochodzie miałem kłopot ze znalezieniem miejsca na parkingu. Byliśmy trochę spóźnieni i lekko zdenerwowani szybko wchodziliśmy po schodach. Ilu tam czeka ludzi? Trzystu? Czterystu?

Dotarliśmy na górę. Szybko policzyłem obecnych: dziewiętnaście, dwadzieścia, dwadzieścia jeden osób wraz z naszą trójką. Mimo obecności światowej sławy ewangelisty, tylko osiemnaście osób zainteresowało się tą sprawą na tyle, aby się tu zjawić.

Róża zagrała kilka pieśni na rozstrojonym pianinie, a w śpiewie uczestników wyczuwało się całkowity brak entuzjazmu. Rozglądałem się po sali. Większość zebranych stanowili starzy przyjaciele, ludzie oddani Bogu, zaangażowani chrześcijanie, wciągnięci po uszy w różnego rodzaju komitety, zrzeszenia, kluby i organizacje społeczne. A więc ludzie, którzy zgłaszają się dobrowolnie zawsze, gdy trzeba coś zrobić, ludzie, którzy nie zmarnowaliby nawet minuty na rzeczy bezwartościowe.

Róża przestała grać, więc wstałem. Powiedziałem zebranym, że Duch Boży coraz bardziej przekonuje mnie, iż potrzebne są nowe kanały, przez które On mógłby działać. Kątem oka zauważyłem, że niektórzy spoglądają na zegarki.

– Bez organów, bez witraży. Słowem bez tego, co ludzie mogliby zakwalifikować jako religijne. Po prostu, jeden drugiemu opowiada o Jezusie – objaśniałem.

Nigdy nie miałem umiejętności przekazywania swoich pomysłów, więc i teraz, gdy już usiadłem, widziałem, że niewiele z tego zrozumieli. Wtedy powstał Oral Roberts. Rozpoczął od podziękowania Bogu za tę nieliczną grupkę: „Niech od samego początku będzie to Twoja organizacja Panie, rozrastająca się z tej małej grupki, tak jak z ziarnka gorczycy wyrasta wielki krzew, bez użycia jakichś ludzkich sposobów”. Mówił może przez dwadzieścia minut i zakończył modlitwą. „Powstańmy” – poprosił.

Garstka ludzi podniosła się zza stołów.

– Panie Jezu – modlił się Oral Roberts – niech ta Społeczność wzrasta jedynie w Twojej mocy. Wyślij ich, by w Twojej sile pomaszerowali do innych narodów. Przez cały świat. Już teraz dziękujemy Ci, bo chociaż widzimy tu tylko tę małą grupkę ludzi, TY widzisz już tysiąc oddziałów tej Społeczności.

Podczas modlitwy stało się coś zadziwiającego. Ta sama grupa, która jeszcze przed minutą siedziała jak bezrobotne włóczęgi, nagle ożyła. Ten „tysiąc oddziałów” zmienił całkowicie nastrój sali. Nagle zobaczyliśmy jak Duch Święty wypełnia tę pustą salę armią z całego świata, składającą się z tysiąca różnych kompanii (1). Ktoś zaczął śpiewać: Onward Christian soldiers, marching as to war (2) … Wszyscy podchwycili dalsze słowa: …with the cross of Jesus going on before (3) … Uchwyciłem dłoń mego sąsiada i tak, trzymając się za ręce utworzyliśmy koło, śpiewaliśmy maszerując w miejscu. W tej dziecięcej prostocie tkwiła pewnego rodzaju moc. Maszerowaliśmy śpiewając.

(1) Kompania – pododdział wojska liczący od 60 do 110 żołnierzy, podoficerów i oficerów. Dowódcą kompanii jest oficer w stopniu kapitana. (2) „Naprzód chrześcijańscy żołnierze, maszerując jakby na wojnę…” – początkowe słowa ewangelicznej pieśni kościelnej, w Polsce znanej jako „Głos Jezusa słychać”, Śpiewnik Pielgrzyma nr 135. (3) …z krzyżem Jezusa na przedzie… Tutaj krzyż rozumiany jest jako odkupieńcze dzieło Chrystusa na Golgocie. (przyp. red.)

Formalnie założenie „Międzynarodowej Społeczności Biznesmenów Pełnej Ewangelii” nastąpiło kilka tygodni później, gdy nasze stowarzyszenie zostało wpisane do urzędowego rejestru oraz po ustanowieniu pięcioosobowego komitetu organizacyjnego. Jednak duchowe narodziny Społeczności miały miejsce właśnie wtedy, gdy Oral Roberts podzielił się swoją wizją „tysiąca oddziałów”, a pozostali obecni, trzymając się jak dzieci za ręce, maszerowali w miejscu, śpiewając tę bojową pieśń.

– Różo – powiedziałem, gdy wracaliśmy w południe do domu – w tym roku będziemy oglądać zadziwiające rzeczy.

Ale potem nastąpiło dwanaście długich miesięcy nieprawdopodobnego rozczarowania, jakiego nigdy dotąd nie doświadczałem. To uniesienie, w jakim opuszczaliśmy wtedy restaurację Cliftona, zaczęło przemieniać się w bezwład, a na dodatek pojawił się i sprzeciw.

Spotykaliśmy się w restauracji Cliftona każdego sobotniego poranka na śniadaniu. Zabieraliśmy posiłek z bufetu i szliśmy na piętro do naszej sali. Spędzaliśmy tam około dwóch godzin opowiadając swoje przeżycia i modląc się. Czasami miewaliśmy wśród nas słynnych mówców, ale najczęściej polegaliśmy na sobie samych. Ku mojej wielkiej radości powtarzało się zawsze to fenomenalne przeżycie, jakie po raz pierwszy miałem w restauracji Knott Berry Farm: kiedykolwiek spojrzałem na salę, wiedziałem kogo mam poprosić, by podzielił się swoimi doświadczeniami.

Tak, pokładałem wielkie nadzieje w tych spotkaniach. Nie było to jednak tak zaraźliwe, jak się spodziewałem. Czasem przyszło trzydzieści, czterdzieści osób, a następnym razem – piętnaście.

Do tego doszła jeszcze opozycja. Pastorzy atakowali pytaniami: „O co chodzi Shakarianowi? Czy chce stworzyć jeszcze jedno religijne ugrupowanie? Trzymajcie się od tej Społeczności z daleka. Oni chcą wyciągnąć z Kościołów ludzi i pieniądze!”

Ten nieuczciwy atak szczególnie nas zabolał. Od samego początku podkreślaliśmy z Różą przy wszystkich wspomaganych przez nas akcjach, dwie sprawy. Po pierwsze, pozostań w swoim Kościele. Jeśli przeżywa on moc Ducha, idź tam i służ z jeszcze większym oddaniem, a jeśli nie – idź jako ten, który to przeżycie tam wniesie. Po drugie, nie dawaj tutaj na kolektę ani grosza z tego, co przeznaczyłeś dla twojego Kościoła. Nie tu masz oddawać swoją dziesięcinę, ale cokolwiek dajesz tutaj, niech będzie ponad i obok tamtego.

Wiedzieliśmy dobrze z naszych kilkuletnich doświadczeń, że ludzie brali to sobie do serca. Wszyscy ci, którzy uczęszczali na nasze spotkania, stali się najbardziej oddanymi pracownikami i najofiarniejszymi dawcami w swoich wspólnotach. Mimo to Kościoły spoglądały na naszą Społeczność podejrzliwie. Na ironię wręcz zakrawały zastrzeżenia dotyczące pieniędzy. Podczas całego tego roku nie otrzymaliśmy ani jednej dotacji. Na własny koszt wysyłałem zawiadomienia, telefonowałem po całym kraju zapraszając ludzi do odwiedzenia nas, gdy będą w Los Angeles. Najczęściej też sam płaciłem za śniadania podczas spotkań.

Ale nawet te darmowe śniadania okazały się zbyt słabą zachętą, by ściągnąć ludzi. Wszystko, cokolwiek dotąd zrobiłem, było niewystarczające. Wymyśliłem więc coś jeszcze. Wykupiłem w radiu półgodzinny czas antenowy i w każdy sobotni poranek nadawano fragmenty naszych spotkań. Chciałem przez to wzbudzić większe zainteresowanie Społecznością. Podróżowałem po naszym stanie, po stanach zachodnich, aż wreszcie dotarłem do Wybrzeża Wschodniego. Skoro ludzie nie chcieli przychodzić do nas, musiałem sam do nich pojechać, aby powiedzieć im, o co nam chodzi i nakłonić ich do zorganizowania grup „Społeczności Biznesmenów Pełnej Ewangelii” w innych miastach.

W czerwcu byłem już całkowicie wyczerpany. Po ciężkiej pracy na farmie, prawie każdy wieczór poświęcałem dla Społeczności i dopiero około trzeciej lub czwartej nad ranem padałem jak kłoda na łóżko.

Aż wreszcie pojawił się promyk nadziei. Jednym z mówców zaproszonych do restauracji Cliftona był David du Plessis – przewodniczący Światowej Konferencji Zielonoświątkowej, która miała się odbyć w Londynie. Po spotkaniu jechaliśmy do Downey, a on nie mógł powstrzymać swojego podekscytowania.

– Demosie, tutaj rzeczywiście coś się dzieje – powiedział. – Co za wspaniały pomysł! Światowa społeczność zwykłych ludzi różnych zawodów, ludzi napełnionych Duchem Świętym! A każdy jest misjonarzem wśród tych, z którymi codziennie pracuje!

– Dziękuję ci, Dawidzie – powiedziałem zmęczony. – Boję się tylko, że niezbyt wielu ludzi podziela twoją opinię.

– Myślę – mówił dalej David, nie zwracając uwagi na mój nastrój – że powinieneś przyjechać do Londynu i przedstawić wszystko naszemu komitetowi. Jestem przekonany, że nasza konferencja włączy to do swojego programu.

Oprzytomniałem. To było coś w rodzaju koła ratunkowego rzuconego tonącemu przedsięwzięciu. Na konferencji, na której będzie reprezentowana społeczność składająca się z około dziesięciu tysięcy zborów zielonoświątkowych z całego świata, łatwo znajdziemy poparcie i nasza mała grupka przestanie wreszcie sama zmagać się z trudnościami. Otrzymamy pomoc, staniemy się znani. David powtórzył swe sugestie Róży. Oboje z chęcią zgodziliśmy się na lot do Londynu.

Natychmiast pojawił się sprzeciw ze strony naszej rodziny. Nie przeciwko naszemu uczestnictwu w konferencji, lecz… podróży samolotem.

– Jak chcecie się dostać do tego Londynu? – zapytał ojciec podczas rozmowy na ten temat. Siedzieliśmy wszyscy po niedzielnym nabożeństwie w salonie Gabrielów. Przyglądałem się twarzom naszych krewnych.

Był to już rok 1952, ale do tej pory jedynie ja, i to jedyny raz podróżowałem drogą powietrzną, a do tego tylko awionetką.

– Ach, tato, musisz to zrozumieć – tłumaczyłem – jeślibyśmy chcieli jechać pociągiem, a później płynąć statkiem, trwałoby to wieki. Róża niechętnie zostawia dzieci same.

Richard miał wtedy 17 lat, Gerry – 13, a mały Steve prawie pięć i po raz pierwszy mieliby zostać sami. Było to możliwe tylko dzięki temu, że pani Newman obiecała się nimi zaopiekować.

– Zamierzacie lecieć tam samolotem? – zapytał ojciec po dłuższym namyśle. Twarze naszych krewnych zachmurzyły się.

– Nie mogę zrozumieć jak te kolosy utrzymują się w powietrzu – powiedziała ciocia Sirun.

– Lecą tak strasznie szybko – zmartwił się Sirakan Gabriel.

– I ponad wodą – dodała Tirun.

Wreszcie zgodzili się, ale pod warunkiem, że polecimy osobno i zajmiemy miejsca na samym tyle. Ja miałem lecieć pierwszy. Chyba cały zbór z Goodrich Boulevard przyszedł mnie odprowadzić na międzynarodowe lotnisko w Los Angeles. Żegnano mnie żałośnie, obejmowano ze łzami, jakbym miał wstępować na szubienicę. Obiecywali modlić się o mnie i rzucali ostatnie rady: „Nic nie jedz! Zapnij pasy bezpieczeństwa! Przesuń sobie siedzenie jak najbardziej do tyłu!”

Gdy już śmigła samolotu z ogromnym szumem zaczęły się obracać, spostrzegłem wuja Janoiana, który przykładając do ust dłonie złożone w trąbkę wykrzykiwał ostatnie ostrzeżenia.

Następnego dnia w Nowym Jorku wyszedłem na lotnisko La Guardia, aby spotkać Różę. Wychodziła z samolotu rozpromieniona. Tak bardzo podobał jej się ten pierwszy lot, że zaraz po lądowaniu chciała spróbować następnej atrakcji – przejażdżki metrem. W pobliżu hotelu, gdzie się zatrzymaliśmy, znaleźliśmy zejście do metra i jeździliśmy nim tam i z powrotem tak długo, aż w wagonie oprócz nas, pozostał tylko jakiś staruszek z butelką wina w ręce.

Chcąc wywiązać się z obietnicy danej rodzinie, następnego dnia ja poleciałem pierwszy, a później innym samolotem – Róża. Nasza radość z ponownego, szczęśliwego spotkania w Londynie została trochę przytłumiona wieścią, jaką powitał nas David du Plesssis.

– Przykro mi – powiedział z zakłopotaniem – ale niewiele udało mi się tutaj uzyskać. Sądzę, że przeszkadza im to, iż jesteś farmerem, a nie duchownym.

– To znaczy, że nie chcą nam pomóc? – zapytałem.

– Będę jeszcze próbował. – To było wszystko, co David mógł nam powiedzieć.

Poszliśmy z Różą na uroczyste otwarcie konferencji. Ze wzruszeniem słuchaliśmy przemówień i wraz ze zgromadzonymi śpiewaliśmy żywe pieśni. Pod koniec tygodnia David poddał się całkowicie. Nie mógł przekonać nawet pojedynczych przywódców zielonoświątkowych, by posłuchali o naszych planach.

Z ciężkim sercem polecieliśmy – znów osobno – do Hamburga. „Nie rozumiem, Panie – modliłem się w samolocie – taka długa podróż, tyle czasu, tyle kosztów i wszystko na nic. A może chcesz mi coś pokazać w Niemczech?”

Do wyjazdu do Hamburga zostaliśmy namówieni przez naszego przyjaciela Hala Hermanna. Hal był tym fotografem, który na zlecenie rządu Stanów Zjednoczonych jako pierwszy wykonał zdjęcia zniszczeń po zrzuceniu bomby atomowej na Hiroszimę. To, co zobaczył wtedy w Japonii sprawiło, że resztę życia postanowił poświęcić na szukanie Bożej odpowiedzi na problemy współczesnego świata. Pomogliśmy mu w przesłaniu olbrzymiego namiotu do Hamburga, a on zaproponował nam teraz, abyśmy wzięli udział w nabożeństwach.

Na lotnisku w Hamburgu zostałem serdecznie przywitany przez niemieckiego pastora Robbiego.

– Witamy w naszym mieście – powiedział doskonałą angielszczyzną. – Chciałbym ci pokazać, że nasz Bóg jest ciągle Bogiem rzeczy niemożliwych.

Serce podskoczyło mi z radości. Może to jest właśnie powód, dla którego Bóg przywiódł nas z tak daleka?

Zdziwiłem się widząc, że jeszcze w czerwcu 1952 roku Hamburg leży w gruzach. Zaraz po opuszczeniu lotniska zobaczyłem zwały betonu, rozbitych cegieł, wykrzywionych szyn tramwajowych i gruzu zalegającego wzdłuż oczyszczonej drogi. Wydawało mi się niemożliwe, by ktokolwiek wyszedł z tego żywy. Wreszcie pastor Robbie zatrzymał samochód przed gruzowiskiem, które niczym nie różniło się od innych.

– Tu stał nasz kościół – powiedział.

Gdy przedostawaliśmy się przez gruz i szkło z porozbijanych okien, dodał: – Tutaj zdarzył się cud – zatrzymał się przed powykrzywianymi resztkami stalowych drzwi, które kiedyś prowadziły do piwnicy. – To był schron przeciwlotniczy – wyjaśnił. – Pewnej niedzieli, gdzieś w połowie nabożeństwa – zatoczył ręką wskazując miejsce, gdzie kiedyś stał kościół – zawyły syreny…

Przyzwyczajony do alarmów lotniczych pastor Robbie przeprowadził swoich ludzi przez podwórze do schronu. Otwarto stalową bramę i trzysta osób szybko wypełniło schron. Bramę zamknięto.

Krótko po tym zaczęły eksplodować niszczycielskie bomby. Nalot przedłużał się, powodował zniszczenie coraz to większej liczby budynków, między innymi także i kościoła, a bomby zapalające dopełniały reszty. Nawet tam na dole, w schronie przeciwlotniczym można było słyszeć trzask płomieni ognia.

– Zdawało się nam, że w tym zaduchu pod ziemią przebywamy już długie godziny – opowiadał pastor Robbie – gdy wreszcie usłyszeliśmy syreny odwołujące alarm.

Wtedy szybko wybiegł po schodach schronu, by otworzyć drzwi, ale gdy tylko ich dotknął – odskoczył. Metalowe drzwi były bardzo gorące. Znalazł kawałek drewna i nim próbował tego dokonać. Nawet nie drgnęły. Z pomocą przyszli inni mężczyźni. Z całych sił walili w tę stalową masę. Na próżno. Żar wielkiej fali ognia stopił i złączył masywne elementy. Wszelkie wysiłki zwiększały tylko zużycie i tak już niewielkiej ilości tlenu.

Dla ratowania sytuacji, pastor Robbie nakłonił wierzących, aby uklękli i zaczął się modlić: „Panie, wiemy, że Ty jesteś mocniejszy niż śmierć. Ojcze, prosimy Cię o cud. Otwórz te drzwi i uwolnij nas, błagamy!”

Mężczyźni, kobiety i dzieci klęczeli w oczekiwaniu. Po chwili usłyszeli warkot pojedynczego samolotu. Krążył nad zburzonym miastem. I nagle schron znów zadrżał od huku bomb, a wszyscy odruchowo jeszcze bardziej się skulili. Bomba spadła blisko, bardzo blisko. Ale nie aż tak blisko, by wyrządzić szkodę uwięzionym pod ziemią ludziom, natomiast wystarczająco blisko, by rozerwać zablokowane, stalowe drzwi. Gdy tylko opadł kurz, pastor Robbie wraz ze swoimi ludźmi wydostał się na zewnątrz, gdzie stały w ogniu ruin. Na zgliszczach, w świetle płonącego miasta, oddali Bogu chwałę.

Jeszcze tego samego wieczoru, całą tę historię opowiedziałem Róży. Byłem pewny, że jest w niej zawarta ważna lekcja dla naszej Społeczności. Tylko jeszcze nie wiedziałem jaka.

Nie widziałem też żadnego związku między tymi nabożeństwami namiotowymi i naszą sytuacją. Było to interesujące – siedzieć na nabożeństwie nie rozumiejąc ani słowa, a jedynie przyglądać się twarzom obecnych.

Słuchacze siedzieli bardzo sztywno. Było to audytorium znacznie trudniejsze niż te, z którymi dotychczas mieliśmy do czynienia. Już prawie pogodziłem się z myślą, że nic nie przełamie tej niemieckiej powściągliwości, gdy – jak zwykle – czyjeś uzdrowienie zmieniło wszystko. Całkowicie głuchy człowiek, dobrze znany wszystkim w mieście, nagle zaczął słyszeć i całe zgromadzenie zaczęło szaleć. Ludzie płakali, obejmowali się z radości, podnosili ręce do nieba. Zupełnie jak garstka ormiańskich zielonoświątkowców.

Ale nadal byłem ciekaw, po co mnie Pan tu przyprowadził. W niczym nie mogłem pomóc, a też nie byłem pewny, czy czegoś sam się tu uczę. Tymczasem Róża nalegała już, by wrócić do dzieci. Ale przedtem chciała jeszcze zrealizować jedno z marzeń życia: zobaczyć Wenecję. „Bo prawdopodobnie – powiedzieliśmy sobie – nigdy już nie wrócimy do Europy.”

Podróżowaliśmy więc dalej, tym razem pociągiem do Włoch. Jakże inny świat przesuwał się za oknami pociągu, tak różny od olbrzymich rancz Kalifornii! Małe poletka otoczone zewsząd starymi, kamiennymi wiejskimi budynkami, podwórza pełne świń, gęsi i kurcząt. „Jak w Kara Kala! – powiedziałem do Róży. – Tak jak w tych gospodarstwach, o których opowiadał nam ojciec.”

W Niemczech kupiłem aparat fotograficzny. Podczas podróży pociągiem chciałem zrobić kilka zdjęć. Teraz więc, mimo ostrzeżeń wypisanych w czterech językach, zakazujących wychylania się przez okno, zrobiłem to. Otworzyłem okno naszego przedziału i wychyliłem się aż do połowy, aby uzyskać lepsze ujęcie. Nagle kłujący ból przeszył moje prawe oko. Gwałtownie cofnąłem się do przedziału, o mało nie upuszczając aparatu.

– Róża! – krzyknąłem.

Róża pomogła mi usiąść i odjęła moją dłoń od oka. Drżało tak, że nie mogłem go otworzyć. Róża delikatnie uniosła powiekę.

– Widzę to! – powiedziała. – To coś ostrego i znajduje się bardzo blisko źrenicy.

Wzięła chusteczkę i próbowała wyjąć, ale wbiło się już za głęboko. Ból był okropny. Przyłożyłem chusteczkę do twarzy, aby osuszać łzy. Mieliśmy jeszcze godzinę jazdy do Wenecji, najokropniejszą godzinę w moim życiu.

W tej sytuacji, zamiast romantycznej przejażdżki gondolą, musieliśmy wziąć motorówkę, by jak najszybciej dostać się do hotelu. Recepcjonista zaraz opanował sytuację. Po kilku minutach leżałem już w łóżku, a nade mną pochylał się hotelowy lekarz. Podniósł moją powiekę i obserwował oko, przyświecając sobie kieszonkową latarką. Prostując się powiedział:

– Przykro mi, proszę pana, ale sytuacja jest bardzo poważna. Ten odłamek jest duży, a przy tym ostry.

– Czy nie mógłby pan tego wyciągnąć?

– Tutaj? To niemożliwe. Musimy pojechać do szpitala. Zaraz tam zadzwonię.

W tym czasie, gdy wykręcał numer, a później szybko coś mówił po włosku, Róża usiadła obok mnie, ujęła moją rękę i powiedziała:

– Demosie, pomódlmy się.

Dziwne, ale przez ten ból i niechęć do samego siebie, zapomniałem o modlitwie. Róża zaczęła dziękować Bogu za to cudowne uzdrowienie, jakie zdarzyło się w Hamburgu.

– Panie, dziękujemy Ci, że Ty jesteś obecny również i tutaj, w tym pokoju we Włoszech, tak jak byłeś obecny wtedy w namiocie w Niemczech. W imieniu Jezusa, prosimy Cię, abyś wyjął ten odłamek.

Zanim jeszcze skończyła tę krótką modlitwę, przez moje oko przepłynęła jakby fala ciepła.

– Różo, czuję coś! Coś się dzieje! – mrugałem bez przerwy i nie czułem już bólu ani najmniejszej nawet przeszkody w oku.

– Różo, popatrz!

Pochyliła się nade mną i powiedziała:

– Demosie, tam już nic nie ma! Nie ma tego odłamka! – i rozpłakała się. W tym czasie lekarz odłożył już słuchawkę i powiedział:

– Szpital pana przyjmie. Jedziemy od razu do pokoju zabiegowego.

Raz jeszcze wziął latarkę i przyjrzał się oku. Zdezorientowany przyjrzał się także drugiemu, a następnie znów spojrzał na pierwsze.

– To niemożliwe – powiedział.

– Moja żona prosiła Boga, aby to wyjął.

– To niemożliwe! – powtórzył. – Ten odłamek nie mógł sam wypaść.

– On nie wypadł, doktorze. Bóg go wyjął.

– Nie rozumie pan. Byłaby przynajmniej rana, naruszenie tkanki w miejscu, gdzie się to znajdowało. A tam nic nie widać. Żadnej ranki, żadnego uszkodzenia.

Kierując się do drzwi, powiedział:

– Nie przyślę żadnego rachunku. To niemożliwe, żeby się coś takiego stało…

We Włoszech spędziliśmy z Różą kilka radosnych dni. Ale jaki związek ma to wszystko ze Społecznością? Z końcem czerwca powróciliśmy do Los Angeles, ale przyszłość Społeczności wcale nie wyglądała lepiej niż poprzednio.

Nadszedł sierpień. Potem wrzesień. Każdego sobotniego poranka zgromadzaliśmy się w restauracji Cliftona. Była to wciąż ta sama grupka ludzi, którzy przychodzili bardziej dla okazania lojalności względem mnie – tak przynajmniej mi się wydawało – aniżeli z jakichś innych powodów. Wreszcie nadszedł październik, pierwsza rocznica powstania „Międzynarodowej Społeczności Biznesmenów Pełnej Ewangelii”. W ciągu tych dwunastu miesięcy przemawiałem na temat Społeczności w wielu częściach kraju. Ludzie z różnych miast brali udział w naszych śniadaniach. Ale przez cały ten rok nie wydarzyło się nic szczególnego, czego oczekiwaliśmy. Nasze spotkania na nikim nie wywarły na tyle mocnego wrażenia, aby sam pomyślał o rozpoczęciu takiej pracy w swoim mieście.

Róża była tak delikatna, że nie przypominała mi moich przepowiedni z ubiegłej jesieni, ale mogłem zauważyć jej ciągle wzrastające wątpliwości co do sensu kontynuowania sobotnich spotkań.

– Podejmujemy ludzi śniadaniami, Demosie – powiedziała raz – a znacznie więcej robiliśmy dzięki nabożeństwom namiotowym. Wtedy pomagaliśmy tysiącom ludzi każdego lata, a teraz – tylko kilkudziesięciu.

Wiedziałem, że miała wiele racji, ale..

– Poczekajmy jeszcze miesiąc – powiedziałem.

Ale listopad jak się rozpoczął, tak też się skończył. Frekwencja nawet się zmniejszyła.

– Grudzień będzie inny – zapewniałem Różę. – Ludzie są bardziej otwarci w okresie świąt Bożego Narodzenia.

Ale jeśli okres świąteczny przynosił jakieś rezultaty, to jedynie takie, że ludzie byli bardziej zajęci: „Musiałem pojechać w sobotę z żoną na zakupy, Demosie”. „Mamy w zborze kiermasz świąteczny”. „Zabieram dzieci na spotkanie z Mikołajem”.

W sobotę rano, 20 grudnia, spotkało się u Cliftona tylko 15 osób, czyli o sześć osób mniej niż czternaście miesięcy temu, gdy zaczynaliśmy. Na zakończenie tego melancholijnego spotkania, mój przyjaciel Miner Arganbright szczerze powiedział, co o tym wszystkim myśli. Miner kierował przedsiębiorstwem budowlanym prowadzącym wielkie budowy dla handlu i przemysłu, był również jednym z pięciu członków naszego komitetu.

– Demosie, nie chciałbym robić ci przykrości, szczególnie teraz przed świętami – powiedział Miner – ale ten pomysł ze Społecznością to niewypał. Szczerze mówiąc, nie dałbym za to złamanego grosza.

Patrzyłem na niego tak zaskoczony, że nie mogłem nic powiedzieć.

– Często mówiłeś, że to eksperyment, no nie? – mówił gestykulując.

– Tak – potwierdziłem.

– No widzisz, eksperymenty czasem się nie udają. Nie trzeba się tego wstydzić.

Nadal nie byłem w stanie wydusić z siebie żadnego słowa.

– Chciałem ci powiedzieć, Demosie, że jeżeli nie wydarzy się coś nadzwyczajnego między dniem dzisiejszym a przyszłą sobotą, to lepiej już na mnie nie licz.

–Okay. W porządku, Minerze. Rozumiem.

W milczeniu zeszliśmy z Różą na dół. W głównej sali migotała świąteczna choinka.

– Miner ma rację – powiedziała łagodnie Róża. – Jeśli Bóg popiera jakąś sprawę, On to błogosławi! A nie można powiedzieć, żeby ta Społeczność była błogosławiona.

Szedłem za nią w zadumie. Ogromne wysiłki, telefony, podróże, wręcz przekupywanie ludzi, żeby przyszli – wszystko na darmo. Jeśli czegokolwiek nauczyłem się od roku 1940, to tego właśnie, że gdy nie byliśmy z Różą jednomyślni w jakiejś sprawie, wtedy Pan nie mógł przez nas działać. Jeśli więc ona jest taka pewna, że ta Społeczność nie jest rzeczą dobrą, oznacza to koniec wszystkiego. Im szybciej o tym zapomnę, tym lepiej dla mnie.

Tylko, że… nie mogłem o tym zapomnieć. W ciągu tego tygodnia łzy często spływały mi po policzkach. Zdarzało się, że podczas jazdy samochodem do pracy, naraz zaczynałem płakać. Obawiałem się już, że to załamanie nerwowe.

Tylko ze względu na dzieci starałem się uśmiechać w czasie świąt. Cieszyłem się, że następnego dnia, w piątek 26 grudnia ma przyjść do nas nasz przyjaciel Tommy Hicks, utalentowany ewangelista i człowiek umiejący podnosić na duchu w trudnych chwilach.

– Wyobraź sobie – powiedziałem do niego przy kolacji – jutro mamy ostatnie spotkanie „Społeczności Biznesmenów Pełnej EwangeliiMiędzynarodowej”– dodałem z przekąsem. – Oczywiście, wszyscy czuli to samo, ale tylko Miner zdobył się na szczerość i powiedział to głośno. Jedyne, co jeszcze można zrobić rozwiązując Społeczność, to tylko coś ogłosić. Może moglibyśmy pomyśleć o współpracy w zorganizowaniu latem nabożeństw namiotowych?

Próbowałem nadać swojemu głosowi normalny ton, jednak Tommy musiał zauważyć moją udrękę, bo powiedział:

– Demosie, myślę, że powinniśmy o tym porozmawiać.

Pozostaliśmy przy stole i zaczęliśmy przypominać sobie nasze nadzieje i zniechęcenia. Wkrótce Gerry poszła spać, mały Steve spał już dawno, a Richard prowadził w tych dniach spotkania młodzieżowe. Tommy, Róża i ja siedzieliśmy nadal, przypominając sobie różne przeżycia, jakimi dzielili się z nami ludzie u Cliftona.

– W zasadzie niczego się z tych sobotnich spotkań nie nauczyłem – powiedziałem Tomowi. – Niczego, co pomogłoby mi bardziej kochać Boga i ludzi.

Była już prawie północ, gdy Róża spojrzała na zegarek.

– Spójrz, która godzina, Demosie! A ja nie sprzątnęłam jeszcze ze stołu. Musimy iść spać, bo inaczej sami nie zjawimy się u Cliftona.

– Idź spać, kochanie – powiedziałem. – Mnie ta sprawa i tak nie pozwoli zasnąć. A jeszcze rok temu byłem tak bardzo jej pewny.

– Pójdę do salonu i będę się tak długo modlił, aż usłyszę, co mi powie Pan.

– Dobrze zrobisz – powiedział Tommy. – Pomogę Róży umyć naczynia, a później pójdę do swego pokoju, aby wspierać cię w modlitwie. Ale w gruncie rzeczy jest to sprawa między tobą a Bogiem.

Tommy i Róża odnieśli naczynia do kuchni. Ja przeszedłem przez mały przedsionek. Ledwo przekroczyłem próg pokoju i stało się.

Dokładnie tak samo jak wtedy, gdy miałem 13 lat: powietrze wokół mnie jakby naraz zgęstniało, przygniatając, powalając mnie na podłogę. Padłem na kolana, później na twarz, aż w końcu po prostu leżałem na wzorzystym, czerwonym dywanie.

Nie mogłem wstać. Tak samo jak wtedy w mojej sypialni, w domu rodziców, dwadzieścia lat temu. Zresztą nawet nie próbowałem. W objęciach tej obezwładniającej miłości czułem się coraz wspaniałej. W niekończących się falach mocy czułem przebywanie Jego Ducha. Czas jakby się zatrzymał. Wszystko znikło. Zacząłem wielbić Boga na przemian po angielsku i językami, aż naraz usłyszałem Jego głos mówiący te same słowa, które już kiedyś słyszałem: „Czy będziesz wątpił w moją moc, Demosie?”

Zobaczyłem nagle siebie takiego, jakim musiałem wyglądać w Jego oczach w minionych miesiącach: walczący, napięty, pracujący jak mrówka, biegający to tu, to tam, lecący do Europy, aby znaleźć poparcie wśród bardziej znanych w świecie, polegający wszędzie tylko na swoich siłach, a nie na Jego mocy.

Z bólem przypomniałem sobie modlitwę Orala Robertsa na naszym pierwszym spotkaniu, tę modlitwę, która wszystkich postawiła na nogi i popchnęła do marszu z pieśnią na ustach. „Niech ta Społeczność wzrasta tylko w Twojej mocy…”

A ja zacząłem tak działać, jakby liczyła się tylko moja własna siła, jakbym to ja miał założyć te tysiąc oddziałów, które widział Oral. Oczywiście, nie udało mi się założyć ani jednego.

– Panie Jezu, przebacz mi!

Następnie Bóg przypomniał mi to, co widziałem w Europie. Widziałem, ale nie rozumiałem. Te stalowe drzwi schronu w Hamburgu, owo „wyjęcie” odłamka z mojego oka w Grand Hotelu w Wenecji…

– Ja jestem Tym, który może otworzyć drzwi. Ja jestem Tym, który może wyjąć belkę z oślepionego oka.

– Tak, rozumiem, Panie Jezu. Dziękuję Ci za to wszystko.

– A teraz pozwolę ci coś zobaczyć.

Wraz z tymi słowami Pan podniósł mnie z kolan. Ta sama siła, która przygniatała mnie do podłogi, teraz mnie uniosła. W tej samej chwili do pokoju weszła Róża. Przeszła obok mnie, usiadła przy stojących w kącie organach Hammonda i bez słowa zaczęła grać.

Dźwięki muzyki wypełniały to małe pomieszczenie, a atmosfera zaczęła się rozjaśniać. Ku mojemu zdziwieniu sufit jakby zniknął.

Kremowy tynk, żyrandol – wszystko znikło, a zamiast tego zobaczyłem niebo, niebo jasne jak w dzień, chociaż była noc. Nie wiem jak długo wpatrywałem się w te bezkresne przestrzenie, gdy Róża grała w tym czasie na organach. Nagle przestała grać i trzymając jeszcze palce na klawiszach, zaczęła głośno modlić się językami przekazując wspaniałe przesłanie. Nagle przerwała i tym samym łagodnym tonem przemówiła po angielsku:

– Synu mój, znałem ciebie jeszcze zanim się urodziłeś. Prowadziłem cię krok po kroku. Teraz chcę ci pokazać cel twojego życia.

Przejawiły się w tym dwa dary Ducha: języki i ich tłumaczenie. Podczas tej przemowy ze mną zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Chociaż klęczałem, czułem jednocześnie, jak opuszczam moje ciało i unoszę się w górę. Wzniosłem się nad nasz pokój. Nisko pod sobą widziałem dachy Downey. Dalej góry San Bernardino, a jeszcze dalej wybrzeże Pacyfiku. Byłem już tak wysoko, że obejmowałem jednym spojrzeniem cały nasz kraj, od wschodu do zachodu.

Chociaż byłem tak wysoko, mogłem jednak widzieć na ziemi ludzi, miliony, miliony ludzi stojących ramię przy ramieniu. A potem – podobnie do kamery telewizyjnej na meczu piłki nożnej, która może przybliżać i oddalać obraz pokazując to cały stadion, to znów poszczególnych graczy, aż wreszcie tylko sznurówkę przy bucie – tak i ja w mojej wizji zobaczyłem te miliony ludzi z bliska. Widziałem najdrobniejsze szczegóły tysięcy twarzy.

Ale to, co widziałem, zatrwożyło mnie. Twarze te były bez życia, mizerne. I chociaż ci ludzie stali jeden obok drugiego tak blisko, że dotykali się ramionami, to nie mieli ze sobą żadnego kontaktu. Ich oczy tępo wpatrywały się w siną dal. Przeraziłem się: przecież oni są martwi!

Później obraz się zmieniał. Nie wiem, czy obracała się kula ziemska, czy też ja krążyłem dookoła niej. Naraz znalazłem się nad kontynentem Ameryki Południowej, potem Afryki, Europy, Azji. I znów nastąpiło to mrożące krew w żyłach zbliżenie, wszędzie było tak samo. Brązowe, czarne i białe twarze o wyglądzie żałosnym, nieustępliwe i zamknięte w swej własnej śmierci.

– Panie! – krzyknąłem. – Co się z nimi dzieje? Panie, pomóż im!

Później Róża powiedziała, że cały czas milczałem, ale w tej wizji wydawało mi się, że głośno płaczę i błagam Pana.

Nagle Róża przemówiła. Rozumując po ludzku – nie mogła widzieć tego, co ja widziałem.

– Synu mój, to, co teraz zobaczysz, stanie się wkrótce.

Ziemia znów się obracała – albo ja wokół niej – i po raz drugi zobaczyłem te same miliony ludzi. Ale co za różnica! Tym razem głowy ich uniesione były do góry. Oczy lśniły radością. Ręce wznosiły się do nieba. Ci ludzie, kiedyś od siebie odizolowani, każdy uwięziony sam w sobie, zostali naraz połączeni więzami miłości i szacunku. W Azji, Afryce, Europie – wszędzie śmierć zmieniła się w życie.

Wizja się skończyła. Czułem, że powracam na ziemię. Widziałem znów Kalifornię, Downey, nasz dom, siebie klęczącego oraz Różę przy organach. Zobaczyłem dobrze mi znane przedmioty znajdujące się wokół i odczułem ból w kolanach i karku. Powoli wstałem i zerknąłem na zegarek. Było wpół do czwartej nad ranem.

– Co się stało, Demosie? – zapytała Róża. – Czy usłyszałeś coś od Pana?

– Kochanie, nie tylko usłyszałem, ale i zobaczyłem. Opowiedziałem jej tę wizję. Róża słuchała ze łzami w oczach.

– Och, Demosie. Widzisz, On mówi, że Społeczność powinna się rozwijać nadal – podeszła i podała mi rękę. – Czy pamiętasz? To właśnie w tym pokoju, prawie osiem lat temu, klęcząc razem postawiliśmy Go na pierwszym miejscu w naszym życiu.

Szliśmy do sypialni i wtedy zobaczyłem światło w pokoju Richarda, w którym mieszkał teraz Tommy. Zapukałem i usłyszałem:

– Wejdź. Proszę wejść.

Klęczał na podłodze w swoim popielatym garniturze. Przyrzekł wspierać nas w modlitwie i właśnie to robił.

– Demosie – powiedział – opowiedz mi, co słyszałeś! Nigdy w życiu nie odczuwałem tak wyraźnie Jego mocy jak teraz, fala za falą przepływały przez ten dom.

Tej nocy wcale nie poszliśmy spać. Ledwie skończyłem opowiadać Tomowi moją wizję, a już nadeszła pora, by jechać do restauracji Cliftona.

W sali czekało już na nas dwóch mężczyzn. Jednym z nich był Miner Arganbright. Byłem zaskoczony jego obecnością. Twarz drugiego – wydawała mi się znajoma.

– Mam coś dla ciebie, Demosie – powiedział Miner. Sięgnął do kieszeni i wyjął z niej kopertę.

„Bez wątpienia to rezygnacja – pomyślałem. – Co za szkoda, szczególnie teraz, gdy czuję że…”

Ale to nie była żadna rezygnacja. To był czek. Przebiegłem szybko oczami: „Wypłacić na konto Międzynarodowej Społeczności Biznesmenów Pełnej Ewangelii…”

– Tysiąc dolarów! – wykrzyknąłem. – Przecież tydzień temu powiedziałeś, że to nie jest warte złamanego grosza!

– Tydzień temu, to było tydzień temu – powiedział Miner. – Dzisiaj obudziłem się wcześnie i usłyszałem głos. To był Boży głos: „Ta praca rozwinie się na całym świecie, a ty jako pierwszy dasz na to pieniądze”.

Wpatrywałem się w niego z niedowierzaniem, a wtedy podszedł do nas ten drugi i powiedział:

– Panie Shakarian, nazywam się Thomas Nickel. Na pewno zainteresuje pana, co mi się przydarzyło ubiegłej nocy.

Przysunąłem moją tacę bliżej niego i soląc jajka słuchałem opowiadania Thomasa o tym, jak w środku nocy przemówił do niego Bóg. Pracował do późna w swojej drukarni w Watsonville, niedaleko San Francisco. Święta Bożego Narodzenia wypadły tym razem w środku tygodnia i miał wiele zaległości. Nagle usłyszał wyraźny głos Ducha Świętego: „Wsiadaj do samochodu i jedź do Los Angeles na sobotnie spotkanie, na jakim już kiedyś byłeś”. Stało się to o dwunastej w nocy. Skojarzyłem, że była to ta godzina, gdy ja poszedłem do pokoju się modlić.

Nickel zaczął się z tym uporczywym głosem przekomarzać. Watsonville jest oddalone od Los Angeles około 650 kilometrów, więc musiałby jechać całą noc. Ale Pan ciągle powtarzał: „Bądź na tym spotkaniu”.Pozostawił zatem tylko wiadomość, że w sobotę będzie nieobecny w Chrześcijańskiej Szkole Monte Vista, gdzie był instruktorem i ruszył na południe.

– I właśnie tu jestem– zakończył Nickel – aby zaoferować panu do usług moją drukarnię.

Róża, Miner i Tommy słuchali tego uważnie.

– Pańską drukarnię? – zapytał Tommy.

– Tak, żeby wydawać pisemko – odpowiedział Nickel.

– Widzicie, Duch ciągle powtarzał: „Społeczność ta musi rozprzestrzenić się po całym świecie! Ale to się nigdy nie rozpocznie bez głosu…”

– Głos… – zawtórowała Róża. – Głos Biznesmenów…

Spotkanie to nie należało do najliczniejszych, ale było najradośniejsze ze wszystkich dotychczasowych. Zgodziliśmy się wtedy, że Thomas R. Nickel będzie redaktorem i wydawcą czasopisma „Full Gospel Business Men’s Voice” (Głos Biznesmenów Pełnej Ewangelii).

Pomyśl tylko – powiedziałem do Róży, gdy kładliśmy się spać. – Wczoraj o tej porze nasza Społeczność była już przekreślona. A dziś mamy na koncie tysiąc dolarów i czasopismo. Jestem bardzo ciekawy, co Pan jeszcze uczyni!

9. Noga na stole

Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Zaraz po Nowym Roku mieliśmy telefon z Sioux Falls, w Południowej Dakocie. Tommy Hicks dzwonił z kościoła, w którym właśnie skończył przemawiać.

– Demosie – powiedział – sądzę, że masz drugi oddział. Na wieczornym nabożeństwie opowiedziałem o Społeczności i o twoim widzeniu. Pod koniec nabożeństwa jeden z obecnych mężczyzn wstał i zapytał, czy nie można by założyć takiej grupy w Sioux Falls. Odpowiedziałem mu, że można i poprosiłem zainteresowanych, by wyszli do przodu. Wygląda na to, Demosie, że prawie wszyscy to zrobili. Masz więc tutaj, w Południowej Dakocie, drugą grupę.

Ale to był dopiero początek. Gdziekolwiek w tym roku pojawił się Tommy, wszędzie mówił o Społeczności zostawiając po sobie grupy entuzjastów. I tak do lata 1953 roku mieliśmy już dziewięć oddziałów. Na październik zaplanowaliśmy krajowy zjazd, dokładnie w dwa lata po pierwszym spotkaniu w restauracji Cliftona.

Do Clark Hotel w Los Angeles przybyło na ten jesienny weekend sześćset osób. Porównując to z dzisiejszymi zjazdami, które gromadzą do dwudziestu tysięcy uczestników, ten pierwszy był rzeczywiście skromny. Nam wydawał się jednak olbrzymi, tak jak i olbrzymia była nasza gorliwość.

Pojawił się, na przykład, problem budżetu. Mieliśmy jednego pełnoetatowego pracownika, Floyda Highfielda, który odpisywał na listy z pytaniami, kontaktował ze sobą ludzi i pomagał w organizowaniu nowych oddziałów. Nadszedł czas, by zatrudnić sekretarkę dla Floyda. Wydawaliśmy też czasopismo. Tom Nickel poświęcał swój czas i na własnych maszynach drukował pięć tysięcy egzemplarzy miesięcznie. To było dobre na początek, ale teraz trzeba było kogoś zatrudnić, żeby móc zwiększyć nakład. W związku z tym, obliczyliśmy, że w roku 1954 będziemy potrzebowali około dziesięć tysięcy dolarów.

Podczas ostatniego wieczoru jeden z mówców, Jack Coe, zaapelował o złożenie składki w najprostszy sposób, jaki kiedykolwiek słyszałem. Ten potężny mężczyzna wiedział jak szybko osiągnąć cel.

– Potrzebujemy dziesięć tysięcy dolarów – powiedział.

– Chciałbym, aby stu z was złożyło deklarację na kwotę stu dolarów.

Zaraz wokół stołu mówcy zaczęli gromadzić się ludzie. Jack prosił każdego, aby na przygotowanej kartce papieru napisał nazwisko i adres. Pod koniec spotkania zliczyliśmy nazwiska. Zobowiązanie podjęło dokładnie sto osób. W ten sposób nasze potrzeby zostały zaspokojone co do centa.

W tam samym czasie powstał problem związany z sobotnimi spotkaniami u Cliftona. Jeśli w pierwszym roku sala świeciła pustkami, teraz nie wiedzieliśmy jak pomieścić wszystkich chętnych.

Sala na piętrze przewidziana była na czterysta miejsc siedzących, a my każdego tygodnia zgromadzaliśmy się w liczbie pięciuset, sześciuset osób. Niekiedy przychodziło nawet około siedmiuset chętnych.

Stali wtedy pod ścianami i tłoczyli się na klatce schodowej. Przez sześć kolejnych tygodni straż pożarna przysyłała inspektorów, którzy grozili zamknięciem całego lokalu.

Postanowiliśmy zorganizować spotkanie kierownictwa celem omówienia sprawy, chociaż obawialiśmy się, czy znajdziemy wśród nas ludzi, którzy będą zdolni zapanować nad sytuacją.

Może wynająć większą salę, jak na przykład salę balową w Clark Hotel? A może zachęcić ludzi przychodzących do Cliftona, by pomyśleli o zorganizowaniu własnych oddziałów, bliżej swych miejsc zamieszkania? Long Beach, Glendale, Pasadena. Dlaczego te miejscowości nie mogłyby mieć własnych „Cliftonów”, ognisk mocy, skąd mogłoby ogarniać ludzi życie w Duchu?

Nie chcę wielkiej scentralizowanej organizacji –wydawał się przemawiać do mnie Duch Święty.

– Oczywiście, od czasu do czasu schodźcie się razem, aby się inspirować, nawzajem pokrzepiać, aby rozpalić tak duży ogień, by wielu mogło go zobaczyć.

– Ale w codziennej pracy chcę, byście zgromadzali się w swoich miejscowościach i byli wrażliwi na Mój głos. Nie chcę jednostajności. Nigdy nie przychodzę do dwóch osób czy dwóch miejsc w taki sam sposób. Pozwólcie mi działać według moich nieograniczonych możliwości.

Tak więc sobotnie spotkania u Cliftona rozbiły się na cztery, pięć, a później aż na dziesięć grup. Niektóre grupy spotykały się co tydzień, inne co dwa tygodnie, jeszcze inne – co miesiąc. Niektóre w dalszym ciągu spotykały się w sobotnie poranki, a inni wybierali wieczory poszczególnych dni tygodnia. Gdy dana grupa rozrastała się do trzystu czy czterystu osób, rozbijano ją na mniejsze podgrupy. Sprawiło to, że dzisiaj w Los Angeles są 42 oddziały, a każdy ma własną specyfikę. Niektóre oddziały są bardziej spontaniczne, inne bardziej powściągliwe, niektóre kładą nacisk na nauczanie, inne na uzdrowienia, ewangelizację czy pracę wśród młodzieży.

Ale nie zaistniałaby żadna z tych grup, gdyby nie te beznadziejne zmagania w pierwszym roku. I tak już pozostało: gdziekolwiek powstawała nowa grupa Społeczności, zawsze pierwszy rok był najtrudniejszy.

Na przykład – Minneapolis. W 1955 roku właściciel pewnej restauracji zaprosił trzynaście osób z naszej Społeczności na bankiet inaugurujący działalność pierwszego oddziału w stanie Minnesota. Wielu z nas przyjechało pokonując śnieżycę. Ja wraz z C.C. Fordem, właścicielem firmy budowlanej z Denver, leciałem jego czteroosobową awionetką Cessna. Cieszyłem się, że nikt z naszego zboru nie mógł widzieć, jak ten mały, jednosilnikowy samolot rzucany był podmuchami wiatru.

Na lotnisku w Minneapolis czekał na nas Clayton Sonmore. Dodał nam otuchy słowami:

– My, tutaj w Minneapolis, jesteśmy przyzwyczajeni do śniegu. Oczekujemy dziś wieczorem przybycia dwustu pięćdziesięciu biznesmenów.

W jego restauracji zrozumieliśmy, dlaczego był tak bardzo poruszony tym spotkaniem. Pieczone kurczaki, chleb domowego wypieku, świeże ananasy… Kelnerzy już wnosili te apetyczne potrawy. Pomimo złej pogody nasza trzynastka dojechała szczęśliwie. Staliśmy w kole i dzieliliśmy się przeżyciami z podróży, podczas gdy Sonmore witał przybywających gości.

Godzina dziewiętnasta. Czas na rozpoczęcie bankietu. W tej ogromnej sali zebrało się dwadzieścia osiem osób, to znaczy, że dojechało piętnaście osób oprócz nas. Minęło pół godziny. Dwudziestu ośmiu zgłodniałych ludzi zerka na obficie zastawione stoły.

– Pogoda wstrzymuje ludzi – mruknął ktoś. Ale zza okna ciągle słyszeliśmy szum wielkomiejskiego ruchu na odśnieżanych ulicach.

O dwudziestej zasiedliśmy do kolacji. Było nas mniej niż stolików w sali. Sonmore miał smutną twarz. Rozumiałem go dobrze. Ale wiedziałem też coś jeszcze: jest tutaj pewna zasada, Boża zasada. Zwróciłem się do zniechęconego właściciela restauracji i opowiedziałem mu o naszych doświadczeniach w Los Angeles. Jakże często na darmo przygotowywaliśmy więcej śniadań, niż on teraz kolacji.

– Ale Bóg nie potrzebuje tłumów, by wykonać swoje dzieło. On potrzebuje kilku osób w każdym miejscu. Nie patrz na te 236 pustych miejsc – powiedziałem mu. – Popatrz na tych czternastu, którzy przyszli. Z tymi ludźmi Bóg może przewrócić do góry nogami całe miasto.

To spotkanie było rzeczywiście wspaniałe. Głównym mówcą wieczoru był Henry Krause, fabrykant z Hutchinson, w stanie Kansas i przewodniczący zarządu dyrektorów (The Fellowship’s Board of Directors). Stanął przed prawie pustą salą i przemawiał z takim zacięciem, jak gdyby była pełna. Nie mówił żadnego kazania. Podobnie jak to robią wszyscy z nas, opowiadał pewne wydarzenie ze swego życia. Swego czasu, podczas orki traktorem modlił się – co było jego zwyczajem w tych warunkach – i Bóg w wizji objawił mu nowy typ pługa. [Chodzi o pług tarczowy. Dzięki nowatorskiemu rozwiązaniu można było dziennie zaorać 40,5 ha. (przyp. red.)]

Nie należał do ludzi uzdolnionych technicznie, ale w wizji mógł dostrzec najmniejsze szczegóły tego urządzenia. Po powrocie do domu zasiadł przy stole i dokładnie narysował ten obraz. Im więcej rozmyślał o tym pługu, tym bardziej był przekonany, że będzie mógł nim zaorać trzy razy więcej roli w tym samym czasie i to jednym traktorem.

Po sporządzeniu rysunku obszedł znanych mu mechaników. Opinia fachowców była zgodna: to nie może działać. Henry nie znał się na technice i nigdy nic takiego nie robił, ale wierzył, że projekt ten pochodzi od Boga, który jest przecież najlepszym ekspertem, a też mistrzowskim wykonawcą.

Tak więc sam podjął się skonstruowania pługa. Montował pozbierane na złomowisku elementy. Zabrało mu to wiele miesięcy, aż wreszcie w zaimprowizowanej kuźni udało mu się skonstruować pług taki, jaki wcześniej widział w swej wyobraźni. Przymocował go do traktora i wyjechał w pole. I pług zadziałał!

[Chodziło o zamontowanie na jednej osi kilku tarcz i takie zaklinowanie łożysk, żeby tarcze były prosto i obracały się wszystkie jednocześnie, a nie niezależnie od siebie. (przyp. red.)]

Dziś jego pługi używane są na całym świecie, a on sam stał się największym producentem maszyn rolniczych w kraju – człowiek, który połowę swego czasu i całe serce poświęcił Bożej służbie.

Sala jakby naładowała się elektrycznością. Podczas przemowy Henry’ego można było wyraźnie odczuć, jak na zebranych zstępuje Duch Święty. Trzech mężczyzn z Minneapolis otrzymało chrzest w Duchu Świętym. Nikt nie kładł na nich rąk i nawet nie wypowiedział słowa modlitwy. Stanęliśmy wszyscy wokół nich i cieszyliśmy się razem z nimi. Nagle do sali wpadł kelner, wołając:

– Panie Sonmore! Czy mógłby pan zejść na dół? W piwnicy, jeden z palaczy w kotłowni dostał jakiegoś ataku. Kelner nie miał pojęcia czy był to atak serca, czy padaczka. Kilku z nas także zbiegło na dół. Grupa ludzi trzymała biedaka siedzącego na krześle przy kotłowni.

Nagle zacząłem się śmiać. To wcale nie był człowiek chory. Po prostu – jak to nazywali starsi z ormiańskiego zboru – znalazł się pod działaniem Ducha.

– Bracie! – powiedziałem. – Chwała Panu! Dziękuj mu za to, że On ciebie szukał i dziś wieczorem znalazł!

Palacz otworzył oczy. Wyglądał na niezmiernie wystraszonego i nie było w tym nic dziwnego. To musiało być ogromne przeżycie – tak, bez żadnego przygotowania odczuć Bożą moc. Nie wiedział nawet, że w restauracji na piętrze odbywa się jakieś spotkanie.

Wszedł z nami na górę do sali. Nigdy chyba nie widziałem tak głęboko nawróconego człowieka. Najpierw wyznawał wiele swoich grzechów, a później z entuzjazmem, na jaki tylko go było stać, wielbił Boga.

Epizod ten był jakby Bożym orzeczeniem, co do wartości tego spotkania, które z ludzkiego punktu widzenia, całkowicie się nie udało. To tak, jakby Bóg chciał nam powiedzieć: – Nie martwcie się o liczby. Ja znajdę ludzi, jakich chcę, niezależnie od tego, gdzie oni się znajdują i przyprowadzę ich do was. Wy wykonujcie wiernie to, co należy do was, a Mnie pozostawcie resztę.

Tak też postąpił tam w Minneapolis. Przez sześć następnych miesięcy ta mała grupka wraz z palaczem z kotłowni spotykała się regularnie, nie widząc żadnych rezultatów. Aż naraz ludzie zaczęli przychodzić. Dwieście osób, pięćset, tysiąc… I znów powtórzyła się sytuacja z Los Angeles.

Minneapolis tak bardzo ożyło, że po półtora roku, pewnego śnieżnego wieczoru, zebraliśmy się tam na zjazd ogólnokrajowy. Jesienią roku 1956, po raz pierwszy dostrzegliśmy, jak zaczęły pękać międzywyznaniowe bariery – między zielonoświątkowcami a chrześcijanami innego pokroju. Już od kilku lat ludzie w różnych Kościołach doznawali pełni Ducha. Mieli później dwie możliwości: pozostać w swoim Kościele i nic nie mówić o tym nowym wymiarze życia lub odejść do jakiejś grupy zielonoświątkowej. Ale czy Kościoły historyczne chciały przyjąć powiew Ducha i z niego korzystać?

Zobaczyliśmy ich w pierwszym dniu pewnego naszego zjazdu. Siedzieli z tyłu sali Hotelu Leamington, jakby w każdej chwili gotowi do ucieczki – pięciu duchownych luterańskich. Widocznie to, co słyszeli, nie wystraszyło ich, bo następnego wieczora przyszli znowu, siadając już trochę bliżej. A trzeciego dnia, w środę, podczas śniadania, powiedzieli nam, że są gotowi wziąć „cokolwiek Chrystus dla nich ma”.

Kilku z nas podeszło do ich stolika i modliliśmy się, by Jezus napełnił ich swoim Duchem. Potem podziękowali nam uprzejmie i odeszli. Wszystko odbyło się bardzo cicho, spokojnie i po lutersku. Nawet nie wiedzielibyśmy, czy nasze modlitwy zostały wysłuchane, gdyby nie to, co wydarzyło się potem.

Jeden z duchownych przeżył chrzest w Duchu Świętym podczas jazdy samochodem do domu. Inny znów, gdy golił się następnego ranka. Trzeci zapamiętał sobie, co mówił jeden z mówców na zjeździe, że dary Boże otrzymujemy nie wtedy, gdy uporczywie o nie zabiegamy, lecz gdy jesteśmy najbardziej zrelaksowani. „Jak ja najlepiej odpoczywam?” – zapytał sam siebie. Kilka chwil później stał pod prysznicem i naraz zaczął wielbić Boga niebiańskim językiem.

W taki sposób rozpoczęły się wielkie przemiany, które ogarnęły wiele luterańskich parafii w całej Ameryce. Nie było to odrzucenie ich tradycji, ale wręcz coś przeciwnego: wyposażenie luterańskich duchownych i wiernych w moc, która umożliwiała im realizowanie ich wyznania wiary.

Duch Święty powiał też na wiele innych Kościołów: widzieliśmy prezbiterian, baptystów, metodystów, rzymskokatolików i prawosławnych napełnionych Jego mocą. Zaczynało się zawsze od tego, że grupka uprzedzonych do nas członków jakiegoś Kościoła, przychodziła z ciekawości na nasze spotkania. A później Duch wiał przez ich zgromadzenia i Kościoły.

Wydarzyło się to w poniedziałek wieczorem, w marcu 1967 roku, w domu przewodniczącego naszej Społeczności w South Bend. Wtedy to siedmiu studentów z Notre Dame po raz pierwszy mówiło innymi językami. Znaleźli oni tak wielką radość tam, w suterenie domu Ray’a Bullarda, że dziś Ray przez wielu uważany jest za „ojca chrzestnego” ogólnoświatowego ruchu charyzmatycznego katolików, mającego swój początek na Uniwersytecie Notre Dame.

I tym razem kluczem był mały miejscowy oddział, spotykający się regularnie, przeżywający czasami zniechęcenie, modlący się wciąż o South Bend. Czekał on – jak kiedyś święty Grzegorz – na Boży, doskonały czas.

Nikt z ludzi nie widzi w całości Bożego planu, czasami dostrzega się tylko tu i tam jego fragmenty. W październiku 1974 roku ja także zobaczyłem taki skrawek, gdy zaproszono mnie do Watykanu, aby podziękować nam za to, co nasza Społeczność zdziałała wśród milionów rzymskokatolickich osób świeckich.

Milionów? Zupełnie oszołomiony szedłem między rzędami kolorowo odzianych szwajcarskich gwardzistów. Milionów…?

– Nie martw się o liczby – takie były Boże słowa od samego początku. – Gdy tylko do głosu dojdzie Duch Święty, liczby będą większe, niż ktoś mógłby sobie wyobrazić.

Ale co, gdy Duch Święty nie działa?…

W roku 1957, wraz z C.C. Fordem, mieliśmy dwa tygodnie na odwiedziny kilkunastu oddziałów na Południu. Byliśmy pod głębokim wrażeniem grupy w Houston w Teksasie. W sobotni ranek przybyło na śniadanie ponad sześćset osób.

– Nie wiem, co się stało – powiedział do nas z niezadowoleniem jeden z uczestników spotkania – powinniśmy mieć tysiące, a nie setki ludzi.

– Ale przecież rozpoczęliście działalność dopiero kilka miesięcy temu – odpowiedziałem. – Na wszystko trzeba czasu…

– Nie w Teksasie! Tutaj robimy rzeczy wielkie i szybko – wpadł mi w słowo ten szczupły, wysoki handlowiec, właściciel wielkich nieruchomości, którego kariera potwierdzała tę prawdę. – Wynajmijmy halę widowiskową! Wypożyczmy samochody z głośnikami do reklamowania! Wciągnijmy w to stacje radiowe! Postawmy na nogi całe miasto!

Andy SoRelle, przewodniczący oddziału, powątpiewająco pokręcił głową, na co tamten nie zwrócił nawet uwagi, kontynuując:

Wynajmijmy City Auditorium! Jest tam sześć tysięcy sześćset miejsc! Gdy tylko ludzie usłyszą, że Demos Shakarian jest w naszym mieście, sala będzie zatłoczona. Spojrzałem na niego ze zgrozą.

– Ja? Któż chciałby mnie słuchać? Nie jestem przecież żadnym mówcą! A poza tym, muszę wracać, aby zakupić siano!

Ale on nie chciał nawet słuchać żadnych argumentów. Mieliśmy jeszcze podróżować z C.C. Fordem po Luizjanie i Missisipi, odwiedzając tam poszczególne oddziały.

– W drodze powrotnej jedźcie przez Houston – nalegał. – Tydzień, to jak na Teksas dość czasu, aby wszystko zorganizować.

Ponieważ miłość tych ludzi do Boga była także na miarę Teksasu, dałem się przekonać. Ale jednak niezupełnie. Przez następne dziesięć dni ciągle musiałem uciszać myśl, że to gigantyczne spotkanie w Houston jest rzeczą niewłaściwą. Jeśli nauczyłem się czegoś w czasie sześciu lat istnienia Społeczności, to właśnie tego, że w tej mistycznej rzeczywistości zwanej Ciałem Chrystusowym, każdy członek pełni wyznaczoną mu funkcję. Jedni są urodzonymi organizatorami, inni natchnionymi przez Boga mówcami, jeszcze inni duszpasterzami. Jeśli więc ktoś zabiera się do dzieła, które nie należy do niego, to nie wykonuje tej pracy we właściwy sposób, a poza tym, blokuje przepływ Bożej mocy do tej osoby, która tę właśnie pracę ma wykonać.

Jeśli chodzi o moje zadanie, to od chwili, gdy zabrzmiały trąby nad hollywoodzkimi wzgórzami, nie miałem najmniejszej wątpliwości, że mam być pomocnikiem. Dzięki mojemu darowi mogłem przygotować miejsce, czas i drogę dla innych, aby mogli jaśnieć. To nie był dar ani mniejszy, ani większy od tych, które mają inni. To był po prostu mój dar.

Ale ja, stojący w świetle reflektorów przed tak licznym audytorium? Całe spotkanie skupione na mnie? To musiało być złe, niewłaściwe. I kiedy zmagałem się z przygotowywaniem przemówienia, coraz bardziej byłem przekonany, że tak właśnie jest.

– Co to dla ciebie za problem? – powiedział C.C. Ford, gdy kartka po kartce wyrzucałem do kosza moje notatki. – Przecież przemawiałeś już setki razy!

Ale to nie była prawda. Nigdy nie wygłaszałem przemówień. Po prostu wstawałem i mówiłem. Jak długo robiłem to, do czego byłem powołany, przedstawiając innych ludzi lub wskazując innym ludziom ich własne możliwości – zawsze umiałem znaleźć słowa. Ale na samą myśl, że tysiące oczu skieruje się na mnie, oczekując jakiegoś przewodnictwa – ogarniała mnie trwoga.

Nadszedł czas powrotu do Houston, a ja byłem prawie na skraju paniki. Andy i Maxine SoRelle zaprosili nas już wcześniej do siebie na kolację, ale byłem tak zestresowany, że nie mogłem jeść. Mimo ryzyka narażenia się ich kucharce Lottie Jefferson, ledwie spróbowałem tego, co przede mną postawiono.

Przed dziewiętnastą wsiedliśmy do samochodów, aby dostać się do City Audytorium. Lottie Jefferson, Andy (Maxine nie mogła z nami pojechać), C.C. Ford, ja i jeszcze trzech innych gości, którzy byli z nami na kolacji. Już z daleka można było dostrzec świetlną łunę, jakby odblask ognia sądu ostatecznego. Odziana w uniformy obsługa parkingu podbiegła, by otworzyć drzwi naszych samochodów. Na wielkim parkingu przed halą stało dokładnie, nie licząc naszych, pięć samochodów.

Spojrzeliśmy na zegarki: 19:15. Spotkanie miało się rozpocząć o 19:30. Bocznymi drzwiami weszliśmy do olbrzymiej, niesamowicie jasnej i cichej hali. Nie było nikogo z wyjątkiem strażnika wykonującego jakieś czynności daleko w głębi sali, za ostatnimi rzędami.

– Salę przygotowałem tak, jak sobie życzyliście! – krzyknął do nas.

Środkowym przejściem zeszliśmy w dół, a odgłosy naszych kroków rozlegały się w tej przeogromnej sali głośnym echem. Najwidoczniej tych pięć samochodów należało do obsługi obiektu.

Na scenie stał rząd krzeseł, ale nikt z nas nie chciał tam usiąść. Zajęliśmy siedem krzeseł w pierwszym rzędzie, a nie była to nawet połowa rzędu. Znów spojrzałem na zegarek: 19:25.

Zaczęła mnie napełniać ogromna, wręcz ekstatyczna nadzieja, że może rzeczywiście nikt tu nie przyjdzie! Zupełnie nikt! Może to Bóg wkroczył, aby ustrzec mnie przed moim własnym nieposłuszeństwem?

– Jestem pewny, że gazety podały właściwą datę – powtarzał zarządzający tą salą.

O 19:30 on także zaczął się modlić, aby nikt nie przyszedł. Bo jak wytłumaczyć to „gigantyczne spotkanie”, na którym nikt się nie pojawił?

O godzinie 20:00 było już jasne, że Bóg uczynił to, co po ludzku biorąc, było niemożliwe. W mieście, gdzie na śniadanie wcześnie rano w sobotę mogło przybyć sześćset osób, Bóg uczynił niewidzialnym spotkanie, któremu brakowało Jego błogosławieństwa. Jako pierwszy powiedział to na głos ten bogaty właściciel nieruchomości z sercem tak dużym jak Teksas, chwaląc za to Boga.

– Ale co mamy teraz robić? – zapytał Andy – Wynajęliśmy tak ogromną halę. Może zrobimy jednak nabożeństwo, choćby dla nas siedmiorga?

– Ty coś przygotowałeś, Demosie – powiedział C.C. Ford.

Ale żadna siła nie była w stanie wyciągnąć z mojej kieszeni pokreślonych notatek.

– Dobrze, a więc ja przemówię! – odezwała się Lottie Jefferson. – Zawsze pragnęłam przemówić kiedyś w tak pięknym miejscu jak to!

Wstała z fotela, wyszła na podium i zaczęła mówić. Była to malutka osóbka, ważąca nie więcej niż 45 kilogramów, ale gdy zaczęła mówić o Jezusie, jej głos wypełnił całą tę widownię na 6600 miejsc. Przez 35 minut mówiła tak, jakby wszystkie miejsca w tej sali było zajęte. A każde jej słowo tak było pełne Bożej miłości i prawdy, że czułem, jak opuszcza mnie całe napięcie ubiegłego tygodnia.

Jednej tylko rzeczy nie mogłem zrozumieć: w zakończeniu przemówienia wezwała do oddania się Jezusowi. Przecież my wszyscy, każdy z sześciorga obecnych tu słuchaczy, już dawno powierzył siebie Jezusowi. Kogo więc ona teraz wzywa?

A jednak było to cudowne przemówienie, jedno z tych, których nigdy nie zapomnę. Usłyszałem kroki. Pustym przejściem schodził w dół strażnik. Ze łzami płynącymi po policzkach, uklęknął przed podium, aby powierzyć swe życie Jezusowi. Lottie Jefferson z wprawą ewangelisty, który każdego dnia przyjmuje setki ludzi do Królestwa, położyła ręce na jego głowie i zaczęła się z nim modlić.

Kto wie? Może to nie była żadna pomyłka? Być może City Auditorium było mimo wszystko Bożym miejscem dla nas na ten wieczór, a ten mężczyzna był właśnie tym, którego szukał Bóg? Musiałem tylko przypomnieć sobie raz jeszcze – nie wiem, czy inni też tak często potrzebują to sobie przypominać – że tylko Duch Święty może przyprowadzić ludzi do Chrystusa.

A do wykonania tego dzieła Jezus używa tylko darów Ducha. Nie dał mi On daru ewangelizowania. Oczywiście, mam być Jego świadkiem, tak jak ma być nim każdy chrześcijanin. Ale miejscem, gdzie ja mógłbym mówić o Jezusie, jest chyba bardziej farma niż podium mówcy. W widzeniu, jakie Bóg dał mi na początku, chodziło o to, by:

– sprzedawca samochodów, jak na przykład Linwood Safford z Waszyngtonu, mówił o Bogu swoim pracownikom;

– adwokat, jak Kermit Bradford z Atlanty, w stanie Georgia, czynił to samo wśród prawników;

– a mleczarz, taki jak ja – wśród hodowców bydła.

To przychodziło naturalnie, rozpoczynało się od wspólnych zainteresowań, wspólnych problemów…

Na przykład, każdego farmera-mleczarza interesowało rozmnażanie się bydła. Jest to dla nas najciekawszy temat na świecie: poszukiwanie tej rzadkiej, doskonałej sztuki, która skutecznie mogłaby przekazać swe najlepsze cechy następnemu pokoleniu. Co miesiąc ślęczałem nad kolejnym numerem pisma wydawanego przez stowarzyszenie Holstein-Frisian. Za każdym razem wielkie wrażenie robiła na mnie doskonałość linii Burke, z farmy hodowlanej Pabst, w stanie Wisconsin.

Pamiętam, jak po raz pierwszy przechadzałem się wśród niekończących się ciągów obór dla cieląt, szukając byczka, który mógłby wprowadzić do naszego stada tę linię. Pierwszy byk, który mnie zainteresował, kosztował 25 tysięcy dolarów, kilkakrotnie więcej niż mógłbym za niego dać. Między tymi dwu i trzymiesięcznymi zwierzętami były takie, których cena dochodziła do 50 tysięcy dolarów, chociaż były i takie po tysiąc dolarów za sztukę.

I nagle go zobaczyłem. W ogrodzeniu przy południowej ścianie obory stał krzepki, mały byczek, odróżniający się od reszty tak, jakby tylko na niego padało światło. Było to takie samo zjawisko, które nie przestawało mnie zadziwiać na spotkaniach naszej Społeczności, kiedy to w sali zapełnionej czterystoma osobami, nagle wiedziałem, kogo mam poprosić do podzielenia się świadectwem. Teraz w ten sam sposób ten 90-kilogramowy byczek wyróżnił się wśród innych.

Podszedłem do jego stanowiska. Nazwano go Pabst Leader – cena pięć tysięcy dolarów. Przeczytałem dotyczący go opis, który bardzo mi się spodobał: jego matka zaklasyfikowana była do grupy E (najwyższa mleczność), jego przodek spłodził ponad pięćdziesiąt córek o grupie E. Ale było to tylko potwierdzenie tego, o czym wiedziałem natychmiast, gdy go zobaczyłem.

– Biorę Pabsta Leadera – powiedziałem do kierownika farmy.

Pan Sylwester spojrzał na mnie zaciekawiony. Nikt z hodowców nie decyduje się tak szybko, robi to dopiero po długich, wyczerpujących konsultacjach ze swymi doradcami.

Czy jest pan pewny? – zapytał. – Chciałbym panu pokazać jeszcze kilka innych w następnej oborze, a pan Pabst sądzi, że mogłyby zainteresować pana…

– Jestem zdecydowany, panie Sylwester – przerwałem mu.

Zwierzę zostało zamknięte w skrzyni i przetransportowane do nas za dodatkową opłatą 350 dolarów, co w sumie dało 5350 dolarów.

Zazwyczaj pierwsze dziesięć córek byka daje wystarczający obraz tego, co on potrafi. Każda sztuka pochodząca od Leadera odziedziczyła najlepsze cechy przekazane przez ojca: wygląd, odporność na choroby, wysoką mleczność. Nawet te nasze najchudsze krowy nie przekazywały swemu potomstwu żadnych swoich niedoskonałości, lecz wszystkie jego zalety. Przez ponad 15 lat, kiedy on był reproduktorem, nasze krowy wydały na świat 5000 cieliczek, z których każda bezbłędnie powielała walory swego ojca. Pabst Leader był zwierzęciem jednym z miliona, zdolnym za każdym razem przekazać swe najlepsze cechy.

Tymczasem Pan Sylwester powiedział mi z żalem, że w tym samym sezonie sprzedał za 50 tysięcy dolarów byczka, który nie spełnił pokładanych w nim nadziei.

– Nie był wart nawet pięciu tysięcy dolarów, ale ten mały, którego pan wybrał, wart był dwukrotnie wyższej ceny niż 50 tysięcy dolarów.

To nie był jedyny tego rodzaju przypadek. Każdy buhaj kupiony przeze mnie z farmy Pabsta okazywał się być bardzo dobrym nabytkiem. Nie mogłem w końcu nie opowiedzieć o Bożym działaniu w tym względzie.

Pamiętam dzień, kiedy pan Sylwester nachylając się do mnie nad stolikiem w stołówce swej farmy, bardzo poważnie i uroczyście powiedział:

– Panie Shakarian, pan zawsze wybiera te sztuki, o które chodzi panu najbardziej. Ma pan doradcę, tak? Kogoś, kto zawsze przed pańską wizytą przyjeżdża tu i potem poleca zwierzęta?

– Tak, panie Sylwester, w zasadzie tak, mam.

Spojrzał na mnie triumfująco:

– Tak też przypuszczałem! Kto to jest? Nie będziemy podnosić dla pana ceny tylko dlatego, że to on ogląda te sztuki.

– To znaczy, że naprawdę nie wie pan, kim jest mój doradca?

– Nie, no skąd! Mamy tutaj zawsze mnóstwo klientów. Pański człowiek to na pewno stary spec?

– Zapewniam, że On wie znacznie więcej o zwierzętach niż wszyscy w tej sali razem wzięci!

– To jakiś stary fachowiec, co?

– Zajmuje się tym znacznie dłużej niż ktokolwiek z nas.

– To chyba jakiś specjalista od rasy Holstein?

– Och, oczywiście.

Rzecz jasna ciągnąłem w ten sposób tak długo, jak się tylko dało. W chwili, kiedy podałem imię polecanego przeze mnie „specjalisty”, zainteresowanie mojego audytorium osiągnęło apogeum.

– Pan Jezus stworzył te zwierzęta – powiedziałem im.

– My wszyscy widzimy tylko ich rodowody, On natomiast widzi wnętrze zwierzęcia, tak samo zresztą jak wnętrze człowieka.

To był najlepszy sposób dotarcia do serc i umysłów tych ludzi. Możliwość pokazania ludziom żywego Boga w znanym im świecie, to jest to, o co zawsze chodziło naszej Społeczności.

W znanym ludziom świecie… Pamiętam okres, kiedy nasz oddział w Lancaster, w Pensylwanii, miał trudności w zdobyciu tamtejszych konserwatywnych farmerów. Głównym ich zarzutem było to, że Społeczność przyszła z zewnątrz, a ich potrzeby i problemy miały się różnić od naszych.

Gdy więc kiedyś znaleźliśmy się z Różą w Lancaster, tamtejszy oddział Społeczności zaprosił kilkudziesięciu farmerów na kolację i wtedy ja, jako jeden z nich, wstałem i próbowałem ich zachęcić, aby się włączyli w to dzieło wzajemnego dawania i brania.

Kamienna cisza.

– Społeczność to więzy serc. Ile do niej sami wniesiecie, tyle z niej weźmiecie.

W miarę wyczerpywania się argumentów, wzmagała się moja gestykulacja.

– Społeczność zależy od naszego własnego udziału w niej! – mówiłem wymachując rękami, przez co trąciłem stojący na środku stołu dzbanek z mlekiem, które obfitą strugą polało się na moje najlepsze ubranie i buty.

Byłem zbyt skonsternowany, by pomyśleć, co robię. Postawiłem nogę na stole i zacząłem wycierać but białym obrusem.

Róży z wrażenia zaparło dech.

– Demosie! Co robisz?

Spojrzawszy na stół, oprzytomniałem. Pospiesznie opuściłem nogę. Poczułem rumieniec na twarzy i miałem tylko jedno pragnienie – skryć się wraz z tą nogą pod stołem.

– Przepraszam, poczułem się jak w oborze – usprawiedliwiałem się. – Na pewno i wam się zdarza, że podczas dojenia krowa kopnie wiadro i całe mleko wyleje się prosto na was.

Gdzieś z dalszych stołów doszedł do mych uszu chichot, który szybko przerodził się w olbrzymi wybuch śmiechu. Przez kilka minut sala nie mogła się uspokoić, a atmosfera spotkania całkowicie się zmieniła. Siwi farmerzy w podeszłym wieku zaczęli wstawać jeden po drugim i opowiadać, jak Bóg przeprowadzał ich przez wiele trudności i niebezpieczeństw. Pod koniec spotkania do naszego oddziału w Lancaster dołączyło wielu nowych członków.

– Czy wiesz, co zmieniło nasze nastawienie do ciebie? – zapytał mnie ktoś później. – Twoja noga na stole. Wtedy dopiero upewniliśmy się, że naprawdę jesteś farmerem, takim jak my…

10. Świat zaczyna się zmieniać

W roku 1956 powstał pierwszy oddział w Toronto i od tego czasu słowo „międzynarodowa” miało już jakiś większy sens. Jednakże Kanada i USA to przecież tylko mała część globu, a ja wciąż myślałem o całym świecie, zgodnie z tym, co widziałem w roku 1952: miliony ożywionych miłością ludzi z podniesionymi głowami oczekujących na przyjście Pana. Lata pięćdziesiąte dobiegały już końca, a tu nadal nie było widać, by się tak działo. A kiedy pojawiła się szansa – omal jej nie zaprzepaściłem.

Zaproszenie nadeszło w grudniu 1959 roku. Jedynie ze współczucia nasza Społeczność posłała kiedyś pomoc dla ofiar głodu w Republice Haiti, a teraz otrzymaliśmy zaproszenie od prezydenta Francois Duvaliera, aby przeprowadzić trzytygodniową ewangelizację w tym kraju.

– Z tego, co wiem o Duvalierze – powiedziałem na sobotnim spotkaniu u Cliftona – wynika, że jest on jednym z najsroższych dyktatorów na świecie.

Tortury, tajna policja – każdy z obecnych słyszał różne historie o Papa Docu.

– Przyjęcie zaproszenia od jego rządu mogłoby sprawić wrażenie, że się z tym wszystkim zgadzamy.

Róża jako pierwsza poddała w wątpliwość moje rozumowanie. – Czy w wizji, jaką miałeś, Demosie, brakowało jakiegoś skrawka ziemi ze względu na rodzaj rządu sprawującego tam władzę?

– Hm… Nie! Każdy kontynent, każda wyspa pełna była ludzi, stali ramię przy ramieniu, bez życia i bez nadziei – za pierwszym razem, a pełni życia, gdy widziałem ich po raz drugi. Polityczne różnice nie miały żadnego znaczenia.

Sądzę więc, że i teraz nie powinniśmy ich brać pod uwagę. Im trudniejsza jest sytuacja polityczna, tym bardziej ludzie muszą liczyć na Boga.

Oczywiście, Róża miała rację. I tak w lutym 1960 roku 25 osób ze Społeczności wsiadło do samolotu lecącego na Haiti. Nie przypuszczaliśmy, że ten pierwszy lot stworzył pewien wzór dla następnych piętnastu lat naszej działalności. Wiedzieliśmy tylko tyle, że każdy z nas zdobył się na opłacenie podróży i zorganizowanie sobie tej zimy urlopu, choć nasze żony liczyły na piękne wakacje w lecie, i lecieliśmy, pozostawiwszy swoje oddziały, które wspierały nas modlitwą.

Ledwo nasz samolot zatrzymał się przy hali przylotów lotniska w Port au Prince, a zaraz otworzyły się drzwi i weszła grupa wojskowych obwieszonych mnóstwem medali.

– Czy jest tutaj doktor Shakarian? – zapytał jeden z nich, który później okazał się naszym tłumaczem.

– Tak. To ja jestem Demos Shakarian – odpowiedziałem – ale jestem farmerem, a nie…

– Serdecznie witamy na Haiti, doktorze Shakarian. Pańskie bagaże zostaną przewiezione do hotelu. Proszę pójść z nami.

Na oczach pozostałych pasażerów opuściliśmy samolot i szliśmy między dwoma rzędami obserwującej nas uważnie kompanii honorowej. Czekał już na nas rząd długich czarnych limuzyn. Nawet nie zobaczyliśmy urzędu celnego, dla którego wypełniliśmy w samolocie mnóstwo formularzy. Pod eskortą jadących na sygnale motocykli dotarliśmy do Hotelu Riviera. Oczekiwał nas tam senator Arthur Bonhomme, lider większości w senacie.

– Wszystko jest przygotowane na wasze nabożeństwa – powiedział doskonałą angielszczyzną.

Dowiedział się, że jestem farmerem mającym do czynienia z bydłem mlecznym, więc zaproponował przejażdżkę na lokalny targ zwierząt. Byłem zafascynowany ludźmi, których mijaliśmy po drodze: niektórzy prowadzili krowę czy kozę, jakaś kobieta uginała się pod koszem ananasów, inna melonów czy nawet kurcząt i wszystko to niosły na głowie. Dotarliśmy na miejsce. Zdziwiłem się ujrzawszy, że wszystkie zwierzęta zabijane były i sprzedawane na tym placu, gdzie roiło się od much.

– To ta susza – wyjaśnił mi senator Bonhomme. Najgorsza, jakie dotąd widziałem. Musimy to wszystko zabijać, bo nie ma dla zwierząt trawy.

Wszyscy, to znaczy dwudziestu pięciu mężczyzn ze Społeczności, przybyliśmy na stadion Sylvio Cato w Port au Prince o godzinie 19:30. Stadion na 23 tysiące osób wypełniony był prawie do ostatniego miejsca. Na środku boiska stało zmontowane dla nas z desek podium o wymiarach osiemnaście na sześć metrów. Czułbym się o wiele lepiej, gdyby nie było na podium tych wszystkich wojskowych, ale senator Bonhomme zapewniał nas, że obecność generałów i osobistości rządowych nadaje większą rangę temu zgromadzeniu w oczach zebranych.

Próbowaliśmy rozpocząć śpiewem, ale szybko zorientowaliśmy się, że nie mamy wspólnych pieśni. Odczuliśmy, że trzeba zastosować naszą starą metodę wypracowaną na spotkaniach Społeczności i kolejno zaczęliśmy opowiadać zdarzenia ze swego życia. I tym razem sposób ten okazał się niezawodny. Nie istniały żadne różnice teologiczne, polityczne czy rasowe, gdy przez tłumacza mówiliśmy do tych tłumów o naszych przeżyciach znanych wszystkim ludziom: nieporozumieniach między przyjaciółmi, chorobach w rodzinie czy zmaganiach o przetrwanie.

Następnego wieczoru wszystkie siedzące miejsca na stadionie były zajęte, a tysiące chętnych ulokowały się na trawie boiska. Podczas trzeciego spotkania senator Bonhomme oszacował tłum na około 35 tysięcy.

Rzecz jasna, nie wszyscy przyszli tu, aby się modlić. Kłopoty pojawiły się, kiedy przemawiał Earl Prickett. Earl prowadził przedsiębiorstwo montujące wielkie zbiorniki przemysłowe oraz zajmował się sprawą kontroli zanieczyszczenia środowiska w New Jersey. Tego wieczoru opowiadał o swojej walce z nałogiem alkoholizmu. Musiał to być właściwy temat dla tych słuchaczy. Wiedzieliśmy już od senatora, jakim ogromnym problemem jest na tej wyspie alkoholizm.

Earl opowiadał, jak zaczął pić ze swoimi klientami, którzy mówili mu, że zbankrutuje, jeśli nie będzie oblewał ubitych interesów. Nie należał on niestety do tych, którzy potrafią powiedzieć „dość”. Opuściła go żona, lekarz ostrzegał przed dalszym narażaniem życia, ale cóż – był bezsilny.

Naraz na stadionie powstała taka wrzawa, że ledwie można było dosłyszeć, w jakie to jeszcze kłopoty wplątał się Earl.

– Moja wątroba i woreczek żółciowy zostały poważnie uszkodzone – mówił – i lekarze dawali mi jeszcze tylko sześć miesięcy życia.

I właśnie wtedy jeden z jego przyjaciół zaprosił go na śniadanie organizowane przez Społeczność w Broadwood Hotel w Filadelfii.

– To był ten sam hotel, z którego poprzedniej nocy wyrzucił mnie barman, ostrzegając, żebym nie pokazywał tam więcej swojej zapitej mordy.

Nachyliłem się wytężając słuch, by w tej rosnącej wrzawie usłyszeć coś więcej. Byłem wtedy na tym spotkaniu i nigdy nie zapomnę, jak podczas śniadania Earl w swoim eleganckim jasnym garniturze rzucił się na podłogę, błagając Boga o miłosierdzie.

Jeden z tłumaczy nachylił się do mojego ucha i powiedział:

– Widzi pan to, doktorze Shakarian?

Spojrzałem w kierunku miejsca, jakie mi wskazał i dopiero wtedy zauważyłem szereg ludzi ubranych w czerwone togi z kapturami. Było ich może około trzystu, maszerowali po żwirowej bieżni okalającej boisko, a za nimi podążała sporo ludzi ubranych w zwykłe stroje.

– To czarownicy, kapłani Voodoo – wyjaśnił mi tłumacz – próbują rozbić to spotkanie.

Dopiero teraz usłyszałem dziwny śpiew polegający na skandowaniu. Setki ludzi krzyczało z trybun, zachęcając innych do przyłączenia się do tej zabobonnej procesji.

Siedzący po mojej prawej stronie generał ryknął coś do żołnierza, który opuścił podium.

– Co on mu powiedział? – zapytałem tłumacza.

– Powiedział, żeby zebrać wojsko. Oni się z nimi rozprawią.

– Nie! Niech tego nie robi! – Następnie zwróciłem się do generała: – Niech pan nie używa wojska! Błagam!

Przez tłumacza generał mi wyjaśnił:

– Jeśli ich nie powstrzymamy, to wie pan, co się stanie? Będą nas okrążać tak długo, aż dołączy do nich wystarczająco dużo ludzi. A wtedy zaczną krzyczeć i nie będziecie już dzisiaj mieć żadnego nabożeństwa.

Spojrzałem błagalnie na senatora Bonhomme, by mnie poparł, ale on wzruszył tylko ramionami i powiedział:

– Nie wiem, co innego można zrobić.

Wiem, że senator myślał wtedy nie tylko o tych ludziach na stadionie, ale o setkach, a może o tysiącach słuchających nas na tej wyspie przez radio. Widzieliśmy ich wioski, gdy dzisiejszego popołudnia przejeżdżaliśmy wśród gór. Na drzewach i domach wisiały głośniki będące dla mieszkańców jedynym źródłem rozrywki w długie, ciemne wieczory.

Earl starał się opisać tę cudowną zmianę, jaka nastąpiła w jego życiu tego sobotniego poranka: pojednanie z żoną i uzdrowienie ciała – niemożliwe już z medycznego punktu widzenia. Ale usiłowania jego były bez rezultatu, zwrócił się więc do mnie po wskazówki. Kolumna ludzi podążających za czarownikami w czerwonym odzieniu mogła już liczyć z tysiąc osób, a liczba ta rosła z minuty na minutę. Ale jeżeli… jeżeli skorzystamy ze stosowanej na Haiti metody przemocy, aby jakoś uratować spotkanie, to czy osiągniemy cel naszego przyjazdu? Czy przybyliśmy tutaj, by demonstrować moc karabinów czy raczej moc Bożą?

– Generale! Proszę, błagam, proszę poczekać. Jest lepszy sposób.

Cała nasza grupa ze Społeczności zebrała się pospiesznie z tyłu podium. Byłem bardzo ciekawy, jak się to dalej potoczy. Oczy wszystkich zgromadzonych pobiegły za nami, wypatrując ciekawie, co teraz zrobimy. My natomiast stanęliśmy w kole i trzymając się za ramiona zaczęliśmy się modlić.

Po chwili otworzyłem oczy, by zerknąć na stadion, ale sytuacja jeszcze się pogorszyła. Teraz maszerowało już chyba ze dwa tysiące ludzi, a do tego zaczęli klaskać. Nawet te rzednące masy na trybunach też zaczęły klaskać, kołysząc się rytmicznie to w jedną, to w drugą stronę. Wzmagała się wrzawa.

– Muszę to powstrzymać – powiedział generał.

– Nie, jeszcze nie – poprosiłem.

Znowu skłoniłem głowę: „Panie, to Twoja chwila! Panie, uratuj Twoje spotkanie!”

Nagle do naszych uszu doszedł dziwny krzyk z trybuny. Odwróciłem się pewny, że kogoś pchnięto nożem. Żołnierze szybko pobiegli w tę stronę. Naraz ukazali się kobieta i mężczyzna niosący na rękach dziecko i pospiesznie zdążali po murawie w kierunku podium. Senator Bonhomme energicznie podbiegł do skraju podium i stanął nad nimi. Po chwili wrócił, trzymając na rękach szczupłego, może ośmio- lub dziewięcioletniego chłopca, którego głęboko osadzone, brązowe oczy rzucały wokoło oszołomione spojrzenia.

– Znam tego chłopca! – powiedział. – Oni mieszkają w mojej dzielnicy. Znam ich bardzo dobrze!

Dygocąc z wrażenia, patrzył na nas, raz na jednego, raz na drugiego.

– On widzi! To podczas pana przemówienia – zwrócił się do Earla – zostały otwarte jego oczy! On widzi!

Ciągle nie mogłem zrozumieć.– To znaczy, że… on był ślepy? – zapytałem. Senator odwrócił się i wykrzyknął:

– Urodził się niewidomy! Był ślepy całe życie, aż do teraz!

Cały czas trzymając chłopca na rękach niemal podbiegł do mikrofonu. W tym ogłuszającym huku oklasków i śpiewów z początku nie można było słyszeć jego słów. Ale widząc wysoką, postawną postać senatora z dzieckiem na rękach przy mikrofonie, ludzie stopniowo zaczęli się uciszać. Tłumacz też był tym wszystkim tak oszołomiony, że nie mógł przetłumaczyć nam ani słowa z tego, co senator mówił do tłumów. Niebawem wszyscy mogliśmy odczuć zmianę atmosfery na stadionie. Chociaż ludzie ciągle jeszcze maszerowali, wrzawa powoli zamierała. Coraz rzadziej pojawiało się klaskanie. Wszystkie oczy skierowały się na senatora.

Ludzie byli jakby porażeni. Zaczęli płakać, tu i tam zobaczyłem wzniesione do nieba ręce. Wreszcie, uznając się za pokonanych, przestali maszerować nawet kapłani.

Mały chłopiec, ten powód ogromnej wdzięczności, centralna postać chwili, zaczął się wyrywać z objęć senatora. Nie wiem, na co padło jego pierwsze spojrzenie, ale było dla nas oczywiste, że widział, bo jego oczy biegały po różnych przedmiotach, często powracając do jasnej wstęgi na mundurze generalskim. Ciągle wpatrywał się w reflektory oświetlające stadion, trzymając na nich wzrok tak długo, aż światło powodowało zwężenie źrenic i zmuszało do zmrużenia oczu. Jego rodzice też weszli na podium i stanęli obok senatora. Wtedy odwrócił się i postawił chłopca między nimi.

Ale ja nie spuszczałem oczu z tych wielbiących Boga tłumów. Stali ramię przy ramieniu. Twarze wyrażające podziw i radość… Gdzie ja już to widziałem? I wtedy, oczywiście, przypomniałem sobie…

Senator odszedł od mikrofonu, poprosiliśmy więc naszego tłumacza, aby zajął swoje miejsce i zrobił proste wezwanie: niech każdy, kto chce poznać tego miłującego Jezusa, zejdzie na dół, na boisko.

Z trybun zaczęli schodzić ludzie całymi setkami. Nawet ci, którzy maszerowali z czarownikami, też pospieszyli na środek boiska. Wokół podium gromadziły się tłumy zapełniające całą murawę i w ciągu 20 minut otoczyło nas około pięciu tysięcy osób.

Następnego dnia stadion był wypełniony po brzegi już od wczesnego popołudnia. I znowu na nasze wezwanie wyszły na boisko tysiące ludzi. Tego wieczoru miało miejsce jeszcze więcej uzdrowień, niektóre z nich działy się na naszych oczach, a inne – gdzieś tam, na tej olbrzymiej widowni. Trzeciego wieczoru – licząc od dnia uzdrowienia niewidomego chłopca – liczbę osób, które zeszły na boisko, by zawierzyć Jezusowi jako swemu Zbawicielowi, oszacowaliśmy na około dziesięć tysięcy.

Wielu z nich, dostawszy się blisko podium, z płaczem wyznawało swoje grzechy, przede wszystkim z dziedziny czarnej magii i czczenia demonów. Zostawiano na podium najprzeróżniejsze przedmioty: zwitki włosów, kawałki rzeźbionego drewna, małe woreczki z kośćmi lub piórami. Ale największym zadowoleniem napełniał mnie widok setek czerwonych tóg z kapturami, które znalazły się na tym okropnym stosie.

Przedostatnie spotkanie dobiegło końca. Stałem przy oknie mojego hotelowego pokoju i przyglądałem się zatoce oświetlonej blaskiem księżyca. Byłem zbyt zmęczony i jednocześnie zbyt rozradowany, by móc iść do łóżka. Rozradowany i… zmartwiony. Co rzeczywiście wydarzyło się na tych spotkaniach? Czy to nie pewien rodzaj psychozy tłumu? Jak ocenić reakcję tłumów, które w jednej chwili przyłączają się do śpiewu czarowników, a wkrótce potem odpowiadają na wezwanie do nawrócenia? Czy też równie łatwo nie wrócą do starego życia? Czy te tysiące ludzi mogły w ciągu trzech tygodni poznać, kim naprawdę jest Chrystus? Co się z nimi teraz stanie?

Teoretycznie wiedziałem, że pozostawiamy ich we wszechmocnych rękach Boga. Ale jednocześnie moja wiara nie była dosyć mocna, by uznać to za wystarczające.

„Pokaż mi, Panie, że stało się to dla nich nową rzeczywistością, że tutaj naprawdę coś się wydarzyło.”

Zauważyłem to następnego poranka na tarasie. Jedliśmy śniadanie na wolnym powietrzu, w przestronnej altanie nad morzem. Była tam nasza grupa ze Społeczności, senator Bomhomme i kilka innych osobistości z rządu i armii. W tym składzie spotykaliśmy się co rano na śniadaniu i modlitwie. Siedziałem przy stole z senatorem oraz sześcioma innymi osobami, gdy podszedł do nas kelner i uśmiechając się, powiedział:

– Dzień dobry panom! – i zaczął nalewać kawę do filiżanek. Po raz pierwszy usłyszałem wtedy jego głos. Ten zawsze nachmurzony człowiek obsługiwał nas co rano bez jednego słowa. Kiedy zbliżył się do senatora, znów się odezwał, podnosząc wolną rękę do twarzy.

– On powiedział – zwrócił się do nas senator – że gdy wstał dzisiaj rano, miał wrażenie, iż spadł z niego jakiś wielki ciężar, który go dotychczas przygniatał.

– Kiedy wczoraj wieczorem był na stadionie – tłumaczył nam dalej senator – nie wyszedł do przodu, ale podczas modlitwy powiedział w swoim sercu: „Panie Jezu, jeśli jesteś taki, jak opowiadają ci panowie, to chciałbym Cię naśladować”.

Kelner zauważył, że wszyscy skierowaliśmy na niego oczy, dlatego postawił dzbanek z kawą na stole, a senator nadal tłumaczył jego słowa:

– Ten ciężar gniótł mnie przez całe życie. Miałem straszliwe myśli, złe myśli. Bałem się samego siebie, gdy szedłem do łóżka, bałem się, że te myśli znów mnie nawiedzą.

Kelner zapłakał.

– Dziś rano otworzyłem oczy i ciężar zniknął. Wydawało mi się, że jestem światłością, że mogę wypłynąć z łóżka. Nie czułem już tego ciężaru!

Ktoś zaczął szlochać. Odwróciłem się i zobaczyłem drugiego kelnera, który płacząc, wyznawał:

– Ja znam tę światłość! Ja też miałem te same dręczące myśli! Cztery dni temu, gdy panowie wzywali, aby ci, którzy chcą mieć nowe życie, wyszli na boisko i ja wyszedłem. Spodziewałem się, że te myśli znów się pojawią, ale nie przyszły. Teraz mam myśli człowieka, a nie bestii.

Przyszła teraz kolej na mnie, zasłoniłem oczy i wyszeptałem: – Panie Jezu, przebacz mi! Przebacz, że wątpiłem, iż nie jesteś wystarczająco mocny.

Później, tego samego poranka, dowiedzieliśmy się, że dr Duvalier zaprasza trzech z naszej ekipy do prezydenckiego pałacu. Przysłano po nas jedną z tych lśniących limuzyn.

– Audiencja u prezydenta trwa zazwyczaj pięć minut – powiedział nam jeden z rządowych urzędników, którego spotkaliśmy przy bramie. – Nie wiem, kiedy panów przyjmie, ale tam jest salon, gdzie można poczekać.

W salonie było już około pięćdziesiąt osób siedzących pod ścianami tej ogromnej sali, z aktówkami przy fotelach. Usiedliśmy, przygotowani na długie czekanie, ale ku naszemu zaskoczeniu drzwi prezydenckiego biura otworzyły się i zostaliśmy zaproszeni do środka. Wchodząc tam nie miałem pojęcia, jak może wyglądać dyktator, ale na pewno nie wyobrażałem go sobie jako grubego, niskiego mężczyzny z przeogromnie dużymi, okrągłymi okularami.

Powstał zza swojego biurka, by się z nami przywitać i płynną angielszczyzną poprosił, abyśmy usiedli. Mówiliśmy o spotkaniach na stadionie, o tysiącach ludzi, którzy na nie przychodzili, o wielkim wpływie czarowników na kraj.

Te pięć minut wydłużyło się do dziesięciu, a potem do dwudziestu. Dr Duvalier zadawał wiele pytań na temat hodowli bydła i produkcji mleka w Stanach Zjednoczonych. Pod koniec półgodzinnej rozmowy spojrzał na zegarek:

– Chętnie rozmawiałbym dalej – powiedział – ale czeka jeszcze wielu ludzi.

– Czy, zanim się pożegnamy – odezwałem się naraz – moglibyśmy pomodlić się o ten kraj i jego mieszkańców?

Wszyscy, wraz z prezydentem i jego urzędnikami, pochyliliśmy głowy. My trzej ze Społeczności modliliśmy się na głos, prosząc Boga o dalsze błogosławieństwo dla wszystkich tych, którzy brali udział w spotkaniach na stadionie czy też słuchali nas przez radio, a szczególnie dla tych, którzy rozpoczęli nowe życie.

Jeden z nas zapytał dr. Duvaliera, czy nie ma jakiejś szczególnej potrzeby, o którą chciałby, abyśmy się modlili.

– Deszcz – powiedział od razu. – Proście Boga, aby nam zesłał deszcz.

Wymieniliśmy spojrzenia, jakby nie będąc pewni, co robić, ale znów pochyliliśmy głowy.

– Drogi Boże, który zlewasz swego Ducha na spragnione serca, ześlij też – błagamy Cię – deszcz na tę wysuszoną ziemię!

Ostatnie spotkanie na stadionie miało najniższą frekwencję ze wszystkich. Przyczyna była prosta: nikt nie chciał znaleźć się w obfitych strugach deszczu.

11. Złoty łańcuch

Było to 25 maja 1975 roku. Oboje z Różą znowu wyruszaliśmy w podróż samolotem z międzynarodowego lotniska w Los Angeles.

Tym razem nie odprowadzały nas tłumy – był tylko Steve ze swoją żoną Debbie, którzy nas podwieźli. Nikogo ze starszych ormiańskiego zboru, żadnych zmartwionych twarzy krewnych. Bo i dlaczego mieliby tu być? Od naszej pierwszej podróży lotniczej minęły 24 lata i przebyliśmy w tym czasie ponad trzy miliony kilometrów.

Zamieniłem ze Steve’em jeszcze kilka słów na temat programu telewizyjnego, który w czasie naszej nieobecności miał on realizować dla Społeczności w Portland, w stanie Oregon. Róża pożegnała się z Debbie i weszliśmy do samolotu. Lecieliśmy do Honolulu, a po drodze mieliśmy się zatrzymać w Auckland, gdzie szesnaście naszych oddziałów z Nowej Zelandii wspierało, trwającą tydzień imprezę, pod nazwą „Jezus 75”. Według najświeższych informacji, przychodziło tam tak wiele tysięcy ludzi, że Społeczność zmuszona była wynająć na ten tydzień tor wyścigowy Alexandra Park.

Po starcie podano kolację, po której Róża oparła wygodnie głowę, by swoim zwyczajem rozpocząć lotniczą drzemkę. Ja natomiast miałem wreszcie czas na przygotowanie sobie odpowiedzi na pytania, jakie będą mi zadawać tysiące ludzi. Czym właściwie jest ta Społeczność? Jak na to odpowiem? Przy pomocy statystyk?

Z pewnością byłoby to interesujące. Wyciągnąłem więc kartkę, ołówek i zacząłem notować:

– czas istnienia: 24 lata;

– liczba stanów, gdzie są oddziały: 50;

– liczba krajów, gdzie są oddziały: 52;

– ogólna liczba oddziałów: 1650;

– liczba uczestników w comiesięcznych spotkaniach oddziałów: ponad pół miliona. Wskaźnik przyrostu: jeden oddział dziennie.

Uśmiechnąłem się, przypominając sobie marzenie Orala Robertsa o tysiącu oddziałów, co wtedy wydawało się zupełnie niemożliwe. Wkrótce liczba ta się podwoi.

Notowałem dalej:

– miesięczny nakład czasopisma „Voice”: 800 tysięcy egzemplarzy;

– liczba stacji telewizyjnych nadających nasze programy „Dobra Nowina”: 150;

– wspólne przeloty samolotami członków Społeczności: trzy razy w roku, począwszy od roku 1965.

Odłożyłem ołówek. Czy to właściwy sposób przedstawiania działalności Społeczności? Liczyć ludzi, wymieniać wydarzenia? Nie, raczej nie. Wobec tego, co by można powiedzieć o różnych rodzajach naszej posługi?

Po pierwsze, uzdrowienia. Nigdy nie kładliśmy specjalnego nacisku na uzdrawianie, bo ten rodzaj posługi ma to do siebie, że z reguły ściąga całą uwagę ludzi. Ale uzdrowienia zdarzały się często, a właściwie zawsze. Czasami zapraszaliśmy ludzi posługujących darem uzdrawiania do prowadzenia specjalnych nabożeństw, częściej jednak uzdrowienia były rezultatem posługi szeregowych członków Społeczności, których Bóg użył w jakimś szczególnym momencie ich codziennego życia.

Mój charyzmat, na przykład, był darem niesienia pomocy, a nie uzdrawiania, lecz…

W maju 1961 roku wysłaliśmy liczną delegację na Światową Konferencję Zielonoświątkową, która odbywała się w Jerozolimie. Bardzo nas wzruszało przebywanie w miejscach tak dobrze znanych z Biblii, jak Góra Oliwna, Brama Piękna czy Sadzawka Syloe. Z żalem je opuszczaliśmy, wracając na konferencję. Uczestniczyło w niej około trzech tysięcy osób i nieraz mieliśmy z Różą wrażenie, że wszyscy naraz znaleźli się w holu i wszyscy w tym samym czasie chcą wejść do sali.

W Jerozolimie konferencja była tak popularna, że delegaci musieli przypiąć sobie specjalne identyfikatory uprawniające do uczestniczenia w niej.

W tłumie zauważyliśmy Jima Browna, delegata Społeczności z Parkesburga w Pennsylwanii i razem z nim czekaliśmy na uboczu, aż tłum się nieco rozrzedzi.

– Dee-mos Shak-arr-ian? – głos z akcentem rosyjskim lub polskim należał do jakiejś kobiety. Rozejrzałem się po holu szukając wołającej mnie osoby.

– Tam! – wskazał mi Jim.

Przez tłum przeciskali się w naszym kierunku mężczyzna i kobieta. Ona – niskiego wzrostu, w wieku około pięćdziesięciu lat, on natomiast był najdziwniejszym kaleką, jakiego dotychczas widziałem. Sunął powolutku wsparty dwiema rękami na lasce, zgięty jak cyfra 7, a górna część jego tułowia była pochylona równolegle do podłogi.

– Mnie pani szuka? – zapytałem kobietę. Jego twarzy nie mogłem nawet dojrzeć.

– Tak, panie Shak-ar-ian. Ten człowiek potrzebuje pomocy.

Wyjaśniła nam, że spotkała go na przedmieściach Jerozolimy. Prosił, by pomogła mu dostać się do sali konferencyjnej, ponieważ słyszał, że Jezus uzdrawia tam ludzi. Kiedy jednak dowiedziała się, że wszystkie miejsca są zajęte, ktoś jej poradził, by porozmawiała ze mną.

Ogarnęło mnie współczucie dla tego małego, nędznie odzianego człowieka. Oboje, jak powiedziała nam kobieta, są Żydami. Pomyślałem o Żydach w naszej Społeczności – np. David Rothschild, przewodniczący naszego oddziału w Beverly Hills – i uprzytomniłem sobie, że Bóg ma szczególną miłość do Narodu Wybranego. Ale co ja tu mogłem poradzić? Nie miałem specjalnego wpływu na tę konferencję.

Do głowy wpadł mi pewien pomysł. A gdybym tak odstąpił mu na dzisiejsze popołudnie moją kartę wstępu? Miał dziś przemawiać Jim Brown, a ja…

– Proszę – powiedziałem, odpinając swój identyfikator. Niech pan sobie to przypnie. Umożliwi to panu wejście do środka.

Ukląkłem na posadzce holu odchylając się do tyłu, aby dosięgnąć klapy jego marynarki. Wreszcie udało mi się przypiąć identyfikator i miałem właśnie wstać, gdy usłyszałem ten niemożliwy do pomylenia z innymi głos: „Nie, Demosie, nie pozostawiaj tego człowieka. Ty będziesz się modlił o jego uzdrowienie i to właśnie tutaj”.

Cofnąłem się. Tutaj? Teraz? Przecież w holu jest tylu pełnych mocy przywódców z całego świata! Rzuciłem okiem na Jima. Miał znacznie więcej doświadczenia w posłudze uzdrawiania niż ja i on… „Ty, Demosie, i to zaraz.”

Klęcząc, przybliżyłem się do ucha tego człowieka i zapytałem: – Czy mogę modlić się o pana tutaj, teraz?

W odpowiedzi wsparł swoją głowę na lasce i zamknął oczy.

– Drogi Jezu – powiedziałem w modlitwie – dziękujemy Ci za to, że Ty sprawiałeś, iż chromi skakali z radości na tych pagórkach. Dzisiaj, Panie, znowu jeden z nich przychodzi do Ciebie, jeden z Twoich wybranych.

Łzy spływały po jego kościstych dłoniach i kapały na podłogę. Otoczyła nas grupa ludzi.

– W imieniu Jezusa Chrystusa – powiedziałem – wyprostuj się!

Usłyszałem jakieś trzaski.

Z początku wystraszyłem się, że ten mały, wątły człowieczek coś sobie złamał. Ale te odgłosy dochodziły z mięśni i kości, które zmieniały kształt nie wywołując bólu. Centymetr po centymetrze zaczął się prostować. Wreszcie, gdy prostował się dalej, naciągnęły się mięśnie szyi. Znów usłyszeliśmy trzask, jak gdyby walczył z niewidzialnym łańcuchem. Ciągle stawał się wyższy.

Jeśli byli jeszcze tacy, którzy nie wiedzieli, co się dzieje, krzyk towarzyszącej mu kobiety sprawił, że wszyscy obrócili głowy w naszą stronę.

– Cud! – krzyczała ciągle. – To jest cuud!

Mały człowiek wyprostował się całkowicie i triumfalnie patrzył mi w oczy. Zewsząd, w przeróżnych językach, dobiegały słowa uwielbienia i wdzięczności dla Boga. Ja także powstałem. Zabrałem laskę z jego ręki.

– Idź tylko o mocy Bożej! – powiedziałem.

Choć z początku trochę się wlókł, to po chwili coraz odważniej i pewniej zaczął chodzić tam i z powrotem ruszając ramionami i prostując kręgosłup.

Jim Brown zamiast przemówienia, jakie przygotował na to popołudnie, opowiedział dokładnie wydarzenie z holu. Nie było już problemu z miejscem dla tych dwojga. Znalazły się dla nich i dla nas krzesła w pierwszym rzędzie na balkonie. Podczas przemówienia Jima, mężczyzna ten podrygiwał na krześle i powtarzał: „To ja, to ja”. Jak dziecko skakał w przejściu między rzędami i obawiałem się, że do domu wróci jako kaleka, ale tym razem z wycieńczenia.

Tak, mógłbym to opowiedzieć w Alexandra Park, chociaż ani wtedy, ani teraz nie potrafiłbym wyjaśnić tego, co się stało. Nie miałem charyzmatu uzdrawiania, nie oczekiwałem takich przeżyć. Nie spędzałem wielu godzin w poście i modlitwie, by przygotowywać się do tej posługi. Tak więc ta dziwna moc nie pozostała we mnie dłużej, aniżeli wymagała potrzeba chwili, mimo że aż do końca konferencji schodzili się zewsząd ludzie potrzebujący uzdrowienia.

Najlepiej można by to wyjaśnić ludziom zgromadzonym w Auckland stwierdzając, że uzdrawianie jest jedną z funkcji Ciała Chrystusowego i każdy członek tego Ciała może w szczególnej chwili zostać do tego użyty. A w takim momencie kluczem jest posłuszeństwo.

Spojrzałem na Różę, która otulona puszystym kocem linii lotniczych smacznie spała i przypomniałem sobie pewną noc w Downey. Byliśmy już w łóżku. Północ, czas gasić światła. Z jakichś przyczyn Róża nie mogła sobie znaleźć miejsca. Wstawała z łóżka, podchodziła do okna i znów siadała na łóżku.

– Co ci jest, kochanie? – zapytałem.

– Chcę zadzwonić do Vivian Fuller.

– Vivian Fuller! – Fullerowie mieszkali w południowej części stanu New Jersey. Herb Fuller był prezesem naszego filadelfijskiego oddziału i, jeśli sobie dobrze przypominam, jego żona miała jakieś kłopoty z oczami, gdy byliśmy u nich ostatnim razem. Ale dzwonić teraz, w środku nocy?

– Różo, czy wiesz, która jest teraz godzina w New Jersey? Trzecia w nocy!

– Wiem – westchnęła.

Zgodziła się ze mną, że lepiej poczekać do rana. Ale nigdy dotąd nie widziałem, aby Duch Boży tak bardzo nie dawał człowiekowi spokoju. Róża nie mogła sobie znaleźć miejsca. Wyszła do łazienki, by przeczesać włosy, wróciła. Za chwilę poszła sprawdzić, czy piecyk jest wyłączony i znowu wróciła. Potem sprawdzała, czy drzwi są zamknięte.

– Zmiłuj się, skarbie – powiedziałem jej w końcu. – Zadzwoń wreszcie, bo wydepczesz w dywanie dziurę.

Z ożywieniem podeszła do aparatu. Zdziwiłem się, że tak prędko z drugiej strony podniesiono słuchawkę. Róża przez chwilę słuchała w milczeniu, a później zwróciła się do mnie:

– Demosie, podejdź do drugiego aparatu!

Poszedłem do przedpokoju i podniosłem słuchawkę.

– Vivian – poprosiła Róża – powtórz Demosowi to, co powiedziałaś mi przed chwilą.

Głos Vivian Fuller nie brzmiał wcale jak głos kogoś poirytowanego czy rozespanego. Powiedziała, że choroba jej oczu to zaawansowana cukrzyca, na którą nie można znaleźć skutecznego lekarstwa. Licząc się z niechybną utratą wzroku, przygotowywała się na tę okoliczność, poświęcając dużo czasu na naukę chodzenia po domu w taki sposób, by nie obijać się o sprzęty. Ale stopniowo zaczęły ją dopadać strach i zniechęcenie. Właśnie tej nocy popadła w głęboką depresję. Modliła się w końcu: „Proszę Cię, Panie, jeśli mnie kochasz, okaż mi to w ten sposób, że teraz ktoś do mnie zadzwoni. Właśnie teraz, w środku nocy”.

Za chwilę usłyszała dzwonek telefonu.

– Vivian – powiedziała Róża – Bóg powiedział mi nie tylko, aby do ciebie zadzwonić. On powiedział mi coś więcej: będziesz uzdrowiona, całkowicie uzdrowiona!

Miałem nadzieję, że druty telefoniczne nie przekazały mojego zdziwienia aż do New Jersey. Róża mówiła dalej, przypominając Vivian wszystkie nadzwyczajne oznaki Bożej mocy, jakie razem oglądaliśmy w Społeczności przez kilka ostatnich lat. Później, we troje modliliśmy się o całkowite uzdrowienie Vivian. Kiedy skończyliśmy, u nas była 1:30, a u nich 4:30.

Kilka dni później Vivian zadzwoniła do nas:

– Na razie nie mogę wam powiedzieć nic konkretnego, ale w godzinę po rozmowie z wami miałam dziwne wrażenie, jakby mi coś skakało w głowie. Wybaczcie, ale nie umiem tego inaczej określić. Następnego dnia poszłam do lekarza. Powiedział, że od ostatniej wizyty mój stan się nie pogorszył.

W kilka tygodni później Vivian zadzwoniła po raz drugi. Nie tylko nie było pogorszenia, ale wręcz nastąpiła pewna poprawa.

Minęło kilka miesięcy i znaleźliśmy się wszyscy na okręgowym zjeździe w Statler Hilton w Nowym Jorku. W zatłoczonej sali balowej opowiedziałem wszystkim zebranym historię Vivian. O tym, że najlepsi specjaliści na Wschodzie określili jej chorobę jako nieuleczalną cukrzycę.

– Ale teraz…

Vivian podeszła do mikrofonu. Opowiedziała o dręczącym rozwoju choroby, o tym, jak każdego dnia mówiła sobie, że prawdopodobnie po raz ostatni widzi twarz Herba. Mówiła o tej nocy, kiedy uległa całkowitemu załamaniu i gdy leżąc w łóżku o trzeciej nad ranem modliła się, by ktoś do niej zadzwonił. Opowiedziała o telefonie, o kolejnych wizytach u lekarza, który informował ją z zadowoleniem, że z niewyjaśnionych przyczyn te same lekarstwa, które poprzednio nie skutkowały, teraz zaczęły działać.

– Wielbię Boga za wspaniały wzrok! – mówiła.

Owego posłuszeństwa Róży Bóg użył również tutaj. Vivian jeszcze mówiła, gdy cierpiący na cukrzycę ludzie zaczęli opuszczać swoje miejsca i wychodzić naprzód, aż w końcu znalazło się tam dwadzieścia sześć osób. W naładowanej wiarą atmosferze, cała sala zaczęła się modlić. Po sześciu miesiącach przyjechało na zjazd w Waszyngtonie siedem z tych osób. Nadal nie wiemy nic o pozostałych osiemnastu, ale tych siedem doznało całkowitego uzdrowienia.

Podobne sytuacje powtarzały się na każdym zjeździe, zdarzały się nawet rzeczy bardziej zadziwiające: uzdrowienie końcowego stadium raka, nowe serce – nie uzdrowione, lecz całkowicie nowe, inne, bez śladu plastikowych rurek i przewodów, które operacyjnie zostały człowiekowi uprzednio wszczepione. Po modlitwie przewodniczącego naszego oddziału, pewien młody człowiek śmiertelnie ugodzony kulą z pistoletu kaliber 38, w szpitalu w Jacksonville, podnosi się i prosi o wodę. Inny znów, którego śmierć została stwierdzona przez lekarza w Afryce Południowej, powstaje do życia po modlitwie grupy osób ze Społeczności, a dziś nosi z triumfem akt zgonu w kieszeni marynarki. Każdy taki przypadek był rezultatem czyjegoś posłuszeństwa, bez względu na to, jak strasznie i beznadziejnie wyglądała sytuacja.

Warto też wspomnieć naszą posługę ewangelizacyjną na świecie.

Kiedy modliliśmy się z naszą grupą w końcu grudnia, Bóg podał nam liczbę ludzi, do których dotrze Dobra Nowina do końca 1975 roku: jeden miliard dwieście pięćdziesiąt milionów. Wyglądało to na liczbę wręcz astronomiczną i nierealną, lecz dzięki postępowi technicznemu – co dla mnie do dziś jest niepojętą zagadką – już w sierpniu mogliśmy dotrzeć do niesłychanej liczby odbiorców.

Do tego czasu program radiowy naszej Społeczności w dwudziestu jeden językach co tydzień docierał do Europy, Południowej Ameryki i Azji. Już od czterech lat nasz półgodzinny program telewizyjny „Dobra Nowina” transmitowany jest co tydzień także na całe Stany Zjednoczone. W tym roku będzie go można oglądać również w Kanadzie, Australii, na Bermudach i w Japonii.

Dość ważną rolę w tym wszystkim odgrywa mój syn Steve, realizator tych audycji. Mikrofony, urządzenia pomiarowe, taśmy magnetofonowe, wszystko to jest dla niego tak normalne, jak dla mnie zupełnie niezrozumiałe.

Jeszcze teraz przechodzą mnie ciarki, gdy przypominam sobie pierwszy występ przed kamerami. Formuła programu „Dobra Nowina” polegała na przeprowadzeniu przeze mnie rozmowy z ludźmi opowiadającymi swe przeżycia, podobnie jak to robiłem na spotkaniach Społeczności. Wydawało się to proste, a ponieważ czas nagrywania jest drogi, mieliśmy nadzieję, że pierwszych trzynaście półgodzinnych odcinków zrealizujemy w ciągu jednego tygodnia. Ale już w studiu, gdy zobaczyłem te wszystkie przewody, kamery i ludzi ze stoperami, zacząłem wierzgać jak krowa przed obcą oborą. Jeszcze bardziej peszyły mnie uwagi dotyczące mojego zachowania: stań tam, siądź tu, teraz obróć głowę. Kiedy doszły do tego jeszcze oślepiające światła reflektorów, to od siódmej rano zacząłem się pocić i w południe wyglądałem tak, jakbyśmy to wszystko filmowali w wannie.

Najbardziej peszył mnie teleprompter, postawione przede mną urządzenie wyświetlające tekst, jaki miałem mówić. W rezultacie przekręcałem słowa i zmieniałem zdania do tego stopnia, że wreszcie mój rozmówca był zmieszany niemniej niż ja. W czasie dwóch tygodni filmowania straciłem prawie dziewięć kilogramów wagi oraz cały entuzjazm dla tego pomysłu. W rozpaczy zwróciłem się do kierownika produkcji tej serii programów, Dicka Manna:

– Pozwól nam robić to bez maszynopisu – błagałem. – Chciałbym po prostu zwyczajnie rozmawiać z ludźmi.

– W telewizji to niemożliwe – cierpliwie wyjaśniał Dick.

– Czas musi być obliczony co do sekundy, żeby obsługa kamer wiedziała, kiedy nadchodzą poszczególne ujęcia.

Musieliśmy więc trzymać się tego sposobu, ale tylko do czasu zmontowania całości programu. Wtedy to na ekranie zobaczyliśmy jakby kukłę – człowieka o drewnianej twarzy, z wytrzeszczonymi oczami.

Następne serie programów robiliśmy już zupełnie po amatorsku. Bez scenariuszy, bez prób, tylko z modlitwą przed i podczas realizacji programu oraz po zakończeniu. Zupełnie zapominałem o całym procesie produkcji, skupiając się tylko na moim rozmówcy. Od razu wszyscy odczuliśmy zmianę oraz powiew Ducha Bożego w studiu. Kamery przestały się zacinać, ludzie przyjeżdżali na czas, a rozmowy prowadzone z czterema osobami w czasie każdego półgodzinnego programu stwarzały doskonałą równowagę. Dick Mann nie mógł zrozumieć jak to się dzieje, że zawsze podczas rozmowy, ilekroć daje mi sygnał, iż mam jeszcze minutę czasu, prowadzę rozmowę dokładnie jeszcze tylko 60 sekund.

Zdarzały się nawet trudniejsze do wyjaśnienia sytuacje. Pewnego razu filmowaliśmy w Puerto Rico osiemnaście historii wybranych przez tamtejsze oddziały. Mieliśmy bardzo ograniczony czas, bo wszystkie sceny trzeba było kręcić przy świetle dziennym, a jakby temu na przekór– ciągle padało.

Pewnego popołudnia zamierzałem przeprowadzić wywiad z człowiekiem, który został uzdrowiony z trądu, ale akurat wtedy lało już naprawdę solidnie. Obsługa kamer nakryła je brezentem, a my siedzieliśmy pod daszkiem, patrząc na strugi deszczu. Przybył właśnie Rogelio Parilla i uścisnąłem kikut jego ręki, którą do mnie wyciągnął. Najpierw myślałem, że to radość promieniująca z jego oczu wszystko rozjaśniła, ale potem stwierdziłem, że przez chmury przedarł się promyk słońca. Operatorzy spiesznie ściągnęli przeciwdeszczowe osłony z kamer, przed którymi stanęli Rogelio z tłumaczką.

Korzystając z pomocy Sally Olsen, Rogelio opowiedział nam swoje przeżycia. W wieku dziewięciu lat dowiedział się, że jest trędowaty. Łatwiej mu było znieść ból fizyczny niż rozstanie z rodziną i życie w obozie dla trędowatych. Nigdy dotychczas nie widział trędowatego, a tu nagle został otoczony ludźmi, których wygląd go odstraszał. Ale to był dopiero początek. Po kilku latach on wyglądał najgorzej z nich wszystkich – pokrywały go odrażające wrzody – i pozostali towarzysze niedoli nie chcieli z nim przebywać, zmusili go do spożywania posiłków na uboczu.

Gdy miał dwadzieścia dwa lata, kolonię trędowatych odwiedziła grupa chrześcijan i wtedy po raz pierwszy usłyszał o Jezusie. To przeobraziło go z nieszczęśnika pozbawionego wszelkiej nadziei w człowieka pełnego miłości i radości. Choroba całkowicie zniszczyła mu już struny głosowe, zaczął więc prosić Boga o przywrócenie głosu, żeby mógł opowiedzieć innym o nowym życiu, jakiego doświadcza.

Po jakimś czasie usłyszał o nabożeństwach uzdrowieniowych, które miały się odbywać w pobliżu Rio Piedras.

Napełniła go nieopisana nadzieja. Wyprosił u władz obozowych zezwolenie na wyjątkowe opuszczenie obozu i poszedł na to nabożeństwo. Usiadł z tyłu, z dala od pozostałych ludzi.

Chętni ustawili się w kolejce do modlitwy o uzdrowienie, a on czekał aż wszyscy odejdą. Ale podczas tego oczekiwania ogarnęła go wielka rozpacz. Uzdrowienia następowały – jak to zdążył zauważyć – po położeniu rąk na chorych. Któż jednak odważy się dotknąć trędowatego?

Wreszcie przed podium nie było już nikogo. Podbiegł i ukląkł. Pastor Torres przystąpił do niego i położył obie dłonie na jego głowie, później dotknął twarzy, ramion i pleców. Wreszcie objął go ramionami i w tym momencie Rogelio wiedział już, że jest zdrowy. Upłynęło wiele miesięcy zanim lekarze uwierzyli wynikom własnych badań i stwierdzili, że Rogelio Parilla nie zagraża otoczeniu.

Wreszcie zwolniono go i przez dwadzieścia pięć lat głosił ewangelię całej wyspie Puerto Rico. Bóg dał mu piękny głos nie tylko po to, żeby mógł mówić, ale nawet i śpiewać. Przyszedł z nim muzyk, który mu akompaniował, a Rogelio pięknie śpiewał na chwałę Panu. Przebrzmiały ostatnie dźwięki, słońce skryło się za chmurami, a kamerzyści i muzycy ledwo zdążyli wszystko przykryć przed następną ulewą.

Opowiadaliśmy o tym przeżyciu na spotkaniu oddziału w San Juan jeszcze tego samego wieczoru:

– Czy to nie cudowne, że na czas realizacji programu ustał deszcz?

Spojrzeli na nas, nie pojmując, o czym mówimy. Tutaj, w San Juan, deszcz nie przestał padać ani na chwilę…

W taki właśnie sposób już od trzech lat realizujemy nasze programy telewizyjne – bez maszynopisów, bez prób, polegając wyłącznie na Bogu. Ujęcia nie są może zbyt perfekcyjne, ale odznaczają się autentycznością, a to przemawia do ludzi najbardziej.

Każda stacja telewizyjna po programie podaje miejscowe numery telefoniczne, aby wszyscy, którzy podjęli jakąś decyzję w rezultacie oglądania programu, mogli się skontaktować z członkami pobliskich oddziałów. Gdzieś nawet zanotowałem sobie, ile telefonów otrzymujemy w skali kraju. Zacząłem szukać mojej teczki pod fotelem sąsiada siedzącego przede mną. Róża obudziła się i z ciekawością spojrzała na kolumny wypisanych przeze mnie różnych symboli.

– Co to jest TV 13/3? – zapytała.

– 13 programów w ciągu 3 dni – wyjaśniłem. – To jest standardowy czas realizacji programu, rozumiesz? I nigdy nie musieliśmy z niczego rezygnować – przekopałem wszystkie raporty. – Próbuję znaleźć notatkę o tym – powiedziałem – ilu przeciętnie ludzi dzwoni po każdym programie.

– Wiesz, Demosie – powiedziała po chwili Róża – sądzę, że to, ilu ludzi dzwoni, wcale nie jest tak ciekawe jak to, co się dzieje z poszczególnymi osobami oraz jakich zmian doznają w życiu.

Hm, poszczególne osoby… Tak, ale którą historię opowiedzieć?

Biegłem myślami coraz dalej na zachód, od Puerto Rico przez Wschodnie Wybrzeże, Środkowy Zachód, Góry Skaliste aż do Kalifornii. A potem na Hawaje. Pomyślałem o Haroldzie Shiraki.

On pierwszy zadzwonił po naszym programie telewizyjnym w Honolulu, który wszedł na antenę w październiku 1972 roku. W ten niedzielny poranek nie miał nawet ochoty włączać telewizora. Zamierzał robić coś zupełnie innego.

Harold urodził się jako szóste z szesnaściorga dzieci w rodzinie żyjącej na małej plantacji kawy w Kona na Hawajach. Zgodnie z najlepszymi tradycjami japońskimi nauczył się sumiennej pracy, szanowania innych ludzi i poważania swoich przełożonych.

Ojciec jego cierpiał na chorobę Parkinsona i gdy tak już się rozwinęła, że nie mógł pracować, starsze dzieci musiały przerwać naukę w szkole, by utrzymywać rodzinę. Dzięki ich ciężkiej pracy na plantacjach, w upale i skwarze, on mógł ukończyć szkołę i jako pierwszy z całej rodziny poszczycić się maturą. Teraz on zaczął pracować, żeby i młodszemu rodzeństwu dać szansę pobierania nauki. Wstawał o czwartej rano, ubierał się przy lampie naftowej, a potem przemierzał wiele kilometrów, aby jako najemnik pracować na którejś z plantacji kawy. Dopiero po ukończeniu przez młodsze rodzeństwo szkoły średniej, pozwolił sobie na założenie własnej rodziny.

Przeprowadził się do Honolulu i najpierw pracował jako doker, a później był pracownikiem w sklepie spożywczym. W końcu sam założył małe przedsiębiorstwo. Przyzwyczajenie do ciężkiej pracy przydało się. Do roku 1970 udało mu się zaoszczędzić sporą sumę pieniędzy. Cóż, skoro większość tych pieniędzy mu zabrano. Bardzo delikatnie, z uśmiechem. Zrobił to człowiek, do którego miał pełne zaufanie. Tak nim to wstrząsnęło, że jego wiara, którą rozwijał przez całe życie, załamała się.

Była to wiara w ludzki wysiłek i w ludzką przyzwoitość, a nie wiara w Boga. Rodzina Harolda to byli nominalni buddyści, ale – jak wielu ludzi żyjących na tych wyspach – wierzyli w różne bóstwa i duchy. Szczególnie powierzali się jednemu z bóstw, Odaisanowi. W jednej z japońskich świątyń w Kona znajdowała się jego kamienna figura, do której przychodzili wszyscy członkowie rodziny radzić się przed podjęciem każdej decyzji. Jeśli Bóg się zgadzał, wtedy figurę łatwo można było unieść do góry, jeżeli zaś przychodziło to z trudem, znaczyło, że odpowiedź jest negatywna.

Obserwując to przez całe lata, Harold rozczarował się do tych tradycyjnych wierzeń widząc, jakimi więzami spętały jego rodzinę. Jego stara matka, wdowa, całe życie spędziła w strachu, odpędzając jednego ducha po drugim.

Po przeprowadzce do Honolulu, Harold zaczął uczęszczać do kościoła episkopalnego, bo wydawało mu się, że tam będzie się mógł uwolnić od tych wszystkich lęków. Próbował nakłonić matkę, aby także stała się chrześcijanką, lecz ona wyjaśniła mu, że modliła się do Jezusa tak, jak i do innych bóstw, ale stwierdziła, że Jezus interesuje się głównie białymi, a nie ludźmi Wschodu. Każdy wizerunek przedstawia Jezusa z brodą, a to przecież najlepszy tego dowód.

Po utracie pieniędzy, Harold zwrócił się po poradę do swego pastora. Duchowny wysłuchał go uprzejmie, zgodził się z nim, że wyrządzono mu wielką krzywdę i poradził, aby sprawę oddać do sądu. „W biznesie takie sprawy zdarzają się często i trudno temu zaradzić. Na pana miejscu starałbym się o tym zapomnieć.”

Harold szybko się zorientował, że była to jedyna rzecz, której właśnie nie był w stanie zrobić. Przestał jeść, odwiedzać przyjaciół, siedział w swoim pokoju przy zasłoniętych oknach i czuł jak narasta w nim nienawiść. Uczciwość, poświęcenie, wytężona praca – jeśli to wszystko prowadzi donikąd, to po co w ogóle żyć? Lepsza jest śmierć. Umarli mogą spać. Umarli nie są już okłamywani ani okradani.

Wiedział, że jeden z jego przyjaciół ma strzelbę. Ale nie miał zamiaru umierać sam. Zanim zabije siebie, zastrzeli jeszcze dwie osoby. A jeśli mu się uda, to zabije trzy.

Myśl ta drążyła go tak długo, aż przerodziła się w obsesję. Niedziela, tak, to musi być niedziela, bo wtedy powie przyjacielowi, że chce iść na polowanie. Niedziela w październiku, gdy tylko zacznie się sezon myśliwski.

Wreszcie nadeszła ta wybrana przez niego niedziela. Żona błagała go, by poszedł do kościoła, bo od rozmowy z pastorem ani razu tam nie był. Ale on tylko pokręcił głową. „To włącz przynajmniej telewizor – prosiła usilnie. – Obejrzyj mecz! – Jego zobojętnienie na wszystko zaczęło ją niepokoić.

Znów przecząco pokręcił głową i spojrzał na nią nieprzyjaźnie. Nie miała chyba pojęcia, co chce uczynić. Oczywiście, że nie. Ale jednak włączył telewizor. Widząc, że zajął się oglądaniem meczu, przestała się martwić i poszła do kościoła. Spojrzał na zegarek – dziesiąta trzydzieści pięć. Rozpoczął się przedpołudniowy mecz na głównej wyspie. Przełączył na kanał czwarty. Zobaczył dwóch rozmawiających mężczyzn. Jeden z nich był biały, a co do drugiego, nie był pewny, kim jest. Może to Polinezyjczyk?

Przypomniałem sobie, jak często musiałem chwalić Boga za moją twarz Ormianina, bo Żydzi myślą, że jestem Żydem, Arabowie biorą mnie za Araba, w Ameryce Południowej mówią do mnie po hiszpańsku, uznając mnie za jednego ze swoich, a w Honolulu zostałem Hawajczykiem.

Harold nie był w stanie śledzić treści rozmowy tych dwóch mężczyzn. Ciągle nachylony nad telewizorem, jakby chciał go wyłączyć, tylko się w nich wpatrywał. U nikogo dotąd nie widział takiego szczęścia na twarzy. Próbował skupić się na rozmowie, ale gnębiący go niepokój mu na to nie pozwalał. Nadal jednak wpatrywał się w ekran i wtedy jakaś dziwna błogość zaczęła napełniać to zamknięte i mroczne pomieszczenie. Z ekranu zdawały się emanować miłość, harmonia i nadzieja.

Pod koniec programu pojawił się numer telefonu. Siedząc na brzegu krzesła, skąd obserwował ekran od chwili włączenia tego kanału, Harold powtórzył sobie ten numer. W kilka minut później rozmawiał już z Boyem Hitchcockiem z oddziału Społeczności w Honolulu, słuchając tak wspaniałego pocieszenia, że aż trudno w nie było uwierzyć. „Jezus najlepiej zna twoją sytuację… On jest odpowiedzią… Jezus ciebie kocha…”

Dzisiaj Harold działa nie tylko w swoim Kościele Episkopalnym, ale zaangażowany jest także w przygotowywanie naszych programów dla całej wyspy. Nie odzyskał straconych pieniędzy, ale przy wsparciu Społeczności zrzucił z siebie zwycięsko całą urazę i gniew. Nie tylko sam rozpoczął życie od nowa, ale pomógł też wielu innym w znalezieniu tego właściwego początku.

Najpierw dotarł do swojej 81-letniej matki. Gdy zauważyła zmianę w życiu swego syna, uświadomiła sobie, że istnieje większa moc, niż moce tych duchów, które tak długo obłaskawiała. Zarówno ona, jak i inni członkowie rodziny zebrali wszystkie posążki i talizmany, które trzymali w domach i spalili to wszystko na podwórzu kościelnym. Matka Harolda zmarła w roku 1973 jako pogodna, promieniująca radością chrześcijanka.

Tego rodzaju przeżycia upewniały nas, że telewizja ma do spełnienia istotną rolę w budzeniu do życia całego świata, zgodnie z tym, co widziałem w swojej wizji.

Podobnie jak i inny cud współczesnej techniki – odrzutowce. Zacząłem wypisywać kraje, do których umożliwiły nam dotarcie z Dobrą Nowiną te „mosty powietrzne”: Anglia, Szwecja, Norwegia, Francja, Włochy, Japonia, Filipiny, Wietnam, Indie i inne – ponad pięćdziesiąt krajów. W większości z nich, po wielotygodniowych ewangelizacjach coś pozostawało: jeden lub kilka lokalnych oddziałów Społeczności, które skupiały wierzących kontynuujących to dzieło. Co do innych krajów, jak na przykład Finlandia czy Jugosławia, mogliśmy się tylko modlić i trwać w oczekiwaniu na efekty. Myślę także o mojej pierwszej wizycie w kraju komunistycznym i decyzji, jaka się wtedy we mnie zrodziła.

Było to na Kubie, już po dojściu do władzy Fidela Castro. Nasza mała grupka przebywała w hotelu zwanym dawniej Hawana Hilton, a obecnie przemianowanym na Kuba Libre. Castro uczynił z tego hotelu swoją główną kwaterę i z tego powodu miejsce to pełne było żołnierzy. Nie mieliśmy jednak szczęścia zobaczyć samego przywódcy. Aż pewnej nocy, około drugiej, gdy już kładłem się spać, otrzymałem nagłe przeświadczenie, że jeśli teraz ubiorę się i zjadę windą do restauracji, to spotkam się z Fidelem Castro. Miałem już za dużo doświadczeń z działaniem Ducha Świętego, by kwestionować te do końca niewyjaśnione dziedziny poznawania Jego woli. Znów się ubrałem, starając się zachować ciszę. Róża otworzyła oczy:

– Dokąd idziesz?

– Na dół, spotkać Fidela Castro.

Ona także była już przyzwyczajona do tego rodzaju „szturchańców” Ducha.

– Dobrze – powiedziała sennie.

W restauracji na parterze jedynymi klientami byli piętnasto- czy szesnastoletni – jak przypuszczałem – żołnierze, którzy siedzieli przy bufecie popijając sok pomarańczowy. Kelner powiedział mi, że kilka lat temu o tej porze miejsce to było zawsze zatłoczone.

– Amerykanie z kasyna – dorzucił z żalem, wskazując na opustoszałą salę na półpiętrze. – Ci nigdy nie liczyli się z pieniędzmi.

Zapisał moje zamówienie na porcję lodów i wzdychając poszedł do kuchni. Wrócił i nachylił się nad stolikiem, nie kryjąc chęci do rozmowy. Język hiszpański na Kubie jest nieco inny niż jego meksykańska odmiana, którą znałem od dzieciństwa, ale nie mieliśmy trudności w porozumieniu się.

– Gdy przyjdzie tu premier Castro – powiedziałem do niego – proszę mu powiedzieć, że pewien farmer, hodowca bydła mlecznego z Kalifornii, chciałby z nim porozmawiać.

– Teraz w nocy? – zdziwił się kelner. – On nigdy nie przychodzi tu w nocy. Nigdy tak późno!

– Ale tej nocy przyjdzie – powiedziałem, kończąc porcję lodów. Kelner spojrzał na mnie uważnie:

– Czy ktoś panu o tym powiedział?

Zawahałem się przez moment.

– Tak – potwierdziłem – ktoś mi powiedział.

– Niemożliwe – odparł, potrząsając głową. – Nigdy nie przychodzi tutaj po dziesiątej wieczorem.

I chociaż byłem pewny swego, zaczęło mi się zdawać, że jednak kelner ma rację. Minęło jeszcze pięć minut, a potem dziesięć. Młodzi żołnierze już wyszli. Wziąłem rachunek, żeby zapłacić w kasie. Kasjer odliczał mi resztę, gdy z korytarza doleciał mnie stukot butów. Do restauracji weszło około dwudziestu mężczyzn z czarnymi brodami, w oliwkowych mundurach, niektórzy mieli pistolety, a inni amerykańską broń automatyczną. W środku tej grupy znajdował się Fidel Castro.

Usiadł przy stoliku i zamówił stek, a żołnierze z jego ochrony rozlokowali się w sali. Ponieważ nie było tu nikogo innego, patrzyli na mnie. Widziałem jak kelner nachylił się i coś do niego powiedział. Castro również na mnie spojrzał i dał mi znak, abym się do niego przysiadł.

Usiadłem przy nim po prawej stronie, świadomy tego, że obserwują mnie ci wszyscy uzbrojeni żołnierze. Premier zadał mi kilka pytań o farmy mleczne w Kalifornii i wydawał się być niezadowolony, gdy nie zgodziłem się, aby zamówił dla mnie stek.

– Gdy ja przyjadę do pana – powiedział – wypiję kilka litrów mleka. Wszyscy brodacze buchnęli śmiechem i z zadowoleniem zauważyłem, że opuścili broń, a niektórzy zapalili papierosy.

Dotychczas znałem tego rewolucyjnego przywódcę tylko z jego niekończących się przemówień w radiu. Zaskoczyło mnie więc to, że jest tak skromnym i uważnym słuchaczem.

– A co pana sprowadziło na Kubę? – zapytał po chwili. Odpowiedziałem, że przyjechałem wraz z grupą ludzi, aby opowiedzieć Kubańczykom o naszej działalności, o tym, jak Duch Święty działa wśród ludzi podobnych do nich w różnych krajach.

I znów, ku mojemu zdziwieniu, był tym prawdziwie zainteresowany. Opowiadał mi o swoim pobycie w szpitalu w Brownsville, w Teksasie.

– Każdego tygodnia widziałem tam w telewizji dwóch mężczyzn: jeden z nich to Billy Graham, a drugi – Oral Roberts. Sądzę, że są to bardzo uczciwi ludzie, a to, co mówią, jest całkiem godne zaufania.

Rozmawialiśmy już około 35 minut, gdy naszą rozmowę przerwał bardzo rozgniewany, pijany Amerykanin.

– Ludzie! Czy wy nigdy nie odpowiadacie na listy? – zapytał wyzywająco. – Już od trzech miesięcy czekam na odpowiedź od tak zwanego rządu!

Nie nadążałem za tym, co mówił, ale na ile go zrozumiałem, był właścicielem nocnego klubu, który został zamknięty przez rewolucyjny rząd. Podziwiałem odwagę, na jaką się zdobył w sali pełnej żołnierzy, ale właściwie był tak pochłonięty swoimi problemami, że nie zwracał na nich najmniejszej uwagi.

– Wy też tracicie pieniądze – mówił dalej. – Nie zapominajcie, że to ja sprowadziłem wam tu taką dobrą rozrywkę! Premier pobladł, a jego twarz przybrała kolor munduru.

– Dobrą rozrywkę? – powiedział. – Co pan tak nazywa? Hazard i prostytucję? Czy to jest wszystko, na czym wam zależy w naszym kraju?

Próbowałem spojrzeć właścicielowi klubu w oczy.

Z pewnością nie mógł być aż tak pijany czy pochłonięty swoimi sprawami, by nie zauważyć rozpaczy w pytaniach: „Czy my w ogóle pana coś obchodzimy? Czy pan nas zna?”

Ale ten wcale nie słuchał.

– Proszę mnie nie umoralniać! – powiedział. – Kubańczycy zajmują się tym chętnie. Dlaczego, gdy..

Premier wstał zostawiając niedokończone danie. Był już w połowie sali, a jego żołnierze szli z nim, gdy naraz odwrócił się i podszedł do mnie, aby podać mi rękę.

– Cieszę się, że pan przyjechał – powiedział. – Życzyłbym…

Twarz jego ciągle była blada i nie dokończył zdania. W ciągu minuty wszyscy zniknęli, właściciel nocnego klubu wyszedł za nimi, ciągle narzekając, a ja pozostałem przy stoliku sam. Spojrzałem na zegarek: pięć minut po trzeciej.

„Życzyłbym…”

Życzyłbym sobie, by przyjechało od was więcej ludzi, takich jak pan, by modlić się, a nie zajmować się hazardem?

Co by się stało, gdyby rzeczywiście przyjechało nas więcej? – pomyślałem sobie jadąc windą. Jak wyglądałby dzisiaj świat, gdyby miliony podróżujących Amerykanów jechało z Bożą miłością do ludzi, których odwiedzają? Gdyby już teraz pojechali…

Od tej nocy stało się to moją najgorętszą prośbą. Przedstawiałem ją wszędzie, gdziekolwiek spotkałem ludzi ze Społeczności. Jedźcie! Opowiadajcie Dobrą Nowinę! Podróżujcie dla Boga! Przyczyńcie się do rozmnożenia innego rodzaju podróżujących niż ci, których świat widzi tak często.

I nasi ludzie jechali. Jechali jako ci, którzy otrzymali coś dzięki wierności i posłuszeństwu Bogu. Jechali, aby spłacić część naszych długów wdzięczności…

Pomyślałem o październikowym wieczorze w Moskwie 1966 roku, czyli w siedem lat po wizycie na Kubie, kiedy to dwóm tysiącom dwustu wiernym w kościele baptystycznym opowiedziałem historię o rosyjskich zielonoświątkowcach przyjeżdżających kiedyś swoimi krytymi wozami do Armenii przez góry. Pamiętam, jak obecni tam ludzie powstali unosząc ręce do góry, jak płakali z radości, gdy Duch Święty nawiedził to zgromadzenie. Następnego dnia miałem możność nagrać tę historię dla radia moskiewskiego, dziękując z głębi serca Rosjanom za ten niewypowiedziany dar Boży.

Opuściłem sobie oparcie siedzenia o kilkanaście centymetrów niżej i zamknąłem oczy. Na całym świecie ludzie budzili się ze śmierci do życia – tak, to jest właściwie Społeczność.

Widziałem to wszystko wtedy, w moim pokoju w Downey. Co jeszcze zobaczyłem w tej wizji? Widziałem ludzi przychodzących nie tylko do Boga, ale też do siebie nawzajem. Widziałem ludzi kiedyś odizolowanych, a teraz jakby nawzajem się odkrywających. To też jest Społeczność.

Na początku naszych konferencji lubimy teraz prosić ludzi o uniesienie rąk, gdy zadajemy pytania: ilu dziś wieczorem jest rzymsko-katolików, prezbiterian, baptystów? Najbardziej podobało mi się w tym nie to, że ludzie reagują na nasze prośby, ale że za każdym razem ręce unoszą się na całej sali. Widać było, że katolicy siedzieli z metodystami, kwakrzy z adwentystami dnia siódmego, a gdy Duch Święty powiał przez zgromadzenie to zdarzało się, że dwaj mężczyźni obejmujący się z radości, tam gdzieś w siedemnastym rzędzie, mogli należeć do Kościołów, które od wieków nie miały ze sobą żadnych kontaktów.

Spotykają się też ludzie różnych ras. Teraz sytuacja w tej dziedzinie zmieniła się, ale w latach pięćdziesiątych, w wielu częściach kraju był to bardzo poważny problem. Pamiętam przygotowania do naszego zjazdu w Atlancie. Wynajęliśmy wielką salę balową w hotelu położonym w śródmieściu, zarezerwowaliśmy ponad tysiąc pokoi na pięć nocy, został zamówiony czas na antenie oraz wydrukowano odpowiednie formularze rejestracyjne. Wszystko dopracowane było w najdrobniejszych szczegółach po to, by mogła się spotkać ta wielka grupa ludzi.

I nagle, na miesiąc przed zjazdem, kierownictwo hotelu odkryło, że – jak zresztą zawsze – oczekujemy przyjazdu pewnej liczby czarnych biznesmenów. Szybko więc przygotowano miejsca gdzie indziej, w identycznych niby warunkach, skąd kolorowi mieli brać udział w spotkaniu za pośrednictwem monitorów telewizyjnych zainstalowanych w „luksusowym” salonie. Nie mogliśmy się na to zgodzić.

Przeniesienie całej konferencji do Denver kosztowało nas chyba milion rozmów telefonicznych. Ale wtedy zauważyliśmy coś ciekawego.

Na konferencję przybyło wielu czarnych, o wiele więcej niż się spodziewaliśmy. W końcu pewien właściciel sklepu odzieżowego z Atlanty rzucił trochę światła na tę sprawę.

– Od miesięcy moi przyjaciele wypytywali mnie, dlaczego wybieram się na to modlitewne spotkanie przy śniadaniu tylko z białymi. Ale gdy się dowiedzieli o tym wydarzeniu w hotelu, musiałem wynająć cały autobus, aby przywieźć wszystkich chętnych.

Dodam, że latem 1973 roku dość przypadkowo odbyła się rejonowa konferencja w Atlanta Hyatt House i każdego wieczoru gromadziło się tam około tysiąca pięciuset osób, czarnych i białych.

Spotykają się też różne pokolenia. Dzięki kierownictwu Richarda i jego pięknej żony Evangeliny, na każdej konferencji był też program młodzieżowy. Często na hotelowych korytarzach widziałem długowłosych młodzieńców i elegancko ubranych mężczyzn w średnim wieku bratających się ze sobą ze łzami w oczach.

Poznają się też ludzie o różnym pochodzeniu. Czarni i biali spotykają się w wielu z naszych stu oddziałów w Afryce Południowej. W naszych oddziałach w Belfaście, stolicy Irlandii Północnej, protestanci i katolicy, obejmując się, z radością proszą nawzajem o przebaczenie.

Ludzie łamią wszelkie bariery, jakie są między nimi.

Przypominam sobie pewną kobietę, która oddzielona była od reszty świata przegrodą nie do przebycia, co bardzo ją męczyło.

Sarah Elias była pianistką, ukończyła studia w Julliard w Nowym Jorku, a także śpiewała pod batutą Leopolda Stokowskiego. Ta wysoka kobieta o imponującym wyglądzie nie sprawiała wrażenia osoby mającej jakiekolwiek problemy. Na regionalnej konferencji w Indianapolis zastrzegła sobie jednoosobowy pokój i nikt z nas wtedy nawet nie przypuszczał, że za tym życzeniem kryje się jej życiowa udręka.

Okazało się jednak, że wszystkie łóżka w hotelach w Indianapolis były już zajęte przez masy tych, którzy chcieli wziąć udział w tym majowym weekendzie 1972 roku.

– Przykro mi – powiedział recepcjonista – ale musimy zakwaterować panią w pokoju dwuosobowym. – Sprawdził listę gości i dodał – ta druga osoba to siostra Francis Clare ze szkoły zakonnic Notre Dame. Z pewnością będzie pani miło w jej towarzystwie.

Sarah Elias była pewna, że tak nie będzie. Jako wychowanka ludzi należących do religijnego ruchu „Holiness” w małym miasteczku w zachodniej Pensylwanii, od dziecka miała wpojoną głęboką nieufność do zakonnic. Ale jej życiowym problemem było tragiczne dzieciństwo. Była małą dziewczynką, gdy ojciec zastrzelił matkę i dlatego kilka lat przebywała w sierocińcu, a później w rodzinie, która ją adoptowała. Od najwcześniejszych dni pielęgnowała w sobie jedno przeświadczenie: zawsze będę odrzucana przez innych ludzi. Z tego powodu sama nie dopuszczała ludzi do siebie, zamykając się przed nimi i gdziekolwiek by nie pracowała, budowała dosłownie ścianę między sobą a resztą świata.

Jak już powiedziałem, nikt z nas by się o tym nie dowiedział, gdyby nie spotkanie z tą drugą kobietą. Sarah Elias wpadła wtedy do pokoju w przekonaniu, że nikogo tam nie ma. Spotkała się jednak z siostrą Francis Clare, mądrą i łagodna chrześcijanką, obdarzoną charyzmatem specjalnej posługi w sferze uzdrowienia wspomnień. Siostra Francis zapytała, czy mogłaby się z Sarah pomodlić. Wtedy to, po upływie godzin, wyszły na jaw strach, urazy i gorycz, lecz wszystko to utonęło w Bożej miłości.

Gdy zobaczyłem Sarah wieczorem, jej twarz była tak inna niż dotąd, że poprosiłem ją do mikrofonu, aby opowiedziała nam o wszystkim, co się z nią stało. Potem usiadła do fortepianu. Skończyła, a wszyscy zgromadzeni powstali i bili brawo tak długo, aż znowu zasiadła do fortepianu. Powtórzyło się to aż cztery razy. Wszyscy widzieli, że to sam Duch Święty grał dla nas tego wieczoru.

Sarah Elias należała do nowej kategorii ludzi, którym od jakiegoś czasu zaczęła służyć Społeczność. Były to pracujące w różnych zawodach kobiety. Na początku działalności tak bardzo troszczyłem się o ginących mężczyzn, że nie interesował mnie wtedy nikt inny. Kobiety w początkach istnienia Społeczności – a było ich wiele – to głównie zamężne chrześcijanki poszukujące sposobu, aby pozyskać dla Chrystusa swych mężów. Ale w miarę jak Społeczność stawała się znana, pojawiła się nowa grupa kobiet. Kobiety pracujące: zamężne i niezamężne, młode i starsze, które – podobnie jak mężczyźni – nie mogły znaleźć dla siebie miejsca w różnych tradycyjnych programach działalności Kościołów. Koła krawieckie, wyprzedaż używanych przedmiotów, poranne spotkania przy kawie – wszystko to na pewno nie było dla lekarek, nauczycielek, urzędniczek, tak samo jak nie było to dla mnie. Znalazły się więc wśród nas prawniczki, aktorki, robotnice z fabryk, ekspedientki, pielęgniarki, dziennikarki…

– Demosie! – Róża trąciła mnie i zobaczyłem stojącą nad nami stewardesę z tacą kanapek. – Za godzinę będziemy już w Honolulu.

Stewardesy – dopisałem w moich notatkach. Na ostatniej konferencji było pięć albo sześć stewardes. Jeszcze raz przejrzałem moje notatki. W zasięgu znalazł się prawie cały świat i wszystkie grupy ludzi oraz wszelkie dostępne sposoby działania. Ale czy to jasno obrazuje Społeczność?

Co powiedziała mi Róża? „Opowiedz o pojedynczych osobach i zmianach, jakie zaszły w ich życiu.” To prawda – żadne statystyki nie oddadzą tego, jakim cudem jest życie jednego odrodzonego człowieka trwającego w Duchu Świętym.

Ale od czego zacząć? A na czym zakończyć? Gdybym tylko zaczął opowiadać te wręcz niewiarygodne historie z życia George’a Otisa, Waltera Blacka, czy generała Ralpha Hainesa, to nie zmieściłbym się w czasie, a jeszcze zostałyby równie nieprawdopodobne przeżycia Jima Watta, Otto Kunderta czy Dona Locke’a.

Nasza Społeczność zna już milion takich historii i każda z nich jest tak samo nadzwyczajna, jak poprzednia, a przy tym – niepowtarzalna. Wszystkie połączone są ze sobą w jeden złoty łańcuch. Wszystkie połączone… Dlaczego by nie opowiedzieć historii jednego takiego ogniwa z tej niekończącej się reakcji łańcuchowej, jaką jest Społeczność Biznesmenów Pełnej Ewangelii…

Było to pewnego dnia rano, w początkach lat sześćdziesiątych. Zadzwonił do mnie pewien młodzieniec. Przypomniał mi, że niedawno spotkaliśmy się na konferencji w Oklahomie.

– Panie Shakarian – powiedział chłopak – bardzo proszę, by porozmawiał pan z moim wujkiem. Myślę, że jest on już gotów poznać Jezusa.

– Kto to jest?

– Shannon Vandruff.

– Gdzie mieszka? – nazwisko wydawało mi się znajome. Dowiedziałem się, że w przepięknej dzielnicy Downey.

– A czym się zajmuje?– zapytałem trochę zaniepokojony.

– Jest przedsiębiorcą budowlanym. Czy słyszał pan o Cinderella Homes? To właśnie jego przedsiębiorstwo.

Z początku pomyślałem, że nigdy chyba nie uda mi się porozmawiać z tym człowiekiem. Wszyscy tu dobrze znali Cinderella Homes – to ogromne przedsiębiorstwo. Wreszcie jednak obiecałem, że zadzwonię do Shannona Vandruffa.

Uczyniłem to następnego dnia, w niedzielę. Okazało się, że pan Vandruff to bardzo przyjemny rozmówca, nie był wcale typem niedostępnego bogacza. Jego bratanek miał rację: Shannon był gotowy do słuchania dobrej wieści o Jezusie. Wraz z żoną Vetą zaprosili nas na wieczór do swego olbrzymiego domu z polem golfowym, a później pojechali na konferencję Społeczności do Phoenix w Arizonie, gdzie oboje przeżyli chrzest w Duchu Świętym.

I naraz też pojawiło się nowe imię w tej reakcji łańcuchowej.

Dr Ray Charles Jarman był pastorem wielkiego zboru Disciples of Christ (Uczniowie Chrystusa) w South Gate, w Kalifornii, do którego państwo Vandruffowie należeli już od czternastu lat. Pod kierunkiem tego błyskotliwego mówcy zbór urósł do rangi bardzo bogatej instytucji z salą o wyściełanych siedzeniach, z grubą wykładziną na podłodze, klimatyzacją i wieloma sprowadzonymi z zagranicy marmurowymi rzeźbami. Dr Jarman miał też swój codzienny program w radiu oddziałujący na życie intelektualne całej Południowej Kalifornii.

Shannon Vandruff nigdy jednak nie słyszał go głoszącego Chrystusa. Podobnie jak wielu wysoko wykształconych duchownych, on też od dawna przestał wierzyć w boskość Jezusa, cuda i inne „nienaukowe” poglądy. Ale był sumiennym pastorem szczerze pragnącym pokazać swym wiernym coś rzeczywistego.

Przez pięćdziesiąt lat szukał tej nieuchwytnej rzeczywistości w Religious Science (1), New Thought, Christian Unity (2), Christian Science (3). Gdy wreszcie zobaczył jak puste jest jego życie, zwrócił się do religii wschodnich, studiując je po kierunkiem Paramahansa Yogananda (4). W końcu skierował się w stronę różokrzyżowców (5), a potem zajął się teozofią (6).

(1) Religious Science lub Science of Mind (Nauka religijna, Nauka Umysłu) – filozoficzny i metafizyczny ruch religijny założony w USA w 1927 r. przez Ernesta Holmesa. Jest częścią większego ruchu New Thought (Nowej Myśli). Termin Science of Mind odnosi się do nauczania, natomiast Religious Science – do organizacji. Często używa się tych terminów zamiennie. (przyp. red.)

(2) Nieformalna nazwa: Unity Church, filozoficzno-metafizyczny ruch religijny w ramach New Thought. (przyp. red.)

(3) Christian Science (Stowarzyszenie Chrześcijańskiej Nauki) – organizacja religijna założona w USA w 1879 r. Doktryna nie pokrywa się z podstawowymi naukami chrześcijaństwa. Głównym aspektem nauczania jest uzdrowienie fizyczne, natomiast chrześcijaństwo kładzie nacisk najpierw na zbawienie duszy, później ciała. (przyp. red.)

(4) Paramahansa Jogananda (1893-1952) – indyjski jogin. Jego największym osiągnięciem w świecie zachodnim, było rozpowszechnienie krijajogi. Krije to indywidualne techniki pokutne i praktyki oczyszczania. Przyjęte przez niego imię Jogananda oznacza „uszczęśliwiony poprzez zjednoczenie z Bogiem”. (przyp. red.)

(5) Prawdopodobnie nazwa pochodzi od imienia Christian Rosenkreutz, postaci z dzieł Johanna Valentina Andreae (1586-1654). Różokrzyżowcy w swojej filozofii skupiają się na poszukiwaniu i doskonaleniu ukrytych pierwiastków duchowych w człowieku, mających doprowadzić do maksymalnego wykorzystania wewnętrznego potencjału oraz życia zgodnie z prawami natury. W tym celu wykorzystywane są praktyki medytacyjne, polegające na wizualizacji szczęścia, bogactwa, zdrowia, itp. Wierzą w Boga jako Wielkiego Architekta, który stworzył świat i ustalił rządzące nim niezmienne prawa. (przyp. red.)

(6) Teozofia – światopogląd religijno-filozoficzny o charakterze panteistycznym głoszony przez Towarzystwo Teozoficzne, założone w 1875 r. przez Helenę Bławatską w Nowym Jorku. Mottem teozofii jest: „Nie ma religii wyższej niż prawda”. (przyp. red.)

W roku 1961, a więc zanim prawnie zakazano używania narkotyków, opłacił w klinice w San Francisco pielęgniarkę, lekarza i psychiatrę, aby przebywali z nim podczas jego 24-godzinnego eksperymentu z narkotykiem LSD. Oczekiwał objawienia się Boga, ale zamiast tego, po eksperymencie zaczęły nękać go koszmary, z których musiał się leczyć przez kilka miesięcy.

W tym właśnie czasie, po swoim nawróceniu, Shannon Vandruff starał się w jakiś sposób przyprowadzić Jarmana do Społeczności. Shannon zanudzał go tym prawie cztery lata, ale ten wykształcony duchowny wyraźnie nie był tym zainteresowany. Wreszcie doszło do tego, że Jarman alergicznie reagował na jego widok.

I wtedy ich wspólny znajomy zaprosił Jarmana na wieczór „chrześcijańskiej społeczności i muzyki” do państwa Vandruffów. Nie przywiązując do tego zbytniej wagi, dr Jarman zgodził się. Co miał do stracenia? Najwyżej będzie to następny eksperyment.

W sierpniu 1965 roku Ray Charles Jarman przybył do Shannona wraz z trzema innymi osobami ze swojego zboru. Olbrzymi salon państwa Vandruff wypełniony był po brzegi i trudno było nawet znaleźć miejsce. Od razu zauważył radość promieniującą z twarzy zgromadzonych tam ludzi, co z jednej strony go zaciekawiło, ale z drugiej – drażniło. Gdyby nie to, że przyprowadził ze sobą innych, zaraz opuściłby to miejsce. W miarę upływu czasu czuł się coraz bardziej nieswojo. Śpiewano tam, modlono się, dzielono się swoimi przeżyciami, a słuchacze z entuzjazmem wykrzykiwali: Chwała Panu! Tymczasem Jarman ciągle myślał tylko o tym, co powiedzą jego uniwersyteccy koledzy.

W połowie wieczoru naraz otworzyły się drzwi i stanęła w nich, podtrzymywana przez dwóch mężczyzn, najbardziej mizernie wyglądająca kobieta, jaką kiedykolwiek widział. Oczy miała podkrążone, a sukienka wisiała na niej tak, jakby nikogo właściwie nie okrywała.

Tą kobietą była moja siostra Florence.

Ze zgrozą Jarman obserwował, jak mężczyźni prawie przenieśli ją przez pokój i posadzili na krześle. Minęło już 25 lat od jej wypadku samochodowego. Ale cóż to było za wspaniałe ćwierćwiecze służby! Często razem z Różą przy pianinie czy organach śpiewała w kościołach i na spotkaniach Społeczności w całym kraju. Teraz, dokładnie jak to widziała we śnie, umierała z powodu rzadko spotykanej odmiany choroby nowotworowej.

– Florence Shakarian Lalaian – powiedział Shannon. – Czy ma pani dość siły, by nam zaśpiewać? Florence uśmiechnęła się i powiedziała, że spróbuje.

Przyłożyła obie dłonie do czoła, by odchylić głowę do tyłu, nie miała bowiem wystarczająco dość sił, by ją unieść. Zaczęła śpiewać.

Ray Jarman stanął wreszcie twarzą w twarz z rzeczywistością, której tak długo poszukiwał. Był wielkim miłośnikiem opery i słyszał już chyba wszystkie najsłynniejsze głosy świata.

– Ale nigdy w życiu nie słyszałem takiego głosu, jak ten – powiedział mi potem. – Gdy ona śpiewała, wydawało mi się, że to anioł się tu zjawił.

Florence poprosiła wszystkich o dołączenie się w refrenie „Jak wielkiś Ty”. Jej głos wzlatywał ponad wszystkich wyżej i wyżej, jakby trele słowika, a Jarman miał uczucie, że stoi przed bramami niebios.

Była to ostatnia pieśń Florence. I jednocześnie Ray Charles Jarman po raz pierwszy publicznie płakał.

Ale przyzwyczajenie do intelektualnego zgłębiania wszystkiego było w nim zakorzenione tak głęboko, że jego myśli ciągle odpierały to, co wiedział już jego duch. Dopiero po kilku miesiącach zdecydował się na ten przerażający dla siebie skok poza to, co mógł objąć rozumem.

W swoim domu, gdzie jako wdowiec mieszkał samotnie, ukląkł razem z Shannonem Vandruffem, jedynym świadkiem – a było to jeszcze coś, czego nigdy dotąd nie robił – i poprosił Jezusa, by zawładnął jego życiem. Gdy wstał z kolan, był tak wypełniony radością, jak kiedyś pustką i obawami.

Taki jest właśnie ten nowy Ray Jarman, którego słuchały setki tysięcy ludzi na spotkaniach Społeczności na całym świecie.

– Byłem kaznodzieją przez pięćdziesiąt dwa lata – mówił – zanim poznałem Jezusa.

Kto wie, ile osób przyprowadził do Jezusa w ostatnich dziewięciu latach, a ile potem oni przyprowadzili? Gdzie kończy się ten złoty łańcuch, który nas wzajemnie połączył?

A gdzie się rozpoczął?

Pomyślałem o tych zapomnianych ogniwach sięgających czasów przed moim urodzeniem. Magardisz Muszegan prorokował w Kara Kala: „Za rok o tym czasie będziesz miała syna”. Przypomniałem sobie, jak ten wyprorokowany syn woził dwukółką zaprzężoną w Jacka warzywa i owoce. Jak silne było ogniwo, które połączyło życie Shakarianów z Muszeganami! Właśnie wnuk Magardisza – Harry otrzymał pewnej niedzieli w 1955 roku wizję od Pana w ormiańskim zborze zielonoświątkowym na Goodrich Boulevard. Widział świątynię wypełnioną światłością i strumień oleju spływający na Izaaka Shakariana. To był jedyny rodzaj ordynacji, jaki uznawany był w tym zborze. Przez następne dziesięć lat mój ojciec służył w nim jako pastor-laik, posiadający dane mu przez władze stanowe pełne uprawnienia do udzielania ślubów, odprawiania pogrzebów, głoszenia kazań i troszczenia się o potrzeby ludzi! Oczywiście robił to bez żadnej zapłaty, co było zgodne z ormiańską tradycją.

Ale pewnego piątkowego wieczoru, jesienią 1964 roku, Harry Muszegan otrzymał inną wizję. Przebywałem wtedy w hotelu Coronado, na południe od San Diego. Było to 6 listopada i rozpoczęła się właśnie trzydniowa konferencja regionalna. Nasza córka Gerry wraz z mężem Gene Scalfem, też tam przyjechała. Oboje zawsze bardzo lubili uczestniczyć w spotkaniach Społeczności, ale mając dwie małe córeczki, nie za często mogli brać w nich udział. Pamiętałem, ile zabiegów kosztowało ich wybranie się razem na tę konferencję, byłem więc bardzo zaskoczony, gdy Gerry podeszła do mnie i powiedziała, że wszyscy musimy natychmiast wracać do Downey.

– Chodzi o dziadka – powiedziała – on jest… on jest w szpitalu.

– W szpitalu? Przecież nie był chory! Czuł się doskonale, kiedy wyjeżdżałem z biura dziś po południu!

W izbie przyjęć w szpitalu powiedziano mi, że ojciec jest w budynku po drugiej stronie ulicy. To dziwne – pomyślałem wchodząc do tego małego, parterowego domku, że położono go tutaj, gdzie jest tak ciemno i tak jakoś pusto. Gdzie są pielęgniarki? Naraz zorientowałem się, że ten mały budynek to kostnica.

Ojciec leżał na wąskim, białym stole. Teraz wiedziałem już, dlaczego nikt nie chciał mi o tym powiedzieć. Nigdy chyba ojciec z synem nie byli tak sobie bliscy. Stałem w tej niedużej, całkowicie pustej sali i ciągle słyszałem ten sam jego głos, jak setki razy w roku, kiedy tylko otwierały się możliwości opowiadania ludziom o Chrystusie: „Jedź Demosie, ja cię zastąpię na farmie”.

W domu czekał już na nas dr Donald Griggs. Miałem rację, ojciec nie był chory.

– On umarł tak, jak umierali dawni patriarchowie – powiedział dr Griggs. – W pełni sił, nie jako zniedołężniały starzec. Czytał popołudniową gazetę i zasnął przy tym, odchodząc do wieczności.

Nikt, oprócz dr. Griggsa i najbliższej rodziny, nie wiedział o zgonie, więc zdziwiliśmy się, gdy Harry Muszegan zatelefonował z Atlanty, gdzie był pastorem.

– Starcy! – powiedział. – Dopiero, co ich widziałem! Mój dziadek, ojciec, ci wszyscy, których pamiętam z dzieciństwa, a niektórych nigdy nie znałem. Około godziny temu widziałem, jak ci mężczyźni z białymi brodami śmiali się, biegnąc z wyciągniętymi rękami, jakby kogoś witali. I wtedy zobaczyłem biegnącego do nich Izaaka.

Po krótkiej przerwie zapytał:

– Izaak odszedł, prawda?

* * * * *

Zapaliły się napisy, aby zapiąć pasy. Samolot przechylił się i podchodził do lądowania.

„Idź, Demosie…”

To właśnie mówi Bóg do każdego z nas, czyż nie? Idź Jakubie, Janie, Józefie, Mario. Nie zawsze powie nam od razu, na początku podróży, dokąd mamy iść. Myślałem o tym drugim proroctwie, które tak wiele lat temu otrzymał „chłopiec-prorok” – ciągle zapieczętowanym i zamkniętym. Czy zapowie ono wielkie prześladowanie chrześcijan w Ameryce tuż przed powrotem Pana? Sądzę, że tak. Myślę, że Duch Święty został nam dany po to, abyśmy się przygotowali na ten właśnie czas. Aby połączyć nas w jedno Ciało i wyznaczyć każdemu z nas jakieś zadanie, które będziemy wykonywać dla dobra tego Ciała. Często ogarnia mnie ciekawość, kto usłyszy, że ma otworzyć to orędzie i odczytać je zborowi.

Ale nie to jest najważniejsze. Znacznie ważniejszą jest rzeczą, że każdemu z nas On każe iść. Idź więc z darem, jaki otrzymałeś od Niego, wiedząc, że gdy odkryjesz ten dar i zaczniesz go używać, to niezależnie od okoliczności, będziesz należał do najszczęśliwszych ludzi na świecie.

Z lekkim dygotaniem samolot wylądował i podkołował do lotniczego dworca. Róża pozbierała wszystkie nasze rzeczy.

– Jesteś gotów, Demosie? – zapytała.

– Tak, jestem gotów, Różo.

Ruszyliśmy do wyjścia na spotkanie następnej przygody.

12. Posłowie

„Czy jesteś gotowy, Demosie?”

Gdy tę książkę opublikowano po raz pierwszy, kończyła się tym pytaniem, zadanym przez moją żonę oraz moją odpowiedzią: „Tak, jestem gotów, Różo”.

Żadne z nas nawet nie wyobrażało sobie, jakie czekają nas jeszcze wydarzenia. Zostaliśmy zaproszeni do Białego Domu; byliśmy świadkami oficjalnego przekazania części Góry Synaj; mieliśmy możliwość wygłoszenia oficjalnego przemówienia do przywódców religijnych w Indiach; zostaliśmy zaproszeni do rezydencji żony pierwszego prezydenta Chin, pani Soong (1); na spotkania z przywódcami krajów Ameryki Środkowej. Nie mieliśmy pojęcia, że ta książka zostanie przetłumaczona na niemiecki, holenderski, francuski, hiszpański, portugalski, polski, węgierski, rosyjski, ukraiński, ormiański, arabski, szwedzki, duński, norweski, japoński, chiński oraz telugu, i że będzie błogosławieństwem dla tak wielu ludzi.

(1) Soong May-ling – trzecia żona chińskiego przywódcy Czang Kaj-szeka, sama również odgrywająca dużą rolę w życiu politycznym Chin. Czang Kaj-szek w latach 1928-1931; 1943-1948 był przewodniczącym Rządu Narodowego. Od 1948 do 1949 roku i od 1950 aż do śmierci, był prezydentem kraju. Po przegranej z komunistami wojnie domowej, w 1949 roku ewakuował się wraz ze zwolennikami na Tajwan. (przyp. red.)

Żadne z nas nie mogło śnić o tym, jak wielki zasięg będzie miała posługa Międzynarodowej Społeczności Biznesmenów Pełnej Ewangelii poprzez działalność oddziałów, dzięki konferencjom, książkom, czasopismom, broszurom, poprzez telewizję, radio i przekaz satelitarny.

Ta niedochodowa organizacja świeckich chrześcijan jest prowadzona przez siedemdziesięciu dyrektorów międzynarodowych oraz pięciuset dyrektorów krajowych, a jej członkowie reprezentują niemal każde chrześcijańskie wyznanie.

Jest to największa tego rodzaju służba zwykłych chrześcijan na świecie, zrzeszająca ponad milion wierzących spotykających się regularnie każdego miesiąca.

Społeczność obejmuje teraz ponad 3500 oddziałów w 134 krajach. Uzupełnia posługę miejscowych zborów i parafii przyprowadzając ludzi wielu zawodów do Boga i dotykając życia milionów ludzi poprzez swój ogólnoświatowy zasięg.

Ziściła się Boża wizja objawiona mi w 1952 roku, w której martwi duchowo, przygnębieni ludzie na całym świecie, przemienieni zostali w radosnych ludzi połączonych miłością Jezusa. Dowodem tego są tysiące członków oraz sympatyków ze wszystkich kontynentów, wielu w kolorowych strojach narodowych, spotykających się podczas dorocznych konferencji Społeczności na całym świecie.

Bóg realizuje wypełnianie się wizji poprzez ponad osiemdziesiąt tysięcy członków Społeczności, którzy poświęcili się aktywnemu przyprowadzaniu ludzi do Chrystusa. Poprzez takich ludzi, jak sir Lionel Luckhoo (1), który był wziętym adwokatem, a popularność przyniósł mu wpis w „Księdze Rekordów Guinnessa w 1990 r., gdzie został nazwany „najskuteczniejszym obrońcą na świecie”.

(1) Sir Lionel Alfred Luckhoo (1914-1997), urodzony w Gujanie polityk, dyplomata i adwokat – znany z tego, że doprowadził do uniewinnienia 245 oskarżonych o morderstwa. Był bratem gubernatora generalnego sir Edwarda Luckhoo. Praktykował jako adwokat w Anglii, a później był sędzią Sądu Najwyższego w Gujanie. Był tradycyjnym chrześcijaninem, ale w wieku 64 lat przeżył głębokie nawrócenie podczas konferencji FGBMFI w 1978. Zarejestrował działalność religijną w Fort Worth, w Teksasie i samodzielnie głosił Chrystusa w Gujanie, Anglii, Australii i USA. Napisał kilka broszur poświęconych chrześcijańskiej apologetyce, był współautorem scenariusza filmu opartego na powieści apologetycznej „Milczący świadek”. (przyp. red.)

Również poprzez takich ludzi, jak Charles M. Duke, astronauta z Apollo 16, Rosey Grier, sława piłki nożnej z NFL (National Football League, Narodowa Liga Futbolowa – przyp. red.), oraz tysiące profesjonalistów i biznesmenów z różnych dziedzin. Poprzez nich przygnębieni, wyobcowani ludzie, których widziałem na początku swej wizji, są przemieniani w najszczęśliwszych ludzi na świecie.

Demos Shakarian – wspomnienie (1913-1993)

Demos Shakarian był człowiekiem pełnym Ducha Świętego, człowiekiem, który chodził z Bogiem i który kochał ludzi.

Urodził się 21 lipca 1913 roku w Los Angeles, w domu Izaaka i Zarouhi Shakarianów. Dorastał w Downey, w Kalifornii. Uczęszczał do szkoły średniej w Downey i do koledżu Davisa. W 1933 roku, w wieku 20 lat, ożenił się z Rose Gabriel. Mieli czworo dzieci: Richarda, Geraldine, Carolyn i Stephena.

Demos wraz ze swym ojcem rozwinęli największą, prywatną hodowlę krów mlecznych na świecie. W czasie swoich kadencji dwaj gubernatorzy: Pat Brown i Ronald Reagan powołali go na członka Rady Rolnictwa Stanu Kalifornia. Wspierał też finansowo budowę szpitala w Downey.

Założona w 1953 roku z inicjatywy Demosa Shakariana – przy współudziale dwudziestu jeden innych mężczyzn – organizacja pod nazwą: Międzynarodowa Społeczność Biznesmenów Pełnej Ewangelii (FGBMFI), ma swoje oddziały w 134 krajach i stała się największą organizacją świeckich chrześcijan. Co najmniej milion ludzi różnych zawodów spotyka się co miesiąc dla wzmacniania swej wiary i szerzenia Dobrej Nowiny o zbawieniu w Jezusie.

Demos był filarem organizacji. W miarę rozwoju posługi szerzenia przesłania Pełnej Ewangelii, spotykał się ze światowymi przywódcami, w tym z prezydentami wielu krajów, m. in. Stanów Zjednoczonych. Był też członkiem zarządu na Uniwersytecie Orala Robertsa i w Trinity Broadcasting Network. W 1975 roku, przy jego współpracy z Johnem i Elizabeth Sherrillami, powstała książka „Najszczęśliwsi na świecie”. Jest ona opowieścią o narodzinach Społeczności, która zmieniła życie mnóstwa mężczyzn i kobiet na całym świecie.

Okładka

Demos Szakarian był z zawodu farmerem, właścicielem olbrzymiej farmy mlecznej, człowiekiem zamożnym, biznesmenem, któremu się powiodło. Ale nie dlatego warto przeczytać opowieść o jego życiu.

Był również człowiekiem wiary. Bóg używał go do swoich celów i Demos liczył się z Nim we wszystkich sprawach życia. Wiara Demosa nie ograniczała się jedynie do uczęszczania do kościoła i wykonywania religijnych praktyk. Od najmłodszych lat zadawał sobie pytania: „Czego żąda ode mnie Bóg? Jakie przeznaczył mi zadanie?” Bóg bardzo konkretnie odpowiedział na to gorące pragnienie służenia Mu.

Ponad sześćdziesiąt lat temu powiew Ducha Świętego sprawił, że coraz więcej ludzi z różnych Kościołów na całym świecie budziło się do radosnego, prawdziwie chrześcijańskiego życia w Duchu, nacechowanego chęcią niesienia pomocy innym ludziom.

Miał w tym udział także Demos Szakarian, farmer z Kalifornii, którego głównym celem życia stało się pobudzanie chrześcijan do szerzenia Dobrej Nowiny.

Niezwykle interesująca opowieść o amerykańskim farmerze ormiańskiego pochodzenia, który założył Międzynarodową Społeczność Biznesmenów Pełnej Ewangelii.

Książka ta pobudza do śmiechu, ale i do płaczu – przede wszystkim jednak umacnia wiarę Czytelnika.

Sześć duchowych kroków do zbawienia

Ludzie wciąż pytają: Co mam zrobić, abym był zbawiony? Odpowiedź znajduje się w Biblii.

1. Uznać swój grzech

„Ponieważ wszyscy zgrzeszyli i są pozbawieni chwały Boga.” (List do Rzymian 3,23)

„Boże, okaż litość mnie grzesznemu.” (Ewangelia wg Łukasza 18,13)

2. Okazać skruchę i opamiętać się

„Lecz jeśli się nie opamiętacie, wszyscy podobnie zginiecie.” (Ewangelia wg Łukasza 13,13)

„Zmieńcie więc sposób myślenia i nawróćcie się, aby wasze grzechy zostały zgładzone.” (Dzieje Apostolskie 3,19)

3. Wyznać grzech

„Jeśli wyznajemy nasze grzechy, to Bóg, który jest wierny i sprawiedliwy, odpuści nam grzechy i oczyści nas z wszelkiej nieprawości.” (1 List Jana 1,9)

„Jeśli więc swoimi ustami wyznasz, że Panem jest Jezus, i uwierzysz w swoim sercu, że Bóg wskrzesił Go z martwych, będziesz zbawiony.” (List do Rzymian 3,23)

4. Odwrócić się od grzechu

„Niechaj bezbożny zejdzie ze swej drogi, a przestępca niech odejdzie od swoich złych myśli. Niech wróci do Pana, który się lituje, i do Boga, który w nieskończoność przebacza.” (Księga Izajasza 55,7)

5. Uwierzyć

„Tak bowiem Bóg umiłował świat, że dał swego Jednorodzonego Syna, aby każdy, kto w Niego wierzy, nic zginął, ale miał życie wieczne.” (Ewangelia wg Jana 3,16)

„Kto uwierzy i zostanie ochrzczony, będzie zbawiony, a kto nie uwierzy, zostanie potępiony.” (Ewangelia wg Marka 16,16)

6. Przyjąć

„Do swej własności przyszedł, ale swoi go nie przyjęli. Tym zaś, którzy go przyjęli, dał prawo stać się dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię jego.” (Ewangelia wg Jana 1,11-12)