Wierność i małżeństwo

Wierność. Mamy na ogół jakieś wyobrażenia na temat znanych nam słów. Używamy ich w codziennym życiu i łączymy ze znanymi sobie pozytywnymi lub negatywnymi zachowaniami swoimi i innych ludzi.

Przystępując do pisania tego rozważania zajrzałam (a gdzieżby?) do Internetu i zdumiałam się nieco znalazłszy w jednym ze słowników liczne synonimy, które tak od razu nie kojarzyłyby mi się pozytywnie. Były to słowa np. takie, jak: dosłowność, dogmatyczność, bezwzględność, czołobitność, serwilizm… A więc wierność różne mieć może oblicza i czasami niekoniecznie pozytywne… Ale to tak na marginesie.

Na ogół pierwsze nasze skojarzenia z pojęciem wierności dotyczącym ludzi i relacji między nimi są pozytywne. Łączymy z nim postawy i zachowania szlachetne. Jako ciekawostka – we wspomnianym słowniku podano aż 234 synonimy słowa wierność podzielone na siedemnaście (!) grup znaczeniowych, a wśród nich takie jak: wierność jako zgodność z czymś (np. z oryginałem), wierność jako cecha jakiegoś przyrządu (np. miernika), wierność jako niewolnicze trzymanie się przepisów itp. W słowniku języka polskiego jedno ze znaczeń słowa wierny występuje w formie opisowej – jako nie zdradzający kogoś. Tak więc definicja wierności, czy też raczej pozostawania wiernym, została tu wyrażona w słowach o znaczeniu przeciwstawnym z dodatkiem zaprzeczenia.

Cóż to jest zatem wierność? Etyka (dział filozofii) powiada, że jest to jedna z cnót (ależ staromodne słowo!). Zaś cnota to po pierwsze: nabyta, wyćwiczona,trwała predyspozycja do czynienia dobra, a po drugie: nabyta, wyćwiczona, trwała predyspozycja do przestrzegania zasad moralnych. Jak widać, żeby być wiernym trzeba się nieco napracować. Trzeba w jakiś sposób pozyskać cnotę wierności, a potem tak wytrwale ćwiczyć się w jej kultywowaniu, by stała się naszą stałą, niezmienną cechą.

I tu nasuwa się pytanie: Czy bycie wiernym komuś lub czemuś zakłada coś takiego jak wierność sobie? Wszak istnieje też takie pojęcie. „Bądź wierny sobie, a nie będziesz niewierny innym” – napisał angielski filozof Francis Bacon. Rozumiem to tak: jeżeli uznaję za dobre i szlachetne dochowywanie wierności komuś czy czemuś, to staram się ze wszystkich sił zawsze postępować zgodnie z tym przekonaniem.

A więc podstawą wierności w małżeństwie, czy jak to się często dziś mówi: „w związku”, jest „nabycie cnoty wierności” i w wyniku tego „nabycia” posiadanie w pełni zinternalizowanego przekonania, że wszelka zdrada bliskiej osoby jest czymś złym. Zaś przekonanie zinternalizowane to takie, z którym się w pełni zgadzamy i poczytujemy za własne. Nie chodzi o pogląd, o którym wiemy, że obowiązuje w naszym środowisku i zachowanie z nim niezgodne po prostu „nie uchodzi”. Nie dotyczy sytuacji, że wiemy, iż tego robić „nie wypada”. Chodzi o absolutnie i całkowicie własne żywione przez nas przeświadczenie. No i pozostawanie z nim w zgodzie w naszej życiowej praktyce.

Wierność w kontekście małżeństwa najczęściej kojarzona jest z brakiem podejmowania relacji seksualnych z innymi osobami niż współmałżonek. Ale przecież, gdy coś takiego zaistnieje, nie wydarza się to zwykle ot tak sobie – z dnia na dzień. Wierność przejawia się w życiu małżeńskim wielorako, dotyczy różnych jego aspektów. Zdrada w tym potocznym znaczeniu, jako nawiązanie fizycznej relacji z kimś spoza małżeństwa, wyrasta na glebie egoizmu, braku zrozumienia, lojalności, szczerości, troski, i innych cech, których istnienie w związku stanowi duchowe i psychiczne spoiwo łączące małżonków w „jedno ciało”, w jedną istotę. Nie chodzi tu o szukanie usprawiedliwienia dla zdrady, raczej o podkreślenie, że wierność zaczyna się i wyraża w codziennym życiu poprzez różne, mające znaczenie dla jakości związku, postawy i zachowania małżonków. Prawdziwie bliscy sobie ludzie stanowią tak prawdziwą jedność, że nie ma tam miejsca nawet na jakąkolwiek myśl o zbyt bliskich relacjach z osobami spoza związku.

Pozostając w małżeństwie, które zawarliśmy z pełną świadomością tego, że jest to związek na zawsze, oraz na dobre i na złe, musimy pozostawać wierni przede wszystkim sobie w tym, że w naszych relacjach staramy się być możliwie szczerzy. To podstawa prawdziwej jedności.

Wiedząc, że żadne z nas nie jest istotą doskonałą, pomagamy sobie nawzajem poprzez – zgodnie z zaleceniem apostolskim – „mówienie prawdy każdy z bliźnim swoim”. Wszak mąż czy żona to nasz bliźni najbliższy. Wszelkie zakłamanie i manipulacja nie budują zdrowego związku. W ramach naszej wzajemnej szczerości zwykle jednak wiele się musimy nauczyć na temat tego, jak należy komunikować sobie nawzajem nasze spostrzeżenia, odczucia i oczekiwania. Jesteśmy różni. Jedni są bardziej dyplomatyczni i przez to czasem skłonni też do manipulowania (wszak wszystko na tym świecie ma dwie strony), inni zaś chlubią się swą szczerością („co w sercu to na języku”) i niepotrzebnie zdarza im się ranić.

Prawdziwe wzajemne oddanie, a więc i wierność może zyskiwać coraz głębszy wymiar tylko wtedy, gdy razem pracujemy nad tym, by w naszym małżeństwie istniały warunki rzeczywistego komunikowania się. Tylko wtedy z czasem jesteśmy w stanie rozumieć się nawzajem coraz lepiej, choć musimy być też świadomi tego, że nie jest to możliwe tak do końca. Zarówno dlatego, że jesteśmy różnymi istotami ludzkimi, jak i z tego względu, że chodzi o mężczyznę i kobietę. Jednak w tym procesie poznawania musimy dawać z siebie wszystko.

Inna istotna dla wierności małżeńskiej sprawa to posiadanie w mężu lub żonie prawdziwego przyjaciela. Bardzo lojalnego przyjaciela. Czasami bowiem inne bliskie nam osoby starają się poprzez swoje rady wpływać na kształt stosunków w małżeństwie. Słyszałam np. o radach dla młodej żony, by „nie spała” ze swoim mężem, gdy ten w jakiś sposób ją zawiódł czy też nie spełnił oczekiwań. Nie wiem nic ponadto na temat sytuacji tego małżeństwa. Doświadczony duszpasterz podał mi ten fakt jako przykład złego wpływu na małżeństwo – w tym konkretnym przypadku, matki żony. Nie wiem czy ta, której doradzano stosowała się do tych rad i jakie były inne być może przyczyny, ale wiem, że to małżeństwo zakończyło się rozwodem, choć oboje byli chrześcijanami. Najpewniej małżeństwo to potrzebowało jakiejś pomocy, jak wiele zresztą małżeństw, ale nie mogło mu pomóc sprzymierzenie się jednej ze stron z kimś obok, z zewnątrz. I do tego z kimś, kto być może chciał szczerze pomóc, ale nie umiał. Nawiązywanie zbyt bliskich, osobnych relacji przez którekolwiek z małżonków z innymi osobami, nawet bliskimi im z racji pokrewieństwa, i nawet życzliwymi, ale nieumiejętnymi, nie jest właściwe. Świadczy o braku lojalności, czyli wierności. Należy odróżnić chęć skorzystania z rady doświadczonej, zaufanej i życzliwej, a przy tym kompetentnej osoby, od wejścia w układ z kimś trzecim „przeciw” swojej własnej „połówce”.

Tym bardziej niebezpieczne dla dobrostanu małżeńskiego stadła jest nawiązywanie zbyt bliskich relacji z osobami przeciwnej płci spoza rodziny – np. z koleżanką czy kolegą z pracy. Wspólne przebywanie przez wiele godzin może skłaniać do szukania zrozumienia i psychicznego wsparcia u postronnych osób. Niewłaściwe jest nielojalne omawianie spraw dotyczących współmałżonka z koleżanką czy z kolegą, a już szczególnie niebezpieczne dla związku jest szukanie zrozumienia czy po prostu nadmiernej bliskości psychicznej u przedstawiciela lub przedstawicielki płci przeciwnej. Zbytnia bliskość w sensie psychicznym może z czasem zaowocować zdradą fizyczną. Psychiczna nastąpiła już przecież wcześniej.

Zdarza się, że do zdrady dochodzi w sytuacji, gdy przyjaźnią się ze sobą dwa małżeństwa i jedna ze stron w każdym z nich pozwoliła sobie na niestosowną bliskość z osobą płci przeciwnej z tego drugiego. Zdrada jest wtedy, można powiedzieć, podwójna. Zdradzający zawodzą i współmałżonka, i przyjaciela. Nieprzekraczalne granice bliskości poza małżeństwem muszą być zakreślone w naszych umysłach bardzo wyraźnie, a stały brak ich naruszania uchroni nas od życiowej katastrofy. Nie można sobie mówić – ach, to nic takiego – i pozwalać na niestosowne zachowania lub samemu zachowywać się w sposób niewłaściwy.

W dobie Internetu poważnym zagrożeniem dla wierności jest łatwość korzystania z bodźców pobudzających naszą wyobraźnię, w tym erotyczną. Wydawać się może, że wirtualny świat nie jest objęty ostrzeżeniem Jezusa: „A Ja wam mówię: Każdy, kto patrzy na kobietę i pragnie ją mieć, już w swoim sercu złamał wierność małżeńską” (Ew. wg Mateusza BE). Tym bardziej, że rozmaici eksperci twierdzą, że taka „niewinna” stymulacja może nawet małżeństwu pomóc. Ale jak się do tego ma uczciwość małżeńska, którą każde z nas ślubowało razem z miłością i wiernością w przysiędze małżeńskiej? Czy można ją relatywizować, uzależniać od okoliczności i zachcianek? Deklarując uczciwość, zobowiązujemy się do kierowania naszych myśli, intencji i zaangażowania w stronę współmałżonka. Zobowiązanie miłowania, pozostawania w wierności i uczciwości dotyczy całości naszego życia, naszej wspólnej codzienności.

O postawę wzajemnej wobec siebie uczciwości każde z małżonków winno dbać w każdej sytuacji i każdego dnia. Nie ma przecież miłości bez tego, kto kocha. Nie ma wierności bez wiernego. Nie ma też uczciwości bez uczciwego. Wymagać więc tego mamy przede wszystkim od siebie. Przecież każde z nas z własnej i nieprzymuszonej woli ślubowało miłość, wierność i uczciwość aż do śmierci. Złączyliśmy wtedy dłonie i modliliśmy się o Boże błogosławieństwo i o siły, abyśmy mogli sprostać stojącym przed nami wyzwaniom. Wierzyliśmy, że Bóg nam w tym dopomoże. I jeśli staramy się być wierni Bogu, On rzeczywiście pomaga.

Bądźmy zatem codziennie ludźmi odpowiedzialnymi wobec siebie samych, naszego współmałżonka i naszego Pana, Jezusa Chrystusa. Wtedy małżeństwo nasze owocować będzie poczuciem spełnienia i głębokiej satysfakcji. A Ten, który „zapoczątkował w nas dobre dzieło”, pewnego dnia powie: „Dobrze, sługo dobry i wierny, byłeś wierny w małych sprawach, więc postawię cię nad wielkimi. Raduj się z twoim panem!” (Ew. wg Mateusza 25,23 BWP).

Ludmiła Sosulska (Chn 4-6/2018)