Oni mówią innymi językami

They Speak with Other Tongues by John L. Sherrill, 1964.

O Autorze. Wprowadzenie. (1) Skok. (2) Dziwna historia Haralda. (3) Zaskoczony świadek. (4) Kaprys Stone’a. (5) Szalony sposób wzrastania. (6) Mury padają. (7) Wizyta Lidii. (8) Po co mówienie językami? (9) Zagadka kryminalna. (10) Chrzest w Duchu Świętym. (11) Pokój 405. (12) Przez czerwone drzwi. Epilog.

O Autorze

John L. Sherrill urodził się w 1923 roku, w Covington, w stanie Tennessee. Studiował na Davidson College i na uniwersytecie w Louisville. Jego ojciec, prof. Lewi J. Sherrill był docentem w Union Theological Seminary w Nowym Jorku. John L. Sherrill w latach 1944 – 1951 był niezależnym pisarzem pracującym w Europie dla wydawnictw amerykańskich.

Swą żonę, Elizabeth Sherrill, ur. 1928, w Hollywood, w stanie Kalifornia, również pisarkę, poznał i poślubił w Szwajcarii (1947). Także ona w latach 1947 – 1963 jako niezależna pisarka zamieszczała teksty głównie w Guidepost Magazine, z którym współpracowała przez ponad 60 lat i jest autorką ponad 2000 artykułów. W 1970 roku oboje założyli wydawnictwo Chosen Books umożliwiające publikowanie początkującym pisarzom chrześcijańskim.

Oboje są autorami bądź współautorami ponad 30 książek przetłumaczonymi na ponad 40 języków, które rozeszły się w nakładzie ponad 60 milionów egzemplarzy. Pierwszą z nich była Born Again, Charlesa Colsona. Inne, również znane w Polsce tytuły, to: God’s Smuggler, Brother Andrew; The Hiding Place, Corrie ten Boom; The Cross and the Switchblade, David Wilkerson; The Happiest People on Earth, Demos Shakarian.

Sherrillowie mają troje dzieci: John Scott Sherrill, Donn Sherrill, and Elizabeth Flint; mieszkają w Chappaqua, w stanie Nowy Jork.

W czasie poważnej choroby John miał szczególne przeżycie spotkania z Chrystusem. Wkrótce potem zetknął się z chrześcijanami, którzy „mówili innymi językami”. Fenomen ten zafascynował go. Wydawnictwo McGraw-Hill poprosiło go o zbadanie i opisanie tego zjawiska. Tak doszło do powstania książki „Oni mówią innymi językami”.

Wprowadzenie

Kiedy ubiegłej jesieni zapisałem się do chóru kościelnego, natychmiast zrozumiałem, że popełniłem błąd. Śpiewanie pięknych hymnów, którymi zachwycałem się w niedziele, okazało się trudniejsze, niż myślałem! W miarę jak rosło moje uznanie dla pozostałych członków chóru, wiara we własny talent malała. Nie umiałem odczytywać nut, skalę miałem mizerną, siłę głosu – nikłą. Ale chór potrzebował głosów męskich, dlatego inni chórzyści dodawali mi otuchy, doradzali jak kontrolować oddech, jak trafiać w odpowiedni ton, jak modulować głos. Stopniowo umysł zaczął coś z tego przyjmować, ale nadal dźwięki wydobywające się z mojej krtani były niezadowalające.

I wtedy, na jednej z prób zająłem miejsce przed Billem Broganem. Gdy zabrzmiał wspaniały bas Irlandczyka, coś dziwnego stało się z moim śpiewem. Powiedziałem mu o tym po próbie.

– Jeżeli ci to pomogło – powiedział Bill – to pokażę ci coś lepszego w następnym tygodniu.

W następny wtorek Bill zajął miejsce obok mnie. W połowie chorału adwentowego szepnął: – Oprzyj się o mnie.

Spojrzałem na niego nie wiedząc, o co chodzi.

– Oprzyj się o mnie całym ciężarem – powtórzył.

Nadal nie rozumiałem, ale pochyliłem się do tyłu, aż moje łopatki oparły się o jego piersi.

I nagle zrozumiałem, na czym polega śpiewanie. Jego głęboki głos wzbudził rezonans we mnie; bez wysiłku wydobywałem dźwięki, o których nie miałem pojęcia, że we mnie tkwią.

Choć moja przygoda muzyczna trwała krótko, przypadek ten miał dla mnie podwójne znaczenie, ponieważ doskonale zilustrował też coś z całkowicie odmiennej dziedziny. Nadeszła taka chwila, że musiałem przekroczyć próg mojej wrodzonej dociekliwości intelektualnej i wejść w samą istotę sprawy przekraczającej moje zrozumienie, by potem iść dalej ku czemuś, co prawie wyglądało jak kontakt fizyczny. Ale to już stanowi treść tej książki…

1. Skok

Wciąż pamiętam, jak w wiosenny poranek roku 1959 gwiżdżąc szedłem przez Park Avenue w Nowym Jorku. Udawałem się na kontrolę do lekarza. Wszedłem przez drzwi oznaczone numerem 655, skinąłem głową recepcjonistce, bo po tylu wizytach była już moją dobrą znajomą. Od chwili operacji raka dwa lata temu, przychodziłem do gabinetu dr. Daniela Catlina co miesiąc i zawsze wizyta przebiegała podobnie: zręczne palce lekarza wolno przesuwały się po mojej szyi, potem zachęcająco klepnął mnie w plecy i żegnał się słowami: „Do zobaczenia za miesiąc”.

Ale tego dnia stało się inaczej. Tym razem palce zatrzymały się, czegoś dotykały i badały przez dłuższy czas. Kiedy wychodziłem, byłem umówiony na zabieg chirurgiczny w Memorial Hospital.

Co za odmiana! Wracałem tą samą skąpaną w słońcu ulicą, ale tym razem towarzyszył mi zimny strach. Znałem to uczucie, wszyscy chorzy na raka je znają. Chowamy je w sobie, czynimy wysiłki, by utrzymać je w podświadomości. Mój dotychczasowy trick polegał na wypracowaniu w sobie przekonania, że jedna operacja to nic strasznego, jeżeli nie wezmą cię powtórnie, to nie ma się czym martwić.

Teraz już nie mogłem stłumić tego lęku. Rozrastał się niszcząc wszelkie argumenty rozumu. W poszukiwaniu ciemności i odosobnienia schroniłem się w pierwszym napotkanym kościele. Był to kościół św. Tomasza przy Piątej Alei. Kiedy wchodziłem, zawyły syreny ogłaszające południe. Ku mojemu zdziwieniu chór biało odzianych chłopców zapełniał stalle na przedzie. Po kilku minutach na kazalnicę wszedł młody seminarzysta. Kartka leżąca na ławce poinformowała mnie, że znalazłem się na południowych rozmyślaniach postnych.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to krótkie przemówienie, którego wysłuchałem, miało stać się początkiem najdziwniejszego doznania w moim życiu.

Wtedy wydawało się zupełnie nieprzystające do mojego problemu. Młody człowiek mówił o Nikodemie. Wielu z nas próbuje przychodzić do Chrystusa tak jak Nikodem: poprzez logikę – zaczął. „Rabbi wiemy, że jesteś nauczycielem posłanym od Boga” – powiedział Nikodem, a potem przedstawił swoje logiczne rozumowanie: „nikt bowiem takich cudów czynić by nie mógł, jakie ty czynisz, jeśliby Bóg z nim nie był”.

– Widzicie – powiedział seminarzysta – dopóki Nikodem starał się dotrzeć do Chrystusa poprzez logikę, nie odnosił sukcesu. Nie logika, ale doświadczenie pozwala nam zrozumieć, kim jest Chrystus. On sam odpowiedział Nikodemowi tak: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam ci, jeśli się kto nie narodzi na nowo, nie może ujrzeć Królestwa Bożego” (Ew. Jana 3,1-3).

Wtedy nie znaczyło to dla mnie nic. A jednak następnego dnia rano miałem usłyszeć te same słowa. Kiedy zadzwonił telefon, akurat razem z moją żoną Tib piliśmy kawę po bezsennej nocy. Telefonowała nasza sąsiadka, pisarka, Catherine Marshall LeSourd.

– John – powiedziała – czy moglibyście wpaść do mnie na chwilę? Dowiedziałam się o czymś i muszę ci to opowiedzieć.

Catherine powitała nas w drzwiach w podomce, bez makijażu i bez uśmiechu. Bardziej niż jakiekolwiek słowa świadczyło to o jej przejęciu się jakąś sprawą. Zaprowadziła nas do pokoju, zamknęła drzwi i bez grzecznościowych wstępów zaczęła.

– Po pierwsze, chcę powiedzieć, że to, co powiem, zabrzmi zarozumiale. Chcę jednak porozmawiać o twoim życiu religijnym, a nie mam prawa przypuszczać, że coś jest nie tak. W końcu piszesz do Guidepost od dziesięciu lat, masz poważanie dla religii, zapoznałeś się z wieloma jej aspektami. Ale w tym jest coś więcej.

Spojrzałem na Tib. Siedziała z kamiennym wyrazem twarzy.

– John, czy wierzysz, że Jezus był Bogiem? – zapytała Catherine.

Byłoto ostatnie pytanie, jakiego się spodziewałem. Przypuszczałem, że chce powiedzieć, iż Bóg ma moc uzdrawiania, albo że modlitwa wspaniale podnosi przygnębionych – coś związanego z moją sytuacją.

Ponieważ zadała mi pytanie, więc się zastanowiłem. Tib i ja byliśmy oczywiście chrześcijanami. W tym sensie, że w kwestionariuszach pisaliśmy „protestant”, uczęszczaliśmy do kościoła w miarę regularnie, posyłaliśmy dzieci do szkółki niedzielnej. Mimo to wiedziałem, że są to tylko nawyki. Nigdy nie stanąłem przed koniecznością udzielenia odpowiedzi na pytanie, czy Jezus z Nazaretu był rzeczywiście Bogiem. A teraz, kiedy próbowałem to zrobić, wyrastały przede mną góry logicznych argumentów, które mnie powstrzymywały. Zacząłem mówić o nich Catherine, ale przerwała mi.

– Starasz się podejść do chrześcijaństwa rozumowo, a tak nie można.

Ojejku, znowu to samo!

– To jedna z zadziwiających cech chrześcijaństwa, że nie można go objąć intelektem – mówiła dalej Catherine. – Najpierw musisz doświadczyć, zrobić coś, czego nie rozumiesz, a potem w dziwny sposób pojmiesz je. I właśnie tego dzisiaj dla ciebie pragnę. Chciałabym, żebyś bez zastanowienia się, bez słowa „dlaczego”, powiedział Chrystusowi „tak”.

W pokoju zapadła cisza. Miałem całą masę zastrzeżeń. A jednak w tej samej chwili poczułem nagłe pragnienie, by zrobić dokładnie to, o co prosiła Catherine. Szczerze powiedziałem jej o moim największym zastrzeżeniu. Uważałem za niewłaściwe to, że przez tyle lat unikałem opowiedzenia się za Bogiem, a teraz, kiedy zachorowałem na raka i zostałem przyciśnięty do muru, przybiegam do niego.

– Czułbym się obłudnikiem – powiedziałem.

– John – powiedziała Catherine niemal szeptem – to pycha. Chcesz przyjść do Boga na swoich warunkach. Kiedy ty będziesz chciał. Tak jak ty będziesz chciał. Silny i zdrowy. A może Bóg chce ciebie dzisiaj, bez żadnych rekomendacji?

Rozmawialiśmy jeszcze przez pół godziny. Kiedy wyszliśmy, nie byłem jeszcze zdecydowany na krok, który zdawał się mieć wielkie znaczenie. Jednak kilka chwil później, kiedy samochód mijał pewien słup telefoniczny na drodze Millwood w Chappaqua, słup, który mogę wskazać jeszcze dziś, odwróciłem się do Tib i powiedziałem głośno: – Jak to się nazywa? Skok wiary? Dobrze, wykonam ten skok: wierzę, że Chrystus był Bogiem.

Wypowiedziałem to na zimno, wyznanie było rezultatem logicznego rozumowania. Żadnych emocji, ale zadziwiające, jakie miałem z tym trudności. Wszystko we mnie, moja świadomość, moje ego walczyło o przetrwanie. Bym mógł wypowiedzieć te słowa, tamto musiało umrzeć. I kiedy wreszcie zamilkło, kiedy wyrzuciłem z siebie proste wyznanie wiary, zrobiło się we mnie miejsce na coś nowego, tajemniczego.

Pierwszy sygnał, że coś się zmieniło, pojawił się dosyć nieelegancko w szpitalu. Tuż przed operacją młoda, ruchliwa, pielęgniarka przyszła zrobić mi zastrzyk. Od czasu służby wojskowej chorobliwie bałem się strzykawek, nawet trzymanych przez ładne dziewczęta. Ale tym razem nie odczuwałem strachu.

– Dobrze, odwróćmy się – powiedziała pielęgniarka bardzo profesjonalnym tonem. Kiedy skończyła, ton uległ zmianie. – Ojej, ale jest pan zrelaksowany! Jakby pan był na wakacjach.

Dopiero po jej wyjściu zdałem sobie sprawę, że mówiła prawdę. O dziwo, byłem naprawdę głęboko rozluźniony i leżąc tak na łóżku szpitalnym zacząłem podejrzewać, że dzieje się we mnie coś szczególnego. Gdzieś w ukrytym i tajemnym zakątku mojej istoty wiedziałem, że bez względu na wynik, operacja jest tylko pewną uciążliwością w życiu, które teraz stało się nowe, dziwne i niezależne od szpitali, chirurgów, choroby i zdrowia.

Chwilę później przyszli sanitariusze i przenieśli mnie na nosze na kółkach. Pamiętam, jak patrzyli na mnie z góry, pamiętam pęknięcia na suficie znikające z tyłu. Jarzeniówka w olbrzymiej windzie była popsuta, zapalała się i gasła. A potem inne światła nad głową, oślepiające, a pomiędzy nimi twarz dr. Catlina zwieńczona zieloną czapeczką. Uśmiechnąłem się do niego, on do mnie i zapytał czy jestem gotowy.

– Gotów.

Jeszcze jeden zastrzyk i po chwili, jak mi się zdawało, obudziłem się w pokoju, którego przedtem nie widziałem. Była noc. Do sali operacyjnej zawieziono mnie o ósmej rano. Dlaczego tak długo to trwało? Po obu stronach klatki piersiowej sterczały mi gumowe rurki, a trzecia wychodziła z otworu w krtani.

Poza zasięgiem wzroku, tuż za łóżkiem szumiała jakaś maszyna.

I ból. Najgorszy, jaki znałem. Tkwił w piersi, tam gdzie rurki. Pielęgniarka zauważyła, że się przebudziłem, więc podeszła i zmierzyła mi puls. Próbowałem coś powiedzieć, ale nie mogłem. Gestem wskazałem na rurki.

– Lekarz przyjdzie rano. Proszę próbować zasnąć.

Jakże chciałbym powiedzieć jej, że po „skoku wiary”, te godziny na oddziale intensywnej opieki medycznej były triumfem duszy nad ciałem. Ale nie mogłem nic powiedzieć. Ból zupełnie mnie zdemobilizował. Musiało na stole operacyjnym coś pójść nie tak. Nie miałem zbytniej wprawy w życiu chrześcijańskim, by znaleźćjakiś inny temat do rozmyślania.

Rano przebudziłem się w innym miejscu. Stopniowo składałem elementy całości z sufitu, okien, podwieszonych zasłon i rozpoznałem mój pierwszy pokój. Z piersi i krtani nadal sterczały rurki, a za łóżkiem szumiała maszyna. Ale otrzymałem przynajmniej jakieś informacje. Dr Catlin przyszedł mnie zobaczyć. Pochylił się nad łóżkiem. Półświadomie wychwytywałem jego słowa:

– Wszystko dobrze. Mieliśmy trochę kłopotów na stole operacyjnym. Zapaść płuc. Tracheotomia. Ale szyja w porządku. Odpoczywaj.

Następnego dnia leżałem zamroczony narkotykami. Od czasu do czasu uświadamiałem sobie wizyty żony, matki, lekarza. Pod koniec drugiego dnia, zauważyłem, że w pokoju są też inni pacjenci. Jednym z nich był starszy mężczyzna, który mocno kaszlał. Drugim był jakiś chłopak przeniesiony z oddziału intensywnej opieki medycznej, musiał bardzo cierpieć.

Tej nocy po raz pierwszy byłem w stanie pomyśleć o modlitwie. Próbowałem mówić do Chrystusa, w którego wiarę wyznałem, ale było to mówienie do powietrza. Nie odczuwałem kontaktu z nikim. Martwiłem się o kaszlącego mężczyznę i cierpiącego chłopca. Próbowałem się o nich modlić, ale nic się nie stało. Po chwili zapadłem w drzemkę, czując się bardzo samotnie.

W środku nocy obudziłem się nagle. Z korytarza i przez okna padało przyćmione światło. Obok drzwi przeszła pielęgniarka w butach na gumowych podeszwach. Obaj pacjenci w pokoju leżeli niespokojnie. Jeden kaszlał, drugi cicho jęczał.

Nie wiem, w którym momencie uświadomiłem sobie obecność światła. Pojawiło się nagle w chwili mojego obudzenia. Różniło się od światła padającego przez drzwi i okno, ponieważ było bardziej jasnością niż światłem o określonym źródle promieniowania. Zawierało jakby ośrodek świadomości. Leżałem w zachwyceniu, w ogóle nie wystraszony. Światłość wydała się znajoma, jakbym spotkał przyjaciela z dzieciństwa, ale bardzo odmienionego. Rozpoznawałem raczej całość niż jakąś szczególną cechę.

– Chrystus? – zapytałem.

Światłość lekko się poruszyła. Nie, nie poruszyła, po prostu znalazła się bliżej mnie bez przemieszczania się. Przez chwilę miałem wrażenie, że ból ustąpił, ale też nie. Coś jednak się zmieniło. Poczułem w sobie zdrowie. Moi sąsiedzi nadal przewracali się niespokojnie. Słyszałem kaszel i jęczenie.

– Chryste – powiedziałem nie wydając głosu – pomóż temu chłopcu.

– Światło opuściło mnie, ale w dziwny sposób znalazło się też przy cierpiącym chłopcu. Usłyszałem ciche: Och! – i chłopiec zamilkł.

– A mój drugi sąsiad? Światło natychmiast skoncentrowało się przy łóżku starszego człowieka, który kaszlał spazmatycznie. Kaszel urwał się w połowie. Starszy człowiek westchnął i odwrócił się na bok. Światło znikło.

Podniosłem głowę jak mogłem najwyżej i zlustrowałem pokój, ale widziałem tylko żółte światło z korytarza i okna. Na dworze zatrąbił jakiś samochód. Maszyna za łóżkiem szumiała. Wszystko było tak, jak przedtem. Poza jednym. Oto ja, leżąc na łóżku w Memorial Hospital, z głową, szyją i piersią w bandażach, ciągle przeszywany bólem, zostałem napełniony tak dobrym samopoczuciem, jak nigdy dotąd. Przez dłuższy czas płakałem z radości.

Leżałem tak aż do świtu. Myślałem, że może Światło powróci. Moi towarzysze spali spokojnie. Kiedy przyszła pielęgniarka z porannej zmiany z tacą termometrów, zastała mnie przebudzonego.

– Wygląda pan na wypoczętego.

– O, tak – powiedziałem.

Odwróciła się do pozostałych pacjentów. Bardzo dobrze. Obaj śpią. Chyba przyjdę później.

Opuściłem szpital na tydzień przed określonym przez doktora Castlina terminem. Ciało goiło się szybko.

Przez kilka dni po powrocie do domu próbowałem opowiedzieć Tib o tym dziwnym spotkaniu w szpitalu. Ale ku memu zażenowaniu, za każdym razem, gdy otwierałem usta, do oczu napływały mi łzy. Czułem, że jeżeli powiem jeszcze jedno słowo, rozpłaczę się jak dziecko. W końcu postanowiłem, że Tib musi dowiedzieć się o tym przeżyciu i opowiedziałem je nie zważając na łzy.

– Myślisz, że to był sen? – zapytałem, gdy wreszcie dobrnąłem do końca.

– Nie sądzę, żeby sen wywarł na tobie aż takie wrażenie.

– Ja też nie.

Uważałem, że moją historię powinny usłyszeć jeszcze dwie osoby: Len i Catherine Le Sourd. Ostrzegłem ich, że trudno mi będzie mówić. I rzeczywiście, ledwo zacząłem opowiadać rzeczowym tonem, poczułem dławienie w gardle.

– Widzicie, co musicie znosić? – powiedziałem usiłując pokryć zmieszanie żartem.

Ale Len powiedział: – Właśnie twoje łzy przekonują mnie najbardziej. Mów dalej.

Opowiedziałem im przebieg całego zdarzenia.

– Czy ujrzałeś światło ponownie? – zapytała Catherine, gdy skończyłem.

– Nie.

– I chyba nie powinieneś się tego spodziewać – powiedziała. – Takie spotkanie z Chrystusem zdarza się zwykle raz w życiu. W moim przypadku było całkiem podobnie. Z Lenem stało się zupełnie inaczej. Ale zawsze towarzyszy temu zadziwiające rozpoznanie osoby Chrystusa.

Potem Catherine wypowiedziała ciekawe słowa. Później okazały się one prorocze.

– Cieszę się, że opowiedziałeś nam o wszystkim. Będziesz to pamiętać, kiedy już stracisz poczucie, że stało się to naprawdę.

Uśmiechnęła się smutno.

– Szkoda, że nie można zawsze czuć się tak, jak ty teraz. Nie ma takiej możliwości. Kiedy minie zachwyt pierwszego spotkania, musimy chodzić wiarą.

Pojąłem to dopiero po jakimś czasie. Wtedy jeszcze, i przez najbliższe tygodnie, żyłem w zachwycie spotkania. Wyniki badań lekarskich okazały się dobre, ale, ku mojemu zdziwieniu, nie miały dla mnie wielkiego znaczenia. Byłem zajęty czymś ważniejszym. Chciałem poznać Chrystusa, którego spotkałem.

Na razie łatwo było o Nim myśleć. Właściwie działo się to automatycznie. Czytanie Biblii stało się zupełnie nowym przeżyciem, ponieważ po raz pierwszy zrozumiałem wiele dotąd zagadkowych spraw. Na przykład, jak Jezus mógł powołać uczniów mówiąc im po prostu: Pójdź za mną? Łatwo było mi w to teraz uwierzyć. Za Obecnością, którą odczuwałem, gotów byłem iść na koniec świata. Ewangeliczne przypadki uzdrowień przynosiły ulgę podobną do tej doznanej przeze mnie w szpitalu. Stwierdzenie apostoła Jana: „Bóg jest miłością” stanowiło dla mnie teraz bardziej zasadę niż opis (zob. 1 Jana 4,8.16).

Ale w miarę upływu tygodni, a potem miesięcy, przeżycie zacierało się. Po pewnym czasie trudniej było wziąć Biblię do ręki, a chodzenie do kościoła powoli zmieniało się w rutynę. Pewnego dnia odwiedziłem w szpitalu przyjaciela. Opowiedziałem mu swoje przeżycie i teraz przebrnąłem przeznie bez nawet jednej łzy. I to, bardziej niż cokolwiek innego, przekonało mnie, że po żywej rzeczywistości pozostały jedynie wspomnienia.

I to miało być tym wszystkim, co nam pozostaje? Poczułem się jak uczniowie, kiedy Chrystus, który przez tak długi czas chodził z nimi, nagle odszedł. Odczuwałem głęboki smutek, pragnąłem przeżyć ponownie spotkanie z Nim, ale – jak powiedziała kiedyś Catherine – nie mogłem zrobić nic innego jak tylko „chodzić w wierze”.

Rozmawiając z innymi chrześcijanami odkryłem, że taki stan rzeczy był bardzo powszechny. Zdarzało się wspaniałe spotkanie, kiedy Chrystus był wyraźny, a potem następowało powolne ochłodzenie. Krótka chwila intensywnej miłości, radości i głębokiego pokoju, czas prawdziwej pełni, kiedy bez szczególnego wysiłku człowiek okazywał cierpliwość, uprzejmość, łagodność. Był to okres wiary. Ale potem zwyciężała jałowość.

Czy tak musi być? Czy wierzący mają żyć wspomnieniami? Nie byłem przekonany, bo przecież wspomnienia ulegają zatarciu.

W rok po przeżyciu w szpitalu spotkałem człowieka, który opowiedział mi intrygującą historię. Zainteresowała mnie jej niezwykłość. Nawet mi się nie śniło, że przyniesie odpowiedź na moje pytanie.

2. Dziwna historia Haralda

Po raz pierwszy usłyszałem o Haraldzie Bredesenie od Ruth Stafford Peale, żony dr. Normana Vincent Peale, która wspólnie z mężem wydawała czasopismo Guidepost. Właśnie odbywało się cotygodniowe poniedziałkowe kolegium redakcyjne, gdy pani Peale wpadła zdyszana do pokoju.

– Przepraszam za spóźnienie – powiedziała.

A potem, zanim jeszcze zdążyła zdjąć płaszcz, dodała:

– Właśnie byliśmy na kolacji z młodym człowiekiem, który dał mi wiele do myślenia.

Z Ruth Peale pracowałem od dziesięciu lat. Wszyscy w redakcji cenili ją za zrównoważenie i rozsądek. Zawsze można było na nią liczyć. Sprowadzała nas na ziemię, gdy nasze myślenie stawało się zbyt abstrakcyjne. Wspominam o tym, ponieważ Ruth Peale opowiedziała tego wieczoru bardzo dziwną historię. Gdyby opowiedział ją ktoś inny, nie zwrócilibyśmy na to uwagi.

– Czy słyszeliście kiedyś zwrot „mówienie językami”? – zapytała.

Większość z nas miała jakieś mgliste skojarzenia. – To chyba z Biblii – pomyślałem.

– „Choćbym mówił językami ludzkimi i anielskimi…” (1 Koryntian 13,1). To o to chodzi? – zapytałem.

– Tak. To jeden fragment – powiedziała Ruth. – Znajdujemy o tym wzmianki w Ewangeliach, a Paweł wspomina o tym kilkakrotnie, ale najwięcej odniesień jest w Dziejach Apostolskich. Widocznie mówienie językami stanowiło ważną część życia pierwotnego Kościoła. O wiele ważniejszą niż przypuszczałam.

– Mój gość mówił, że sam doświadczył tego przeżycia – kontynuowała Ruth. – Nie tylko on, ale kilku jego przyjaciół. Razem z Normanem siedzieliśmy jak zaczarowani przez dwie godziny, a on opowiadał o ludziach, którzy tego doświadczają. Czasem „język” okazuje się prawdziwym językiem rozpoznawalnym przez kogoś ze słuchających. Mówiący nigdy nie uczył się tego języka i nie rozumie, o czym mówi. Brzmi to dosyć głupio, prawda? Ale w tym człowieku coś jest… Ja, przynajmniej, chciałabym dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat.

Po spotkaniu powiedziałem do Ruth, że chcę spotkać się z tym jej „mówcą” językami. Pomyślałem, że byłby to dobry materiał do czasopisma.

Spotkałem się z nim. Ale im bardziej wgłębiałem się w zagadnienie, tym mocniej uświadamiałem sobie, że napotkałem rzecz zbyt poważną na jeden artykuł.

Harald Bredesen jest duchownym, pastorem pierwszej parafii Kościoła Reformowanego w Mount Vernon, w stanie Nowy Jork. Jest starszy ode mnie o kilka lat. Wtedy miał około czterdziestki. Nosił koloratkę, miał niewielką łysinę, a jego entuzjazm okazał się zaraźliwy. Razem z Bredesenem zjedliśmy lunch w restauracji obok naszej redakcji i tam, w otoczeniu filiżanek do kawy i talerzyków, opowiedział mi historię nie z tego świata.

Kilka lat wcześniej Harald Bredesen, chociaż zaangażowany w pracę w Kościele, był niezadowolonym młodym człowiekiem. Zauważył, że jego duchowość pozbawiona jest życia, szczególnie w porównaniu z przeżyciami pierwszych chrześcijan.

– W pierwotnym Kościele panował entuzjazm, poruszenie – mówił Bredesen. – Dzisiejszy Kościół w większości to utracił. Chyba sam pan tego doświadczył. Gdzie jest odmienione życie? Gdzie uzdrowienia? Gdzie wiara, za którą ludzie gotowi byli oddać życie?

Bredesen zaczął wieczorami czytać opisy przeżyć pierwotnego Kościoła zadając sobie takie właśnie pytania i prawie natychmiast odkrył odpowiedź. Im dłużej czytał, tym bardziej uzyskiwał pewność, że Kościół pierwszego wieku otrzymał życie od Ducha Świętego, a bardziej konkretnie – czerpał je z przeżycia zwanego w Nowym Testamencie chrztem w Duchu Świętym.

Bredesen postanowił, że sam musi doświadczyć tego przeżycia i wyjechał na urlop. W Górach Allegheny zaszył się w chatce i podjął nieustającą modlitwę. Postanowił tak długo przebywać w chatce, dopóki nie osiągnie nowego poziomu porozumienia z Bogiem. Dzień po dniu trwał w modlitewnym oczekiwaniu.

W końcu, pewnego poranka stał przed domkiem i modlił się na głos. Odniósł wrażenie, że góry ogarnia dziwna cisza. Każda cząstka ciała Bredesena trwała w napięciu, jego istota jakby przechodziła w inny wymiar świadomości. Na chwilę przestał mówić. A kiedy podjął modlitwę, z jego ust wydobyły się – i tutaj przywołuję jego słowa zapisane przeze mnie tamtego dnia: – Najpiękniejsze samogłoski i spółgłoski, w tym dziwne i gardłowe dźwięki. Nie rozpoznawałem ich. Słuchałem obcego języka, tyle, że wydobywał się on z moich ust.

Zdziwiony, zaciekawiony i nieco wystraszony Bredesen zbiegł z góry, ciągle mówiąc na głos w nieznanym języku. Doszedł do skraju małej osady. Na stopniach jednego z domów siedział starszy człowiek. Bredesen nadal mówił językiem, który gładko i swobodnie wypływał z jego ust. Starszy człowiek odezwał się szybko w języku, którego Bredesen nie znał. Kiedy starszy człowiek zauważył wreszcie, że Bredesen go nie rozumie, przemówił po angielsku.

– Jak może pan mówić po polsku i nie rozumieć tego języka?

– Mówiłem po polsku?

Człowiek roześmiał się sądząc, że Bredesen żartuje.

– Oczywiście. To był polski.

Ale Bredesen nie żartował. O ile pamiętał, nigdy przedtem nie słyszał języka polskiego.

Po usłyszeniu tego opowiadania, ciągle jeszcze bębniłem palcem po stole, ale zaczął on przedstawiać drugie przeżycie, tym razem z nowojorskiego hotelu. Bredesen brał udział w spotkaniu i zostawił kapelusz na krześle przed jadalnią. Miał opuścić już lokal, więc odszukał krzesło, ale zamiast swojego kapelusza zobaczył na nim ładną młodą kobietę.

W tym czasie Bredesen był jeszcze kawalerem i instynkt kazał mu przedłużyć rozmowę poza konieczne „przepraszam, czy nie widziała pani mojego kapelusza?” Dziewczyna zauważyła koloratkę i po kilku minutach zagłębili się w rozmowę na tematy religijne. Dziewczyna przyznała się, że życie duchowe nie daje jej zadowolenia. Bredesen stwierdził, że z nim rzecz miała się podobnie, ale odkrył nowy wymiar życia duchowego przez mówienie językami.

– Przez co? – spytała dziewczyna.

– Mówienie językami pochodzącymi od Boga – powiedział Bredesen i opowiedział swoje przeżycie. W oczach dziewczyny wyczytał niedowierzanie i coś na kształt obawy.

– Czy może pan mówić tymi językami w każdej chwili? – spytała i odsunęła się na kraj krzesła.

– Zostały nam dane do modlitwy.

– A czy może pan modlić się nimi, kiedy pan zechce?

– Tak. Chciałaby pani, żebym się teraz pomodlił? Dziewczyna z niepokojem rozejrzała się po holu.

– Nie będę pani wprawiał w zakłopotanie – powiedział Bredesen, pochylił lekko głowę i po krótkiej cichej modlitwie, zaczął wypowiadać nieznane słowa. Dźwięki były ostre, pełne spółgłosek „p” i „k”. Kiedy skończył, otworzył oczy i spojrzał na dziewczynę. Jej twarz była szara.

– Ja… ja… ja pana rozumiałam! Uwielbiał pan Boga. Mówił pan bardzo starym językiem arabskim.

Bredesen dowiedział się, że dziewczyna jest córką egiptologa, sama mówi kilkoma współczesnymi językami arabskimi i studiuje archaiczny język arabski.

– Wymawiał pan słowa doskonale – powiedziała.

– Gdzie, u licha, mógł się pan tego nauczyć?

Harald Bredesen potrząsnął głową.

– Nie uczyłem się. Nawet nie wiedziałem, że taki język istnieje.

Wywiad przeprowadzony z Haraldem Bredesen wywołał we mnie wiele pytań. Musiało istnieć jakieś logiczne wytłumaczenie zjawisk, o których mi opowiedział. W przeciwnym razie byłby to jawny cud, a to zupełnie nie zgadzało się z moim poznaniem świata.

Bredesen odkrył, że istnieje cały odłam chrześcijaństwa, który cechuje mówienie językami. Byli to zielonoświątkowcy. Nazwa pochodzi od dnia Pięćdziesiątnicy, kiedy po raz pierwszy wystąpiło mówienie językami. Słyszałem o nich już wcześniej, ale nie zwracałem większej uwagi, myślałem o nich jako o jeszcze jednej marginalnej sekcie chrześcijańskiej. [Po angielsku pentecostals, od Pentecost – Pięćdziesiątnica, nazwa polska – Zielone Święta.]

Ale cóż to za margines?! W bibliotece wyczytałem, że na świecie żyje 8,5 miliona zielonoświątkowców, z czego ponad dwa miliony w Stanach Zjednoczonych. W samym Nowym Jorku istnieje 350 zborów i misji zielonoświątkowych. Większość z nich to małe społeczności w ubogich dzielnicach.

– Ciekawa rzecz – powiedziałem do Tib przy kolacji – pracuję w redakcji międzywyznaniowego czasopisma od tylu lat, a nigdy nie byłem w zborze zielonoświątkowym.

Postanowiliśmy nadrobić zaległości. Bredesen poinformował mnie, że w zborze zielonoświątkowym Rock Church w dzielnicy East Sixties nabożeństwa odbywają się we wtorki wieczorem. W najbliższy wtorek Tib zamówiła opiekunkę do dzieci i spotkaliśmy się w mieście.

Gdy wysiedliśmy z taksówki na rogu 62 Ulicy i Trzeciej Alei, było bardzo zimno. Okolica okazała się bardzo ciekawa, bowiem dopóki nie zbudowano linii kolejki nadziemnej, była to jedna z najuboższych dzielnic Nowego Jorku. Teraz następowały zmiany i dzielnica stawała się jedną z najmodniejszych w mieście. Sklepy z używanymi meblami oferowały teraz antyki, a zakurzony sklep z artykułami metalowymi na rogu przemienił się w market „Żelazo i Brąz”.

Zaniedbany starszy człowiek popychał dziecięcy wózek wypełniony szmatami i butelkami. Za nim kroczyła elegancka dama z trzema pudlami na smyczy, a wszystkie miały na sobie płaszczyki.

Zbór mieścił się w budynku z białej cegły, który kiedyś służył za zwykły dom mieszkalny. Wnętrze, świeżo pomalowane na pastelowy niebieski kolor, wyglądało bardzo zwyczajnie. Ponad podwyższeniem dla chóru wentylatory nieskutecznie usiłowały dostarczyć świeże powietrze. Zbór nie różnił się prawie niczym od dziesiątków małych kościółków, które odwiedzałem. Tylko w jednym było tu inaczej – pomieszczenie było wypełnione ludźmi tak, że mieliśmy trudności ze znalezieniem miejsca.

– Nigdy czegoś takiego nie widziałam. I to we wtorek wieczorem?! – szepnęła Tib.

Znaleźliśmy dwa miejsca z tyłu i zaczęliśmy się rozglądać.

Zgromadzenie było bardziej zróżnicowane niż w większości kościołów. Zauważyłem kilka futer z norek, a obok błękitne koszule robocze. Kilka osób nosiło uniformy: były to pielęgniarki z pobliskiego szpitala, inne kobiety wyglądały na opiekunki, które jeszcze przed godziną popychały dziecięce wózki w parku. Zauważyłem jednego szofera w liberii. Co piąta osoba była czarna.

Nie mogłem stwierdzić, czy nabożeństwo już się zaczęło. Zgromadzenie na coś oczekiwało, nie było prowadzącego ani porządku nabożeństwa. Nagle kobieta w ławce przed nami przemówiła na głos.

– Błogosławiony Jezu! – jej głos zabrzmiał jak śpiew. W sali rozległy się potwierdzające westchnienia. Obok nas, z podniesioną głową i mocno zaciśniętymi powiekami, siedziała Murzynka. Jej ręce wznosiły się powoli, jakby odbierała jakieś niewidzialne błogosławieństwo. W całym zborze wznosiły się ręce, otwierały dłonie w tym samym geście przyjmowania. W drugim końcu sali rozległ się męski głos:

– Chwała Panu!

Zafascynowała mnie psychologia tłumu. Słyszałem kiedyś o „zbiorowym umyśle ludzkości”, ale nigdy przedtem, zanim weszliśmy do tego pomieszczenia, nie miałem okazji tego obserwować. Pomiędzy pojedynczymi ludźmi istniała jakaś więź, prawie namacalne porozumienie. Porządek był żywy, organiczny, nie wynikał z przestrzegania zasad ani narzuconego kierownictwa, ale był reakcją na wewnętrzny impuls, jak w komórkach żywego organizmu.

Od czasu do czasu wstawały pojedyncze osoby, podchodziły do przodu i znikały za drzwiami obok kazalnicy. Poczułem się już trochę swobodniejszy, więc pochyliłem się do Tib i zaproponowałem, żebyśmy poszli do tamtego pokoju.

– Dobrze, chodźmy – powiedziała.

Weszliśmy do małego pokoju wyłożonego brązową wykładziną. Wzdłuż trzech ścian stały proste, drewniane krzesła. Innych mebli nie było.

Dziesięć czy dwanaście krzeseł było zajętych, chociaż nikt na nich nie siedział. Każde krzesło służyło za prywatny ołtarz – modlący się klęczeli, wykorzystując siedzenie jako oparcie dla łokci. Uklękliśmy. Nie chcieliśmy stać i gapić się. Okazało się to zbyteczne, bo wszystkim w pokoju nasza obecność była obojętna. Wszyscy cicho się modlili. Od czasu do czasu wychwytywałem słowo „Jezus”. Ale gdy przysłuchałem się uważniej, posłyszałem, że większość nie modli się po angielsku. Wokół nas pulsowały dziwne zlepki dźwięków i nieznajome intonacje. Każdy modlił się osobno, a jednak powstawało z tego grupowe uwielbienie. Szmer modlitwy to narastał, to przycichał.

– To chyba modlitwa w językach – wyszeptałem do Tib.

Spędziliśmy w tym pokoju około piętnastu minut. Pod koniec zacząłem wyczuwać twardą podłogę przez cienką wykładzinę. Ale inni modlili się, nie zwracając uwagi na niewygody.

I nagle, jakby na komendę, głosy zamilkły.

Spojrzałem. Nikt nie wszedł do pokoju. Nie zauważyłem żadnego namacalnego bodźca, który wpłynąłby na wszystkich, ale ta grupa, jak jeden mąż, przestała się modlić. Starsza kobieta powoli wstała i wyszła z pokoju nie mówiąc ani słowa. Potem wstał mężczyzna i też wyszedł. Jeden po drugim ludzie wstawali i wracali do kaplicy. My też powstaliśmy i wróciliśmy na nasze miejsca, zadowoleni, że pomyśleliśmy o zostawieniu na nich śpiewników, aby nikt ich nie zajął.

Teraz starsza, koścista kobieta wyszła za pulpit i podała numer pieśni. Jakże oni śpiewali! Całe pomieszczenie buchnęło śpiewem. Krępy mężczyzna z lewej strony śpiewał tak, jak gdyby reputacja całego zboru zależała od niego. Śpiewał basem. Melodia nie była może zgodna z nutami śpiewnika, ale dźwięki dobrze harmonizowały z tymi ustalonymi przez kompozytora. Kobieta z prawej strony była całkowicie pochłonięta śpiewaniem. Oczy miała zamknięte, śpiewała i kołysała się, obojętna na wszystko prócz muzyki.

Ta część, pomimo emocjonalizmu, bardzo mi się podobała. Kiedy doszliśmy do pieśni „Jak błogo wiedzieć, Jezus jest mój” (piszę „my”, ponieważ razem z Tib śpiewaliśmy już niemal tak głośno jak pozostali), zdarzyło się coś, czego dotychczas nie widziałem. Prowadzący śpiew zaczął powtarzać refren. I tak kilka razy od nowa śpiewali: „Chcę sławić Zbawcę mego po zgon, bo gdzież Zbawiciel większy niż On? On życie z nieba, wieczny w Nim dział i odpuszczenie grzechów mi dał”. Powtarzanie nie stawało się monotonne, wręcz przeciwnie, budowało napięcie do najwyższych granic.

A potem, w środku pieśni zaczęło się klaskanie. Nie było to proste wybijanie rytmu, ale skomplikowane synkopowanie na dwa, w pół taktu, które przeplatało się z muzyką. To było już zbyt wielkie odejście od naszych zwyczajów i dlatego z Tib nie przyłączyliśmy się do tego klaskania, ale zauważyłem, że czubek prawego buta Tib zachowywał się bardzo zielonoświątkowo.

Śpiew nie urwał się nagle. Odpływał powoli i naraz, gdzieś z przodu jakiś mężczyzna zaczął mówić w języku, którego nie rozumiałem. Tradycja kościelna przekazywana z pokolenia na pokolenie sprawiła, że wzdrygnąłem się słysząc okrzyk głośny niemal jak na stadionie. Nikomu to jednak nie przeszkadzało. Cisza zaległa pomieszczenie. Kiedy mężczyzna skończył, cisza trwała nadal. Wszyscy w milczeniu jakby na coś czekali. A potem z innego końca sali usłyszeliśmy głos. Mężczyzna mówił po angielsku, ale tym samym ekstatycznym tonem, jak wcześniej mówiący językami. Była to zachęta do „spodziewania się wielkich rzeczy w tych dniach”.

– Pan zadziałał potężnie – wykrzykiwał głos. – Dał swoje obietnice i będzie wierny w dniach ostatecznych… – i tak dalej w tym samym stylu.

Pochyliłem się i zapytałem sąsiada, co się dzieje.

– On tłumaczy – powiedział mężczyzna.

Kiedy byłem już bardziej doświadczony w teologii zielonoświątkowej, dowiedziałem się, że dar tłumaczenia jest połączony z darem języków i uważa się, że jeżeli posiada się już dar języków, należy do niego dążyć. Tłumaczenie ma na celu oddanie treści wypowiedzianego wcześniej przesłania w językach, a od zwykłego tłumaczenia różni się tym, że tłumaczący także nie rozumie języka, którym posługiwał się jego poprzednik. Tłumaczący odczuwa, że w nieznany sposób otrzymuje rozpoznanie tego, co zostało wypowiedziane językami i wstaje, by się tym podzielić ze zgromadzonymi. Tamtego popołudnia niczego jeszcze nie pojmowałem. Zauważyłem tylko, że ktoś zaczynał głośno mówić językami tak, że słyszeli go wszyscy w pomieszczeniu (a miało to miejsce trzy razy), potem wstawał ktoś inny i przemawiał po angielsku.

Kazanie trwało czterdzieści minut. Oparte było na tekście o przejściu Mojżesza przez Morze Czerwone. Zupełnie normalne kazanie, poza jednym. Kaznodzieja spodziewał się od zgromadzenia wsparcia większego, niż byłem do tego przyzwyczajony. Jego stwierdzenia wywoływały uwagi w rodzaju: „Tak, bracie!”, „Amen”, a nawet słowo „Alleluja!”, którego nigdy nie słyszałem poza pieśniami wielkanocnymi. Kaznodzieja, wypowiadając myśl, na którą reagowało zgromadzenie, rozgrzewał się i powtarzał zdanie, podobnie jak to miało miejsce przy śpiewaniu pieśni. Brzmiało to tak: „Przeszedł przez morze. Tak, Mojżesz przeszedł przez morze!”.

Kazanie skończyło się. Przez otwarte drzwi widać było zapalone latarnie uliczne – ludzie wychodzili z kaplicy. Kiedy wkładałem płaszcz, zauważyłem, że spędziłem tam prawie trzy godziny. Na zewnątrz była już noc, a zadbane pudle spieszyły do domu na kolację.

Wracając do domu nie wiedzieliśmy, co sądzić o tym popołudniu. Czas minął szybko, były to jakby odwiedziny w obcym kraju podczas święta. Czułem zapowiedź wielkich spraw; czułem też zażenowanie tym, że ludzie tak ujawniają swoje emocje w obecności innych; a także odczuwałem zagubienie i zadziwienie w zetknięciu z nieznanymi formami.

Wychodząc z małego kościółka zapytałem kaznodzieję, skąd wzięła się tak niezwykła forma modlitwy.

– Z Biblii – odpowiedział. – Ostatnie wersety 14. rozdziału Pierwszego Listu do Koryntian.

Tego wieczoru siedząc przy kominku w naszym domu w Chappaqua sprawdziliśmy ten rozdział. Znaleźliśmy słowa Pawła, który jakby opisywał to, co widzieliśmy w kościółku.

„Cóż tedy, bracia? Gdy się schodzicie, jeden z was służy psalmem, inny nauką, inny objawieniem, inny językami, inny ich wykładem; wszystko to niech będzie ku zbudowaniu. Jeśli kto mówi językami, niech to czyni dwóch albo najwyżej trzech, i to po kolei, a jeden niech wykłada; jeśliby nie było nikogo, kto by wykładał, niech milczą w zborze, niech mówią samym sobie i Bogu. (…) Tak więc, bracia moi, starajcie się gorliwie o dar prorokowania i językami mówić nie zabraniajcie; a wszystko niech się odbywa godnie i w porządku.” (1 Koryntian 14,26-28.39-40)

Tego wieczoru, kiedy Tib poszła na górę, zostałem sam. Pokój rozświetlały tylko od czasu do czasu płomyki dogasającego ognia. Przyszło mi na myśl, że ten ogień przypomina moje doznanie Chrystusa. Związek, który rozgorzał jasno na chwilę, a teraz dogasał.

Czy paliwo jednego przeżycia wyczerpie się i ogień wygaśnie?

Czytałem Dzieje Apostolskie i wiedziałem, że pierwsi chrześcijanie nie stawali się oziębli. Podobnie, jak ci zielonoświątkowcy w śmiesznym, małym kościółku. Pomimo dziwacznego nabożeństwa wiedziałem, że ci ludzie doświadczali bliskości Chrystusa. Rozumiałem to, bo pamiętałem moje przeżycie w szpitalu. Można mieć zastrzeżenia, że mówili obcym językiem i zachowywali się w niezwykły sposób, ale kiedy zajrzałem głębiej, kiedy obserwowałem twarze bez zwracania uwagi na ich maniery, widziałem radość i życie.

3. Zaskoczony świadek

Następnego dnia padał śnieg, było zimno i wiał wiatr. Około dziesiątej razem z synami wyszliśmy przekopać ścieżkę w zaspach, żeby listonosz mógł do nas dotrzeć. Odurzenie wczorajszym doświadczeniem znikło. Odgarniając śnieg opowiedziałem Scottowi i Donnowi o nabożeństwie. Jedyną reakcją moich synów – dziewięcio- i sześcioletniego – było zdziwienie, że ktoś idzie do kościoła w inny dzień niż w niedzielę.

Miałem kilka ważnych listów dla listonosza i dlatego postawiłem trzyletnią Elizabeth, żeby na niego czatowała, a sam wróciłem na poddasze do gabinetu. Szkoła była zamknięta z powodu zasp, słuchałem odgłosów radości i rozczarowania, które towarzyszyły grze w Monopol i nagle uderzyła mnie myśl, że moi chłopcy mieli rację. To wczorajsze nabożeństwo było zupełnie głupie. Co za brak kultury przerywać nabożeństwo w samym środku i coś wykrzykiwać! Machanie rękami nad głową było równie śmieszne. Miałem rację: był to typowy przypadek psychologii tłumu.

– Idzie! – Z wielkim podnieceniem Elizabeth oznajmiła przybycie listonosza. Zszedłem na dół i wymieniliśmy listy.

Pierwszy list miał pieczątkę Mount Vernon i wiedziałem, że pochodzi od Haralda Bredesena. Zniechęcił mnie temat zjawisk nadnaturalnych toteż umieściłem ten list na samym spodzie. W końcu na biurku pozostał tylko ten jeden list, który otworzyłem bez entuzjazmu. W środku znalazłem kilka stron wyrwanych z tygodnika Life i krótką notkę: Myślę, że to pana zaciekawi. H. B.

Zainteresowało mnie to częściowo dlatego, że artykuł został napisany przez człowieka, którego znałem – dr. Henry Pitneya Van Dusena, ówczesnego prezydenta Union Theological Seminary w Nowym Jorku. A szczególnie zaciekawił mnie temat. Dr Van Dusen pisał o „Trzeciej sile” w chrześcijaństwie i rozważał sprawę zielonoświątkowców.

Co ma do powiedzenia prezydent jednego ze znaczących ośrodków intelektualnych w kraju o ludziach tak mało zintelektualizowanych? Nalałem sobie resztkę śniadaniowej kawy i zacząłem czytać o podróży dookoła świata, którą odbył dr Van Dusen. Odwiedził dwadzieścia krajów i w każdym z nich rozmawiał z przywódcami historycznych Kościołów protestanckich. Wszędzie spotykał zaniepokojenie wyjątkowym wzrostem nonkonformistycznych grup religijnych, szczególnie zielonoświątkowców.

– Martwisz się tym dlatego – zapytał biskupa anglikańskiego – że nowe ruchy docierają do ludzi, do których wy nie docieracie, czy też dlatego, że odciągają waszych wiernych?

– I to, i to – padła odpowiedź.

Do teraz dr Van Dusen przeanalizował już informacje pozyskane w czasie podróży i pisał o „(…) trzeciej, potężnej gałęzi chrześcijaństwa” odważnie stojącej obok katolicyzmu i protestantyzmu. A w samym centrum tej trzeciej siły znalazło się zielonoświątkowe ożywienie duchowe.

Jest kilka przyczyn, które sprawiają, że jest to tak niezwykłe zjawisko religijne – pisał dr Van Dusen. Grupy te głoszą bezpośrednie i łatwo przyswajalne orędzie biblijne. Zwykle obiecują natychmiastowe doświadczenie Boga-w-Chrystusie, zmieniające życie, które jest o wiele ważniejsze dla ludzi niż to, co proponują Kościoły konwencjonalne.

Docierają do ludzi bezpośrednio – w domach, na ulicach, wszędzie – nie czekają, aż ci przyjdą do kościoła. Charakteryzują się wielką duchową żarliwością, która czasem, lecz nie zawsze, przejawia się bardzo emocjonalnie. Sprawują nad nawróconymi opiekę duszpasterską w bliskiej, grupowej wspólnocie, co jest cechą każdego ożywienia chrześcijańskiego od czasu zstąpienia Ducha Świętego w dniu Pięćdziesiątnicy. Duży nacisk kładą na nauczanie o Duchu Świętym – tak zaniedbanej w Kościołach historycznych – tej bezpośredniej i pełnej mocy obecności Boga zarówno w duszy ludzkiej, jak i w społeczności chrześcijańskiej. Ponad to, oczekują od wiernych aktywnego, nieustannego, siedmiodniowego praktykowania chrześcijaństwa.

Do niedawna protestanci uważali ten ruch za tymczasowe i przemijające zjawisko, niewarte większej uwagi. Teraz zmienia się to we wzrastające uznanie dla jego prawdziwych rozmiarów i rzeczywistej trwałości. Tendencja do odrzucania ich przesłania jako niewłaściwego, zostaje zastąpiona gotowością pospiesznego badania tajemnicy jego siły.

Było to niezwykłe stwierdzenie.

Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej, napisałem więc do dr. Van Dusena z prośbą o udzielenie mi wywiadu.

Około dziesięć dni później, razem z Tib poszliśmy się z nim spotkać. Wizyta miała dla mnie szczególne znaczenie, ponieważ mój ojciec aż do śmierci wykładał w Union Theological Seminary. Siedząc w apartamencie Dusena, widziałem po drugiej stronie czworokątnego podwórza biuro, które zajmował mój ojciec. Pamiętałem też, że tuż za rogiem znajduje się ówczesne mieszkanie moich rodziców, dokąd przez sześć lat, co niedziela zabieraliśmy nasze dzieci do dziadków w odwiedziny. Powrót w te miejsca wzbudzał we mnie wiele wspomnień.

Dr Van Dusen wyczuł, jakie znaczenie miał dla mnie i Tib powrót w rodzinne strony, bowiem zadał sobie trud przygotowania herbaty. A był to trud niemały, ponieważ jego żona i gospodyni były nieobecne – przygotował herbatę sam. Potem usiadł naprzeciw nas i spróbował napoju.

– Za mocna – powiedział kręcąc głową. – Za mocna. Przyniosłem też piwo imbirowe, może spróbujemy rozrzedzić?

Spróbował jeszcze raz mieszaniny zbyt mocnej herbaty i piwa imbirowego, skrzywił się i odstawił filiżankę.

– Poczęstujcie się herbatnikami – zaproponował. – Naprawdę cieszę się, że was widzę. Wiecie chyba, że jestem bardzo zainteresowany zielonoświątkowcami.

Dr Van Dusen opowiedział nam o swojej wcześniejszej wizycie na Karaibach, gdzie po raz pierwszy uczestniczył w nabożeństwie zielonoświątkowym.

– Wiecie, to niesłychane – powiedział. – To szokujące, żeby rektor nowojorskiego seminarium musiał jechać aż na Karaiby, by wziąć udział w nabożeństwie zielonoświątkowym.

Dr Van Dusen miał kilka spostrzeżeń wyniesionych z nabożeństwa. Pierwsze było zdumiewające.

– Czułem się jak w domu – powiedział. – Mimo wielkich różnic, a musicie wiedzieć, że naprawdę były ogromne – czułem się jak w domu. Odniosłem wrażenie, że cofam się ku pierwotnemu, ale bardzo żywemu przeżyciu chrześcijańskiemu. Naprawdę, wierzę, że Piotr, Barnaba i Paweł czuliby się lepiej na dobrym nabożeństwie zielonoświątkowym niż na sformalizowanym i zrytualizowanym nabożeństwie w większości współczesnych kościołów.

Wyszedł z nabożeństwa wynosząc pewne spostrzeżenia dotyczące mówienia językami. Podobnie jak my, obserwował i przysłuchiwał się zafascynowany ludziom modlącym się „w Duchu”.

– Wydawało mi się, że mówienie językami stanowi formę duchowej terapii. Słuchanie po raz pierwszy modlitwy językami było niepokojące. Ale jedno wrażenie wysuwa się na pierwszy plan. Wyszedłem odczuwając, że było to emocjonalne wyzwolenie w dobrym tego słowa znaczeniu. Ludzie czuli się lepiej, byli odprężeni, wypoczęci.

– Nigdy nie doznałem takiego przeżycia – kontynuował dr Van Dusen – ale lepiej je rozumiem, kiedy przypominam sobie naszych wielkich poetów. Często osiągają punkt, w którym już nie potrafią przekazywać zrozumiałych myśli. Na przykład Blake, Auden, Gerard Manley Hopkins. Wszystkim zdarzyło się napisać całkowicie irracjonalne zdania. One po prostu nie mają sensu. Na tym, według mnie, polega irracjonalna natura mówienia językami. Serce człowieka osiąga stan, w którym słowa – czyli, słownikowe definicje wyrazów – nie są w stanie wyrazić tego, co wykrzykuje nasze wnętrze.

Byłem zdziwiony powagą, z jaką do tego podchodził. Ale dopiero tuż przed naszym wyjściem dr Van Dusen powiedział coś, co przeważyło szalę i sprawiło, że postanowiłem poznać zielonoświątkowców.

Wychodziliśmy. Tib już wstała, ale dr Van Dusen jeszcze siedział, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć.

– Czuję – powiedział starannie dobierając słowa – że ruch zielonoświątkowy z tym wielkim naciskiem na Ducha Świętego nie jest zaledwie kolejnym ożywieniem religijnym. Jest to rewolucja, którą można porównać do powstania pierwotnego Kościoła apostolskiego i do reformacji protestanckiej.

Znaczenie tych słów dotarło do mnie dopiero po chwili. Dr Van Dusen mówił, że to duchowe ożywienie – reprezentowane choćby przez tę społeczność małego kościółka ze wznoszeniem rąk, mówieniem językami i klaskaniem – nie powinno być porównywane z jakąś szaloną sektą. Nie można tego porównać nawet z pojawieniem się takich głównych wyznań protestanckich, jak prezbiterianizm czy metodyzm, ale należy je zestawić z katolicyzmem i protestantyzmem.

Wracaliśmy do domu z zawrotem głowy. To niepodobna! Jakże dr Van Dusen mógł porównać pentekostalizm z Kościołem pierwszego wieku? Czy było to tylko jego odczucie? Przez następne tygodnie wiele czytałem. Przerzucając pobieżnie materiały wyciągnąłem dwa ważne wnioski.

Po pierwsze, zauważyłem, że ruch zielonoświątkowy jest bardziej rozpowszechniony, niż mi się wydawało. Obejmował nie tylko osiem milionów wiernych zborów zielonoświątkowych, ale co ważniejsze, ogarniał także nieznaną liczbę ludzi w Kościołach historycznych, zarówno katolickich, jak i protestanckich, którzy doświadczali podobnych manifestacji nadnaturalnej i niewytłumaczalnej mocy.

Po drugie, odkryłem, że dr Van Dusen nie był odosobniony w swojej ocenie zjawiska. Kluczowe postacie środowisk protestanckich i katolickich wyrażały podobne przekonania. Sporządziłem listę nazwisk i umieściłem je w kartotece pod nagłówkiem „Opowieści językowe”. Przyrzekłem sobie, że pewnego dnia spotkam się z tymi ludźmi.

Kłopot polegał na tym, że badania zaczęły pochłaniać więcej czasu, niż mogłem im poświęcić. Temat mnie zafascynował, ale miałem zobowiązania wobec czasopism, co zapewniało mi utrzymanie. Czułem narastające poczucie zawodu. Natrafiłem na Wielki Temat, który zdarzasię pisarzowi tylko raz w życiu, a ja nie mogłem nic z tym zrobić.

Lecz wydarzyło się coś, co całkowicie zmieniło sytuację. Pewnego wieczoru na kolacji z sąsiadami, opowiedziałem historię Haralda Bredesena z mówieniem po polsku. Uznałem to za odpowiedni wkład w towarzyską kolację, ponieważ historia ta, bez względu na wywołane nią poczucie niesmaku czy wesołości, była ciekawa. Ale tym razem na kolacji znalazł się człowiek, którego nie znałem, Samuel Peters. Kiedy wstawaliśmy od stołu, Peters poprosił mnie na stronę.

– Wiesz – powiedział – jestem zafascynowany tą historią Chciałbym usłyszeć więcej. Czy mógłbyś przyjść do mnie do biura?

Okazało się, że Peters pracuje dla agencji wydawniczej. Poszedłem odwiedzić go w biurze na Manhattanie, a kilka tygodni później podpisałem kontrakt na napisanie książki o zjawisku mówienia językami i objaśnienia tego fenomenu, a wydawca miał finansować badania.

– Jedną rzecz musimy ustalić na początku – powiedziałem Petersowi pod koniec tej rozmowy.

– Mówisz cały czas „te twoje języki”. To nie są, ani nie będą moje języki. Jestem zaciekawiony, zaintrygowany, ale nie utożsamiam się z tym. Jestem episkopalianinem i czasem wydaje mi się, że nasze poglądy są dość przestarzałe. Jednak nie chcę się angażować w ten nowy ruch.

Peters uśmiechnął się.

– Wiem. Nikt cię nie prosi, żebyś się w to angażował. Zrób tylko dobry reportaż. Nam tylko o to chodzi.

– Dobrze – powiedziałem. – W takim razie rozumiemy się. Zawsze powtarzam, że najlepszym reporterem jest ten, kto zachowuje dystans.

4 Kaprys Stone’a

Czułem, że utrzymanie dystansu będzie bardzo łatwe.

Siedziałem w głównej czytelni nowojorskiej Biblioteki Publicznej, przede mną piętrzyła się sterta powielanych książek, a świat, w który mnie wprowadzały, wydawał się bardzo odległy od mojej podmiejskiej egzystencji. Szukałem pierwszego przypadku mówienia językami w czasach współczesnych. Jednym z kandydatów był góral – rolnik. Innym, kolorowy kaznodzieja wędrowny. Jeszcze innym człowiek, który prowadził bezpłatną szkołę. Byli też Indianie w Chile, Afrykanie, indyjscy bramini. Tib tak podsumowała dzielącą nas przepaść:

– Żaden z nich – powiedziała, gdy zdałem jej relację z wyników moich badań – na pewno nigdy nie przejmował się nornicami na trawniku przed domem.

Miała rację. Niewielu z nich miało zadbane trawniki, a jedyny z nich, który miał trawnik, wyprowadzał tam krowę, żeby się pasła.

Miało to miejsce w Stanach Zjednoczonych w roku 1900. Młody duchowny metodystyczny, Charles F. Parham, postanowił coś zrobić ze swoim życiem duchowym. Czytał Dzieje Apostolskie, listy apostołą Pawła i porównywał słabość własnej służby z opisaną tam mocą. Gdzie są nowo nawróceni? Gdzie cuda? A uzdrowienia? Musiał się przyznać, że chrześcijanie pierwszego wieku znali tajemnicę, którą jego Kościół utracił.

We wrześniu 1900 roku Parham postanowił odkryć tę tajemnicę. Doszedł do wniosku, że wymagać to będzie gruntownych studiów biblijnych, głębszych, niż on sam mógłby im podołać. Utworzył zatem Szkołę Biblijną, w której był i rektorem, i studentem. Nie pobierał opłat, bowiem każdy student miał dawać tyle, ile mógł na pokrycie wydatków.

Pierwszą sprawą teraz było znalezienie miejsca – budynku za niską albo żadną opłatą. I Parham znalazł taki budynek w Topeka, w stanie Kansas. Budynek był nie tylko obszerny, ale i malowniczy. Mieszkaniec Topeka o nazwisku Stone rozpoczął budowanie dla siebie dworu. W połowie inwestycji zabrakło mu pieniędzy. Parter był wspaniały, bo ze schodami z rzeźbionego drewna, imponującymi kominkami, wyszukaną boazerią. Ale już piętro zostało wykończone najtańszą sosną. W Topeka budynek nazwano z przekąsem: „Kaprys Stone’a”.

Charles Parham wprowadził się do „Kaprysu Stone’a” i ogłosił, że będzie przyjęty każdy, kto zechce przyłączyć się do niego w studiowaniu Nowego Testamentu. Zgłosiło się czterdziestu studentów. Dostarczyli miastu więcej tematów do rozmów niż sam Stone. Przychodzili pieszo, przyjeżdżali powozami i wozami, z żonami i dziećmi. Przywozili wszystko, co potrzebne do prowadzenia gospodarstwa domowego i wkrótce na tyłach wspaniałego dworku Stone’a suszyły się na sznurach pieluszki, a na przedzie, na trawniku pasła się krowa.

Charles wiedział, w jakim kierunku powinny zmierzać studia. Od piętnastu lat wielu protestantów zwracało coraz większą uwagę na przeżycie religijne mające tradycyjnie miejsce, w jakiś czas po nawróceniu. Było to bardzo konkretne doświadczenie, które niektórzy nazywali „drugim aktem łaski”, inni „drugim błogosławieństwem”, jeszcze inni „uświęceniem”. Ale zawsze istotą tego przeżycia było osobiste zetknięcie się z Duchem Świętym.

Obietnica nowej wspólnoty z Duchem Świętym przeplata się przez cały Nowy Testament. Jest o tym mowa już w początkowych rozdziałach Ewangelii. Żydzi myśleli przez pewien czas, że Jan Chrzciciel może być obiecanym Mesjaszem. Ale Jan mówił im, że za nim idzie ktoś mocniejszy, któremu nie jest godny rozwiązać rzemieni u sandałów. Ja chrzczę was w wodzie – mówił – ale On chrzcić was będzie Duchem Świętym. Jan przez to powiedział tłumom, że chrzest Duchem Świętym będzie znakiem wyróżniającym Mesjasza. (Por. Ew. Mateusza 3,11 oraz Ew. Jana 1,26-34)

Jezus pod koniec swojego życia zaczął coraz bardziej podkreślać znaczenie Ducha Świętego. On będzie pocieszycielem uczniów, będzie stać u ich boku w czasie trudności, wprowadzi ich we wszelką prawdę, zajmie Jego miejsce. A po zmartwychwstaniu Chrystus ukazywał się uczniom i nakazał, że mają pozostać w Jerozolimie.

– Musicie czekać – powiedział – na obietnicę Ojca, o której wam mówiłem; Jan, jak wiecie, chrzcił w wodzie, ale wy po niewielu dniach zostaniecie ochrzczeni Duchem Świętym. (Zob. Dzieje Apostolskie 1,4-5)

Uczniowie czekali, zgodnie z tym pouczeniem.

„A gdy nadszedł dzień Zielonych Świąt, byli wszyscy razem na jednym miejscu. I powstał nagle z nieba szum, jakby wiejącego gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, gdzie siedzieli. I ukazały się im języki jakby z ognia, które się rozdzieliły i usiadły na każdym z nich. I napełnieni zostali wszyscy Duchem Świętym, i zaczęli mówić innymi językami, tak jak im Duch poddawał.” (Dzieje Apostolskie 2,1-4)

Od tego napełnienia Duchem Świętym, Kościół datuje swój początek. Młody Kościół, nowy i nieliczny jeszcze, zewsząd otoczony przez wrogów, miał moc uzdrowienia, przekonania i poszerzania. Kościoły, które rozwinęły się w miarę upływu czasu, zachowały w swojej tradycji ślad tego napełnienia Duchem Świętym. Zarówno katolicy, jak i luteranie, czy episkopalianie – wszyscy zachowali w obrzędzie bierzmowania czy konfirmacji ślad tej myśli, że w tym momencie bierzmowany, konfirmowany otrzymuje szczególny dar mocy do prowadzenia chrześcijańskiego życia. [Episkopalianie w USA to tak, jak anglikanie w Europie – przyp. red.]

Ale tacy chrześcijanie, jak metodyści weslejańscy i „uświęceniowi” zauważyli, że ceremonia konfirmacji jest często tylko rytuałem i nie skutkuje żadną mocą. Podkreślali chrzest Ducha jako przeżycie, które nie następuje automatycznie, ale jeżeli zachodzi taka konieczność, należy go ustawicznie szukać, aż do chwili, gdy chrześcijanin jest pewny, że został napełniony Duchem Świętym.

Ale skąd wziąć tę pewność? Niektórzy powiadali, że nie ma żadnego dowodu na to, iż nastąpił chrzest w Duchu. Inni powiadali, że człowiek poznaje, iż został napełniony Duchem, gdy jego życie modlitewne zyskuje moc. Ale były to kryteria dosyć nieokreślone. Charles Parham i jego studenci postawili sobie za zadanie odkrycie kryterium, które byłoby bardziej oczywiste.

W „Kaprysie Stone’a” Parham i jego przyjaciele poświęcali czas na studiowanie Biblii, mycie naczyń, dojenie krowy, modlitwę i szukanie niezbitego dowodu obecności Ducha Świętego.

W grudniu Parham musiał wyjechać na trzy dni. Przed wyjazdem wydał swoim uczniom polecenie:

– W czasie mojej nieobecności przeczytajcie Dzieje Apostolskie. Przestudiujcie każdy opis chrztu w Duchu Świętym. Postarajcie się odnaleźć wspólną cechę, jakiś wspólny mianownik.

Gdy wrócił, cała szkoła huczała z podniecenia. Studenci oddzielnie doszli do tego samego wniosku. Odkryli, że w pięciu opisach chrztu w Duchu Świętym znajdują się wzmianki o dziwnym zjawisku zwanym „mówieniem językami”. Były tam albo konkretne stwierdzenia, albo można to było wywnioskować z opisu.

Pierwszy raz miało to miejsce w dniu Pięćdziesiątnicy. „I zostali napełnieni wszyscy Duchem Świętym, i zaczęli mówić językami, tak jak im Duch poddawał.” (Dzieje Apostolskie 2,4)

Drugi raz w Samarii.

„A gdy apostołowie w Jerozolimie usłyszeli, że Samaria przyjęła Słowo Boże, wysłali do nich Piotra i Jana, którzy przybywszy tam, modlili się za nimi, aby otrzymali Ducha Świętego. Na nikogo bowiem z nich nie był jeszcze zstąpił, bo byli tylko ochrzczeni w imię Pana Jezusa. Wtedy kładli na nich ręce, a oni otrzymali Ducha Świętego. A gdy Szymon spostrzegł, że Duch bywa udzielony przez nakładanie rąk apostołów, przyniósł im pieniądze i powiedział: Dajcie i mnie tę moc, aby ten, na kogo położę ręce otrzymał Ducha Świętego.” (Dzieje Apostolskie 8,14-19)

Trzeci przypadek miał miejsce w Damaszku, kiedy Paweł otrzymał Chrzest.

„I poszedł Ananiasz, i wszedł do domu, położył na niego ręce i rzekł: Bracie Szawle, Pan Jezus, który ci się ukazał w drodze, jaką szedłeś, posłał mnie, abyś przejrzał i został napełniony Duchem Świętym. I natychmiast opadły z oczu jego jakby łuski, wstał i został ochrzczony.” (Dzieje Apostolskie 9,17-18)

Czwarty opis dotyczy przyjęcia chrztu przez dom Korneliusza.

„A gdy Piotr jeszcze mówił te słowa, zstąpił Duch Święty na wszystkich słuchających tej mowy. I zdumieli się wierni pochodzenia żydowskiego, którzy z Piotrem przyszli, że i na pogan został wylany dar Ducha Świętego; słyszeli ich bowiem jak mówili językami i wielbili Boga.” (Dzieje Apostolskie 10,44-45)

Piąty opisany przypadek wydarzył się w Efezie.

„Podczas, gdy Apollos przebywał w Koryncie, obszedł Paweł wyżynne okolice i przyszedł do Efezu, a spotkawszy niektórych uczniów, rzekł do nich: Czy otrzymaliście Ducha Świętego, gdy uwierzyliście? A oni mu na to: Nawet nie słyszeliśmy, że jest Duch Święty. (…) A gdy Paweł położył na nich ręce, zstąpił na nich Duch Święty i mówili językami, i prorokowali.” (Dzieje Apostolskie 19,1-6)

Parham zainteresował się tym, ale nie do końca był o tym przekonany.

– Widzę języki w trzech przypadkach. Ale nie w Samarii, ani w przypadku Pawła.

– Nie – powiedzieli studenci. – Wiemy z późniejszych zapisów, że Paweł miał dar języków. „Dziękuję Bogu, że ja o wiele więcej językami mówią, niż wy wszyscy” – pisał do Koryntian (1 Kor 14,18). Kiedy otrzymał ten dar? Być może przy chrzcie w Duchu.

Parham zastanawiał się w milczeniu. – A co z Samarią? – powiedział w końcu.

– W Samarii Szymon czarnoksiężnik został tak poruszony czymś, co zobaczył, gdy ludzie zostali napełniani Duchem Świętym, że zaoferował pieniądze za otrzymanie takiej mocy. Co takiego szczególnego mógł zobaczyć? Nie cuda i uzdrowienia, bo te już widział wcześniej, bowiem całe tygodnie podążał za Filipem właśnie z powodu cudów. Teraz, kiedy przybyli Piotr i Jan, a chrześcijanie otrzymali Ducha Świętego, Szymon zobaczył coś nowego, coś innego. Mogły to być języki.

Ekscytacja studentów udzieliła się też i Parhamowi. Czyżby to był znak, którego poszukiwał? Była już późna noc.

– Zastanawiam się, co by się stało, gdybyśmy jutro wszyscy zaczęli się modlić o przyjęcie chrztu w Duchu Świętym takiego, jaki opisany został w Dziejach Apostolskich, z mówieniem językami?

Następnego dnia wszyscy w „Kaprysie Stone’a” przyłączyli się do modlitwy. Modlili się od rana do popołudnia. Atmosfera domu była naładowana oczekiwaniem. Ale zaszło słońce, a nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego.

I wtedy, o godzinie siódmej wieczorem – a był to wieczór sylwestrowy – młoda studentka Agnes N. Ozman przypomniała sobie pewną rzecz. Wiele razy w Dziejach Apostolskich chrzest w Duchu połączony był nie tylko z modlitwą, ale i z pewnym działaniem – osoba modląca się nad pragnącym otrzymać chrzest, nakładała ręce. Odnalazła w Biblii te fragmenty. Miało to miejsce w Samarii, Damaszku i Efezie, gdzie pojawiało się słowo „ręce”. „Położył na niego ręce (…). Położył na nich ręce (…)”

Agnes Ozman odszukała Parhama. Powiedziała mu o swoim odkryciu.

– Czy pomodlisz się o mnie w ten sposób? – poprosiła.

Parham wahał się, ale wcześniej pomodlił się z pytaniem, czy jest to właściwie, a potem delikatnie położył ręce na głowie Agnes. Natychmiast z jej ust popłynęły ciche słowa, których nikt nie rozumiał.

Zielonoświątkowcy uważają godzinę dziewiętnastą w wieczór sylwestrowy 1900 roku za jedną z ważnych dat w swojej historii. Wskazują, że tam po raz pierwszy od dni pierwotnego Kościoła oczekiwano na chrzest w Duchu Świętym ze znakiem mówienia językami.

W „Kaprysie Stone’a” wszyscy modlili się z jeszcze większym zapałem o zstąpienie Ducha Świętego. Jeden z większych niewykończonych pokoi na piętrze został zamieniony na pokój modlitwy, ze świadomym odniesieniem tego miejsca do Górnej Izby w Jerozolimie. W ciągu następnych trzech dni wiele osób zostało ochrzczonych, każdy uzyskał potwierdzenie tajemniczych znaków. Trzeciego stycznia Parham i kilku innych duchownych z różnych Kościołów przeżyło chrzest w Duchu i mówiło językami. Entuzjastycznie snuli plany wielkiej podróży misyjnej, w czasie której poniosą nowe przesłanie z Topeki aż do Kanady.

Ale doszli jedynie do Kansas City, głównego miasta w tym stanie w odległości ok. 100 kilometrów na zachód.

Tam spotkali się z otwartą wrogością. Nikt nie chciał słuchać orędzia Parhama. Miejscowi duchowni i prasa rozszarpywali ich na strzępy. Ta mała grupa rozpadła się. Parham pozostał bez wsparcia i pieniędzy. Bez kazalnicy. A w końcu zabrakło mu jedzenia. Po kilku tygodniach Parham wrócił do Topeki, a tam oczekiwał go następny cios. „Kaprys Stone’a” został wystawiony na sprzedaż. Stara rudera, która znaczyła tak wiele dla jego szkoły, musiała być opuszczona, a z powodu braku lokalu szkoła została rozwiązana.

Charles Parham zaczął głosić na ulicy. Nazwał swoją służbę: „Posługa Pełnej Ewangelii”, uważał bowiem, że Ewangelię należy głosić w pełni, nie opuszczając ani języków, ani uzdrowienia, ani innych darów Ducha Świętego. Minęły trzy lata, i nadal nikt go nie usłuchał. I wtedy, latem 1903 roku, Parham przybył do uzdrowiska El Dorado Springs w stanie Missouri. Tam nadeszła przełomowa chwila w jego posłudze.

Źródła El Dorado miały pomagać na różne dolegliwości. Parham wykorzystał atmosferę uzdrowiska do głoszenia Ewangelii. Po każdym kazaniu zapraszał wszystkich chorych, by przyszli na dalszą modlitwę do małego domku, który wynajmowali z żoną. Przychodziło wielu. I już od początku stwierdzali, że ich samopoczucie ulegało polepszeniu. Rozeszła się wieść, że Parham jest obdarzony niezwykłą mocą. Jasne też było, że nie chodzi mu o zysk, bowiem nigdy nie pobierał opłat i nie zbierał też kolekty.

Na jedno z nabożeństw uzdrowieniowych przyszła Mary Arthur, kobieta, która traciła wzrok. Przeszła już dwie operacje, ale po każdej – jej stan się pogarszał. Gdy przyszła do domku Parhamów widziała tylko na jedno oko, i do tego obolałe.

W czasie nabożeństwa Parham położył ręce na jej oczy i modlił się, by Duch Święty ją uzdrowił. Pani Arthur podniosła się z kolan drżąc, pełna niedowierzania. Jeszcze przed chwilą musiała zamykać oczy z bólu, a teraz patrzyła bezpośrednio na źródło światła nie odczuwając żadnych dolegliwości.

Pani Arthur wróciła do swego domku w miasteczku Galena, w stanie Kansas i zaczęła wszystkim opowiadać o wspaniałej nowej posłudze. Kilka tygodni później zaprosiła Parhama, żeby przeprowadził nabożeństwa w jej domu. Decyzja skorzystania z jej propozycji stała się punktem zwrotnym w życiu Parhama. Właśnie w Galena wieść zielonoświątkowa zapłonęła jasnym ogniem.

W kilka dni pokój w domu Arthurów wypełniony został po brzegi. Przyjaciele rozstawili namiot na pustej działce obok.

Wkrótce i tam zabrakło miejsca, bowiem ludzie przybywali z całej okolicy. Parham i jego przyjaciele wynajęli stary magazyn na przedmieściach Galena. Zbliżała się zima. Dookoła dużego pomieszczenia poustawiano piecyki, a z braku ławek wykorzystywano położone na beczkach deski. I właśnie tam, w tym kościele utworzonym w magazynie, Charles Parham głosił orędzie Chrystusa w całej rozciągłości, razem z chrztem w Duchu Świętym.

Co wieczór ludzie tłoczyli się w tym prostym kościele, by wyjść kilka godzin później ze świadectwami uzdrowień i dziwnych przeżyć mistycznych. Gazeta Cincinnati Enquirer wysłała do Galena dziennikarza, by opisał to religijne ożywienie.

Wątpliwe – pisał korespondent – czy w ostatnich latach wydarzyło się coś, co wzbudziłoby tyle ciekawości, co wywołałoby mnóstwo komentarzy i zadziwienia wśród okolicznej ludności, jak te religijne spotkania prowadzone tu przez wielebnego C. F. Parhama.

Minęły prawie trzy miesiące, odkąd ten człowiek przybył do Galena, a w tym czasie uzdrowionych zostało ponad tysiąc, a nawróconych ponad osiemset osób. Ludzie, którzy od lat chodzili o kulach, teraz wstawali, odchodzili od miejsca modlitwy z prostymi kończynami, mogli odstawić kule. Tutaj wyznawcy otrzymują coś, co nazywają Pięćdziesiątnicą i zaczynają mówić językami, których nie znają i nie potrafią się nimi posługiwać bez tej mocy. Jest to uznawane za najbardziej charakterystyczną część nabożeństwa. Na ostatnim spotkaniu wstała kobieta i mówiła przez dziesięć minut, a nikt nie wiedział, o czym mówi. Indianin, który przybył na nabożeństwo z rezerwatu Pawnisów stwierdził, że posługiwała się narzeczem jego plemienia i że rozumiał każde słowo jej świadectwa.

Parham pozostał w Galena ponad trzy miesiące nauczając, głosząc Słowo i uzdrawiając. Wyjechał stamtąd, by spełnić swoje marzenie z czasów „Kaprysu Stone’a”: chciał założyć nową szkołę. Pięć lat potem, data zgadzała się niemal co do dnia od chwili otwarcia szkoły w Topeka, ogłosił otwarcie nowej szkoły, tym razem w Houston, w stanie Teksas.

Właśnie do tej szkoły przybył student, który miał się stać następną ważną postacią w historii ruchu zielonoświątkowego: William Joseph Seymour, licencjonowany duchowny murzyński. Seymour zaniósł wieść zielonoświątkową do Kalifornii, pod bardzo znany w historii pentekostalizmu adres: Azusa Street 312, Los Angeles.

Seymour przybył do Los Angeles z walizką w ręce nie wiedząc, jaką tu zrobi furorę. Został zaproszony, by głosić w małym kościółku murzyńskim. Świeżo po przeżyciach w szkole Parham w Houston, Seymour zaczął od serii kazań na temat Ducha Świętego i zjawiska mówienia językami. To było za wiele dla starszyzny tej niewielkiej kongregacji. Drugiego dnia, gdy Seymour przyszedł, by wygłosić następne kazanie, drzwi kościoła zastał zamknięte.

Jednak jedna z wiernych tego kościoła nie zgadzała się z takim postępowaniem. Zaprosiła Seymoura do głoszenia kazań w jej domu. Dom był stary i znajdował się w podupadłej dzielnicy, ale było to lepsze niż nic.

Przez trzydni Seymour głosił w tym domu, spokojnie i logicznie przedstawiając biblijne podstawy swoich przekonań. Ale wieczorem 6 kwietnia 1906 roku, podczas przemawiania słuchacze zaczęli przeżywać chrzest w Duchu. Mówili językami, śmiali się, wydawali radosne okrzyki i śpiewali. Musiało to bardzo przypominać Dzień Pięćdziesiątnicy, gdy Piotrowi i jego towarzyszom zarzucono pijaństwo.

Wieść rozchodziła się szybko. Następnego dnia wczesnym rankiem w starym domu zebrał się tłum, ludzie czekali na dworze na szansę wejścia. Śpiew, okrzyki „alleluja” i „chwała Panu”, rozbrzmiewały dookoła. Zaczęło się klaskanie i tupanie; stary budynek zadrżał. Nikt tego nie zauważył. I nagle, przy szczególnie głośnym „chwała Panu” stropy nie wytrzymały, podłoga zapadła się, mury popękały, zawalił się dach.

Nikt nie został ranny. Ale stało się jasne, że szybko rosnąca wspólnota potrzebuje większego i trwalszego budynku. Po krótkich poszukiwaniach natrafiono na właściwy obiekt: Azusa Street 312.

Azusa Street znajdowała się w skromnej dzielnicy. W sąsiedztwie budynku był skład drzewa, stajnie i wytwórnia nagrobków. Ale przynajmniej nikomu nie przeszkadzała obfitość „nowego wina” w zgromadzeniu. Piętrowy budynek służył kiedyś jako stajnia, ale został częściowo zniszczony przez pożar i porzucony. Spalony spadzisty dach zastąpiono płaskim, co sprawiło, że budynek wyglądał, jakby odpiłowano mu górną część. Wierni wybielili budynek z zewnątrz i wewnątrz przygotowali siedzenia. Seymour siedział spokojnie w jednym końcu olbrzymiego pokoju na parterze ustawicznie modląc się i od czasu do czasu głosząc Słowo. Był przywódcą, ale przewodził przez dawanie propozycji, nie rozkazów.

Duchowe ożywienie na Azusa Street trwało trzy lata. Biedni i bogaci przychodzili oglądać, co się dzieje. Ludzie przybywali z pobliskich miasteczek, ze Środkowego Zachodu, Nowej Anglii, Kanady, Wielkiej Brytanii. Biali i kolorowi, starzy i młodzi, wykształceni i analfabeci. Przyjeżdżali reporterzy z całego kraju i bez względu na to, czy ich sprawozdania były przychylne, czy nie, reportaże zawsze cieszyły się wzięciem.

Podczas prowadzenia badań korespondowałem z naocznym świadkiem wydarzeń na Azusa Street. Był nim pan Harvey McAlister ze Springfield, w stanie Missouri, który często odwiedzał misję. Opisał pewne bardzo ciekawe wydarzenie.

Mój brat, Robert McAlister, nieżyjący już, był w Los Angeles, kiedy wydarzył się wypadek, który później mi opowiedział. Dziewczyna nazywała się Kathleen Scott. Znam ją dobrze, a historię tę powtórzyli mi też jej rodzice.

Działo się to w miejscu zwanym Starą Misją przy Azusa Street. Ludzie przyjeżdżali z całego świata, żeby to wszystko zobaczyć. Znajdowało się tam duże audytorium z Górną Izbą, do której wchodziło się po schodach. Przez kilka lat dom był otwarty dzień i noc, dwa razy dziennie odbywały się nabożeństwa z głoszeniem Słowa Bożego. Modlitwa na górze trwała bez przerwy.

Po skończonym kazaniu tłumy udawały się do tej Górnej Izby na modlitwę. Gdy zbliżał się czas nabożeństwa, ktoś uderzał w dzwonek i wszyscy schodzili na dół.

Kathleen, wtedy nastolatka, znajdowała się w Górnej Izbie. Nabożeństwo trwało, do budynku wszedł mężczyzna. Usłyszawszy modlitwę udał się na górę. W momencie, gdy wszedł, Kathleen, pod działaniem Ducha Świętego, wstała, wyciągnęła rękę w kierunku tego mężczyzny stojącego w wejściu i przez kilka minut przemawiała w języku, którego nie znała.

Przerwał jej dźwięk dzwonka wzywającego na kazanie. Wszyscy zaczęli schodzić. Gdy Kathleen zbliżyła się do schodów, mężczyzna wziął ją za rękę i sprowadził na dół, za kazalnicę, poczekał, aż się wszyscy usadowili. Wtedy przemówił:

– Jestem Żydem i przyjechałem do miasta, by zbadać sprawę mówienia językami. Nikt w mieście mnie nie zna, jestem tu pod przybranym nazwiskiem. Nikt nie wie, czym się zajmuję, kim jestem. Chodzę słuchać kaznodziejów, by wykorzystywać ich kazania na wykładach przeciw chrześcijaństwu.

– Ta dziewczyna, gdy wszedłem do pokoju, zaczęła mówić po hebrajsku. Podała moje imię i nazwisko, powiedziała, dlaczego znalazłem się w mieście, czym się zajmuję i wezwała mnie do pokuty. Powiedziała o mnie rzeczy, których nikt w mieście nie mógł wiedzieć.

Wtedy mężczyzna ukląkł i ze łkaniem zaczął się modlić tak, jakby serce miało mu pęknąć – kończy swój opis pan McAlister.

Tak wyglądało duchowe ożywienie na Azusa Street. Bez fanfar, bez reklamy, chórów, zespołów – co zwykle towarzyszy takim wydarzeniom. Ruch narodzony w starej stajni rozwijał się. Dzień i noc, przez ponad tysiąc dni.

5. Szalony sposób wzrastania

Nadeszła wiosna 1960 roku, a z nią zmiana wystroju naszego garażu. Z kołków znikły szufle do śniegu, a zawisły na nich polewaczka i kosiarka. W skrzynce znalazłem ulotkę: „Nie wstydzisz się, gdy sąsiedzi patrzą na twój trawnik?” i pomyślałem o krowie na frontowym trawniku „Kaprysu Stone’a”.

Nadeszła wiosna, a moja podróż w dziwny świat zielonoświątkowców była nadal bezpieczną i odległą sprawą. Nie angażowała mnie bardziej niż podróż do obcego kraju, gdzie z okien pospiesznego pociągu oglądałbym pracujących ludzi.

Byłem gotowy przyznać jedno: w pierwszych dniach ożywienia zielonoświątkowego działo się coś tajemniczego i nadzwyczajnego. Na całym świecie Kościoły zielonoświątkowe powstały mniej więcej w tym samym czasie w ciągu kilku lat na początku wieku. Zadziwiające, że nie istniały widoczne powiązania między różnymi grupami, nie było powiązań, na które historyk mógłby wskazać i powiedzieć, że Kościół B rozwinął się z Kościoła A.

Jednymi z pierwszych, którzy odwiedzili Azusa Street była grupa imigrantów armeńskich, których nie zdziwiły manifestacje zielonoświątkowe. Podobny ruch z mówieniem językami wystąpił dwadzieścia lat wcześniej wśród prezbiterian w Armenii. Kiedy zielonoświątkowi prezbiterianie wyemigrowali z Armenii do Kalifornii, przywieźli ze sobą własny sposób uwielbiania i pozostawali osamotnieni, wyizolowani aż do chwili, kiedy odkryli ku swojemu zdumieniu, że podobny ruch ma miejsce na Azusa Street.

W górach Unicoi, w stanie Nowa Karolina, wierni małego kościoła baptystycznego Camp Creek zaczęli niezależnie mówić innymi językami. Nie mieli oni żadnych kontaktów z ludźmi mówiącymi językami, nie wiedzieli nawet, że istnieje takie zjawisko.

W Indiach, wierni statecznego Kościelnego Towarzystwa Misyjnego z Wielkiej Brytanii przeżyli zaskoczenie, gdy szesnastoletnia hinduska zaczęła mówić w języku, którego nie mogli rozpoznać. Skonsultowano się z kanonikiem w katedrze w Bombaju, ten zaprosił znajomych, by modlili się z dziewczynką w nadziei, że któryś z nich zrozumie język. W końcu ktoś zrozumiał: był to język arabski, a dziewczynka modliła się o bezpieczeństwo kościoła w Libii, kraju, o którym nigdy nie słyszała. Potem indyjscy wierzący zaczęli mówić innymi językami. Dało to początek wielkiemu duchowemu ożywieniu. Historia ta została opublikowana w gazetce wydawanej przez misję we wrześniu 1906 roku. Wydanie było właśnie w druku, potem zaczęto kolportaż, gdy do Indii dotarła wieść o podobnych wydarzeniach w Stanach Zjednoczonych.

Zastanowiły mnie te spontaniczne i niepowiązane ze sobą przypadki występowania języków na całym świecie. Co to znaczy?

Nawet, jeżeli jedno przeżycie dawało się wyprowadzić z innego, gotowość, z jaką przyjmowano nowe przesłanie, była niezwykła. Wydawało się, że emocjonalna i duchowa gleba była przygotowana, wystarczyła jedna ulotka wśród właściwych ludzi we właściwym czasie, a natychmiast rozpoczynało się duchowe ożywienie. Pani Minnie Abrams, jedna z misjonarek Kościelnego Towarzystwa Misyjnego w Indiach, napisała krótką ulotkę o swoich przeżyciach i wysłała ją do wybranych przyjaciół na całym świecie. Jedna pojawiła się na plebanii Metodystycznego Kościoła Episkopalnego w Valparaiso w Chile. Pastor W. C. Hoover przeczytał ją z wielkim zainteresowaniem. Oto jego opis tego, co się wydarzyło.

W okresie roku od otrzymania książeczki podzieliliśmy się z braćmi dziwną, dobrą nowiną. Teraz (…) postawiliśmy sobie za cel duchowe ożywienie. Pierwszego wieczoru, przy wezwaniu do modlitwy, wydarzyła się rzecz zadziwiająca – całe zgromadzenie, ok. 150 osób, jak jeden mąż rozbrzmiało głośną modlitwą! Wiele osób miało wizje i szczególne manifestacje (…) było to podobne do przeżyć ludzi opisanych w drugim rozdziale Dziejów Apostolskich. Tłumy przyszły nas oglądać (…) uczestnictwo wzrosło gwałtownie. Na nabożeństwach w niedzielę wieczorem zbiera się ponad dziewięćset osób.

Czasem ożywienie docierało przez notatkę w prasie. W ten sposób ruch przybył do Chin Południowych. Misjonarze w Szkole Wuchow przeczytali w gazecie o dziwnych wydarzeniach na Azusa Street. Pewnego sobotniego wieczoru w trakcie cichego spotkania modlitewnego jedna osoba z fakultetu Wuchow zaczęła mówić nieznanym sobie językiem. Tak rozpoczęło się wielkie duchowe ożywienie w Chinach.

Pionierzy współczesnego ruchu zielonoświątkowego nie byli ludźmi tak wielkiego formatu, że pociągaliby innych swoją osobowością. Nie znalazł się wśród nich ktoś taki, jak Luter, Knox, Kalwin, Fox czy Wesley. Nie można wskazać ani jednej wyjątkowej indywidualności, która przyciągała wyznawców siłą swej osobowości. Na Azusa Street przybywali ludzie zwyczajni, często biedni i niewykształceni. Ale po powrocie do domów to, co głosili, zapalało innych. Wkrótce w ich miejscowościach powstawały małe grupy zielonoświątkowców: w Chicago, Winnipeg, Nowym Jorku i Little Rock. A potem i w Londynie, Sumberland, Amsterdamie i Oslo, w Kalkucie i w Allagahad – bowiem Azusa Street odwiedzali ludzie z całego świata.

Wszędzie powtarzało się to samo. Zwyczajni prości ludzie powracali do domów, a tam znajdowali natychmiastowy posłuch. Przesłania nie trzeba było umiejętnie sprzedawać. Całe szczęście, bo nawet nie umieliby tego zrobić. Słuchacze jakby tylko na to czekali – następowało olśniewające rozpoznanie Ducha Świętego i dzieło przekonania się do Niego natychmiast stawało się faktem.

Ale obok tego dzikiego ognia, rozprzestrzeniającej się bez wysiłku wieści zielonoświątkowej, pojawiła się i reakcja przeciwna, równie silna, równie natychmiastowa – był to zacięty sprzeciw.

Byłem w stanie to zrozumieć. Sam odczuwałem coś podobnego w łagodnej formie następnego dnia po wizycie w Rock Church, kiedy nagle wszystko, co dotyczyło języków, obrzydło mi i nie chciałem więcej o tym słyszeć. Ale moja reakcja była jak letni deszczyk w porównaniu do huraganu opozycji, jaki wieść zielonoświątkowa wzbudziła w niektórych kręgach.

Tym razem tło stanowił jednoizbowy dom szkolny w Camp Creek w górach Południowej Karoliny. Duchowe ożywienie trwało. Ludzie przybywali z odległych nawet o 50 kilometrów miejscowości, szli pieszo lub jechali wozami ciągniętymi przez woły. W dzień zbierali się na zboczu naprzeciw budynku szkoły. Wieczorem spotykali się wewnątrz, przy świetle lamp. Co dzień wzrastało pełne napięcia oczekiwanie.

W okresach gorliwej modlitwy – pisze Charles W. Coon w intrygującym sprawozdaniu z tych wydarzeń – niektórzy wierni byli tak pochwyceni przez Tego, do którego się modlili, że w zadziwiający sposób byli używani przez Ducha Świętego (…) mówili językami nieznanymi słuchaczom. Prości wiejscy chrześcijanie nie rozumieli tego. Nawet najstarsi wierzący nie pamiętali, żeby coś takiego się działo. Całkowity brak znajomości historii Kościoła nie pozwolił im na rozpoznanie podobnych manifestacji w poprzednich okresach duchowego ożywienia. Wkrótce i inni zaczęli doświadczać podobnych ekstatycznych uniesień. Bez względu na miejsce, czas czy okoliczności przeżywania, przejawiał się jeden sposób manifestacji: mówili językami nieznanymi dla słuchaczy, którzy słuchali z zadziwieniem i nadzieją.

Wieść o wielkim duchowym przeżyciu rozprzestrzeniała się jak pożar po prerii, aż ciekawscy i wierzący pospieszyli ramię w ramię, by oglądać zadziwiające zjawisko. W odległych miejscowościach orkę przerywano w południe, zostawiano nie ubite masło w maślnicach, krowy dojono, dopiero wtedy, gdy słońce stało już wysoko na niebie, pospiesznie zadawano karmę wołom, zaprzęgano je do wozów i tłumnie udawano się przez wzgórza do Camp Creek.

Na samym początku miejscowe wspólnoty kościelne bardzo dobrze przyjmowały to duchowe ożywienie. Ludzie wracali do domów, do swoich społeczności i mówili o odmienionym życiu, o nowej więzi z Chrystusem. Duchowni nie wierzyli własnym uszom, ale zachęcali parafian do brania w tym udziału.

A potem nastąpiła reakcja przeciwna. Pojawiła się tak niespodzianie i szybko jak samo ożywienie. Przez jedną noc ci duchowni stali się nieprzyjaciółmi. Rada starszych jednego ze zborów baptystycznych wykreśliła z rejestru 33 członków – ich przewinieniem było to, że mówili językami. Grupa duchownych z tej miejscowości udała się do władz okręgu i uprosiła je o cofnięcie zezwolenia na używanie budynku szkoły. Pewnego wieczoru, gdy wierzący jak zwykle przybyli na nabożeństwo, zastali drzwi i okna pozamykane. Niezrażeni wybudowali drewniany kościół.

Opozycja przeszła do poważniejszego działania. Grupa farmerów wkradła się pewnej deszczowej nocy do nowego kościoła i podłożyła ogień. Deszcz zagasił ogień, więc kilka dni później zniszczyli budynek dynamitem. Wierzący odbudowali go. I wtedy pewnego ranka – tym razem w biały dzień – ponad stu mężczyzn otoczyło mały kościółek. Wśród nich byli duchowni, diakoni, członkowie rad parafialnych, sędzia pokoju i szeryf. Bezradni wierzący patrzyli, jak mężczyźni belka po belce rozbierali budynek, potem ułożyli stos i podpalili. Przez rozebranie budynku chcieli zaznaczyć, że nie podpalają poświęconej budowli, podkładali tylko ogień pod stos drewna.

Wierzący nie próbowali już odbudowywać kościoła. Zaczęli się zgromadzać w domach. Wtedy straż obywatelska przyjęła bardziej personalną strategię. W nocy wyrywali wiernych nowej wspólnoty z łóżek i chłostali ich. Co rano podwórza domów, w których się gromadzono, pokryte były kamieniami i szkłem. Strzelano z karabinów na postrach, zatruwano wodę w strumykach, podpalano domy. Takie akty przemocy trwały przez kilka lat, w końcu ucichły dzięki jednej kobiecie.

Nazywała się Emiline Allen i była żoną jednego z przywódców nowego ruchu. Pewnego dnia, gdy w domu Allenów odbywało się nabożeństwo, na podwórze wkroczyła grupa trzydziestu mężczyzn uzbrojonych w kije bejsbolowe, noże i pistolety. Zażądali, by zgromadzenie się rozeszło, inaczej spalą dom.

Nieustraszona Emiline z rozbrajającą miną stanęła naprzeciw grupy mężczyzn na podwórzu i zaprosiła ich do środka. Odmówili wejścia, mrucząc i rzucając głupkowate groźby – opisuje Coon. Wtedy Emiline powiedziała: – Nie musicie ukrywać się za maskami, przecież znam każdego z was. Jesteście naszymi sąsiadami, nie musicie zasłaniać twarzy, gdy chcecie nas odwiedzić. Zdejmijcie to, a ja przygotuję wam gorący obiad. Bo my nie przestaniemy służyć Panu.

Na próżno mężczyźni próbowali znów przybrać nieprzyjazną postawę – chrześcijańska miłość tej kobiety odebrała im przewagę, jaką mieli na początku. Tłum powoli dzielił się na niezbyt pewne siebie dwu- i trzyosobowe grupki, w końcu mężczyźni rozeszli się starając się pokryć zmieszanie groźnymi odzywkami. Nie spełnili jednak swoich pogróżek, ani nie nachodzili więcej zbierających się wierzących.

Podobne prześladowania były udziałem niemal wszystkich młodych wspólnot zielonoświątkowych. W. C. Hoover zetknął się z nimi i w Chile. Reporterzy zaczęli przybywać na jego nabożeństwa w poszukiwaniu sensacji i Hoover zyskał wątpliwej jakości sławę. Jedna z gazet postawiła mu zarzut, że podaje ludziom „niebezpieczny napój zwany Krwią Baranka, który wprawia w stan letargu i ludzie upadają na podłogę”.

Hoover wkrótce znalazł się w kłopotliwym położeniu wobec swoich zwierzchników. Biskup starał się go wysłać na urlop, ale Hoover odmówił wyjazdu. W końcu zmuszono go do wystąpienia z Kościoła metodystycznego, co zaowocowało prowadzeniem przez niego niezależnej działalności religijnej.

Ciekawe, że prześladowania zamiast zniszczyć ruch zielonoświątkowy, cementowały małe, niepewne siebie grupy i kształtowały w nich jedność, której nie osiągnęłyby w inny sposób. Religijne ożywienie w Camp Creek dało początek Church of God (Kościołowi Bożemu), jednemu z największych Kościołów zielonoświątkowych w USA. Ożywienie duchowe w Chile przerodziło się w Metodystyczny Kościół Zielonoświątkowy, który dziś liczy sześćset tysięcy wiernych.

Ale mimo oczywistej nieskuteczności, prześladowania zielonoświątkowców trwały. Ludzie badający przyczyny nieustających antagonizmów wobec zielonoświątkowców wskazują, że ich źródłem są „manifestacje fizyczne”. Mówienie językami, wydawanie okrzyków, płacz, padanie na podłogę – wszystko to wydawało się zbytnim emocjonalizmem, który przeszkadza w nabożeństwach. Ale choć te rzeczymogły budzić niesmak, nie stanowią prawdziwej przyczyny niechęci wobec zielonoświątkowców. Dr Van Dusen dotarł bliżej sedna sprawy, kiedy zapytał biskupa anglikańskiego, skąd wywodzą się ludzie przyłączający się do zielonoświątkowców. Wielu z nich to ludzie niewierzący, ale bez wątpienia inni przychodzą wprost z ławek innych kościołów.

Szczególnie odczuli to katolicy. W Nowym Jorku w dzielnicach hiszpańskich powstawały dziesiątki zborów zielonoświątkowych. Wśród katolików krąży stale podgrzewana anegdotka, że zielonoświątkowcy posługują się nowym przekładem Biblii. W Biblii katolickiej Pan Jezus rozkazał Piotrowi: „Paś owieczki moje!”, ale w wersji zielonoświątkowej czytamy: „Kradnij owieczki moje!” W owej kradzieży owieczek zielonoświątkowcy stali się mistrzami.

Kościoły protestanckie też nie były od tego zwolnione. Oficjalne dane o rozwoju Kościołów w latach 1926-1936 wykazują, że Kościoły historyczne w tym czasie utraciły dwa miliony wiernych – co stanowi osiem procent całości. W tym samym czasie zielonoświątkowcy: Pentecostal Assemblies wzrosły o 264,7 %, Assemblies of God wzrosły o 208,7 %, a Church of God – o 92,8 %.

Zadawano sobie pytanie, skąd wziął się ten wzrost liczby wiernych? I czy ma to coś wspólnego z brakującymi dwoma milionami?

Pytano, dokąd udali się ich wierni, ale nie zastanawiano się, dlaczego odeszli? Co w ruchu zielonoświątkowym tak przyciągało ludzi? Nie wysilano się, by się nad tym zastanowić, ale zielonoświątkowcy sami udzielali odpowiedzi, robiąc to w sposób wzmagający dalsze antagonizmy. Między zielonoświątkowcami, a tymi Kościołami historycznymi, które łaskawie raczyły odpowiedzieć, wybuchła tzw. wojna pamfletów. Żywiołowi, ewangeliczni i lojalni aż do męczeństwa swoim wierzeniom zielonoświątkowcy, zyskali reputację ludzi o ciasnych umysłach – jeżeli nie zrobisz tego tak jak ja, to robisz to źle. Najgorsi byli „liberałowie”, którzy tracili czas na budowanie pięknych kościołów i rozwadnianie Ewangelii.

Między zielonoświątkowcami a resztą chrześcijaństwa szybko rósł mur niechęci. Kościoły historyczne wykluczały swoich wiernych, którzy mówili językami jako oddających się przemijającej modzie. Zielonoświątkowcy zaś opuszczali Kościoły historyczne jako te, które utraciły moc, którą Kościół pierwotny.

Nie widząc się wzajemnie zza wysokich murów, te dwa obozy kroczyły swymi drogami. Nie nastąpiły żadne próby ponownej oceny wartości drugiej strony, nikt nawet nie przypuszczał, że druga strona może takowe posiadać.

Przez pięćdziesiąt lat trwało milczenie. A potem nastąpiła nagła zmiana.

6. Mury padają

– Jak ci idzie pisanie? – spytała Tib.

Właśnie pakowała naczynia kuchenne do wielkich skrzyń dostarczonych przez firmę od przeprowadzek.

– Nie wiem.

Wyjrzałem przez kuchenne okno. Było ciepłe czerwcowe popołudnie.

– Dosyć mam tych kościelnych kłótni. W trzech ostatnich książkach piszą tylko o tym, co złego się dzieje w innych Kościołach.

Pola golfowe pokryły się gęstą trawą. Religia, przeżycia z Bogiem i mistyczna wizja w szpitalu wydawały się beznadziejnie dalekie. Początkowo miałem nikłą nadzieję, że może wyprawa w świat historii zielonoświątkowców przyniesie odpowiedź na moje pytania. Przyniesie odpowiedź na jałowość mojego życia religijnego, ale tak się nie stało.

Zaczynałem zauważać, że oni nie mają odpowiedzi, stwarzają jedynie nowe problemy. Praca nad książką zamiast być przygodą, stawała się uciążliwym obowiązkiem. Zielonoświątkowcy okazali się ludźmi żyjącymi w zamieszaniu podobnym do mojego.

Teraz właśnie przenosimy się do domu, w którym każdy będzie miał odpowiednią sypialnię. Tib też zajmowała się pisaniem i nasze gabinety zajmowały całe poddasze małego domku. Piętro niżej były dwie sypialnie. Jedną zajmowali Scott i Donn. Drugą Elizabeth i pralka. Tib i ja spaliśmy na sofie w stołowym. Niedawno odkryliśmy większy dom i za dwa dni mieliśmy się przeprowadzić.

W takiej sytuacji musiałem podzielić się z Tib nowiną, że zaprosiłem na kolację kogoś, z kim miałem przeprowadzić wywiad.

– Jeżeli chodzi o kolację… – zacząłem, ale Tib wychyliła się zza kredensu myślami błądząc przy mojej książce.

– Myślę, że kłopot polega na tym – powiedziała – że za dużo czasu spędzasz w bibliotece, a za mało z ludźmi. Jaka wspaniała okazja!

– Masz rację! – powiedziałem radośnie. – Zgadzam się z tobą całkowicie. I właśnie dlatego zaprosiłem kogoś na dzisiejszy wieczór.

Szelest pakowania talerzy w papier urwał się natychmiast.

– Co zrobiłeś?!

– To kaznodzieja.

Wzrok Tib przeniósł się ze skrzynek z naczyniami na podłodze w kuchni na spakowane paczki z talerzami w stołowym pokoju.

– Nazywa się – mówiłem szybko – David du Plessis. Pochodzi z Afryki Południowej. To jeden z najbardziej wpływowych zielonoświątkowców na świecie, a będzie w naszym mieście tylko jeden wieczór i …

Patrzyła na mnie tak, jakby i mnie chciała umieścić w skrzyni z naczyniami.

–… i zarezerwowałem mu pokój w hotelu Kittle House.

Skorzystałem z jej westchnienia ulgi i dodałem:

– Wie, że się przeprowadzamy. Powiedział, że może jeść nawet zimny groszek z puszki.

– Właśnie chyba to będziemy jeść – powiedziała Tib.

Widocznie przekazałem informację tak umiejętnie, bo na koniec obdarzyła mnie uśmiechem wybaczenia.

Zewsząd słyszałem nazwisko Davida du Plessisa. Początkowo był to człowiek o ciasnych poglądach i postawie obronnej, ale nagle, w połowie życia zmienił się w człowieka wylewnego i towarzyskiego. Rozmawiał z ludźmi innych wyznań z miłością i bez oskarżeń.

– Zielonoświątkowcy się zmieniają – mówiono mi.

– Jeżeli chcesz się czegoś dowiedzieć, powinieneś poznać Davida du Plessisa.

Gdy usłyszałem, że przyjechał do Nowego Jorku, zaprosiłem go do nas mimo przeprowadzki.

David du Plessis okazał się człowiekiem bardzo bezpośrednim. Nawet, kiedy szedł ulicą, w jego oczach błyszczał jakiś ognik. Po dziesięciu minutach zdjął marynarkę i zajął się pakowaniem porcelany.

– Jestem w tym ekspertem – oznajmił miękkim głosem z akcentem południowoafrykańskim, który dla Amerykanów brzmi brytyjsko.

– Razem z żoną przeprowadzaliśmy się tak często, że umiem pakować naczynia tak sprawnie, jak niektórzy mężczyźni zakładają przynętę na pstrągi.

I tak spędziliśmy resztę popołudnia rozmawiając pochyleni nad skrzyniami. Tib miała rację – za mało czasu spędzałem z ludźmi. Dzięki Davidowi du Plessis inaczej spojrzałem na pierwsze pkolenie zielonoświątkowców. Zmiana wśród nich dokonała się w ciągu jednego pokolenia – właśnie za życia Davida du Plessisa.

David du Plessis odgrywał ważną rolę w ruchu zielonoświątkowym niemal od początku. W 1908 roku – dwa lata po Azusa Street – dwaj Amerykanie, świadkowie tego ożywienia religijnego, przybyli do Johannesburga, gdzie wynajęli opuszczony kościół prezbiteriański i zaczęli głosić Słowo. Orędzie o chrzcie w Duchu Świętym z mówieniem językami było w Afryce Południowej czymś nowym. Wielkie tłumy przychodziły ich słuchać.

Ojciec Davida był jednym z tych, którzy wstąpili na nabożeństwo z ciekawości. David miał wtedy 9 lat, ale nadal pamięta wpływ, jaki wywarło na ojcu kazanie.

– Stał się pełen ognia – wspominał David. – Natychmiast chciał porzucić pracę i robić coś dla Pana. Z zawodu był stolarzem i zanim rodzina się obejrzała, znaleźli się w afrykańskim buszu, gdzie ojciec budował stacje misyjne dla zielonoświątkowców, którzy nieśli Słowo tubylcom.

Rodzina Davida, a potem i sam David, wstąpili do ruchu zielonoświątkowego w czasie, gdy Kościoły historyczne zupełnie go ignorowały. Wyrastał w atmosferze naładowanej odrazą i niechęcią. Kiedy jako młody człowiek zdecydował się zostać kaznodzieją zielonoświątkowym, dobrze znał swoich nieprzyjaciół: grzech, diabła i liberalnych wierzących.

Znaczenie Davida du Plessisa w ruchu zielonoświątkowym rosło. Przez dwadzieścia lat od wprowadzenia w urząd duchownego mieszkał w Afryce, głosił Słowo w macierzystym zborze, pracował jako wydawca czasopisma zielonoświątkowego, a potem jako sekretarz Apostolic Faith Mission w Afryce Południowej. W tym czasie pojawiły się możliwości pracy w międzynarodowym ruchu zielonoświątkowym i przebywał w Genewie, Paryżu, Londynie i Sztokholmie. Do 1949 roku był generalnym sekretarzem Światowej Konferencji Kościołów Zielonoświątkowych (Pentecostal World Conference). We wszystkich działaniach on i jemu podobni przyczyniali się do budowania murów nieporozumienia oddzielających ich od Kościołów historycznych.

Potem David du Plessis uległ wypadkowi samochodowemu. Przebywał wtedy w Stanach Zjednoczonych przygotowując Drugą Światową Konferencję Zielonoświątkową, która miała się odbyć w Paryżu latem 1949 roku. Jako sekretarz wykonawczy odpowiedzialny był za planowanie konferencji od najogólniejszych zarysów do najmniejszych szczegółów.

– Nie wykonywałem tej pracy dobrze – wspomina. – Niecierpliwiłem się, kiedy pomysły innych ludzi różniły się od moich. Wszystko widziałem w czarno-białych odcieniach; ludzi uważałem albo za herosów, albo za nieudaczników. Z trudem doszedłem do własnych przekonań ukształtowanych przez moje doświadczenie i teraz nie chciałem słuchać nikogo, kto miał choćby nieco inne przeżycia. Krótko mówiąc, na małą skalę powtarzałem błąd popełniany przez cały ruch zielonoświątkowy.

– I wtedy w jednej chwili wszystko się zmieniło.

Pewnego razu David spieszył się na spotkanie w górzystej okolicy stanu Tennessee. Było już późno i przyjaciel, Paul Walker, zaoferował mu podwiezienie samochodem. Noc była ciemna i deszczowa, mgła zakrywała drogę. Prawie nie rozmawiali z powodu późnej pory i trudnych warunków drogowych. Nagle Walker zbliżył twarz do ociekającej deszczem przedniej szyby. David pamięta jak powiedział:

– Gdzieś tutaj powinien być biały most… – ale nie zdążyłdokończyć zdania. Z mgły wyłoniły się kontury stojącej lokomotywy bez świateł. Walker próbował hamować, lecz nawierzchnia była śliska i samochód uderzył w pociąg.

Paul Walker odniósł jedynie powierzchowne rany. David głową wybił przednią szybę. Potem szarpnęło nim do tyłu. Lewa noga została złamana tuż nad kolanem. Miał uszkodzone plecy i bark.

Dwanaście godzin później odzyskał przytomność. Noga była na wyciągu. Na twarzy założono trzydzieści siedem szwów, zabandażowany był tak, że nic nie widział. Działo się jednak z nim coś dziwnego.

– Kiedy przyszedłem do siebie – wspomina David – czułem się jak obudzony z pokrzepiającego snu. Lekarz zapytał mnie: – Jak się pan czuje? – Dobrze – odpowiedziałem. Lekarz uśmiechnął się, ale ja mówiłem serio.

Po tygodniu inni lekarze przyszli przeprowadzić wywiad medyczny. Byli zdziwieni. David nie miał gorączki. Jadł normalnie. Spał bez środków nasennych.

– Powinna być jakaś reakcja – powiedział jeden z lekarzy. – Przynajmniej gorączka, jest pan bardzo chorym człowiekiem.

– Ależ panie doktorze – odpowiedział David – pan trochę przesadza. Nie jestem chory. Jestem tylko połamany.

David był zaskoczony swoim stanem na równi z lekarzami, choć z innych powodów. Zaczął się zastanawiać, czy za tym wypadkiem nie stoi jakaś Boża przyczyna. Okazało się, że nie doszło do żadnego nieszczęścia. Paul Walker odniósł tylko lekkie rany, koszt naprawy samochodu pokryło ubezpieczenie, nawet rachunek za szpital zapłaciła kolej. Paul nie odczuwał najmniejszego bólu.

– Jedynym skutkiem wypadku – mówi David – było powstrzymanie mojego pędu w przygotowywaniu konferencji w Paryżu. Nagle musiałem oddać te zadania komuś innemu. Musiałem prosić o pomoc innych ludzi i Boga.

Leżąc przez następne tygodnie w szpitalu, David napisał mnóstwo listów posługując się dyktafonem. Bez trudu zauważył lekką zmianę w tonie listów. Zamiast wydawać polecenia, zaczął słuchać. Zastanawiał się, co Bóg myśli o danej sprawie? Chciał znać tę odpowiedź nawet wtedy, jeżeli oznaczało to słuchanie ludzi mu przeciwnych.

– Według mnie, konferencja odniosła sukces – mówi David. – Ale nie sądzę, że był to jedyny skutek wypadku. Odkryłem, że przeszedłem proces temperowania. Stałem się innym człowiekiem. Byłem teraz spokojniejszy, bardziej uprzejmy, łagodniejszy, a w czasie Pierwszej Konferencji Światowej byłem szybki, głośny i zdecydowany. Wypadek przemienił mnie w człowieka, którego Bóg potrzebował do szczególnego zadania.

Na początku David myślał, że tym specjalnym zadaniem miała być konferencja. I konferencja rzeczywiście odbyła się w innym duchu. Ale naprawdę zaintrygowało Davida dopiero to, co wydarzyło się po konferencji.

W miarę upływu lat coraz więcej myślał o ludziach, których tak szybko zaszufladkował. Rozmyślał o tych liberalnych duchownych, którzy, jego zdaniem, zabierali serce Ewangelii. Dlaczego ciągle o nich myślał? Przecież Bóg nie chce, żeby miał z nimi cokolwiek do czynienia!

– Nigdy nie doszedłem w kontaktach z nimi dalej niż do sekretarek – argumentował. – I nie uzyskałem nic od nich, prócz chłodnego przyjęcia, a nie chcę tego!

David miał zwyczaj głośnego rozmawiania w czasie modlitwy. W ten sposób nawiązywał dialog z Bogiem, który odpowiadał mu wewnętrznym głosem. Przez lata David nauczył się zwracać uwagę na ten głos. Tym razem przybrał on formę słów starego hymnu kościelnego „Ufaj i bądź posłuszny”. Tak wyglądało polecenie na tę chwilę.

Najdziwniejsze było to, że ufność w jakiś sposób wiązała się z murami, które on i jego bracia wznieśli w celu ochrony nienaruszalności Ewangelii. „Ufaj mi” – zdawał się mówić Bóg. „Niech mury padną. Wyciągnij przyjaznądłoń”. Wrażenie było tak silne, że David nie mógł tego zignorować. Postanowił dokonać eksperymentu. Spróbuje udać się do samego centrum najbardziej liberalnych, najbardziej zintelektualizowanych i nastawionych ekumenicznie modernistów. Dla Davida oznaczało to tylko jedno: Światowa Rada Kościołów.

– Dobrze, Panie, jeżeli mi tak każesz – powiedział David podnosząc słuchawkę, by zamówić bilet do Nowego Jorku. Był wtedy w Dallas, a Siedziba Światowej Rady Kościołów mieściła się w Nowym Jorku. – Wybiorę się do nich w poniedziałek rano i zobaczę, co się stanie.

Natychmiast odezwał się wewnętrzny głos. „Nie, nie w poniedziałek. Zarezerwuj lot na czwartek, żebyś w biurze Światowej Rady Kościołów znalazłsię w piątek.”

David pomyślał przez chwilę i odłożył słuchawkę. „Chwileczkę, coś tu nie gra…” Pomyślał jeszcze przez chwilę. „Dlaczego mam pójść do nich pod koniec tygodnia, a nie na początku, kiedy wszyscy są wypoczęci?!” – Bo w poniedziałek w biurze nikogo nie będzie – usłyszał.

David nadal nie rozumiał, ale zamówił lot na czwartek wieczór. W piątek rano wkroczył do biura Światowej Rady Kościołów w Nowym Jorku. Nie był umówiony. Nie znał prawie żadnych nazwisk. Nie wiedział, co ma mówić. Ale poszedł.

Młoda kobieta w recepcji spojrzała na niego. David wyjaśnił kim jest.

– Czy… dr Carpenter może mnie przyjąć? – wykrztusił przypominając sobie jedno z niewielu nazwisk, jakie znał.

– Bardzo mi przykro, jest zajęty.

– W takim razie, może dr Barnes?

– Niestety.

– Czy mógłbym się zobaczyć z kimkolwiek?

– Niestety, nikogo nie ma.

No, tak. To był ten zimny prysznic, którego się spodziewał. Co za szalona myśl go ogarnęła? Jak mógł przypuszczać, że będzie inaczej? Słowo „zielonoświątkowiec” zawsze zamykało drzwi w pewnych gremiach, a już najbardziej drzwi do kościelnych oficjeli.

– Są na konferencji – wyjaśniła recepcjonistka. – Ale już niedługo skończą i wtedy będzie się mógł pan spotkać z kimkolwiek pan zechce. – Spojrzała na kalendarz przy biurku i zaśmiała się. – Dzisiaj mamy pierwszy dzień urzędowania w tym tygodniu. Od poniedziałku odsyłałam tłumy ludzi. Ale dzisiaj wszyscy przyszli na zebranie. Ma pan szczęście.

David usiadł, pokrzepiony tym, co usłyszał. I tego dnia spotkał się z kilkoma osobami ze Światowej Rady Kościołów. Nie tylko go wysłuchali, ale robili notatki w czasie, gdy mówił, dzwonili i odczytywali notatki innym – zauważali go.

Taki był początek. Proces zmiany zapoczątkowany przez wypadek drogowy, popchnął Davida do przekroczenia wielu progów. Został przedstawiony ludziom, których przez całe życie unikał.

Jeden teolog dzwonił do drugiego i przedstawiał Davida. Był przesyłany z koledżów do uniwersytetów i do seminariów.

– Jakich? — spytałem.

– Zajrzyjmy.

Wyjął z kieszeni zniszczony notatnik.

– Kilka spotkań z ubiegłej jesieni. 27 października byłem w Seminarium Kongregacjonistów w Myerstown, w stanie Pennsylwania. Następnego dnia zostałem zaproszony do wystąpienia na Uniwersytecie Yale w School of Divinity. 30 i 31 października byłem razem z profesorami Harvardu, Yale, Union, Drew i z Chicago na specjalnym spotkaniu w Greenwich, w stanie Connecticut. A 5 listopada pojechałem do Union Seminary w Nowym Jorku.

David odłożył notes do kieszeni.

– Wiesz – powiedział – stało się coś niezwykłego. Ja naprawdę cieszyłem się ze spotkań z tymi profesorami, uczonymi i duchownymi. Ja, który nie skończyłem drugiego roku koledżu. Obawiałem się, że w towarzystwie takich ludzi poczuję się skrępowany, wystraszony, że ujawni się moja niewiedza. Ale ku memu zdumieniu byłem swobodny. Nigdy nie pisałem tekstu wykładów. Nie używałem notatek. Po prostu stawałem się narzędziem Ducha Świętego. I Bóg dał mi swobodę mówienia, której zwykle nie mam.

W Seabury House, siedzibie Kościoła Episkopalnego zadano Davidowi bardzo delikatne pytanie, które w przeszłości spowodowało wiele niechęci  wobec zielonoświątkowców. Przez dwadzieścia minut przemawiał do grupy duchownych na temat przeżycia zielonoświątkowego, gdy nagle wstał jeden z księży i powiedział dosyć ostro:

– Panie du Plessis, czy chce pan przez to powiedzieć, że wy, zielonoświątkowcy, posiadacie prawdę, a inne Kościoły nie?

David przyznaje, że szybko się pomodlił.

– Nie – powiedział. – Nie to mam na myśli.

Szukał jakiegoś przykładu, który zobrazowałby różnicę i nagle przypomniało mu się urządzenie, które jego żona kupiła po przeniesieniu się do Teksasu.

– Wszyscy posiadamy prawdę – powiedział. – Wiecie, kiedy przeprowadziliśmy się do Ameryki, kupiliśmy wspaniałe urządzenie zwane zamrażarką i trzymamy tam dobrą teksańską wołowinę.

– I teraz, moja żona może wyjąć jeden z zamrożonych steków i położyć na stole. To jest stek, w porządku, nie ma co do tego wątpliwości. Moglibyśmy usiąść i przeprowadzić analizę: rodowód, wiek buhaja i z jakiej części byka pochodzi ten stek. Moglibyśmy go zważyć i sporządzić wykaz wartości odżywczych.

– Ale kiedy moja żona kładzie taki stek na patelnię, zaczynasię coś dziać. Mój mały synek poczuje na podwórzu zapach i przybiegnie wołając: Ojej, mamo, co tak pięknie pachnie? Daj mi trochę!

– Panowie – powiedział David – tak wygląda różnica w traktowaniu tej samej prawdy. Wasza jest zamrożona. Nasza na ogniu.

David spędził z nami 24 godziny, a dał mi zajęcie na pół roku, bowiem zapełniłem całe strony notesu nazwiskami i adresami ludzi nie z ruchu zielonoświątkowego, ale innych wyznań – metodystów, baptystów, luteran, prezbiterian – którzy przeżyli chrzest w Duchu Świętym.

Stwierdziłem, że skontaktowanie się z nimi będzie ciężką harówką. Samo napisanie listów zabrało mi trzy tygodnie. Potem, gdy napływały odpowiedzi, trzeba było ustalić terminy wywiadów. Do niektórych pojechałem sam, inni planowali przyjazd do Nowego Jorku. Z niektórymi rozmawiałem telefonicznie, innych poznałem korespondencyjnie. Uczyniłem też eksperyment z nową formę wywiadu: rozmową przez magnetofon. Na jednej stronie taśmy wyjaśniałem, o czym ma być książka i nagrywałem pytania, a na drugiej oni odpowiadali.

Dwoje ludzi, których poznałem przez telefon, to Charles i Helen Maurice z Richmond, w stanie Virginia. Gdy tylko otrzymali mój list, Charles zamówił rozmowę międzymiastową i w czasie, gdy z poczuciem winy zastanawiałem się, ile to będzie go kosztować, odpowiedział na całą listę pytań. Cieszyłem się z tej znajomości, ponieważ okazali się rodziną mieszkającą na przedmieściach i mieli problemy podobne do naszych. Do przeżycia chrztu w Duchu Świętym odnosili się entuzjastycznie.

– Mają kłopoty z trawnikiem – powiedziałem Tib.

Potem Charles albo jego żona często dzwonili do nas nie bacząc na miesięczne rachunki za telefon, pytając jak mi idzie pisanie książki, podawali nowe nazwiska ludzi mówiących językami.

Charles prowadził biuro porad prawnych w Richmond i był Asystentem Prokuratora Okręgowego. Helen i on pełni byli spokojnego, dobrego humoru i radości życia. Zapragnąłem ich poznać.

Charles zastanowił się przez chwilę.

– Czy słyszałeś kiedyś o organizacji Biznesmenów Pełnej Ewangelii?

– Powtórz trochę wolniej.

Międzynarodowa Organizacja Biznesmenów Pełnej Ewangelii. To grupa biznesmenów z różnych wyznań, którzy przeżyli albo pragną przeżyć chrzest w Duchu Świętym i zbierają się kilka razy do roku, żeby wymienić doświadczenia.

Biznesmeni Pełnej Ewangelii mieli się spotkać w Atlantic City pod koniec listopada. Charles i jego żona wybierali się tam. Jeżeli razem z Tib przyjedziemy, to będzie okazja się spotkać.

– Tam jest bardzo żywo – ostrzegł mnie. – Ale jeżeli przyjedziesz otwarty, doznasz przemiany.

– Dobrze – powiedziałem nie wiedząc, na co się zgadzam. – Zapiszcie nas i do zobaczenia.

I tak ustaliliśmy datę: 30 listopada 1960 roku.

Trudnością w prowadzeniu badań wśród mówiących językami z innych wyznań była okrywająca wszystko tajemnica. Istniały wyjątki jak Maurice’owie, ale zwykle mówiący językami zielonoświątkowcy strzegli tego faktu, jak tajemnicy. Typowym przykładem takiego zachowania jest list, który otrzymałem od duchownego ze Środkowego Wschodu:

Byłbym bardzo szczęśliwy, gdyby moje doświadczenie Ducha Świętego przyczyniło się do rozszerzenia Królestwa Bożego, jakie Duch Święty teraz wprowadza. Jednak obecnie, ponieważ jedynie tylko jedna rodzina w parafii wie o moim przeżyciu z Duchem Świętym, muszę prosić o zachowanie mojego nazwiska w tajemnicy.

W ciągu kilku miesięcy wywiady z prezbiterianinem, baptystą, metodystą, którzy przeżyli chrzest, kończyły się jednakowo: „Oczywiście, rozumie pan, że musi to pozostać między nami”.

Od czasu do czasu pojawiały się w prasie jakieś artykuły, ale nie podawały nazwisk. Gazeta episkopaliańska Living Church w rubryce od wydawcy, napisała:

Mówienie językami nie jest już dziwnym zjawiskiem przytrafiającym się jedynie sekciarzom z drugiej strony ulicy. Jest ono wśród nas, praktykują je duchowni i ludzie świeccy, którzy cieszą się poważaniem i dobrą reputacją w Kościele. Wprowadzenie go na szeroką skalę uraziłoby nasze poczucie estetyki i kłóciłoby się z niektórymi z naszych mocno obwarowanych uprzedzeń. Ale wiemy, że jesteśmy członkami Kościoła, który wyraźnie potrzebuje wstrząsu i jeśliby Bóg chciał teraz wysadzić w powietrze to, co biskup Sterling z Montany nazwał „episkopaliańską szacownością”, to nie znamy skuteczniejszego ładunku wybuchowego.

I ładunek wybuchowy eksplodował. Przydarzył się wypadek, który nagle umieścił języki w nagłówkach gazet i zerwał zasłonę tajemnicy. Miał on miejsce w wielkim kościele episkopalnym w Van Nuys w Kalifornii.

Ojciec Dennis Bennett był człowiekiem sukcesu. Urodzony w Londynie, wykształcony na Uniwersytecie Chicagowskim i w Chicago Theological Seminary, w 1953 roku przejął wojującą z ruchem zielonoświątkowym parafię episkopalną Św. Marka w Van Nuys. Pod jego przywództwem parafia stale się rozwijała, aż osiągnęła 2600 wiernych i zatrudniała czterech duchownych.

Ale ojciec Bennett czuł, że czegoś brakuje w jego życiu duchowym. Gdy miał jedenaście lat, przeżył nawrócenie, które przynosiło mu wspomnienia ciepła i miłości, których ostatnimi czasy rzadko doświadczał.

I wtedy pewnego letniego dnia 1959 roku ojciec Bennett odebrał telefon od znajomego księdza, Franka Maguire z Monterey Park w Kalifornii. Ojciec Maguire opowiedział o zadziwiających rzeczach, które działy się w jego parafii: dwoje wiernych – wykreślonych niedawno z listy członków z powodu braku aktywności – pojawiło się na powrót i wykazywało wyjątkowe oznaki żywej wiary.

Na ojcu Maguire zrobiło to wielkie wrażenie. Niemniej jednak czuł się odrobinę nieswojo w związku z pewnymi wyrażeniami pojawiającymi się w rozmowie z nimi: „chrzest w Duchu Świętym” i „mówienie językami”.

– Myślę, że ci ludzie doświadczyli jakiegoś wyjątkowego przeżycia, które niepotrzebnie podkreślają – powiedział Frank Maguire Dennisowi Bennettowi.

– Ale chciałbym, żebyś ich odwiedził razem ze mną. Musimy zorientować się, co się dzieje.

I tak rozpoczęło się trzymiesięczne śledztwo prowadzone przez dwóch duchownych. W połowie października 1959 roku obaj mężczyźni nieuchronnie zbliżali się do przeżycia.

– Jest tylko jedno „ale” – powiedział ojciec Bennett – chcę przeżyć ten chrzest bez języków.

– Przykro nam, ojcze – powiedzieli mu – ale języki przychodzą w jednym opakowaniu. Tak było z nami, nie znamy innego sposobu.

Po modlitwie Dennis Bennett przeżył chrzest w Duchu 14 listopada, a Frank Maguire 17 listopada.

Gdy ludzie w kościele zapytali Bennetta o zmianę, którą w nim zauważyli, ten opowiedział, co się wydarzyło. W ciągu miesiąca około siedemdziesięciu parafian poprosiło i otrzymało chrzest w Duchu Świętym. Byli to znaczący ludzie w kościele: administrator, opiekun młodzieży, przewodnicząca służby kobiet, kurator. Odnieśli się oni do tego doświadczenia bardzo entuzjastycznie.

Inni jednak myśleli odmiennie. Z czterech duchownych parafii dwóch przeżyło chrzest w Duchu Świętym, dwóch nie. Ci ostatni ostro sprzeciwiali się przeżyciu i szybko znaleźli podobnie myślących popleczników. W parafii powstał poważny rozłam i ojciec Bennett zrozumiał, że coś trzeba zrobić. Trzeciego kwietnia 1960 roku wygłosił kazanie na temat swojego przeżycia. Nie chciał, żeby w kościele byli ludzie nie poinformowani o tym. Opowiedział całą historię. Także o tym, że mówił nieznanym sobie językiem. Tego było już za wiele. W czasie kazania jeden z duchownych zdjął komżę i ogłosił, że w takiej sytuacji nie ma innej możliwości, jak tylko zrezygnować ze służby. Po nabożeństwie skarbnik zasugerował ojcu Bennettowi, że może byłoby lepiej, gdyby odszedł. Bennett skorzystał z rady.

Następnego dnia historię podchwyciły gazety. Zainteresowała się prasa całego kraju: mówienie językami wydarzyło się w przyzwoitej, spokojnej parafii i doprowadziło do rozłamu. Historię zamieścił Time i Newsweek.

Moją pierwszą reakcją było stwierdzenie, że znajduję tu potwierdzenie podejrzeń zrodzonych po przestudiowaniu historii zielonoświątkowców. Języki wywoływały niezgodę. Biskup Francis Eric Bloy z Los Angeles wydał list pasterski zabraniający mówienia językami pod auspicjami Kościoła. Ojciec Bennett został przeniesiony do Seattle, gdzie uczyniono go odpowiedzialnym za malutką parafię misyjną. Wyglądało na to, że Kościół chce pozbyć się niewygodnego człowieka. Napisałem do ojca Bennetta pod jego nowy adres, wyjaśniłem, że piszę książkę i poprosiłem o jego wersję wydarzeń w Van Nuys.

Nadeszła odpowiedź napisana bez pomocy sekretarki.

„Przepraszam za błędy maszynowe – zaczynał się list – ale na maszynie piszę kiepsko i z błędami.” Szybko przejrzałem list szukając w nim wskazówek, co do osobowości autora, który wywołał rozłam i odstępstwo od norm kościelnych w Van Nuys. Nie znalazłem niczego. Ojciec Bennett tylko wspomniał o Van Nuys, natomiast całą swoją uwagę skupił na wydarzeniach w Seattle.

Reakcja Kościoła Episkopalnego w tym rejonie na moje świadectwo o Duchu Świętym i językach jest wspaniała, pracuję dzień i noc. Niemniej ekscytujący jest powrót życia do małej parafii Św. Łukasza, co miało miejsce teraz w lipcu. Pięćdziesiąt osób z naszej małej misji przeżyło chrzest w Duchu Świętym. Około czternastu księży diecezji przyjęło dar mówienia językami. Chwała Panu!

Nie zdarzyło się, aby w czasie długiej korespondencji, jaka nawiązała się między mną a ojcem Bennettem, skarżył się on na złe traktowanie czy żalił się na ludzi, którzy się z nim nie zgadzali. Spotkałem go później w Nowym Jorku i odkryłem, że była to jego stała cecha. Mimo niespożytej energii był cichy i opanowany. Nie miał czasu na rozpamiętywanie wydarzeń wczorajszych, przekonany o znaczeniu dnia dzisiejszego. Mówiąc jedyny raz o minionych wydarzeniach, powiedział:

– Oczywiście, zastanawiałem się, dlaczego my, w Van Nuys, zostaliśmy wyróżnieni takim rozgłosem, gdy w całym kraju ludzie w kościołach przeżywają chrzest w Duchu i nie ma żadnych kłopotów.

– Doszedłem w końcu do wniosku, że Bóg chce, by ludzie zaczęli mówić o przeżyciu chrztu w Duchu Świętym. Przed wydarzeniami w Van Nuys wszyscy milczeliśmy, myślę, że teraz ludzie zaczną dzielić się swoimi przeżyciami.

To prawda. Nagle zalała mnie powódź korespondencji. Ludzie relacjonowali swoje doświadczenia i podpisywali je własnym nazwiskiem. Listy nadchodziły zewsząd. Cały zarząd spokojnej parafii prezbiteriańskiej na przedmieściach New Jersey przeżył chrzest w Duchu. 85 % członków Kościoła baptystycznego w tym stanie przeżyło chrzest w Duchu. W Wheaton, w stanie Illinois, wierni episkopalnej parafii Trójcy przeżyli chrzest w Duchu.

Studenci w Princeton, Yale, Harvardzie, UCLA, Stanfordzie i Wheaton zaczęli organizować spotkania modlitewne, na których prosili o chrzest w Duchu Świętym i przeżywali go. W Yale, na przykład, przeżyło chrzest w Duchu i rozpoczęło aktywne życie modlitewne dwadzieścia osób, w tym członkowie rady wydziału, pięciu diakonów kaplicy uniwersyteckiej i pewien student, który należał do Phi Betta Kappa – najstarszej federacji studenckiej w USA.

Badania wykazały, że w swych początkach ruch zielonoświątkowy przyciągał głównie ludzi niewykształconych i niewykwalifikowanych. Teraz, przeglądając kartotekę korespondencji, zauważyłem ciekawą rozpiętość zawodów: matematyk, psychiatra, lekarz, sprzedawca, kapitan policji, dentysta, agent handlu nieruchomościami, gospodyni domowa, duchowny, producent narzędzi i farb, agent FBI, pielęgniarka dyplomowana, właściciel komisu samochodowego, psycholog, fotograf z Hollywood, aktor, mleczarz, inżynier, profesor, prawnik, bagażowy, pracownik Departamentu Stanu, magnat naftowy, rabin, restaurator biolog, żona producenta samolotów, dyrektor.

Coraz liczniej przywódcy Kościołów wydawali oświadczenia o ruchu charyzmatycznym w obrębie ich wyznania.

Wielebny Samuel M. Shoemaker

Cokolwiek oznacza stare-nowe zjawisko „mówienia językami”, zadziwia fakt, że pojawia się ono nie tylko wśród grup zielonoświątkowych, ale i wśród episkopalian, luteran i prezbiterian. Sam nie doznałem tego przeżycia, ale spotkałem ludzi, którzy go doświadczyli i otrzymali błogosławieństwo i moc, jakiej przedtem nie znali. Nie twierdzę, że rozumiem to zjawisko, ale jestem całkowicie przekonany, że oznacza ono obecność Ducha Świętego, tak jak dym z komina oznacza, że w piecu rozpalono ogień. Bóg próbuje dotrzeć do Kościoła zrównoważonego i nudnego, skoncentrowanego na sobie, mocą, która uczyni go promieniującym, rozradowanym i skorym do dawania. Powinniśmy starać się rozumieć i szanować to zjawisko, nie lekceważyć czy potępiać.

Dr James I. McCord, rektor Princeton Theological Seminary

Do nas musi należeć Era Ducha, Boga działającego w świecie, wstrząsającego i obalającego wszystkie formy i struktury, przynoszącego odpowiedzi zgodne z Ewangelią i potrzebami świata.

Harvard, dr Ernest Wright

(…) dopełnienie Królestwa Bożego ma być połączone z wielkim ożywieniem zjawisk charyzmatycznych. Zarówno przywódcy jak i lud zostaną wypełnieni i wzmocnieni Duchem na niespotykaną dotąd skalę.

Billy Graham

Wielkie Kościoły patrzyły krzywo na braci zielonoświątkowców z powodu nacisku, jaki kładą na doktrynę o Duchu Świętym, ale nadszedł czas, by dać Duchowi Świętemu należne mu w Kościele miejsce. Musimy na nowo zrozumieć, co to znaczy być ochrzczonym Duchem Świętym.

Kościół Anglikański poczynił takie spostrzeżenia:

Biskup Lesslie Newbigin w książce pt. The Household of God wymienia trzy główne nurty chrześcijaństwa: katolicyzm, protestantyzm i nurt zielonoświątkowy.

Dr Philip Edgcumbe, wydawca kwartalnika teologicznego The Churchman, odwiedził Kalifornię, gdzie usłyszał episkopalian mówiących językami. Przed wyjazdem z Anglii przypisywał to „flirtowaniu w gorącym słońcu Kalifornii z ekstrawagancją pentekostalizmu”. Ale z podróży powrócił z odmiennym zdaniem. „To jest oddech żywego Boga,tchnienie wśród martwych kości szacownych, starych Kościołów, a szczególnie w Kościele Episkopalnym” napisał.

Z chwilą wyboru papieża Pawła VI, w Kościele rzymsko-katolickim dał się zauważyć nowy nacisk na Pięćdziesiątnicę. Papież odwoływał się do Soboru Watykańskiego II jako Nowej Pięćdziesiątnicy. A miał na myśli Pięćdziesiątnicę z takimi manifestacjami charyzmatów Ducha, jakie mają miejsce w kościołach zielonoświątkowych z mówieniem językami włącznie. Gazeta The Catholic Messenger relacjonująca nowiny z Soboru definiuje słowo „charyzmat”, które coraz częściej pojawia się w kołach katolickich: „Wygląda na to, że będziemy musieli włączyć do naszego słownika wyraz „charyzmat”, ponieważ wieści z Rzymu wskazują na to, że jest to najważniejsza sprawa omawiana na Soborze.

Charyzmat pochodzi od greckiego słowa oznaczającego dosłownie dar łaski. Teolodzy używają go na określenie szczególnej zdolności udzielonej przez Ducha Świętego dla dobra ludzi, nie dla korzyści człowieka używającego tego daru. Kardynał Suenens z Belgii powiedział Ojcom, że dla zrównoważonego poglądu na Kościół, musimy uznać istnienie charyzmatów rozumiejąc je nie jako przypadkowe dodatki, ale jako istotną i naturalną część życia Kościoła.

Ojciec Daniel J. O’Hanlon, profesor teologii w Alma College w Los Patos, w Kalifornii, napisał artykuł do katolickiego tygodnika Ameryka, w którym stwierdził:

Niewielu katolików zwraca uwagę na zielonoświątkowców. A jeżeli już, to patrzą na nich z rozbawieniem. Nawet protestanci trzymają się z dala od tych niekonwencjonalnych chrześcijan i trudno im powiedzieć o nich cokolwiek dobrego. Niemniej jednak, szybki rozwój ruchu zielonoświątkowego na świecie i niezwykły wpływ na ludzi, do których zwracał się nasz Pan: biednych, wywłaszczonych, powinny zachęcić nas do odłożenia na bok naszych burżuazyjnych uprzedzeń i przyjrzenia się ruchowi zielonoświątkowemu z nowej perspektywy.

Jak katolicy mogą uzyskać takie spojrzenie? Ojciec O’Hanlon podaje propozycję niezwykłą dla dotychczasowej postawy Kościoła rzymsko-katolickiego.

Najlepszym, jeżeli nie jedynym, sposobem poznania zielonoświątkowców jest uczestniczenie w ich nabożeństwach, choć dla katolika może oznaczać to przekroczenie progów obcego świata. Ci, którzy poznali ich osobiście, mogą znaleźć wiele powodów do podziwiania, a nawet naśladowania.

Sterta sprawozdań na biurku rosła.

Otrzymałem wiadomość, że chrzest w Duchu Świętym przeżył biskup episkopaliański Chandler W. Sterling. Studenci Uniwersytetu Stanowego w Oregon przeprowadzają spotkania modlitewne i przeżywają moc Ducha. Podobnie wierni parafii Holy Innocents w Corte Madera, w Kalifornii. Ivan S. Camble, pastor Pierwszego Kościoła Prezbiteriańskiego w Prince Rupert w Kanadzie, mówi, że otrzymał chrzest w Duchu Świętym i że jego życie zostało odmienione. David du Plessis przyjmuje zaproszenie do Katedry Episkopalnej w Detroit.

Dr John Peters, duchowny metodystyczny i przewodniczący organizacji World Neighbours, otrzymuje chrzest w Duchu Świętym w efekcie modlitwy kaznodziei baptystycznego. W hotelu „Beniamin Franklin” w Filadelfii co sobotę na spotkaniach modlitewnych gromadzi się grupa ludzi wypełnionych Duchem Świętym. Przeżycie zielonoświątkowe dociera do luterańskiej parafii Zion w Glendive, w stanie Montana i do luterańskiej parafii Trójcy w San Pedro, w stanie Kalifornia. Wydawca gazety Frontier Konwencji Amerykańskich Baptystów zostaje napełniony Duchem. Lutheran Standard i Christian Advocate, oficjalne wydawnictwa kościoła luterańskiego i metodystycznego, zamieszczają informacje o ruchu zielonoświątkowym w łonie ich wyznań, ton artykułów jest ostrożny, ale nie nieprzyjazny. Przeżycie dociera do parafii metodystycznej Casa Linda w ogromnym Dallas, w Teksasie i episkopalnej parafii Adwent w małym miasteczku Alice, w stanie Teksas. Dociera też do takich miasteczek górniczych jak Alpine w stanie Tennessee, jak i do slumsów na Long Island w Nowym Jorku, gdzie znajduje się jamajska parafia prezbiteriańska Hillside. Coraz dalej dociera woda tego przypływu. Po około sześćdziesięciu pięciu latach rewolucja zielonoświątkowa stanęła u bram.

7. Wizyta Lidii

Ale choć żyliśmy w samym centrum rewolucji, trudno było sobie wyobrazić, w jaki sposób mogłaby dotknąć nas samych. Nasz nowy trawnik pełen był nierówności. Wybrałem się na posezonową wyprzedaż i kupiłem samobieżną kosiarkę. Tib wyjęła zimowe ubrania dzieci i jak co roku przeżyła szok wszystko było za małe.

Otrzymaliśmy list od organizacji Biznesmenów Pełnej Ewangelii z potwierdzeniem rezerwacji dwóch miejsc na konwencję, która miała odbyć się za dwa miesiące. Proszono nas o nadesłanie opłaty czekiem. Charles Maurice nie zapomniał o nas. Propozycja wyjazdu przekazana nam wiosną przez rozentuzjazmowanego Charlesa wydawała się wtedy kusząca, ale teraz przedstawiała się nudnawo. Żałowałem, że dałem się namówić. Włożyłem list do teczki z napisem „Do załatwienia”, gdzie już znajdowała się reklama okazyjnej subskrypcji na czasopismo, które niezbyt mnie interesowało. Obie sprawy załatwię, ale w nieokreślonej przyszłości.

Prawie co dzień jeździłem pociągiem do miasta. Zająłem się dokonywaniem nagrań magnetofonowych ludzi mówiących językami. Chciałem potem odtworzyć je językoznawcom i zobaczyć, co z tego zrozumieją. Nasz dom w Chappaqua był położony za daleko, żeby zapraszać ludzi do nas, dlatego nagrywałem ich w biurze Guidepost w Nowym Jorku.

Pracownicy Guidepost szybko przywykli do energicznych zielonoświątkowców przybywających na nagrania. Gdy pierwszy raz recepcjonistka usłyszała gromkie: Dzień dobry, siostro! Czy jest brat Sherrill? jej odpowiedź zabrzmiała nieco chłodno.

Ale wkrótce „bratowała” i „siostrowała” wszystkim gościom. Oczekiwała z niecierpliwością na te małe eksplozje urozmaicające monotonię życia biurowego. Na same nagrania zabierałem gości do mojego biura i zamykałem drzwi. Jeżeli sądziłem, że w ten sposób odizoluję resztę biura od rozpraszających dźwięków, to się łudziłem. Zielonoświątkowcy zazwyczaj nie zwracają zbytniej uwagi na to, jak głośno mówią językami. Modlitwa stawała się coraz głośniejsza, dziwne dźwięki i rytmy wylewały się z niewielkiego pokoju, a po ciszy panującej w sąsiednich pomieszczeniach odgadywałem, że ustała wszelka praca i wszyscy nadstawiali uszu w stronę moich zamkniętych drzwi.

Języki stały się ulubionym tematem rozmów w czasie przerw. Reakcje maszynistek i redaktorów oscylowały między lekkim rozbawieniem, a wesołością. Nadeszły moje urodziny i obok tortu, którym redakcja czciła każdego solenizanta, znalazłem małą paczuszkę. Wewnątrz była miniaturka wazy greckiej z napisami greckimi: „To dla nas chińszczyzna, John głosił napis na karteczce ale nagrywaj dalej. Dużo szczęścia!”

Przymówki miały zawsze charakter żartobliwy. Ale wiedziałem, że wyrażają też poważne wątpliwości. Mieli je wszyscy w biurze, również i ja. Dina Donohue, redaktorka z naszego działu, podsumowała to wszystko pewnego deszczowego popołudnia, kiedy posilaliśmy się kanapkami. Siedzieliśmy sobie tak razem, wtem Dina oznajmiła:

– Ja też mówię językami. Posłuchajcie.

I zaczęła wydawać dziwne dźwięki, jakby mlaskania. Robiła to z wielką ekspresją. Brzmiało to dosyć podobnie do jakiegoś języka. Gdy skończyła, rozległy się oklaski. W ciszy, która potem zapadła, moja sekretarka zapytała mnie:

– Czy to, co mówiła Dina podobne jest do języków, którymi mówią ci ludzie?

Musiałem przyznać, że nie potrafiłem tego porównać.

A co, jeśli da się to podrabiać? Nie sądzę, że mówiący językami chcieli kogoś oszukać, ale może oszukiwali samych siebie? Pozostając pod wpływem religijnych emocji i tradycji nakazującej im spodziewać się pewnych zdarzeń, czy nie wzięli za działanie Boże tego, co każdy może wytworzyć?

Takie myśli nawiedzały mnie też wtedy, kiedy przyszła Lidia. O Lidii Maxam słyszałem od kilku osób. Najczęściej określano ją mianem – arystokratyczna. Pochodziła z linii pierwszych osadników w Filadelfii, była episkopalianką i jedną z niewielu zielonoświątkowców, którzy zgodzili się na nagranie modlitwy innymi językami.

Lidia spodobała mi się od pierwszego wejrzenia: była wysoka, dystyngowana, uśmiechnięta.

– Zgadzam się mówić do tego urządzenia pod jednym warunkiem – powiedziała, kiedy zostaliśmy sami w małym pokoju i po objaśnieniu jej zasad działania magnetofonu.

– Dla mnie języki są zawsze modlitwą. Szczególnym rodzajem modlitwy. Używam ich, gdy modlę się o sprawy, których mój umysł nie jest w stanie rozwiązać. Najczęściej bywa to modlitwa o kogoś, kiedy nie znam całej sytuacji.

– Jeżeli więc chcesz, żebym mówiła językami, musisz podać jakiś prawdziwy powód modlitwy – najlepiej coś dotyczącego ciebie lub kogoś ci bliskiego.

Przez chwilę zastanowiłem się. Nie miałem niczego bardzo naglącego, ale przypomniałem sobie artykuł Tib. Od kilku tygodni pracowała nad jakąś historią do gazety. Kilka wersji wylądowało już w koszu, a dzisiaj rano powiedziała mi prawie ze łzami w oczach, co nie zdarzało jej się często, że ostateczny termin jest jutro, a nie ma żadnego pomysłu.

Przedstawiłem Lidii tę sytuację i zapytałem, czy mogłoby to być.

– Właśnie – odpowiedziała. – Gdyby twoja żona tu była, poprosiłabym ją, żeby usiadła na tym krześle. Potem położyłabym ręce na jej głowie i poprosiła Ducha Świętego, aby użył mnie jako kanału, przez który zmieni tę sytuację. Poprosiłabym, żeby usunął wszelkie przeszkody, problemy osobiste blokujące zrozumienie, które jest jednym z Jego wspaniałych darów. Poprosiłabym, żeby sam zajął się tą sprawą, ku chwale Jezusa. Języki są po prostu znakiem poddania mojej woli i mojego rozumu Jego woli.

W razie nieobecności osoby, o którą mam się modlić, może ją zastąpić ktoś inny. Zapytała mnie, czy nie zgodziłbym się usiąść tu zamiast Tib i przyjąć modlitwy w jej imieniu? Zgodziłem się, ale zaraz tego pożałowałem. Przypomniałem sobie wszystkie nastawione uszy w sąsiednim pomieszczeniu. Jak mogłem pozwolić sobie na zaangażowanie się w coś, co do czego miałem mieszane uczucia?!

Ale już było za późno na wycofanie się. Włączyłem magnetofon, postawiłem krzesło przy oknie, jak najdalej od drzwi i usiadłem. Ale od razu dostrzegłem coś, co było gorsze od tych podsłuchujących w redakcji. Naprzeciw okien mojego gabinetu była pracownia krawiecka. Przy maszynach do szycia siedziało około piętnastu dziewcząt. Były wtedy, jak mi się wydawało, niezbyt zainteresowane pracą. Nasze okna od zawsze były naprzeciwko siebie, ale po raz pierwszy zaczęło mi to przeszkadzać.

Lidia zdawała się nie zauważać otoczenia. Stanęła za krzesłem, położyła obie dłonie na mojej głowie i zaczęła się modlić po angielsku, prosząc o usunięcie wszystkiego, co przeszkadza Tib. Jedna z dziewcząt w pracowni krawieckiej zerknęła w naszym kierunku. Powiedziała coś do dziewczyny siedzącej obok i teraz patrzyły na mnie obie. Zamknąłem oczy, żeby się nie rozpraszać, ale okazało się to jeszcze gorsze. Teraz oczami wyobraźni widziałem dziewczęta z całego zakładu krawieckiego stojące przy oknie i gapiące się, jak elegancka dama modli się nad łysiejącym facetem.

Komizm sytuacji był zbyt wielki. Zacząłem się śmiać, ale stłumiłem wesołość, ponieważ Lidia modliła się szczerze i gorąco. I właśnie w tej chwili, gdy zmagałem się ze śmiechem, nastąpiła dziwna rzecz.

Bez zmiany tonu Lidia zaczęła się modlić językami. I naraz poczułem – wyraźnie poczułem – falę gorąca, która przepłynęła z jej rąk na moją głowę i dalej przez pierś i ramiona. Odczułem gorąco, ale bez jego skutków zewnętrznych – nie zaczerwieniłem się ani nie było mi gorąco. Jak gdybym zbliżył się do olbrzymiego źródła ciepła, rozpalonego pieca albo słońca, które jednak nie parzyło.

Trwało to chwilę, Lidia nadal modliła się językami, moje odczucie nie było już tak wyraźne jak na początku.

I nagle uświadomiłem sobie, że płaczę. Łzy spływały mi po policzkach i kapały na krawat. Łzy nie były związane z moimi odczuciami, tak jak wrażenie gorąca nie było zależne od grzejnika w pokoju. Byłem świadomy, że z okna naprzeciw patrzą na mnie, więc nie ośmieliłem się otworzyć oczu z obawy, że napotkam ich wzrok. Lidia modliła się nadal, a ja coraz bardziej byłem tego świadomy. Kiedy wreszcie skończyła i zdjęła ręce z mojej głowy, odsunąłem gwałtownie krzesło od okna i pilnie zająłem się majstrowaniem przy magnetofonie. W przyległym biurze gwałtownie rozstukały się maszyny do pisania.

Lidia wyszła niedługi czas potem, chłodna i wyprostowana, jak gdybyśmy dyskutowali na temat otwarcia sezonu baletowego, ale ja już nie opuściłem gabinetu przez resztę dnia. Musiałem wszystko przemyśleć, uporządkować. Czułem się jak człowiek, który zatrzymał się, by pogłaskać kotka i nagle zobaczył, że głaszcze tygrysa. Co to była za namacalna moc, którą odczułem podczas modlitwy Lidii? Czy może niewłaściwie patrzyłem na całe zjawisko jako na towarzyszące czemuś innemu?

Tib czekała na mnie na stacji z radosnym wyrazem twarzy.

– Jak tam artykuł? – spytałem wsiadając do samochodu.

– Wysłany! – powiedziała odwracając się do mnie. – Wrzuciłam go do skrzynki jadąc tutaj. Nie wiem dlaczego miałam takie trudności. Historia okazała się taka prosta! Wcześniej usiłowałam ją skomplikować. Dzisiaj po południu usiadłam i napisałam. Właściwie napisało się samo.

Nie powiedziałem jej o modlitwie Lidii. Nie wiedziałem, jak to zrobić. Zanim zacząłbym mówić, musiałbym wiele rzeczy przemyśleć, zbadać.

Po kolacji zapisałem trzy pytania, na które chciałem uzyskać odpowiedź:

Czy Biblia mówi coś o tym, że języki mają dziwną moc?

Jeżeli jest w nich moc, to dlaczego przez tak wiele wieków ich nie używano?

Czy ludzie, którzy dziś mówią językami, potwierdzą istnienie tej mocy?

Zacząłem od Biblii. Następnego ranka w konkordancji biblijnej odkryłem, że w Nowym Testamencie znajduje się około trzydziestu miejsc, w których wspomniane są języki. Ale już nawet pobieżne ich przejrzenie wykazuje, że Biblia mówi o dwóch odrębnych zastosowaniach tego zjawiska.

Pierwsze już znałem: języki uważane były za znak, że Duch Święty napełnił wierzącego. Same języki nie były tak ważne, liczyły się jedynie jako dowód czegoś innego.

Chronologicznie w Nowym Testamencie najpierw w Ewangelii wg Marka znajdujemy wzmianki o takim zastosowaniu języków. Jezus został ukrzyżowany, zmartwychwstał i pojawił się w gronie uczniów z poleceniem, by głosili Ewangelię na całym świecie: „A takie znaki towarzyszyć będą, tym którzy uwierzyli (…) nowymi językami mówić będą” (Ew. Marka 16,17).

Ponieważ są to słowa samego Chrystusa, fragment ten stanowi wielki autorytet i zielonoświątkowcy zawsze się na niego powołują. Odkryłem jednak, że nie wszyscy uznają ten fragment za autentyczny. Przekład Biblii Króla Jakuba został dokonany z rękopisu zwanego Codex Alexandrinus, pochodzącego z piątego wieku i tam ten werset znajdujemy. Wcześniejsze jednak rękopisy z czwartego wieku nie zawierają go. Oczywiście, w czwartym wieku słowa Chrystusa mogły stanowić część tradycji ustnej, nie zapisanej jeszcze. Prawdopodobnie doświadczenia znacznej grupy chrześcijan stały się podstawą do przekonania, że tradycję tę należy włączyć do pisemnego dziedzictwa Kościoła.

Księga Dziejów Apostolskich – napisana pod koniec pierwszego wieku, a której nikt nie podejrzewa o późniejsze dodatki, kilka razy zamieszcza wzmianki o mówieniu językami jako znaku obecności Ducha Świętego. Warto przy tym zwrócić uwagę na trzy sprawy:

1. Języki przyjmowane były jako niekwestionowany dowód zstąpienia Ducha Świętego na pojedynczą osobę albo grupę ludzi. „I zdumieli się wierni pochodzenia żydowskiego, którzy z Piotrem przyszli, że i na pogan został wylany dar Ducha Świętego; słyszeli bowiem, jak mówili językami…” (Dzieje Apostolskie 10,45).

2. Nie podlegający kwestii był też fakt, że języki to skutek działania Ducha przemawiającego przez człowieka „I zostali wszyscy napełnieni Duchem Świętym i zaczęli mówić innymi językami, tak jak im Duch poddawał” (Dzieje Apostolskie 2,4).

3. Same języki nie przyciągały uwagi. Kiedy Piotr przed zborem w Jerozolimie podsumował przeżycie w Cezarei, nawet nie wspomniał o językach, choć stanowiły one ważną część tamtych wydarzeń.

Jak dotąd, języki traktowane były jako znak zstąpienia Ducha Świętego. Ale kiedy kartkowałem listy ap. Pawła, zauważyłem, że patrzył on na języki nieco inaczej. Paweł mówił o językach nie jako o jednorazowym wydarzeniu, ale jako o trwałym przeżywaniu. Były ważne nie tylko jako znak Bożej obecności, ale też dlatego, że ich używanie przynosiło pewne korzyści Kościołowi. Stanowiły dar Ducha ofiarowany dla dobra wierzących, miały być używane razem z ośmioma innymi darami do budowania ludu Bożego. Paweł widział ich wartość w trzech aspektach:

1. W modlitwie osobistej języki pomagają mówiącemu chwalić Boga.

2. Pomagają mu modlić się nawet wtedy, gdy nie wie, o co prosić.

3. We wspólnym uwielbianiu, gdy towarzyszył mu inny z dziewięciu darów, wykładanie – języki stają się narzędziem bezpośredniej łączności między Bogiem i człowiekiem.

Pierwszy list do Koryntian został napisany około roku 54. Paweł przebywał wtedy w Efezie, gdy dotarły do niego wieści, że zbór w Koryncie ma trudności. Wśród nieporządków i nadużyć, jakie wkradły się do praktyki chrześcijańskiej, był bałagan i zamieszanie podczas nabożeństw. Wynikało to z niewłaściwego używania niektórych darów Ducha, a szczególnie języków. Dwunasty, trzynasty i czternasty rozdział listu poświęcone są rozważaniu nad darami ze szczególnym uwzględnieniem języków. Ostrzegając chrześcijan przed niewłaściwym używaniem darów duchowych, apostoł Paweł pozostawił jasny obraz tego, jak powinny być używane. Przestudiowałem te trzy rozdziały i poczyniłem notatki.

– Po pierwsze, zwróciłem uwagę na nastawienie Pawła do wydarzeń w Koryncie. Nie zauważyłem żadnego zdziwienia ani podtekstu w rodzaju: „Co wy tam wyrabiacie!” Paweł zdaje się być dobrze zaznajomiony ze zjawiskami, o których mu doniesiono. Przyjmuje je bez zastrzeżeń, jako część doświadczeń chrześcijańskich, ale troszczy się o to, by uzyskały właściwe miejsce.

– Paweł uznaje, że źródłem mówienia językami jest Duch Święty. „A w każdym różnie przejawia się Duch ku wspólnemu pożytkowi. Jeden bowiem otrzymuje przez Ducha mowę mądrości (…) inny różne rodzaje języków, inny wreszcie dar wykładania języków” (1 Koryntian 12,7-10).

– Paweł wierzy, że ich używanie zostało wyznaczone przez Boga „A Bóg ustanowił w kościele (…) różne języki” (1 Koryntian 12,28).

– Paweł widzi języki jako jeden z wielu darów Ducha. Wymienia ich dziewięć: mowa mądrości, mowa wiedzy, wiara, dar uzdrawiania, dar czynienia cudów, dar proroctwa, dar rozróżniania duchów, różne rodzaje języków, dar wykładania języków.

– Paweł uważa, że wszystkie dary, w tym i języki, dane są w pewnym celu. „A w każdym różnie przejawia się Duch ku wspólnemu pożytkowi” (1 Koryntian 12,7).

– W przypadku języków celem jest wzmocnienie tego, który się nimi posługuje. „Kto językami mówi, siebie buduje” (1 Koryntian 14,4).

– Jeżeli towarzyszy im wykładanie, stają się skutecznym narzędziem budowania całego Kościoła. „Gdy się schodzicie, jeden z was służy (…) językami, inny ich wykładem; wszystko niech będzie ku zbudowaniu” (1 Koryntian 14,26).

– Języki nie są jednak największym i najważniejszym darem. Paweł umieszcza je na samym końcu listy. „A Bóg ustanowił w kościele najpierw apostołów, po wtóre proroków, po trzecie nauczycieli, następnie moc czynienia cudów, potem (…) różne języki” (1 Koryntian 12,28).

– Paweł uważa języki za formę modlitwy. „Bo jeśli się modlę mówiąc językami (…)” (1 Koryntian 14,14).

– Łączy tę modlitwę głównie z uwielbieniem i dziękczynieniem. „Bo jeżeli wysławiasz Boga w duchu (…)” (1 Koryntian 14,16).

– Uważa też, że języki są formą modlitwy, gdy umysł jest zakłopotany. „Podobnie i Duch wspiera nas w niemocy naszej; nie wiemy bowiem, o co się modlić, jak należy, ale sam Duch wstawia się za nami w niewysłowionych westchnieniach. A Ten, który bada serce, wie jaki jest zamysł Ducha, bo zgodnie z myślą Bożą wstawia się za nami w niewysłowionych westchnieniach” (Rzymian 8,26).

– Paweł nie teoretyzuje, ale mówi na podstawie własnego doświadczenia. Sam mówił językami. „Dziękuję Bogu, że ja o wiele więcej mówię językami, niż wy wszyscy” (1 Koryntian 14,18).

– Paweł nie tylko mówi językami, ale i śpiewa. „Będę śpiewał duchem, będę też śpiewał i rozumem” (1 Koryntian 14,15).

– Paweł nie oczekuje, że język, którym ktoś mówi, zostanie przez słuchaczy rozpoznany. (Inaczej niż w Dzień Pięćdziesiątnicy, kiedy wszyscy słuchacze rozpoznawali swoje dialekty). „Bo kto językami mówi, nie dla ludzi mówi, lecz dla Boga; nikt go bowiem nie rozumie (…)” (1 Koryntian 14,2a).

– Paweł nie uważa, że służba mówienia językami dana jest każdemu. „Czy wszyscy mówią językami?” (1 Koryntian 12,30). Kontekst wskazuje na odpowiedź negatywną. Nie, nie wszyscy mówią językami. Zielonoświątkowcy zwracają tutaj uwagę na fakt, że w tych trzech rozdziałach Paweł pisze o językach jako o darze, a nie o językach jako o znaku chrztu w Duchu Świętym. Uważają, że każdy w chwili chrztu w Duchu mówi językami, choćby krótko. Nie każdy ma ten dar na co dzień.

– Paweł, ostrzegając Koryntian przed nadużywaniem darów, zachęca jednocześnie do mówienia językami. „A pragnąłbym, żebyście wy wszyscy mówili językami (…)” (1 Koryntian 14,5) oraz: „(…) językami mówić nie zabraniajcie” (1 Koryntian 14,39).

Jeżeli języki, zarówno jako znak jak i dar, znane były pisarzom Nowego Testamentu, i jeżeli mają tak oczywiste wartości, to dlaczego znikły z użycia w Kościele?

Na drugie pytanie natychmiast znalazłem odpowiedź: nie znikły.

Przez wieki odgrywały ważną rolę w przeżyciach chrześcijańskich. Ich znaczenie zmniejszyło się prawdopodobnie na skutek napomnień podobnych do tych, które Paweł udzielił Koryntianom. Dlatego ludzie mówiący językami trzymali ten fakt w tajemnicy. Wzmianki o takich manifestacjach w historii chrześcijaństwa łatwo można przeoczyć, ale kiedy zacząłemzwracać na nie uwagę, natychmiast je odnalazłem.

W połowie II w. niektórzy chrześcijanie zaczęli się martwić, że Kościół utracił zaraźliwy entuzjazm. Ożywienie religijne, które rozpoczęło się pod auspicjami Montanusa, dążyło do przeżycia na nowo Pięćdziesiątnicy wraz z tamtymi manifestacjami.

Z początku montanizm przyjmowano dobrze. Dwaj najbardziej szanowani i wpływowi Ojcowie Kościoła, Tertulian i Ireneusz, dostrzegali w ruchu wiele wartości i udzielali mu poparcia. Ale w miarę postępu ruchu, czyli występowania mówienia językami i innych darów, zaczęto obawiać się ekscesów. Montanizm został napiętnowany jako ruch heretycki i nie pomogły nawet wpływy Tertuliana i Ireneusza, którzy starali się złagodzić wyrok.

Znamy jednak przypadki występowania charyzmatów, które nie zostały napiętnowane.

W IV wieku znajdujemy wzmiankę o Pachomiuszu (292 – 346), egipskim mnichu, świętym katolickim, twórcy pierwszej reguły zakonnej. Uznawany przez niektóre Kościoły protestanckie za bohatera wiary i odnowiciela Kościoła. Założył on pierwszy klasztor chrześcijański i mówił po grecku i łacinie, chociaż nigdy nie uczył się tych języków. Tajemnicza zdolność posługiwania się językiem, którego nigdy się nie uczono, pojawia się ponownie w XIV w. w życiu Wincentego Ferreriusza (1350 – 1419), hiszpańskiego dominikanina, świętego Kościoła katolickiego.

W wieku XVI dar taki otrzymał Franciszek Xawier. Był on jednym z misjonarzy jezuickich prowadzących pracę wśród Hindusów i Japończyków. Podaje się, że przemawiał w językach, których nigdy się nie uczył.

Języki pojawiały się na początku wielu religijnych ożywień. Wcześni waldensi mówili nieznanymi językami. Podobnie janseniści, kwakrzy i metodyści. „Czekając na Pana otrzymywaliśmy często wylanie Ducha i … mówiliśmy językami” – pisze W. C. Braithwaite w sprawozdaniu ze spotkań kwakrów.

Więcej oryginalnych materiałów i wzmianek o językach znalazłem w dokumentach z XIX wieku.

– Szkocja, 1830 rok, Mary Campbell, młoda dziewczyna z Fernicarry pragnie zostać misjonarką. Pewnego wieczoru podczas modlitwy w gronie przyjaciół Mary Campbell zaczyna mówić w nieznanym języku. Na początku myśli, że jest to język, który pomoże jej w pracy misyjnej, ale nigdy nie udało się go rozpoznać.

– Anglia, 1834 rok, młody i popularny kaznodzieja londyński Kościoła prezbiteriańskiego, Edward Irving spotyka się w swoim kościele z glossolalią i zachęca do niej.

– Stany Zjednoczone, 1854 rok, niejaki V. P. Simmons donosi o zjawisku glossolalii w Nowej Anglii. „Roku Pańskiego 1854, członek rady starszych F. G. Mathewson mówił językami, a inny starszy, Edward Burnham je tłumaczył.”

– Stany Zjednoczone, ok. 1855 rok, mormoni mówią językami w kolonii w Nauvoo, w stanie Illinois. Siódmy Artykuł Wiary Kościoła Świętych Dni Ostatnich stwierdza, że „wierzymy w dar języków, proroctwa, objawienia, wizje, uzdrowienia, wykładanie języków”.

– Rosja, ok. 1855 rok, w głębi carskiej Rosji pojawiają się manifestacje zielonoświątkowe w Kościele prawosławnym.

– Anglia, 1873 rok, języki pojawiają się w czasie kampanii ewangelizacyjnych Dwighta L. Moody’ego. „Kiedy wszedłem do pokoju organizacji YMCA – pisze Robert Boyd po wizycie Moody’ego w Sunderland w Anglii – zastałem zgromadzenie pełne ognia. Młodzi mężczyźni mówili językami i prorokowali. Co to mogło znaczyć? Tylko to, że Moody przemawiał do nich tego popołudnia.”

– Stany Zjednoczone, 1875 rok, R. B. Swan, pastor w Providence na Rhode Island pisze: „W roku 1875 nasz Pan zaczął wylewać na nas swojego Ducha, razem z moją żona i kilkoma innymi osobami zaczęliśmy wypowiadać słowa w nieznanym języku”.

– Stany Zjednoczone, 1879 rok, w Arkansas William Jethro Walthall mówi językami. „Nie wiedziałem nic na temat biblijnej nauki o chrzcie w Duchu czy mówieniu językami” – napisał potem.

– Armenia, 1880 rok, wśród prezbiterian w Kara Kala rozpoczyna się silny ruch zielonoświątkowy, podczas którego występowało mówienie językami.

– Szwajcaria, 1880 rok, Maria Gerber podaje, że w chwilach szczególnej radości, które opisuje jako „poddanie mojego niesfornego serca Duchowi”, śpiewała pieśni duchowe w nieznanym języku. Później Maria przyjechała do Ameryki nie znając angielskiego. Pewnego dnia modląc się o chorą przyjaciółkę zaczęłaposługiwać się płynnie angielskim, ku zaskoczeniu obu kobiet.

Różnica między sporadycznymi przypadkami mówienia językami, a ruchem zielonoświątkowym, który rozpoczął się w XX wieku, polegała na tym, że przed Charlesem Parhamem i jego Szkołą Biblijną w „Kaprysie Stone’a” nikt nie przywiązywał szczególnej wagi do języków. Nie zauważamy prób przekonywania innych, by czynili podobnie, nie było żaru ewangelizacji rozbudzonego przez przeżycie. Języki pozostawały w odosobnieniu, były sporadyczne i niezauważane. Ale istniały.

8. Po co mówienie językami?

Trzecia sprawą, jaką postanowiłem się zająć po wizycie Lidii, to porozmawiać z każdym znanym mi człowiekiem mówiącym językami, by dowiedzieć się, czy praktyka ta miała jakieś dodatkowe korzyści, których nie można było uzyskać przez modlitwę w języku angielskim. Ciągle pamiętałem tajemnicze ciepło spływające z rąk Lidii i fakt, że jej modlitwa w sprawie Tib otrzymała natychmiastową odpowiedź. Czy był to jedynie zbieg okoliczności, może nieco wyobraźni z mojej strony, czy inni ludzie doznawali podobnych przeżyć?

Kiedy pytałem zielonoświątkowców, jakie znaczenie majądla nich języki, ich pierwsza odpowiedź brzmiała zawsze: – Upewniły mnie, że przeżyłem chrzest w Duchu Świętym. Była to pewność, której szukali Parham i jego studenci, gdy rozpoczęli studium biblijne i oczywiście jest to bezcenna rzecz w życiu wierzącego – mieć całkowitą pewność, że Duch samego Boga objawia się we mnie. Zielonoświątkowcy są przekonani, że języki stanowią źródło takiej pewności i jest to właściwie dogmat: chrzest w Duchu Świętym zawsze łączy się z mówieniem językami.

„Chrzest w Duchu Świętym – stwierdza statut amerykańskich Zborów Bożych – potwierdzony jest pierwszym znakiem mówienia językami jak Duch poddaje”. Deklaracja Wiary amerykańskiego Kościoła Bożego stwierdza tę samą zasadę: „Wierzymy w mówienie językami jak Duch poddaje, i że jest to pierwszy dowód chrztu w Duchu Świętym”.

Poza Kościołami zielonoświątkowymi ludzie nie byli jednak tak pewni – nawet ci, którzy w chwili chrztu w Duchu Świętym mówili innymi językami.

Duchowny luterański, Larry Christenson, pastor parafii Trójcy w San Pedro w Kalifornii, wyraża pogląd wspólny chyba wszystkim niezielonoświątkowcom mówiącym językami. Studiując opisy przeżyć chrztu w Duchu Świętym w Dziejach Apostolskich zadaje sobie pytanie:

Czy oznacza to, że każdy, kto przyjmuje Ducha Świętego, będzie mówił językami – a jeżeli nie mówi językami czy znaczy to, że nie otrzymał chrztu w Duchu Świętym? Nie uważam, że takie stanowisko można udowodnić na podstawie Pisma Świętego. Uważam jednak, że Biblia podaje nam pewien użyteczny wzorzec: (l) przyjęcie Ducha Świętego jest określonym, wyraźnym i jednorazowym przeżyciem; (2) prostym, wyznaczonym przez Boga sposobem manifestowania daru Ducha Świętego jest wzniesienie głosu w wierze i mówienie nowym językiem z pobudzenia Ducha Świętego.

Pozycję biegunowo przeciwną do zielonoświątkowców zajmują ci, którzy twierdzą, że przeżyli chrzest w Duchu Świętym, ale zaprzeczają, jakoby mówienie językami było związane z tym przeżyciem. Jedną z takich osób jest dr Eli Stanley Jones, weteran-misjonarz w Indiach. Razem z Tib rozmawialiśmy z nim na ten temat i otrzymaliśmy list, w którym opisał pewne przeżyciez czasów, gdy studiował w Asbury College w Wilmore, w stanie Kentucky.

Byłem na spotkaniu modlitewnym w pokoju jednego ze studentów – pisze dr Jones – z trzema czy czterema innymi kolegami, gdy nagle, bez szczególnych emocji czy oczekiwania, zostaliśmy napełnieni Duchem Świętym – dosłownie powaleni z nóg. Nie mogłem spać, całą noc chodziłem i wielbiłem Boga. Przez trzy dni nie odbyły się żadne zajęcia, każde przemieniało się w modlitwę. Ludzie przybywali z okolic i nawracali się, zanim doszli do auli. Nie było kazań, jedynie modlitwa i świadectwa uwolnienia i zwycięstwa. Nawrócili się wszyscy studenci miasteczka akademickiego.

Zastanawiałem się, co to znaczy. I wkrótce się dowiedziałem. Przez to nawiedzenie zostałem przygotowany do dzieła mojego życia. Powiedziałem „tak” na powołanie misyjne.

Dowody na obecność Ducha Świętego? Sam Duch Święty był dowodem. Nie potrzebowaliśmy ani nie oczekiwaliśmy innych dowodów. Prośby o dowód brzmiałyby jak prośba o dowód, że istnieje słońce w samo południe słonecznego dnia. Nikt nie mówił językami. Nie było takiego nauczania.

Przedstawiłem tutaj całą gamę opinii na temat znaczenia języków jako dowodu na obecność Ducha Świętego: od „istotne” przez „pomocne” do „niekonieczne”.

Ale języki mają znaczenie nie tylko jako znak chrztu w Duchu. Kiedy ap. Paweł pisał o językach jako darze, wiązał je ze zdolnością wielbienia Boga.

Mieliśmy ciekawą możliwość porównania tej funkcji języków, kiedy rozmawialiśmy z młodym absolwentem Yale University, Robertem V. Morrisem. Był on członkiem Chrześcijańskiej Społeczności Yale i uznawał, że jego życie religijne w dziedzinie uwielbienia osiągnęło już pełnię. Wspomina, jak prowadząc wieczorne spotkanie ChSY, gdy nadeszła jego kolej modlitwy, musiał przerwać zaczęte zdanie. Jak zwykle, użył znanej formuły, która rozpoczyna się od słów „Chwalimy Cię, uwielbiamy Cię…” i tutaj zatrzymał się.

– Nie, nie robię tego szczerze – powiedział. – Nie wiem, co to znaczy uwielbienie Boga.

Wiedział, oczywiście, co to znaczy dziękować Bogu za coś konkretnego. Często doznawał radosnego uniesienia słuchając pięknej muzyki organowej w czasie nabożeństwa albo podziwiając piękny witraż. Ale uwielbiać Boga nie za coś, co dla nas zrobił, albo do czego przyczynił się poprzez ludzkie zdolności – to było coś, czego jeszcze nie osiągnął.

Niedługo potem nastąpiło w Yale University wydarzenie, o którym szeroko rozpisały się gazety. Wiele osób z organizacji ChSY i inni studenci przeżyli chrzest w Duchu Świętym z charyzmatami i mówieniem językami. Chociaż prasa uchwyciła się języków jako najbardziej sensacyjnych, Bob Morris i inni nie zwracali na nie tak wielkiej uwagi uważając, że ważniejsze są dary proroctwa, uzdrowienia, a przede wszystkim owoc miłości, który Duch Święty wniósł do ich grupy. W osobistym życiu religijnym Roberta języki wypełniły pewną lukę.

Dla mnie – powiedział nam Bob – języki stały się darem uwielbienia. Kiedy używam języka, który podarował mi Bóg, czuję, jak wzbiera we mnie czysta i nieskażona miłość, podziw i cześć. Przez rozumową modlitwę nie byłem w stanie tego osiągnąć. Chwała i uwielbienie nie są sprawą rozumu, a glossolalia jest właśnie modlitwą bez udziału umysłu. Uwalnia ona od polegania na logicznym procesie myślowym, a wprowadza w bezpośrednią świadomość Bożej obecności – podobnie jak uświadamiamy sobie istnienie ludzkiej osobowości bez wyliczania jej części składowych.

Nowy wymiar modlitwy, do którego przyczyniły się języki, okazał się trwały i występował nie tylko w czasie modlitwy w Duchu. Bob zauważył w sobie nową zdolność do wielbienia i wywyższania Boga w języku angielskim. Rozmowę z Bogiem rozpoczynał często od modlitwy w językach, odczuwał, jak wzbiera w nim ta nowa zdolność i wtedy przechodził na język angielski. Jego całe życie modlitewne doznało odmiany.

„Zauważyłem nową zdolność oddawania czci Bogu objawionemu w Chrystusie – napisał w artykule do czasopisma Trinity, kiedy cały kraj zainteresował się wydarzeniami w Yale University. – Nie tylko intelektualną wdzięczność, ale cześć, która zdaje się wypływać z nieznanych głębin w sposób daleki od emocjonalizmu, jednak angażujący całą istotę.”

A potem dodaje: „Odczułem także bardzo określoną i dosłowną moc oraz zdolność do wykonywania zadań życia codziennego”.

Taka dodatkowa moc i zdolność była jeszcze jednym z celów daru języków, o których pisał ap. Paweł. Człowiek, który mówi językami – napisał – siebie buduje.

Mamy przyjaciela, który dojeżdża do pracy promem ze Staten Island na Manhattan. Podróż trwa prawie pół godziny i może stać się uciążliwa, jeżeli przed nami dzień pełen zaplanowanych zajęć. Ale człowiek ten, David Wilkerson, wykorzystuje czas na promie na modlitwę językami. Zaczyna od rozmyślania o wszystkim, za co jest wdzięczny. Odwrotnie niż Bob Morris, rozmyśla on o każdej sprawie uwielbiając Boga po angielsku, dziękując za każdą z nich.

Po pewnym czasie odczuwa narastające wrażenie radości. Uświadamia sobie, że jest kochany, że ktoś się o niego troszczy. We wszystkim, co się dzieje w jego życiu, zaczynazauważać cel i porządek. I w pewnej chwili, starając się wyrazić wdzięczność, osiąga punkt bariery językowej. Język angielski nie jest w stanie wyrazić tego, co czuje. Słowa stają się za małe dla wyrażenia czci Osobie, którą zna. W tym momencie przechodzi na porozumiewanie się, które nie jest ograniczone słownikiem. Jego duch razem z umysłem zaczyna wielbić Boga.

I tak w chwili, kiedy prom dopływa do mola na Manhattanie, w Dawidzie dokonuje się już przemiana. Czuje się wzmocniony, gotowy do sprostania trudnym zadaniom, jest pełen wigoru, odświeżony, gotowy na przyjęcie wszystkiego, co niesie mu dzień. A ma to wielkie znaczenie, bowiem Dawid pracuje wśród gangów ulicznych w slumsach Nowego Jorku. Codziennie styka się z nastoletnimi narkomanami, prostytucją nieletnich, młodymi mordercami i z innymi najbardziej zniechęcającymi i odrażającymi problemami dzisiejszego świata.

Poniżej podaję niektóre odpowiedzi na pytanie o znaczenie języków:

– Jaka jest korzyść z mówienia językami? Mogę odpowiedzieć na to pytanie tylko tak: A jaka jest korzyść z sikorki? Jaką korzyść mamy z zachodu słońca? Niosą nam prostą otuchę, w pełnym znaczeniu tego słowa, niewypowiedzianą prostą radość, a razem z tym zdrowie i pokój, i odpoczynek, i uwolnienie od ciężarów i napięć. (Marianne Brown, gospodyni domowa, Parkesburg, Pennsylwania.)

– Często, właściwie bardzo często spędzam noc w autobusie albo w samolocie. Nie polecam tego jako coś, co zastąpi sen w wygodnym łóżku. Ale mam pewien sekret: gdy tylko zamknę oczy, zaczynam się modlić w Duchu. Modlę się w ten sposób przez całą noc, budząc się i zapadając znowu w sen. W rezultacie sen nie trwa zbyt długo, ale wypoczywam wspaniale. Następnego dnia czuję się rześki, silny i gotowy do całodniowej pracy (David du Plessis, kaznodzieja zielonoświątkowy, Oakland, Kalifornia.)

– Odkąd zacząłem modlić się językami, czuję się, a ludzie to potwierdzają, że wyglądam dwadzieścia lat młodziej. Mój umysł nie wie, co wypowiadam, ale wie to moja podświadomość. Dzieje się to, co ap. Paweł zapowiedział: „kto się językami modli, siebie samego buduje” (1 Koryntian 14,4). Jestem zbudowany, otrzymuję radość, odwagę, pokój, poczucie Bożej obecności, a tak się składa, że jestem słabą osobowością, która tego potrzebuje. (William T. Sherwood, 75-letni ksiądz episkopalny, St. Petersburg, Floryda.)

Kiedy dziesięć lat wcześniej nadszedł czas emerytury, William Sherwood napisał, że się cieszył z tego faktu, bo już od dłuższego czasu czuł się źle, ciągle był zmęczony, pozbawiony energii. Od chwili przeżycia chrztu w Duchu Świętym jego życie się zmieniło, przeżył najbardziej wydajne lata swojego życia.

Inne wykorzystanie języków podane w Biblii, to modlitwa wtedy, gdy nasz umysł nie wie, o co się modlić w danej sytuacji.

Lidia Maxam polegała właśnie na takim mówieniu językami, kiedy modliła się modlitwą wstawienniczą o innych, wiedząc jak mało zna sytuację. Zastanawiałem się, czy inni ludzie też się tak modlą?

Oto fragment listu, który otrzymałem od pewnego psychiatry:

Codziennie rano, zanim rozpocznę przyjmowanie pacjentów, modlimy się wspólnie z moją żoną. Modlimy się o nasze potrzeby, a potem o każdego pacjenta, z którym mam się spotkać. Najpierw mówimy w modlitwie to, co wiemy o danej sytuacji, wykorzystując notatki poczynione przeze mnie w czasie poprzednich wizyt, wszystko, co wiemy o możliwościach leczenia i psychiatrii. Ale potem, wiedząc jak wiele z choroby umysłowej nadal umyka naszemu zrozumieniu, zaczynamy modlić się o te osoby w językach. Ciągle zadziwia mnie obecność ozdrowieńczej mocy w czasie następującym po takich modlitwach.

Jednym z najbardziej zadziwiających przykładów zdarzenia, w którym intelekt odmówił modlitwy, był przypadek Williama C. Nelsona. Wielebny Nelson jest obecnie wydawcą czasopisma Frontiers Konwencji Amerykańskich Baptystów, ale w chwili wypadku był pastorem zboru baptystycznego w Whitman, w stanie Massachusetts.

W środku jesiennej nocy 1959 roku zadzwonił telefon przy łóżku Billa. Podnosząc słuchawkę Bill był jeszcze na wpół śpiący. Usłyszał głos pielęgniarki z pobliskiego szpitala.

– Wydarzył się wypadek samochodowy. Jest u nas Carol Vinall. Jej matka podała pana nazwisko. Niech pan przyjedzie jak najszybciej. Lekarz mówi, że ona nie przeżyje godziny.

– Już jadę.

Bill ubrał się, a potem przekraczał wszystkie ograniczenia prędkości w drodze do szpitala. Recepcjonistki wiedziały o jego przyjeździe i wysłały go natychmiast na drugie piętro. Na zegarze naprzeciw windy była 3:15 nad ranem.

– Tędy – powiedziała pielęgniarka. Trzynastoletnia Carol leżała na wysokim łóżku nie dając znaku życia. Jej matka stała obok namiotu tlenowego.

– To było zderzenie czołowe – powiedziała Billowi. – Od kiedy tu jest, nawet się nie poruszyła. Carol została wyrzucona przez przednią szybę auta. Lekarz wyjaśnił, że nastąpiło uszkodzenie czaszki.

– Jeżeli przeżyje – powiedziała pani Vinall – to mówią, że może nigdy nie będzie normalna.

Bill wiedział, że powinien się modlić. Był ich duchownym. Pani Vinall miała pełne prawo oczekiwać od niego wsparcia i pociechy. Ale o co powinien się modlić?

Spojrzał na Carol i czuł, że godzina życia, którą dawał lekarz, to było i tak dużo. Dziewczynka nadal miała na sobie ubranie: czarny sweter był podarty i poplamiony. Włosy odgarnięte z posiniaczonej i pokaleczonej twarzy posklejane były krwią. Okolice szwów łączących zranienia nabrzmiały.

Ale Bill wiedział, że najgorsze zranienie jest niewidoczne. Została uszkodzona czaszka. Czy mózg został naruszony? Czy miał prawo modlić się o fizyczne uzdrowienie, jeżeli Carol miałaby potem do końca życia wegetować jak roślinka? Ale przecież nie mógł się modlić o jej odejście.

Bill zbliżył się do łóżka i położył rękę na tej części ciała, która wydawała się nienaruszona – na lewym ramieniu. W jego głowie kłębiły się sprzeczne, ludzkie myśli. – Panie – powiedział – pomóż mi się modlić.

I w tej chwili przypomniał sobie wersety z Biblii. „Nie wiemy bowiem, o co się modlić, jak należy, ale sam Duch wstawia się za nami w niewysłowionych westchnieniach. A Ten, który bada serca, wie jaki jest zamysł Ducha” (Rzymian 8,26-27).

Jak doskonale pasowało to Słowo do tej sytuacji! Bill wziął głęboki wdech i zaczął się modlić nie umysłem, ale ustami i językiem, omijając wszystkie wątpliwości i wahania ludzkiego umysłu, używając dźwięków poddawanych przez Boga. Powierzył swoją modlitwę Duchowi Świętemu, wiedząc, że On miłuje Carol bardziej niż ktokolwiek z ludzi. Bill wyczuwał paradoks całej sytuacji: mógł się stać kanałem Bożego działania jedynie w takim stopniu, w jakim stawał się bierny i poddany Bogu.

Bill modlił się cicho w Duchu przez piętnaście, dwadzieścia minut. Ledwie uświadamiał sobie otoczenie: stojącą lampę rzucającą światło na ścianę, butelki z roztworem soli, namiot tlenowy, stojaki z kroplówką, drugą pacjentkę, która w milczeniu patrzyła na wszystko szeroko otwartymi oczami. Wyczuwał nieustanne napięcie pani Vinall. Ale przede wszystkim uświadamiał sobie dwie sprawy, które działy się w jego wnętrzu. Odczuwał przepływający przez niego i spływający na dziewczynkę strumień ciepła. Uświadamiał sobie też dziwną, wyraźną pewność narastającą z minuty na minutę – pewność, że Carol wyzdrowieje.

I wtedy Carol poruszyła się.

To wszystko. Jedna ulotna chwila. Szept życia, który dotknął jej małego ciała i uleciał. Ale Bill Nelson uzyskał odwagę, by wypowiedzieć to, co brzmiało w jego sercu. Coś, czego był pewien. Coś, o czym wiedział!

— Pani Vinall, Carol będzie zdrowa.

Gdy tylko wypowiedział te słowa, usłyszał jak dziwnie i niedorzecznie one zabrzmiały. Jak on śmiał to powiedzieć?! Pielęgniarka pochyliła się nad łóżkiem niewzruszenie wykonując rutynowe czynności przy chorej.

Zegar na korytarzu wskazywał 3:45. Bill spędził w pokoju zaledwie pół godziny, a wydawało się, że trwało to wieki. Pani Vinall wyszła razem z nim do windy, jak gdyby chciała dłużej zostać przy jedynym człowieku, który dawał jej nadzieję. Przy windzie Bill powtórzył to, co nie do końca rozumiał: Carol będzie zdrowa.

I miał rację.

Dwanaście tygodni później Carol wróciła do szkoły. Dzisiaj, pięć lat po wypadku, jedynymi śladami są nieznaczne blizny na twarzy i rękach. Słowa, które napisał apostoł Paweł do Rzymian, że w sytuacji, gdy nie wiemy jak się modlić, wtedy Duch wstawia się za nami westchnieniami niewysłowowionymi, są dziś równie prawdziwe jak wtedy.

Czwarty i ostatni sposób używania języków, o którym mówi Nowy Testament – to, połączenie ich z darem wykładania, co staje się środkiem bezpośredniego komunikowania się Boga z grupą chrześcijan zgromadzonych na nabożeństwie.

Muszę szczerze przyznać, że z podejrzliwością patrzyłem na używanie języków w czasie nabożeństwa. Uczestniczyłem już w wielu zgromadzeniach zielonoświątkowych i robiłem tam notatki.

„Przeszkadza mi – napisałem na jednym z nabożeństw – że ci ludzie, kiedy mówią językami albo je wykładają, robią to zbyt głośno i dosyć monotonnie. Wyglądają przy tym jakby byli w transie, co ma potwierdzać, że rzeczywiście znajdują się pod wpływem Ducha. Wygląda na to, że chcą wywołać takie wrażenie”. Innym razem napisałem: „Bardzo teatralne”.

Zauważyłem też, że nie było związku między długością przesłania w językach, a długością tłumaczenia. Często odnosiłem wrażenie, że tłumaczenie – zwykle przekazywane przez kaznodzieję – było podawane tylko dlatego, że Paweł tak nakazywał, i nie była to prawdziwa reakcja wywołana wewnętrznym pobudzeniem. Zwykle treść tłumaczenia rozczarowywała mnie, bo najczęściej było to stereotypowe napomnienie w rodzaju: stój wytrwale w dniach ostatecznych, chodź drogą Pana. Przeszkadzało mi też to, że ludzie posługiwali się najczęściej językiem starego tłumaczenia Biblii króla Jakuba. Dlaczego Bóg, chcąc się porozumieć z ludźmi, nie miałby posługiwać się współczesnym językiem?

I wtedy pewnego popołudnia doznałem przeżycia, które zmieniło moje nastawienie.

Razem z Tib pojechaliśmy do Filadelfii na spotkanie „Grupy Sobotniej” – niezorganizowanej mieszaniny chrześcijan mówiących językami, głównie z Kościołów historycznych, którzy raz na miesiąc wynajmowali pomieszczenie w hotelu „Beniamin Franklin” i organizowali tam całodniowe, pełne Ducha spotkania modlitewne.

Tydzień przed naszą wizytą musiałem podjąć trudną decyzję. Sprawa ta nie dawała mi spokoju. Chodziło o młodego człowieka, którego spotkałem wcześniej przy okazji pisania artykułu. Prowadziłem badania na temat młodocianych przestępców i przyczyniłem się do zawieszenia wyroku za kradzież. Od tamtej chwili utrzymywałem kontakt z rodziną chłopca, pomagałem znaleźć mu pracę i dwa razy byłem wzywany na konsultację, kiedy chłopak został oskarżony o kradzież w tej pracy. Teraz znów znajdował się w więzieniu na podstawie niepodważalnego oskarżenia i doszedłem do wniosku, że moje prośby wyciągnięcia go, wstawienia się za nim, chronienia go przed konsekwencjami, nie wyszły mu na dobre.

Była to długa, skomplikowana sprawa, zaangażowałem w nią grupę kościelną i innych ludzi, chociaż przede wszystkim to ja podejmowałem decyzje. Teraz moje uczucia wahały się między głębokim przekonaniem o słuszności moich działań, a równie głębokimi wątpliwościami. Niektórzy z rodziny chłopca napisali do mnie list zarzucając mi zmienność – dodam, że argumentację swoją wzbogacili jeszcze innymi przymiotnikami.

Wtedy właśnie pojechaliśmy do Filadelfii. Pierwsza godzina spotkania w apartamencie hotelowym na jedenastym piętrze przebiegła podobnie do innych spotkań, w których już brałem udział. Była modlitwa językami, ale też modlitwy indywidualne. Pojedynczy ludzie modlili się cicho, albo dzielili się na trzy, lub czteroosobowe grupki i „usługiwali” jedni drugim.

Wtem na środek wyszła pewna metodystka, która wypowiedziała językami przesłanie przeznaczone dla całej grupy. Nastała cisza. Tłumaczył mężczyzna. Nie widziałem go, ale ton jego głosu wskazywał na to, że nie był „w transie”. Używał prostego, współczesnego języka, mówił cicho: – Nie martw się. Cieszę się, że przyjąłeś taką postawę. Jest ci trudno, ale przyniesiesz wiele błogosławieństw innym.

Słowa te uderzyły mnie z nieopisaną mocą. Wiedziałem, że były przeznaczone dla mnie, właśnie dla mnie w tej chwili. Dodały mi odwagi, by wytrwać przy mojej decyzji przez następne tygodnie i oprzeć się naciskom. Późniejsze wydarzenia potwierdziły, że w tej sytuacji postąpiłem właściwie. Otrzymałem odpowiedź na moje wątpliwości co do języków, bo natychmiast po wysłuchaniu orędzia w językach z ich wykładem ogarnęło mnie poczucie całkowitej pewności. Byłem wtedy tego tak pewny, jak teraz nie mam wątpliwości, że stoi przed mną maszyna do pisania.

Oczywiście, nieco później zastanawiałem się nad każdym możliwym znaczeniem słów. Ale nie mogłem poddać w wątpliwość mojego uczucia w tamtej chwili. Było to coś, czego nie wyczytałem w listach Pawła i czego nie mogłem się domyślić – Bóg razem z orędziem w językach udziela też potwierdzenia w postaci wewnętrznego przekonania.

Nie próbowałem tego jakoś wyjaśnić – orędzie od samego Boga jest czymś wspaniałym. Kiedyś, gdy postanowiłem zbadać praktyczne znaczenie języków, to miałem na uwadze wyłącznie znaczenie praktyczne w życiu innych ludzi.

9. Zagadka kryminalna

Jedną z najmilszych osób, jakie znam, jest korpulentny, jowialny Żyd, Jakub Rabinowitz. Pewnego dnia razem z Tib jedliśmy z nim kanapki przy stoliku w nowojorskim centrum handlowym. Niespodziewanie Jakub powiedział:

– Słyszeliście o Żydach ortodoksyjnych? A o Żydach reformowanych? Potakiwaliśmy. – Ale czy słyszeliście o Żydzie Pełnym?

Kiedy zaprzeczyliśmy, Jakub opowiedział nam swoją historię. Był rabinem, synem rabina, wnukiem rabina i tak od siedmiu pokoleń Rabinowitzowie byli rabinami. Kiedy kilka lat wcześniej Jakub zaczął się zastanawiać nad prawdą chrześcijaństwa i czuł się przy tym jak zdrajca wobec wiekowego dziedzictwa. – Miałem przecież zostać nawróconym Żydem – powiedział. – Jak to okropnie brzmi. Jakbym odwrócił się od żydostwa. A ja byłem dumny z tego, że jestem Żydem. I dzisiaj wiem, że nie ma w tym sprzeczności. Nie jestem nawróconym Żydem. Jestem teraz pełnym Żydem, jak Piotr i Paweł.

A potem Jakub opowiedział nam wydarzenie, które sprawiło, że poczuł się pełnym Żydem. Jakub był chrześcijaninem z przekonania, ale z poczuciem winy – miał świadomość wewnętrznego rozdarcia. Pewnego upalnego lata, wieczorem w lipcu 1969 roku został zaproszony przez przyjaciela do odwiedzenia kaplicy Zborów Bożych w Pasadenie, w Teksasie, gdzie właśnie trwało duchowe ożywienie. Jakub przystał na zaproszenie trochę niechętnie, ponieważ wystrzegał się emocjonalizmu.

Nabożeństwo było typowo zielonoświątkowe. Pieśni i świadectwa, klaskanie, a na końcu kazanie. Pod koniec wystąpienia kaznodzieja zaprosił wszystkich, którzy mają jakieś osobiste problemy, by wyszli do przodu, a zbór będzie się o nich modlił.

Nagle Jakub poczuł wielką tęsknotę za tym, by wreszcie porzucić dotychczasowe podwójne życie, by rozwiązać raz na zawsze wewnętrzny konflikt. Wyszedł do przodu i ukląkł razem z innymi. Ale kiedy kaznodzieja zapytał go, jaki ma problem, nic nie odpowiedział.

– Dobrze – powiedział kaznodzieja. – Bóg zna twoje potrzeby lepiej niż ty sam. I zwrócił się do zgromadzonych z prośbą o modlitwę w Duchu o Jakuba.

Kilku mężczyzn wyszło z ławek i podeszło do klęczącego rabina. Niektórzy stanęli obok, inni z tyłu, kilku położyło ręce na jego głowie i ramionach, inni tylko pochylili głowy. Zaczęli się modlić razem, jedni po angielsku, inni językami.

Nagle Jakub podniósł głowę i odwrócił się. Policzki miał mokre od łez.

– To było piękne – powiedział. – Kto z was jest Żydem?

Nikt nie odpowiedział.

– Który z was mnie zna? Przepraszam, że nie poznaję…

Nikt nie odpowiedział.

Całe zgromadzenie uciszyło się.

– Słyszałem to stąd, za mną – powiedział Jakub. – Dokładnie tu, gdzie stoisz – powiedział do jednego z mężczyzn. – Czy jesteś Żydem?

– Ja? – uśmiechnął się mężczyzna. – Nazywam się John Gruver. Jestem Irlandczykiem.

– To ten głos! Ten głos! – wykrzyknął rabin. – Ale… mówisz po hebrajsku?

– Ani słowa – powiedział Gruver.

Jakub wstał.

– Mylisz się, bo właśnie mówiłeś po hebrajsku.

Kiedy Jakub opowiadał nam tę historię w jego głosie wyczuwało się wzruszenie.

– Czy możecie wyobrazić sobie tego potężnego Irlandczyka, który przemawia najpiękniejszym hebrajskim, jaki kiedykolwiek słyszałem? Czy w ogóle można sobie wyobrazić Irlandczyka mówiącego po hebrajsku?

– I skąd on znał imię mojego ojca? Nikt w Teksasie nie znał mojej rodziny. Ale on najczystszym hebrajskim powiedział tak: „Miałem sen, miałem sen, że udasz się do wielkich miast i tam będziesz głosił. Ci, którzy nie słyszeli, zrozumieją, ponieważ ty, Jakub, syn rabbiego Ezechiela, wszedłeś w pełnię błogosławieństwa Ewangelii Jezusa Chrystusa”.

Rabin spojrzał na nas.

– Co o tym myślicie?

Wyjął serwetkę zza kołnierzyka i odsunął krzesło.

– Bóg przemówił do mnie jako do Żyda i jako do chrześcijanina. Nie ma różnicy. W Jezusie Chrystusie znikają wszelkie podziały.

To było dla mnie ostateczne potwierdzenie. Przez wiele miesięcy starałem się pogodzić oczywistą rozbieżność w historiach z językami. W relacjach jednego rodzaju nikt nie rozpoznawał języka, ani mówiący, ani słuchacze – język był jedynie zbiorem niezrozumiałych dźwięków. Apostoł Paweł znał takie przypadki. „Bo kto językami mówi, nie dla ludzi mówi… nikt go bowiem nie rozumie” (1 Koryntian 14,2). Biblia określa to zjawisko mianem „nieznanych języków”. Do dziś jest to najczęściej spotykany rodzaj mówienia językami.

Z drugiej jednak strony, notowano przypadki zarówno w czasach nowotestamentowych jak i potem, że język niezrozumiały dla mówiącego zostaje jednak rozpoznany przez kogoś innego. Fakt, że jest to język zrozumiały, odgrywa zasadniczą rolę w jego oddziaływaniu. Przykładem jest tu opis dnia Pięćdziesiątnicy. Tłumy zgromadzone w Jerozolimie zdziwiły się zachowaniem uczniów Jezusa. Wszyscy słyszeli ich mówiących językami, które na pewno znali. Pachomiuszowi bardzo musiała się przydać tajemnicza zdolność do przemawiania po grecku do cudzoziemców znających ten język. Żyd, który zawędrował na Azusa Street, nawrócił się, ponieważ Kathleen Scott przemówiła do niego po hebrajsku.

Wiedziałem, że dłużej nie mogę ignorować tych historii. Zbyt często dotyczyły ludzi, których znaliśmy osobiście. Harald Bredesen mówił po polsku i po arabsku, Jakub Rabinowitz słyszał Irlandczyka mówiącego po hebrajsku. W tym samym tygodniu otrzymałem list od Denisa Bennetta z Seattle. Po doskonałym ułożeniu tekstu zorientowałem się, że mała misja ma już sekretarkę. Dennis informował mnie, że kierowca ciężarówki z jego parafii przeżył chrzest w Duchu Świętym i język, którym się modlił został rozpoznany przez Chińczyka jako chiński.

– Wierzysz w te historie? – spytałem Tib, kiedy wracaliśmy do domu po lunchu z Jakubem.

Przez chwilę zastanawiała się.

– Wierzę ludziom, którzy opowiadają te historie – powiedziała.

Wiedziałem, co ma na myśli. Trudno było sobie wyobrazić, by Harald, Jakub czy Dennis rozmyślnie kłamali, żeby mnie o czymś przekonać. Było oczywistym, że sami głęboko wierzyli w to, co mówili. Doznania zmieniły ich życie i trudno było sobie wyobrazić, żeby wypracowali tak skomplikowane i długoterminowe oszustwo.

W sposób oczywisty mówili o cudach i wierzyli w nie. Ale tutaj zawahałem się. Musiało istnieć naturalne, nie nadprzyrodzone wyjaśnienie. Przejrzałem korespondencję i wyjąłem wszystkie listy opisujące przypadki, kiedy Duch Święty w usta mówców wkładał znane języki. Umieściłem je na biurku. Zgromadziła się imponująca sterta. Podjąłem się zadania znalezienia wyjaśnienia każdego przypadku. Wytłumaczenia zadowalającego logikę i zgodnego z przedstawionymi faktami.

Czy nie było, na przykład, możliwe, że te „cuda” to podświadoma pamięć? Ktoś dawno temu usłyszał język, może w dzieciństwie, i w podświadomości przechowały się całe zdania, mimo że w świadomości nie pozostały ślady tego wydarzenia.

Na początku wydawało mi się, że to wyjaśnienie dokądś prowadzi. W wielu listach odnalazłem zwroty: „urywki”, „zdania” czy „słowa, które brzmiały jak znane języki”. Te przypadki, jak mi się wydawało, łatwo było wytłumaczyć na podstawie teorii zapomnianego przeżycia.

Trudniejsze do wytłumaczenia były zdarzenia, gdy ktoś wypowiadał nie jedno czy dwa zdania w obcym języku, ale gdy była to pełna wypowiedź. Pan Roy H. Wead z South Bend przesłał mi opis wydarzenia, które miało miejsce w 1934 roku. Dotyczy ono L. B. Richardsona, dziś mieszkającego w Jacksonville. W 1934 roku uczył się w tej samej szkole biblijnej, co Roy Wead.

„(…) brat Richardson w tym czasie przechodził przez wielką próbę: miał liczne wątpliwości co do chrztu w Duchu Świętym. Wątpił nawet we własne przeżycie chrztu w Duchu Świętym, które miało miejsce jeszcze w dzieciństwie.

W związku z tym zaczął się modlić i szukać Pana. Modlił się prawie przez cały dzień. Mój pokój znajdował się naprzeciwko i słyszałem jego modlitwę udając się na zajęcia. Po południu, po kilku godzinach modlitwy, stało się jasne, że odniósł wspaniałe zwycięstwo i radował się w Panu, chwaląc i wywyższając Pana w nieznanym języku, jaki mu Duch poddawał.

Jeszcze później, kiedy wróciłem do pokoju, zauważyłem młodego Chińczyka, Samuela Ko, który uczył się razem z nami. Stał przy drzwiach brata Richardsona i słuchał, jak tamten mówi innym językiem. Brat Ko, bardzo podekscytowany, powiedział mi, że brat Richardson modli się po chińsku i że on może go zrozumieć. Powiedział też, że Richardson mówi o sprawach w Chinach, o których brat Ko wie. Richardson mówił po chińsku co najmniej pół godziny, a może nawet dłużej.”

List podawał, że Richardson nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek przedtem słyszał język chiński. To przeżycie bardzo go wzmocniło i okres próby minął.

– Dobrze, pomyślałem, przypuśćmy dla celów tego badania, że pan Wead jest uczciwy i ma dobrą pamięć. Richardson przez pół godziny mówił po chińsku. Czy jest możliwe, żeby w jakiś sposób jako małe dziecko nie tylko usłyszał język chiński, ale zapomniał o tym, a potem mówił płynnie tym językiem?

Powiedzmy, że miał chińskiego kolegę albo niańkę, która była Chinką i mówiła przy nim po chińsku. Wiemy, że Richardson znajdował się w stanie emocjonalnego podniecenia, czy wtedy nie wypłynęło z niego to, co tak długo było ukryte?

Potwierdzeniem mojej teorii byłyby historie dzieci, które mówiły językami i miały kontakty z ludźmi mówiącymi obcym językiem. Wśród zielonoświątkowców dosyć często zdarzają się przypadki dzieci mówiących językami.

Wśród stosu listów na biurku szybko znalazłem opis takiego wydarzenia. List pochodził od Williama C. Pickthorna z Palo Alto w Kalifornii. Przedstawił wydarzenie, które zapisał w pamiętniku z datą 30 lipca 1932 roku.

Podam tekst zgodnie z notatkami w moim pamiętniku.

„Historia wydarzyła się na spotkaniu modlitewnym w domu wiejskim około dwóch mil od kopalni Noy, w pobliżu Ironwood, w stanie Michigan. Pomagałem pastorowi o nazwisku Block, który chciał założyć zbór w Ironwood. Block był pastorem w miejscowości Winegar, w stanie Wisconsin. Świadczył wielu ludziom w okolicznych miejscowościach, a potem zebrał grupę ewangelizacyjną, w której też byłem i chciał zorganizować pracę zborową wśród ludzi, którym świadczył.

Nabożeństwa odbywały się w namiocie ustawionym w centrum Ironwood. Na nabożeństwo przyszło wiele osób, które cieszyły się uznaniem w mieście. W pamiętniku pod datą 30 lipca zanotowałem odwiedziny u rodziny Ericksonów. Była tam młoda kobieta, która rozmawiała ze mną poprzedniego wieczoru. Ubiegłej zimy jej matka została uzdrowiona po modlitwie pastora Blocka. Cała rodzina zainteresowała się sprawą chrztu w Duchu Świętym, ale bali się tego przeżycia, ponieważ powiedziano im, że języki pochodzą od diabła. Matka powiedziała, że chciałaby przyjść na spotkanie w wiejskim domku, ale się boi.

W końcu jednak przyszła. Zauważyłem, że przygląda się 12-letniemu chłopcu, który siedział na podłodze z rękami zaciśniętymi na kolanach. Chłopiec gorliwie się modlił. Kiedy patrzyłem, chłopiec zaczął się modlić niezrozumiałym językiem. A potem zaczął w nieznanym języku śpiewać.

Pani Erickson rozpłakała się. Byłem poruszony i próbowałem przeprosić za niego. Odpowiedziała mi: Nie, ten chłopiec mi nie przeszkadza. Nie dlatego płakałam. Znam go od dawna. Byłam przy jego matce, kiedy się rodził. Przed chwilą zaśpiewał dla mnie pieśń na chwałę Boga, pieśń, której nigdy przedtem nie słyszałam i wiem, że on też jej nie słyszał. Mówił w moim języku, po szwedzku, a nie zna mojego języka. Modlił się też po szwedzku.”

Jeżeli ta informacja była pełna, to stała w sprzeczności z teorią o podświadomości. Ale czy była pełna? Pani Erickson nie była przy chłopcu przez całe dwanaście lat jego życia, chociaż znała go bardzo dobrze. A przecież mieszkali w okolicach, gdzie osiedliło się wielu imigrantów ze Szwecji.

Ale potem natrafiłem na historię, której w żaden sposób nie mogłem dopasować do teorii podświadomej pamięci.

Pewnego dnia pewien młodzieniec z New Jersey, Clifford Tonnensen był na zielonoświątkowej konferencji w Michigan. W czasie nabożeństwa Clifford został ochrzczony Duchem Świętym i zaczął mówić innymi językami.

Stojąca obok niego kobieta zaczęła okazywać znaki wielkiego poruszenia. Jak stwierdziła, Clifford modlił się po niemiecku. Mówił pięknym, płynnym niemieckim.

Ale nie tylko to wywołało jej zaskoczenie i zdziwienie. Wiedziała, że chłopiec nie mógł mówić nie tylko w tym języku, ani nawet w swoim języku ojczystym, angielskim. Clifford był głuchoniemy od drugiego miesiąca życia, bowiem wtedy zachorował, co skończyło się uszkodzeniem słuchu.

Dochodził też do tego wszystkiego jeszcze jeden czynnik, który kłócił się z teorią o ukrytej pamięci jako źródle cudów. Czasem modlący się innymi językami wspominał o faktach i wydarzeniach, o których wiedział jedynie słuchacz. John Gruver podał imię ojca Jakuba Rabinowitza. Kathleen Scott powiedziała gościowi podczas spotkania przy Azusa Street, dlaczego przyjechał do Los Angeles i czym się zajmował. Jeżeli nawet ludzie ci poznali języki w jakiś naturalny sposób, to jak mogli wiedzieć o tych faktach?

Odsunąłem krzesło, położyłem nogi na biurku i przemyślałem ponownie rezultaty moich badań. Na pewno można było wykazać przypadki podświadomej pamięci, ale zyskiwałem pewność, że wielu zdarzeń nie można tak wytłumaczyć. – Muszę wypróbować inny sposób – powiedziałem do regałów pełnych książek.

Zwróciłem uwagę na Biblię. Czytamy tylko o jednym przypadku rozpoznawania języków. Miało to miejsce w dzień Pięćdziesiątnicy. Przeczytałem jeszcze raz opis wydarzeń tego dnia. Wersety jakby wyskakiwały z tekstu. W każdym z nich powtarzała się raz po raz ta sama myśl.

Zdanie poprzedzające trzykrotnie wypowiedzianą myśl, znałem już bardzo dobrze: „I napełnieni zostali wszyscy Duchem Świętym i zaczęli mówić innymi językami, tak jak im Duch poddawał”. Ale zaraz potem następowały wersety:

„Gdy więc powstał ten szum, zgromadził się tłum i zatrwożył się, bo każdy słyszał ich mówiących w swoim języku. I zdumieli się, i dziwili, mówiąc: Czyż oto wszyscy ci, którzy mówią, nie są Galilejczykami? Jakże więc to jest, że słyszymy każdy z nas, swój własny język, w którym urodziliśmy się? () Słyszymy ich jak w naszych językach głoszą wielkie dzieła Boże.” (Dzieje Apostolskie 2,6-11)

Czyż te wersety nie wskazują na to, że uwagę powinno skupić się nie tyle na mówiących, co na słuchających? W tłumie „wszyscy słyszeli ich mówiących” językami. I jakby podwójne potwierdzenie tej myśli: „słyszymy, każdy z nas, swój własny język” i „słyszymy ich jak w naszych językach głoszą”.

Czy możliwe jest, że ten cud był nie tyle cudem ust, co uszu? Wiele faktów pasowało do takiej interpretacji.

Tłumaczyłoby to, dlaczego słyszano, jak L. B. Richardson mówił przez pół godziny po chińsku. Nonsensowne sylaby zostały naładowane znaczeniem przez wyczulony słuch Samuela Ko. Tak jak słuchacze w dniu Pięćdziesiątnicy, usłyszał on Richardsona mówiącego w jego języku.

Wyjaśniałoby to, że młody chłopak, który nie miał kontaktów z językiem, mówił po szwedzku według rozpoznania pani Erickson. I jak głuchy chłopiec, który nie posługiwał się nawet ojczystym językiem, używał języka niemieckiego według świadectwa kobiety stojącej obok. Tłumaczyłoby te wszystkie przypadki mówienia językami, gdzie przesłanie w językach zawierało fakty znane jedynie słuchaczom.

Ale nie można było wytłumaczyć za pomocą tej teorii przypadków, kiedy język rozpoznawała nie jedna osoba, lecz grupa ludzi. Jeżeliby przyjąć, że był to cud słyszenia, należałoby uznać, że w każdym ze słuchaczy przebiegał identyczny proces myślowy, co byłoby cudem samym w sobie.

Dr T. J. McCrossan z Minneapolis opowiada historię dziewięciu marynarzy, którzy pewnego sobotniego wieczoru weszli do małej kaplicy w Seattle zwabieni dźwiękami muzyki. Słuchali z narastającym zdumieniem nieznanej im kobiety, która powstała i przekazała przesłanie w językach. Wszyscy marynarze pochodzili z Filipin, wszyscy rozpoznali łamany filipiński dialekt i wszyscy byli zgodni, co do wysłuchanej treści. Byli pewni, że kobieta nie mogła z siebie mówić po filipińsku, a tym bardziej dziwnym dialektem z regionu rzadko odwiedzanego przez ludzi Zachodu.

Podobne wydarzenie miało miejsce w dzień Wielkanocy 1959 r. w małym kościele zielonoświątkowym w Gary, w stanie Indiana. Członek zboru, Paul Goodwin, wstał i przekazał napomnienie w językach. Kiedy mówił, zauważono dziwne poruszenie w grupie Włochów. Kiedy Paul skończył, wstał młody człowiek, Leo Pella i powiedział:

– Znamy Paula Goodwina i wiemy, że nie zna naszego języka. Ale przed chwilą przemawiał w doskonałym języku włoskim, jakby skończył szkołę we Włoszech.

Najdziwniejszą jednak historią w mojej kolekcji był przypadek grupy ludzi, którzy rozpoznali swój język nie na obczyźnie, lecz w domu, a mówcą, w tym przypadku, był cudzoziemiec. Wydarzenie to miało miejsce w samym sercu Afryki w roku 1922.

W tym roku H. B. Garlock i jego żona z Toms River, w stanie New Jersey, zgłosili się na ochotnika do wykonania niebezpiecznego zadania: mieli pojechać do Afryki jako misjonarze wśród małego plemienia Pahn mieszkającego w centrum Liberii. Jak dotąd żaden misjonarz nie pracował wśród tego plemienia ludożerców.

Garlockowie przybyli do Liberii i rozbili obóz razem z grupą afrykańskich chrześcijan, którzy mieszkali na pograniczu terytorium Pahnów. Prawie natychmiast pani Garlock zapadłana malarię. Szybko wyczerpał się skąpy zapas lekarstw, a gorączka rosła. Garlock z trudem przekonał tubylców, by wyprawili się na wybrzeże po lekarstwa. Droga prowadziła przez terytorium Pahnów.

W końcu Garlock przekonał wodza, że można będzie ominąć szczególnie niebezpieczne obszary, a bez lekarstw pani Garlock na pewno umrze. Rankiem, o wschodzie słońca grupa mężczyzn opuściła obóz i skierowała się w stronę wybrzeża. Wszyscy byli pełni złych przeczuć.

Około południa w drzwiach glinianej chaty, gdzie leżała pani Garlock, stanął tragarz. Brakowało mu tchu. Sapiąc wykrztusił nowinę. Jeden z jego ludzi został schwytany przez ludożerców. Afrykańczycy powiedzieli parze misjonarzy, że jeżeli się go nie uwolni, zostanie zjedzony.

Garlock zdawał sobie sprawę, że to on ponosi odpowiedzialność. Gorączka chorej żony zaczęła opadać tego właśnie dnia, kiedy grupa mężczyzn wyszła z obozu. Nie wahając się ani chwili, Garlock wyruszył na terytorium Pahnów zabierając jedynie grupkę zgromadzonych naprędce wojowników. Chciał uwolnić tragarza. Tuż przed zapadnięciem ciemności mała grupa przybyła do wioski, w której więziono tragarza. Kilka chat otaczał drewniany płot, ale nigdzie nie było widać strażników. Garlock ostrożnie zajrzał przez sztachety i zauważył, że przed jedną z chat stoi warta. Dwaj mężczyźni uzbrojeni we włócznie stali przed wejściem. Włosy mieli poskręcane w ogonki, przednie zęby spiłowane w szpic.

To chyba więzienie – doszedł do wniosku Garlock. Zwrócił się do swoich towarzyszy:

– Wchodzę – wyszeptał. – Jeżeli zacznie się dziać coś złego, naróbcie tyle hałasu, ile tylko możecie. Postaram się uciec w zamieszaniu.

Garlock liczył, że uda mu się wykorzystać dwa atuty. Po pierwsze, istniało prawdopodobieństwo, że Pahnowie nigdy dotąd nie widzieli białego człowieka, to dawałoby mu przewagę zaskoczenia. A po drugie, wierzył we wszystkie historie biblijne mówiące o nadnaturalnej pomocy w najtrudniejszych chwilach. Garlock zaczął się modlić i wszedł do obozu ludożerców. Modlił się, aby Bóg pokierował każdym jego krokiem.

Idąc wyprostowany zmierzał w stronę chaty, gdzie trzymano więźnia. Strażnicy byli zbyt zdumieni, by go zatrzymać. Przeszedł pomiędzy nimi i wszedł do wnętrza chaty. Usłyszał, że strażnicy podnieśli wrzawę, słyszał tupot bosych nóg na ubitej ziemi – to zbiegali się pozostali mieszkańcy wioski. W ciemnym wnętrzu Garlock wymacał przywiązaną do słupa postać.

Wyjął nóż i przeciął więzy. Tragarz odezwał się do niego, ale całkowicie był bez sił. Garlock wyciągnął przerażonego mężczyznę na zewnątrz. Ale dalej już nie mógł. Przed chatą stał tłum wrzeszczących ludożerców z nożami, włóczniami i toporami.

Garlock czekał na wrzawę, jaką mieli wzniecić jego towarzysze. Ale za obozowiskiem panowała cisza. Garlock pojął, że został sam.

Nie pozostawało nic innego, jak spróbować nastraszenia. Z rozmysłem usadził więźnia przy chacie, a sam usiadł na czaszce słonia, która leżała obok wejścia. Przez cały czas trwał w modlitwie. Tłum stał w oddaleniu, ciągle wznosząc okrzyki i wymachując bronią, ale nikt się nie zbliżył.

Wzeszedł księżyc, bo była akurat pełnia. Garlock siedział spokojnie na czaszce słonia. W końcu ludzie usiedli w półkolu, przodem do chaty. W środku półkola Garlock zauważył wodza, a obok niego szamana.

Nagle człowiek ten wstał. Podbiegł kilka kroków w kierunku Garlocka i zatrzymał się. W ręku trzymał trzcinową różdżkę, wygrażał nią Garlockowi, a potem zaczął dumnie stąpać między misjonarzem a wodzem. Przemawiał głośno i od czasu do czasu wskazywał na misjonarza. Garlock nic nie rozumiał, ale domyślał się, że odbywa się nad nim sąd.

Szaman oskarżał Garlocka przez jakąś godzinę i nagle skończył. Po raz pierwszy zbliżył się do Garlocka i popatrzył mu w oczy. Wysunął do przodu szyję, potem ją cofnął ku uciesze tłumu. Wreszcie ostentacyjnie położył różdżkę u stóp Garlocka i odszedł do tyłu. Czekał.

Na placu zaległa cisza. Garlock zrozumiał, że teraz przyszła kolej na jego przemówienie we własnej obronie.

Ale jak? Garlock nie znał ani jednego słowa z języka Pahnów. Tłum zaczynał się niecierpliwić. Ociągając się Garlock wstał i podniósł trzcinę. Tubylcy natychmiast się uciszyli. Kiedy czekali, Garlock modlił się: „Panie, pokaż mi co mam zrobić. Poślij swojego Ducha”.

Nagle Garlock zaczął gwałtownie drżeć. Przeraził się, nie chciał, by zobaczono, że się boi. Ale razem z drżeniem przyszło wrażenie bliskości Ducha Świętego. Przypomniał sobie słowa Jezusa: „Nie troszczcie się naprzód o to, co macie mówić, ale mówcie to, co wam będzie w owej godzinie dane, albowiem nie wy jesteście tymi, którzy mówią, lecz Duch Święty” (Ew. Marka 13,11).

Garlock poczuł nagły przypływ dziwnej odwagi. Zaczerpnął powietrza i zaczął mówić. Z jego ust popłynęły słowa, których nie rozumiał.

Garlock ujrzał jak tubylcy zauroczeni pochylają się do przodu. Zauważył, że słowa – jakiekolwiek by były – wywierały wielki wpływ na słuchaczy. Wiedział, że przemawia do Pahnów w ich języku.

Garlock mówił do nich przez dwadzieścia minut. A potem język, tak nagle jak się pojawił, znikł. Garlock zrozumiał, że jego przemówienie się skończyło. Usiadł.

Przez chwilę trwało wyczekiwanie. Wódz i szaman rozmawiali nachyleni do siebie. Potem wyprostowując się szaman wydał polecenie. Przyniesiono białego koguta. Jednym ruchem szaman skręcił kogutowi szyję. Pokropił krwią czoło Garlocka i więźnia. Później Garlock tłumaczył to sobie jako ofiarę zastępczą, kiedy krew musiała zostać przelana, ale coś, co powiedział przemawiając w Duchu, przekonało tych ludzi, że on i więzień powinni odejść wolno.

Kilka minut później Garlock i więzień wędrowali przez dżunglę z powrotem do stacji misyjnej. Wódz wysłał nawet z nimi dwóch ludzi, którzy poprowadzili ich przez pierwszą część drogi. Po jakimś czasie Pahnowie porzucili kanibalizm i nawrócili się na chrześcijaństwo. Garlock był przekonany, że ich nawrócenie zapoczątkowało ziarno Słowa zasiane w chwili, gdy stał w pełni księżyca i przemawiał do nich nie rozumiejąc ani słowa z tego, co mówił.

Musiałem przerwać pracę. Starałem się spojrzeć obiektywnie na stan badań. Czy choć trochę zbliżyłem się do stwierdzenia, że mówiono prawdziwym językiem? Dysponowałem mnóstwem opowieści, które sugerowały różne odpowiedzi, ale czy istniała jakaś wspólna cecha wskazująca na właściwe użycie metody historycznej?

Zadawałem sobie pytanie: jakie było źródło tych opowieści? Zebrałem je z listów ludzi mówiących językami, z artykułów opublikowanych przez ludzi mówiących językami, z wywiadów z ludźmi mówiącymi językami. Innymi słowy polegałem na subiektywnym odczuciu świadków. Wszystkie historie pochodziły od ludzi, którzy nie byli obiektywnymi obserwatorami. Wręcz przeciwnie: sami byli silnie zaangażowanymi uczestnikami i wyciągali subiektywne wnioski.

Miesiącami rejestrowałem nagrania ludzi mówiących językami. Gdybym odtworzył te nagrania grupie obiektywnych językoznawców i jeden z nich rozpoznałby jakiś język, to sytuacja byłaby inna. Mógłbym przeprowadzić badania językowego wychowania osoby mówiącej i badanie opierałoby się na rzetelnych podstawach.

Około trzy tygodnie później spotkałem się w prywatnej jadalni klubu pracowników naukowych Uniwersytetu Columbia z Davidem Scottem, wydawcą książek religijnych w McGraw-Hill i sześcioma językoznawcami. Trzej językoznawcy byli pracownikami uniwersytetu, dwaj profesorzy pochodzili z Union Theological Seminary, a jeden z General Theological Seminary.

Dwaj specjalizowali się w językach współczesnych, trzej w językach starożytnych, jeden był ekspertem od struktury języka.

Ciekawy byłem ich reakcji na eksperyment. Oni również oczekiwali, choć z wątpliwościami, jednak bez uprzedzeń. Kiedy włączyłem pierwszą taśmę, wszyscy pochylili się do przodu wyłapując każdą sylabę. Kilku robiło notatki. Ale żadna twarz nie rozjaśniała na znak rozpoznania. Włączyłem następną taśmę. Przez prawie godzinę słuchaliśmy jednej za drugą modlitw „w Duchu”. I kiedy wreszcie skończyliśmy, zapytałem: – No, i co, panowie?

Sześć głów pokręciło się przecząco. Nikt nie usłyszał znanego mu języka.

Ale poczynili ciekawe obserwacje. Jeden z językoznawców powiedział, że choć nie rozpoznał słów, stwierdził, że wypowiedź nagrana na taśmie miała budowę podobną do współczesnej poezji. – Współczesna poezja do przekazu treści w równej mierze posługuje się znaczeniem werbalnym wyrazów jak i brzmieniem – powiedział. – W tej modlitwie, choć nie rozumiałem słów, wychwyciłem jej kontekst emocjonalny. To był hymn miłości. Piękny.

Ciekawe było również to, że choć nie został nagrany żaden język znany tym ludziom, rozpoznawali struktury językowe. Kształt prawdziwego języka, różnorodność połączenia dźwięków, rzadkość powtórzeń, itp. niemożliwa do sztucznego wytworzenia. Przypominając sobie parodię mówienia językami dokonaną przez Dinę Donohue, zarejestrowałem na taśmie dwa przykłady próby naśladowania języków, jeden wykonany przez naszego syna Scotta, a drugi przez Tib. Próbowali mówić jak najbardziej podobnie do wszystkich innych zarejestrowanych na taśmie, ale językoznawcy natychmiast rozpoznali fałszerstwo.

– To nie jest język – powiedział jeden z nich. – To są, po prostu, dźwięki.

Kiedy już wychodzili, jeden z profesorów zauważył, że według danych Francuskiej Akademii Nauk, na świecie istnieje około 2800 języków i dialektów używanych w różnych częściach świata. Nie licząc języków, które już wymarły. – A nawet tę listę Akademia nie uznała za pełną – powiedział. – My tutaj omawiamy jedynie ułamek znanych języków. Nawet, jeżeli na taśmie są prawdziwe języki, to szansa na ich rozpoznanie przez nas jest naprawdę niewielka.

Choć nie powiedziałem tego tamtym naukowcom, wiem, że według zielonoświątkowców języki ziemskie, znane i zapomniane, to dopiero początek. Zielonoświątkowcy są przekonani, że ich języki mogą pochodzić również ze sfer duchowych. Zawsze odczytywałem początkowe słowa 13. rozdziału Pierwszego Listu apostoła Pawła do Koryntian: „Choćbym mówił językami ludzkimi i anielskimi” w sensie poetyckim. Ale z kontekstu rozdziału wcześniejszego i następnego rozpoznajemy, że Paweł pisał o językach w zielonoświątkowym sensie. Języki anielskie są ich odmianą.

Jednak ogólny wynik eksperymentu okazał się negatywny. Przedstawiliśmy około czterdziestu przykładów mówienia językami różnym językoznawcom, ale żaden nie został rozpoznany. Próba odkrycia, czy modlący się używali prawdziwych języków, nie prowadziła do żadnych konkretnych rezultatów. Zdecydowałem się zwrócić uwagą na inne zagadnienia.

Zastanawiające, że najsilniejsze argumenty za prawdziwością języków pochodziły od ludzi mówiących językami. Pewnego dnia rozmawiałem z dr. Howardem M. Ervinem, kaznodzieją baptystycznym z Atlantic Highlands, w stanie New Jersey, który był bardzo przekonany o wartości języków. Mówiłem z nim o moich próbach rozpoznania istniejących języków.

– Czy nie popełniasz przypadkiem podstawowego błędu? – zapytał dr Ervin.

– Chyba tak. Nie dochodzę do żadnych konkretnych wniosków.

– Myślę, że błąd polega na rozdzielaniu języków od zasadniczej całości – powiedział dr Ervin. – Opowiem ci historyjkę. Tak się składa, że bardzo lubię architekturę kościelną. Kiedyś jadąc natrafiłem na piękną gotycką kapliczkę. Zatrzymałem samochód i wysiadłem, żeby ją podziwiać.

– Ale okazało się, że drzwi kościółka były pomalowane jasną czerwoną farbą. Próbowałem skierować oczy na wysmukłe linie budynku kierujące wzrok ku górze, ale za każdym razem mój wzrok przyciągały czerwone drzwi. Były tak jaskrawe, że przeszkadzały mi w obejrzeniu całości.

– Języki, John, są jak te drzwi. Dopóki stoisz na zewnątrz, twoją uwagę przyciąga coś, co nie pozwala ci zobaczyć niczego innego. Ale jeżeli przez nie przejdziesz, otoczą cię niezwykłości światła, dźwięku i formy, które stworzył architekt. Rozglądasz się, a drzwi od wewnątrz nie są pomalowane na czerwono. One po prostu są. I do tego są używane. Ale zajmują właściwe miejsce w architekturze całego obiektu.

– Chciałbym, żeby tak było z tobą. Myślę, że nadszedł już czas, abyś przeszedł przez te drzwi. Jeżeli chcesz naprawdę odkryć, o co chodzi w przeżyciu zielonoświątkowym, nie koncentruj się na językach. Przekrocz próg i spotkaj się z Duchem Świętym.

10. Chrzest w Duchu Świętym

Następnej niedzieli opowiedziałem przyjacielowi w kościele o czerwonych drzwiach dr. Ervina. Uśmiechnął się z zadumą.

– Kiedy już się spotkasz z Duchem Świętym – powiedział – to proszę, przedstaw Jemu i mnie. Nigdy jakoś nie miałem okazji dobrze Go poznać.

Nie był w tym odosobniony. Pamiętam pewną niedzielę, kiedy jako chłopiec mieszkałem w stanie Kentucky, w miejscowości Louisville. Usłyszałem wtedy kazanie na temat Ducha Świętego. To był jedyny raz, kiedy słyszałem coś o Nim, poza przelotnym wspomnieniem zza kazalnicy. A wszystko, co pamiętam, to fakt, że moja siostra narysowała na tygodniowym biuletynie kościelnym ducha i otrzymała za to naganę od kościelnego.

Ale czy teraz znałem Go lepiej? Czy Duch Święty nie był nadal jakąś mglistą postacią? Jest Bogiem, jest trzecią osobą Trójcy, jest pojęciem co niedziela wspominanym w wyznaniu wiary. Ale był duchem, to tak, jakby pozbawioną widzialnych cech pozostałością Kogoś, kto kiedyś w życiu Kościoła był bardzo rzeczywisty, a teraz pozostał jedynie wspomnieniem.

Wiedziałem, że mówiąc o Nim, mówię o osobie, dlatego właściwym słowem był zaimek On, a nie To. Ale nie postępowałem zgodnie z tym przekonaniem. W sąsiednim miasteczku Mount Kisco, w pobliżu szpitala, znajdują się światła drogowe. Jeżeli chcę przejechać przez skrzyżowanie i szybko dostać się do szpitala, mógłbym gorąco apelować do świateł, ale nic by to nie dało. Przez skrzyżowanie przejadę dopiero wtedy, kiedy urządzenie sterownicze włączy dla mnie zielone światło. Od czasu do czasu jednak policjant wyłącza mechanizm i sam kieruje ruchem. Jeżeli napotkałbym go i gorąco poprosił o przepuszczenie, myślę że uczyniłby dla mnie wyjątek. W moich modlitwach, jeżeli wspominałem imię Ducha Świętego, to spełniał On bardziej rolę automatycznych świateł niż policjanta.

Dr Ervin proponował, żebym przekroczył próg czerwonych drzwi i spotkał się z Duchem Świętym. Zanim jednak mógłbym to uczynić, chciałem uzyskać więcej informacji o tej Istocie, którą miałem poznać. Dlatego, znów uzbrojony w Biblię i konkordancję, zasiadłem do badań.

Kilka lat wcześniej przeprowadziłem wywiad z Robertem Frostem. Poeta przedstawił mi pewien obraz, który dotąd żywo stoi mi przed oczami.

– Jeżeli chcesz się dowiedzieć, co dany człowiek myśli o Bogu – powiedział – nie pytaj go o wyznanie wiary, ale obserwuj jego życie. To jest jak moneta ukryta pod kartką papieru. Nie widzisz jej, ale możesz ją poznać poprzez delikatne pocieranie papieru ołówkiem. Poznasz monetę po wgłębieniach i wzgórkach, które odbiją się na papierze.

Chciałem wykorzystać tę technikę przy szukaniu Ducha Świętego. Chciałem dowiedzieć się, kim jest, nie przez czytanie wyznań wiary, ale przez obserwowanie Jego działania w Biblii. Może poprzezstudiowanie wgłębień i wzgórków uzyskam jego portret?

Myślałem, że wszystkie odniesienia o Duchu Świętym znajdę w Nowym Testamencie, ale ze zdumieniem odkryłem, że tak nie jest. Co prawda, samo wyrażenie „Duch Święty” występuje w Starym Testamencie jedynie trzy razy, ale samą koncepcję Ducha znajdujemy już w Księdze Rodzaju.

Jednym z pierwszych spostrzeżeń był brak zgodności, czy Duch jest bardziej nieożywioną mocą czy bardziej osobą, która opisana jest już w pierwszych księgach Biblii? Rdzeń słowa tłumaczonego z hebrajskiego jako „duch” brzmi „ruach” i ma dwa odrębne znaczenia. Jedno to „wiatr”, a drugie „tchnienie”. Jedno oznaczanieosobową siłę, drugie jest czymś bardziej osobowym, zakładającym świadome istnienie, ponieważ nie ma tchnienia bez kogoś, kto oddycha.

Podstawową cechą obu znaczeń jest ruch. Ruach zawsze znajduje się w działaniu. Przemieszcza się. Oddziałuje na wszystko, co napotyka.

W dawnym użyciu tego słowa zawierało się też pojęcie tworzenia. Ruach nieodłącznie kojarzył się z narodzinami. To właśnie Duch Boży unosił się nad powierzchnią wód podczas tworzenia. To tchnienie wtłoczone w nozdrzasprawiło, że człowiek stał się istotą żyjącą.

W następnych księgach Starego Testamentu Duch opisany jest jako coś, co odgrywa szczególną rolę w życiu jednostek. Zstąpienie Ducha Bożego na człowieka połączone jest z gwałtowną zmianą osobowości. Samuel oznajmił królowie Saulowi, że Duch Jahwe zstąpi na niego w mocy i dokona wielkiej przemiany. I rzeczywiście, młody Saul pochodzący „z najmniejszego plemienia izraelskiego i najmniejszego z rodów plemienia” (1 Samuela 9,21), przemienił się w jednego z największych przywódców starotestamentowych.

Duch Święty zmienił zwyczajnych ludzi w herosów. To właśnie Duch Jahwe wyposażył w moc Samsona. Duch Boży zstąpił na Jozuego, zanim ten zadął w trąbę, która ogłosiła upadek Jerycha. Dawid wierzył, że przemawia przez niego Duch Boży. Lista ludzi dotkniętych przez Ducha Bożego w Starym Testamencie to spis niezwykły: Józef, Mojżesz, Jozue, Jefte, Natan, Gad, Ezechiel, Daniel, Joel, Ozeasz, Amos, Abdiasz, Jonasz, Micheasz, Nahum, Habakuk, Aggeusz, Malachiasz.

Istnieje także inny aspekt obecności Ducha Bożego w człowieku. W Psalmach 51 i 139 czytamy, że Duch nawiedza poetę nie jako źródło mocy uzdalniającej do dokonywania potężnych czynów, ale jako bliska, subtelna obecność, jako wódz – nie armii, lecz ludzkiej duszy:

Serce czyste stwórz we mnie, o Boże, a ducha prawego odnów we mnie! Nie odrzucaj mnie od oblicza Twego i nie odbieraj mi swego Ducha Świętego! (Psalm 51,12-13)

Panie, zbadałeś mnie i znasz. (Psalm 139,1)

Ogarniasz mnie z tyłu i z przodu i kładziesz na mnie rękę swoją. (Psalm 139,5)

Dokąd ujdę przed Duchem Twoim? I dokąd przed obliczem twoim ucieknę? (Psalm 139,7)

Z wersetów tych przebija poczucie Bożej bliskości, całkowicie różne od trwożnego oddawania czci odległemu, nieprzystępnemu Jahwe.

Nieodparcie nasuwa się tu analogia do myśli chrześcijańskiej i właśnie takiego odkrycia dokonałem. We fragmentach Starego Testamentu, które chrześcijanie uważają za zapowiedź Chrystusa, występuje Duch Święty. Najbardziej uderzające proroctwa znajdujemy u Izajasza:

I wyrośnie różdżka z pnia Isajego, a pęd z jego korzeni wyda owoc. I spocznie na nim Duch Pana… (Izajasz 11,1).

Oto sługa mój, którego popieram, mój wybrany, którego ukochała dusza moja. Natchnąłem go moim duchem, aby dał narodom prawo. (Izajasz 42,1)

Jeżeli tak się stało, to w relacjach o narodzinach Jezusa powinniśmy znaleźć wiele odniesień do Ducha Świętego. I tak też jest.

Sam Jezus począł się z Ducha Świętego. Symeon otrzymał od Ducha Świętego obietnicę, że przed śmiercią ujrzy Mesjasza. Jan Chrzciciel, główna postać opisanej chwili rozpoznania w Jezusie Mesjasza, od samego początku był powiązany z Duchem Świętym. Brzemienna Elżbieta, matka Jana Chrzciciela, pozdrowiona przez Marię została napełniona Duchem Świętym. Jego ojciec został napełniony Duchem Pana w dniu nadania synowi imienia. Ponadto Jan Chrzciciel miał rozpoznać Chrystusa po pewnym znaku: ten, na którego zstąpi Duch Boży, jest Synem Bożym.

Chrystus nie rozpoczął swojej ziemskiej misji zanim nie zstąpił na Niego Duch przy chrzcie w Jordanie. Mocą Ducha Świętego czynił Jezus cuda, dzięki tej samej mocy ludzie mogą wejść do Królestwa Bożego, które ogłaszał. „Jeśli się kto nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do Królestwa Bożego” (Ew. Jana 3,5).

W miarę zbliżania się dnia ukrzyżowania, Jezus zaczął przygotowywać uczniów na przyjęcie tej mocy mówiąc, że lepiej jest, aby On odszedł, bo gdyby było inaczej, nie przyszedłby Duch Święty. Ale gdy przyjdzie On, Duch Święty, zostanie z nimi na zawsze. Będzie ich prowadził i uczył, wzmacniał, a dzięki Jego mocy czynić będą większe dzieła niż Chrystus. Po zmartwychwstaniu, Jezus przypomniał uczniom o obietnicy i polecił im pozostać w Jerozolimie, dopóki Duch Święty na nich nie zstąpi.

W tym momencie przerwałem studium i podsumowałem wszystko, czego dowiedziałem się o Duchu, który miał przyjść:

– W Starym i Nowym Testamencie o Duchu mówi się w sensie działania. Używane są słowa związane z ruchem: ogień, wiatr, tchnienie, deszcz, gołębica. Duch jest aktywny – jest Bogiem w działaniu.

– W Starym Testamencie znajdujemy jedynie określenia, które traktują Ducha, jako byt osobowy. W Nowym Testamencie aspekt osobowy wyraźnie występuje. Jezus nadaje Duchowi imiona, które opisują Jego naturę jako pasterza, opiekuna. Nazywa Ducha przewodnikiem, doradcą, pocieszycielem, adwokatem.

– Zarówno w Starym jak i w Nowym Testamencie pojęcia Ducha i mocy są ze sobą ściśle połączone. W Starym Testamencie moc objawiła się głównie przez tak wybitnych ludzi jak królowie i prorocy, którzy przewodzą narodowi. W Nowym Testamencie moc zostaje udzielona zwyczajnym ludziom, którzy idą śladami Chrystusa.

– Zarówno w Starym, jak i Nowym Testamencie, gdy Duch Boga dotyka życia człowieka, jego osobowość doznaje przemiany.

Taki właśnie obraz otrzymałem przez przyglądaniu się w Biblii działaniu Ducha Świętego. Uczniowie oczekiwali w Jerozolimie na Jego zstąpienie. A kiedy przyszedł w dniu Pięćdziesiątnicy, przemienił grupę przelęknionych uczniów – czyli tych, którzy się uczą, w apostołów – czyli w tych, którzy zostają wysłani do wykonania dzieła. Mężczyźni i kobiety czekający w Górnej Izbie na spełnienie obietnicy Ojca, po jej spełnieniu natychmiast zaczęli wykonywać mocarne dzieła. Tego samego dnia, Piotr – ten sam, który kilka tygodni wcześniej uciekł w chwili aresztowania Jezusa i wypierał się Pana – wstał i odważnie wygłosił kazanie tak przekonujące, że nawróciło się co najmniej trzy tysiące ludzi. A przecież przemawiał do nich rybak ze wzgardzonej Galilei! Nic więc dziwnego, że apostołowie nalegali, by nowo nawróceni także przyjmowali dar Ducha obdarzającego mocą. Ta moc była niezbędnym narzędziem, bez którego nie mogli wykonywać wielkiego zadania powierzonego im przez Chrystusa.

Jak wyglądało przyjęcie Ducha Świętego? W Nowym Testamencie nie mamy pełnego opisu, ale na podstawie różnych relacji możemy naszkicować pewien obraz.

Po pierwsze, jeżeli Duch Święty jest Bogiem w aspekcie dynamicznym, to poznanie Jego musi być wielkim przeżyciem. Musi być doznaniem spotkania z Osobowością, która się troszczy. Będzie też doświadczeniem przyjaźni. Twórczej, przemieniającej przyjaźni, w pewnych momentach delikatnej jak gołębica, w innych trawiącej jak ogień. Takie bowiem są cechy wszystkich dobrych przyjaźni, nieuchwytnych i tajemniczych.

Jednym ze słów używanych w Biblii na określenie chwili pełnego kontaktu z tą przyjaźnią jest „chrzest”, czyli zanurzenie. Inne terminy podtrzymują myśl o Duchu Świętym jako o Bogu w działaniu. Czasem czytamy, że Duch Święty „zstąpił” na ludzi. Innym razem, że zostali „napełnieni”. Jeszcze inni ludzie „przyjęli” Ducha Świętego, bowiem Duch „przychodzi” od Boga.

Z tym przeżyciem wiązały się dwie sprawy, które dla wielu ludzi były dwuznaczne. Pierwsza, to obce języki. A druga, to fakt, że w dniu Pięćdziesiątnicy uczniowie zachowywali się dosyć hałaśliwie, i to do tego stopnia, że zgromadzeni ludzie zastanawiali się, czy nie są oni przypadkiem pijani. Uderzył mnie ogromny kontrast, że w przeciwieństwie do statecznych kazań dzisiejszej doby, pierwsze kazanie chrześcijańskie rozpoczynało się od stanowczych zapewnień kaznodziei, że on sam i jego przyjaciele nie są pijani. Przecież – powiedział – jest dopiero dziewiąta rano i nikt o tej porze nie bywa pijany.

A teraz rodzi się pytanie: jak w czasach nowotestamentowych ludzie doznawali tego chrztu? Wydaje się, że na kilka sposobów.

W dniu Pięćdziesiątnicy uczniowie po prostu zebrali się i oczekiwali. Ale Korneliusz, jego rodzina i przyjaciele słuchając Piotra głoszącego im Chrystusa niczego nie oczekiwali, kiedy zstąpił na nich Duch Święty. W innych przypadkach napełnieni Duchem chrześcijanie udzielali Go drugim przez nałożenie rąk.

Zamknąłem Biblię czując, że to, co czytałem, w dziwny sposób koresponduje ze współczesnością. Listy przeze mnie zgromadzone, wywiady z ludźmi napełnionymi Duchem – wszystko wskazywało na to, że od czasów napisania Nowego Testamentu zaszły niewielkie zmiany. Nawet sposób, w jaki Duch Święty zstępował na chrześcijan pierwszego wieku, miał swoje odpowiedniki we współczesności.

Pamiętałem jeden z ostatnich przykładów, gdzie grupa ludzi słuchała Słowa Bożego i podobnie jak domownicy Korneliusza, nie spodziewali się niczego, gdy nagle Duch Święty ogarnął ich w ten sam sposób. W 1954 roku kaznodzieja mennonicki, Gerald Derstine, prowadził tygodniowe seminarium biblijne w północnej Minnesocie. Pewnego dnia, bez ostrzeżenia, młody człowiek ukląkł na zajęciach i zaczął płakać.

– Taki objaw emocjonalizmu jest czymś niezwykłym w kościele mennonickim, dlatego w pierwszej chwili starałem się go uspokoić – opowiada Derstine. Ale zanim mi się to udało, płakał już drugi student. Po chwili następny. Usiłowaliśmy wyprowadzić płaczących z sali, ale kiedy tylko ich wyprowadzaliśmy, następna dwójka, trójka zaczynała płakać.

A potem zauważyłem zadziwiającą rzecz: z ust niektórych z nich wydobywały się dziwne dźwięki. Czy są to „jąkające się wargi” (Izajasz 28,11), o których czytamy w Biblii?

O ile wiem, w chrześcijaństwie raczej nie zdarzają się takie rzeczy. Mennonici nauczają, że takie przeżycia skończyły się dziewiętnaście wieków temu. A przecież na naszych oczach, nasi studenci zaczęli nagle mówić językami, tak jak w dniu Pięćdziesiątnicy.

Nasza znajoma, Lila Ginter, została napełniona Duchem Świętym jako dziecko, nie wiedząc nawet, że istnieje takie religijne przeżycie. Lila stała w sadzie pełnym jabłoni przy domu w stanie Ohio, spoglądała w górę przez obłok białych kwiatów. Nagle wypełniło ją przemożne odczucie Bożej obecności. Otworzyła usta chcąc po dziecięcemu porozmawiać z Nim, ale dźwięki, które wypłynęły z jej ust nie były językiem angielskim i chociaż przez chwilę mówiła całkiem płynnie, jej wargi nie formowały żadnych sensownych dźwięków.

– Nigdy nikomu nie mówiłam o tym przeżyciu – zwierzyła mi się Lila. – Myślałam, że tylko mnie przydarzyło się coś takiego. Upłynęło czterdzieści lat zanim dowiedziałem się, że istnieją całe grupy, które uważają to zjawisko za normalne.

Jednak częściej przeżycie następuje w wyniku świadomego aktywnego szukania. Ale nadal sposoby szukania są podobnie różnorodne, jak to jest i w Nowym Testamencie. Niektórzy biorą wskazówkę z nakazu Chrystusa: „A oto ja zsyłam na was obietnicę Ojca. Wy zaś pozostańcie w mieście, aż zostaniecie przyobleczeni mocą z wysoka” (Ew. Łukasza 24,49). Podkreślają słowo „pozostańcie”. Uważają bowiem, że ich zadaniem jest oczekiwanie, czasem nawet kilka dni, w modlitwie i wielbianiu Boga, dopóki nie nadejdzie ten chrzest. Inni uważają, że nie muszą oczekiwać. Wskazują na inne sytuacje w Nowym Testamencie, gdzie Duch Święty bywał udzielany natychmiast po tym, jak wierzący o to poprosił.

Niektórzy uważają, że kandydat powinien znajdować się w stanie głębokiej modlitwy. Ale inni są zwolennikami poglądu wręcz przeciwnego: uważają, że chrzest w Duchu nie jest rodzajem chrześcijańskiego widowiska, ale zwykłym, niemal rutynowym krokiem na drodze wiary.

A jak wygląda sprawa emocji? Niektórzy twierdzą, że razem z językami powinno nastąpić „wewnętrzne świadectwo”, czyli „odczucie”, że Duch Święty nawiązał intymną więź z duchem ludzkim. Inni uważają, że ten chrzest jest całkowicie oddzielony od emocji, bo tym bardziej jest wiarygodny, gdy jest mniej uczuć.

W przypadku chrztu w Duchu Świętym nie istnieją jakieś bezwzględne kryteria.

– Martwiłabym się, gdyby było inaczej – powiedziała pewnego wieczoru Tib, gdy o tym rozmawialiśmy. – Jeżeli Duch jest jak wiatr, który wieje dokąd chce, ustalone reguły wyglądałyby podejrzanie. Byłoby to tak, jakby po przejściu huraganu włączyło się zwykły wentylator.

Ale choć wiatr Ducha „wieje dokąd chce” trafiają się dziś tacy, którzy tak, jak w czasach apostolskich, mają służbę udzielania Ducha.

We wczesnym etapie ożywienia zielonoświątkowego, J. E. Stiles podróżował po świecie spotykając się z małymi grupami chrześcijan, o których się modlił, by przeżyli chrzest w Duchu Świętym. Na tych spotkaniach tysiące osób doznało tego przeżycia. Taką właśnie szczególną służbę miał David du Plessis. Podobnie Richard Winkler, rektor episkopalnej parafii Trójcy w Wheaton, w stanie Illinois.

Jednym z najbardziej aktywnych ludzi w tej dziedzinie jest Jean Stone, gospodyni domowa i matka. Mieszka na przedmieściach Van Nuys w Kalifornii. Była członkinią Kościoła episkopalnego w chwili zamieszania wywołanego kazaniem Dennisa Bennetta. Jean była przekonana, że nie doszłoby do nieporozumienia, gdyby ludzie byli lepiej poinformowani o działaniu Ducha Świętego w dniach dzisiejszych. Pewnego wieczoru oznajmiła mężowi, że postanowiła wydawać czasopismo, które wypełniłoby tę właśnie informacyjną lukę.

– Przyjąłem to z pobłażaniem – mówi Donald, jej mąż. – Jean nie umiała nawet załatwić sobie subskrypcji jakiejś gazety, a cóż dopiero wydawać czasopismo.

Rozmawialiśmy z Donaldem Stonem w nowojorskim hotelu. Donald przyjechał tu w sprawach zawodowych.

– Była bardzo nierzeczywista – ciągnął. – Wymyśliła sobie, że będzie to kwartalnik na kredowym papierze, tworzony na tak wysokim poziomie, że zainteresuje ludzi o zacięciu intelektualnym. Chciała nazwać go „Trójca”.

Donald uśmiechnął się troszkę smutno wyciągając z teczki taki egzemplarz.

Oprócz wydawania czasopisma Jean podróżuje po kraju nauczając na temat chrztu w Duchu Świętym i modli się z tymi, którzy chcą przyjąć Ducha. Ma szczególny wpływ na swoich czytelników, z których większość to wykształceni i konserwatywni mieszkańcy podmiejskich willi z Kościołów historycznych.

– Ci ludzie do niczego w swoim życiu nie podchodzą emocjonalnie, zazwyczaj nie uzewnętrzniają odczuć – mówi – nie widzę więc powodu, dla którego Duch Święty miałby być im przedstawiony w ten właśnie sposób.

Słuchaliśmy nieraz jej wystąpień. Są bardzo rzeczowe i spokojne.

– Apostołowie uważali, że wszyscy chrześcijanie przyjmą chrzest w Duchu – powiada swoim słuchaczom. – Czy przyjęliście Ducha Świętego, gdy uwierzyliście? – pyta nowo nawróconych.

Jeżeli odpowiedź była negatywna, to prosili Boga o udzielenie im tego przeżycia. Wierzyli, że Bóg nie poskąpi tej mocy żadnemu wierzącemu.

– Lubię tę służbę – powiada często Jean. – To jedyna, w której można spodziewać się stuprocentowego sukcesu. Chrzest w Duchu przeznaczony jest dla całego Kościoła. Dla każdego chrześcijanina.

Mówi, że nie spodziewa się wielkich emocji w chwili przeżycia tego chrztu. Nowy język jest przeważnie cichy i piękny, radosny, ale nie gorączkowy – zapewnia.

Dla Jean Stone przyjęcie chrztu w Duchu podobne jest bardziej do przyjęcia zestawu narzędzi potrzebnych do wykonania zadania, niż do przeżycia emocjonalnego.

– Jest to transakcja między Architektem a robotnikiem. Czy chcesz pracować przy moim Budynku? – pyta nas Pan. Oto wyposażenie, którego potrzebujesz. I daje nam proroctwo, uzdrowienie, mądrość, języki, czyli to, czego właśnie potrzebujemy przy wznoszeniu odpowiedniej części gmachu.

Ale chrzest nie zawsze przebiega tak spokojnie. Dr John F. Barton, dentysta z West Hartford, w stanie Connecticut, powiedział mi, że w momencie chrztu czuł się jak gdyby został porażony prądem, było to bezbolesne, ale pobudzające. Czasem te impulsy elektryczne przeradzają się w fizyczne manifestacje. Mogą wtedy zareagować mięśnie rozprężając się i sprężając, co powoduje drżenie na całym ciele. Ludzie zaczynają płakać albo śpiewać. Czasem padają na twarz. Tzw. tarzający się święci, do których należą głównie Murzyni, zyskali takie miano właśnie z powodu niezwykłych manifestacji.

Reakcje fizyczne znajdują zrozumienie u najmniej oczekiwanych ludzi. Z zaskoczeniem przeczytałem pewien fragment w Dziennikach Johna Wesleya.

Niebezpieczeństwo – pisze Wesley o okrzykach, konwulsjach, tańcu, wizjach, transach i tym podobnych – polega na ich niedocenianiu, całkowitym potępieniu; wyobrażeniu, że nie ma w nich nic z Boga. Stanowi to przeszkodę w Jego dziele. Natomiast reczywistość jest wieloraka.

(1) Bóg nagle i mocno przekonuje niektórych, że byli zgubionymi grzesznikami, naturalnym więc odruchem są w wtedy okrzyki albo konwulsje.

(2) Działa też dla wzmocnienia i zachęcenia wierzących, a niektórym z nich Bóg udziela łaski snów, innym transów i wizji, aby uczynić swoje dzieło widocznym.

(3) W niektórych przypadkach, po pewnym czasie miesza się z Jego łaską to, co naturalne.

(4) Także szatan podrabia dzieło Boga, aby zdyskredytować Jego działanie, ale nie jest rzeczą rozsądną rezygnować z tego. Na początku, bez wątpienia, pochodziło to od Boga. I częściowo jest tak do dziś – On uzdolni nas do rozpoznania, w jakim stopniu jest to Jego działanie, a gdzie występuje falsyfikat czy degeneracja. Cień nie uwłacza przedmiotowi ani diament sztuczny nie dyskredytuje prawdziwego.

Objawy fizyczne to nie jedyna możliwa reakcja na chrzest w Duchu. Pojawiają się także silne reakcje emocjonalne. W korespondencji wszędzie napotykałem na odczucie zadowolenia. Oto przykłady:

– „Zostałem zalany radością.”

– „Zacząłem wielbić Boga w innym języku, który otrzymałem. Czułem w tej chwili, że mój duch otrzymał skrzydła. Wznosiłem się ku niebu na skrzydłach poezji.”

– „Zacząłem się śmiać. Było to bardzo dziwne, ale pragnąłem się śmiać tak jak wtedy, kiedy czujemy się dobrze, a nie umiemy tego wyrazić. Trzymałem się za boki i śmiałem się do upadłego. Przerywałem na chwilę i zaczynałem od nowa. Śmiałem się i śmiałem.”

– Po raz pierwszy zrozumiałem, dlaczego uczniów oskarżono o pijaństwo. Tak właśnie czułem się w moim dniu Pięćdziesiątnicy – byłem w szampańskim nastroju. Wprost pijany od radości.”

– „Wewnątrz mnie był spokój. Wspaniały, cichy, stały, głęboki spokój.”

Bardzo często z dobrym samopoczuciem idzie w parze uzdrowienie. Wśród ludzi, których spotykaliśmy na „Grupie Sobotniej” w hotelu „Beniamina Franklina” w Filadelfii, była żona kaznodziei baptystycznego, która opowiedziała nam zadziwiającą historię.

Urodziła się z jedną nogą o pięć centymetrów krótszą i przez całe życie miała na tej stopie specjalny but. Podczas przeżywania chrztu w Duchu poczuła w tej nodze coś jakby palenie, ale ogarnięta radością nie zwróciła na to uwagi. W jej przeżyciu chrztu w Duchu Świętym dominowała radość. Kilka godzin siedziała na kanapie, po policzkach spływały jej łzy szczęścia. Kiedy wreszcie wstała, by pójść do domu, potknęła się. Przy następnym kroku to samo. Kiedy potykając się przeszła przez pokój, uświadomiła sobie, co się stało. Jej krótsza noga urosła, a specjalny but utrudniał teraz chodzenie. Uzdrowienie – dodała patrząc na swoje kształtne stopy w normalnych butach – okazało się trwałe.

Duchowny, David C. Wilcox z Milwaukee, w stanie Wisconsin, otrzymał polecenie od lekarzy, by trzy razy dziennie pił nieco brandy z ciepłą wodą. Miało to przynosić ulgę w napięciu nerwowym. Po sześciu latach Wilcox wypijał dziennie ćwierć litra wódki zagryzając mnóstwem cukierków miętowych, by zneutralizować woń alkoholu. Próbował modlitwy, psychiatrii, hipnoterapii, spotkań Anonimowych Alkoholików – nic mu nie pomagało. Pewnego dnia zasnął na kolanach po długiej i intensywnej modlitwie. Kiedy się przebudził, czuł, że dzieje się z nim coś bardzo ważnego.

Odczuwał, że Duch Święty wypełnia go mocą. A szczególnie wiedział, że od tej chwili jego problem z alkoholem się skończył.

– Bóg w nadzwyczajny sposób wyzwolił mnie od demona alkoholizmu – mówi dzisiaj Wilcox, pięć lat po chrzcie w Duchu. – To wyzwolenie przyszło cicho jak poranna rosa, a jednak z takim potężnym wpływem, że całkowicie przemienił on moje życie.

Innym rodzajem uzdrowienia towarzyszącym często napełnieniu Duchem, jest uzdrowienie naszego ducha. Marianne Brown z Parkesburga w Pensylwanii jest dziś kobietą pełną radości. Na jej twarzy zawsze jaśnieje wspaniały, zaraźliwy uśmiech, ale zmarszczki wokół oczu to nie są tzw. śmieszki – pochodzą one z czasów, gdy Marianne była ciągle zmartwiona.

Mieszkała wtedy w jedenastopokojowym domu zbudowanym w czasach, gdy łatwo było zatrudnić służącą. Ale gdy Brownowie wprowadzili się do plebanii przy kościele prezbiteriańskim, było już inaczej. Marianne ciągle była zajęta domem, pięciorgiem dzieci i mężem kaznodzieją, ale wtedy zaniedbywała potrzeby parafii. A jeśli pomagała w parafii, to cierpiał na tym dom. Zawsze spóźniona, zawsze w biegu, zawsze w napięciu – nic dziwnego, że Marianne stopniowo ogarniała rozpacz. A kiedy wszystko stawało się nie do zniesienia, widziała jedno proste wyjście – kładła się do łóżka.

– Te choroby – powiedziała nam Marianne, kiedy razem z Tib odwiedziliśmy ją w Parkesburgu – przynosiły mi podwójną korzyść. Wszyscy mi współczuli, a jednocześnie uwalniałam się od odpowiedzialności.

Wiedziała jednak, że tak dłużej żyć nie można.

– Wiedziałam, że Bóg nie chce, bym była na wpół inwalidką, ale nie miałam siły by cokolwiek zmienić.

I wtedy Marianne przeżyła chrzest w Duchu Świętym.

– Otrzymałam nowy język – powiedziała – połączony z napływem radości, przy której każdy strach musiał ustąpić. Był to język śmiechu. A kiedy skończyłam się śmiać, czułam, że już nie spędzę ani jednego dnia w łóżku powalona zmartwieniami.

Przez osiem lat to oczekiwanie okazało się prawdziwe.

– On obficie wyposażył mnie w siłę i radość, i dzięki temu w kilka godzin wykonywałam to, co przedtem zabierało mi cały dzień.

Przy całej tej różnorodności przeżywania chrztu w Duchu Świętym, w każdym przypadku pojawiało się coś wspólnego. Czy ten chrzest następował w ciszy, czy był jak uderzenie, czy następował niespodziewanie lub po długim oczekiwaniu, to końcowym skutkiem przeżycia było zbliżenie się do Chrystusa. Jezus już nie był postacią z podręcznika historii. Nawet nie był wspomnieniem dobrego przeżycia w przeszłości. Teraz Jego Duch był na stałe z napełnionym człowiekiem w każdej chwili, minuta po minucie ukazując mu naturę i osobę Chrystusa.

Nagle dotarło do mnie, że koło się zamknęło.

Moje badania zaczęły się w chwili odczuwania przeze mnie pustki, jaka pojawiła się po wspaniałym przeżyciu w szpitalu. Szedłem ścieżką, którą znają chyba wszyscy chrześcijanie. Szli nią najpierw apostołowie. Na początku jest bezpośrednie, osobiste spotkanie z Chrystusem. Potem mamy wrażenie, że On odchodzi. Coraz mocniej tęsknimy za Jego powrotem. Mamy poczucie bezradności, ponieważ żadne nasze staranie nie przywiedzie Go z powrotem.

Czyż teraz nie dowiedziałem się z Biblii oraz od ludzi, którzy doświadczyli tego przeżycia, że aby znów Go zobaczyć potrzebuję zagłębienia się w Duchu Świętym? „Gdy przyjdzie Pocieszyciel, którego Ja wam poślę od Ojca, Duch Prawdy, który od Ojca wychodzi, złoży świadectwo o mnie.” (Ew. Jana 15,26)

11. Pokój 405

Istnieje dziwne powiązanie między podjęciem pozornie głupiego kroku, wskazywanego nam przez Boga, a otrzymaniem duchowej mocy. Mojżesz na rozkaz Jahwe wyciągnął laskę nad wodami, a Morze Czerwone rozstąpiło się. Uboga wdowa została poinstruowana przez Elizeusza, aby zebrałajak najwięcej pustych naczyń i zaczęła napełniać je oliwą ze swojej bańki. Kiedy wdowa posłusznie wykonała polecenie, zebrała tyle oliwy, że mogła spłacić długi. Elizeusz musiał uderzyć wodę płaszczem, zanim się rozstąpiła.

Miałem kiedyś okazję rozmawiać o tym z Billy Grahamem. Przez lata służby zauważył to zjawisko i uważa, że tajemnica leży w pokonaniu skrępowania i własnego uporu. Odkrył, że dla większości ludzi wielką trudność przedstawia powstanie z miejsca i wyjście do przodu na jego nabożeństwach. Ale zauważył też, że ten gest – pozornie bez znaczenia – może wiele zmienić.

Wielu ludzi podobnie widzi mówienie językami. Wydają im się bezsensowne i wstydliwe. Jednak przełamanie swego oporu i poddanie się Duchowi przynosi w końcu głębokie przeżycie religijne.

Mój upór nie dotyczył jednak języków. Widziałem logikę języków. Mogłem sobie wyobrazić, jak wielbię Boga językiem, którego nie rozumiem; mogłem wyobrazić sobie, jak modlę się o kogoś językami, gdy nie wiem, jak modlić się ze zrozumieniem. Pragnąłem przeżyć chrzest w Duchu Świętym i częścią tego przeżycia mogły być języki.

Nie, mój upór wywoływało coś innego. Zielonoświątkowcy czynili coś, czego nie chciałem naśladować. Mieli zwyczaj wstawania, podnoszenia rąk w stronę nieba i wykrzykiwania: Chwała Panu!

Wiedziałem, że praktyka ta jest zakorzeniona w tradycji judeo-chrześcijańskiej.

Gdyż łaska twoja lepsza niż życie. Wargi moje wysławiać Cię będą. Tak błogosławić Cię będą, póki życia mego, W imieniu Twoim podnosić ręce moje. Dusza moja nasyca się jakby szpikiem i tłuszczem, A usta moje będą cię wielbić radosnymi wargami. (Psalm 63,4-6)

Wiedziałem, że zwrot „Chwała Panu!” był ulubioną frazą psalmisty, a nawet częścią liturgii mojego własnego, episkopalnego nabożeństwa.

Niemniej jednak tak praktyka, jak to robili zielonoświątkowcy, była dla mnie nie do przyjęcia. Niewątpliwie, każdy gdzieś wytycza własną granicę…

Drugi grudnia 1960 roku. Data otwarcia konwencji Biznesmenów Pełnej Ewangelii w Atlantic City, na którą razem z Tib już wiosną, wiele miesięcy wcześniej, zgodziliśmy się pojechać. Spotkania odbywały się w hotelu na wodzie o nazwie „Prezydent”. Zarejestrowaliśmy się w piątek wieczorem, poszliśmy na spacer po chłodnej, zalanej poświatą księżyca plaży i wcześniej położyliśmy się spać.

Nie wiem dlaczego byłem tak nieprzygotowany na emocje, jakich przyszło mi doznać następnego dnia. Uczestniczyłem już przecież w wielu nabożeństwach zielonoświątkowych, ale nigdy w tak liczebnym, kiedy to wczesnym rankiem setki mężczyzn i kobiet stłoczyło się w wielkiej sali balowej hotelu „Prezydent”. Wszyscy przy swoich stolikach jedli z pośpiechem śniadanie, potem poodsuwali krzesła nieco do tyłu i oczekiwali na coś, co miało nastąpić.

Na podwyższeniu przy końcu sali siedziało około dwudziestu biznesmenów. Niektórzy, jak się dowiedziałem, przylecieli z drugiego krańca kraju, żeby wziąć udział w spotkaniu, a jeden przyleciał nawet prywatnym samolotem.

Właśnie kończyliśmy pić kawę, gdy wstał jeden z nich i podał tytuł pieśni. Wszyscy włączyli się do śpiewania – głośno, radośnie i pięknie, tak jak słyszałem już wcześniej u zielonoświątkowców. W połowie drugiej pieśni kobieta przy sąsiednim stoliku zaczęła płakać. W samej pieśni nie było nic wzruszającego. Był to jeden ze starych hymnów kościelnych: „Gdy spoglądam na wspaniały krzyż”. Płacz jest jednak równie zaraźliwy jak śmiech. Wkrótce niektórzy mężczyźnina podwyższeniu bez zażenowania wyciągali chusteczki. Coś napełniło pomieszczenie. Czułem to ja, czuła też Tib obok mnie. Oboje unikaliśmy patrzenia sobie w oczy.

Instrumenty nadal grały, kilka osób zaczęło śpiewać „w Duchu”. Po chwili całe pomieszczenie rozbrzmiewało skomplikowaną harmonią bez rytmu, tworzoną na poczekaniu. Było to niesamowite, ale wyjątkowo piękne. Prowadzący nie próbował narzucać melodii, pozwalał pieśni płynąć swobodnie. Bez jakiegokolwiek znaku jedna część sali zaczynałaśpiewać głośniej, inni ciszej. Frazy przeplatały się.

Teraz łzy płynęły ze wszystkich oczu. Mężczyźni o spalonych słońcem twarzach podnosili spracowane ręce i śpiewali: „Chwała Panu!” Starsza kobieta, gdzieś dwa stoliki od nas, wstała i zaczęłapląsać. Wyglądała na prababcię, odziana w czerń, siwe włosy uczesane w kok. Nie zwracano na nią uwagi. Oprócz mnie, oczywiście. Nie mogłem od niej oderwać oczu. Kiedy tak na nią patrzyłem, stało się coś, czego do dziś nie potrafię wyjaśnić. W sali balowej było bardzo ciepło. Ale kiedy babcia tańczyła, zauważyłem na tle aksamitnych zasłon, jak z jej ust wydobywa się „obłoczek” oddechu, jakby znajdowała się na zewnątrz, na zimnym, grudniowym powietrzu. Trudno opisać wrażenie, jakie wywarło na mnie to wszystko. Nie czułem zażenowania, nie miałem wrażenia, że przyglądam się czemuś, co nie powinno mieć miejsca, przeciwnie, owładnęło mną przemożne wrażenie, że to wszystko jest właściwe i dobre. Przypomniałem sobie określenie dr. Van Dusena, że zielonoświątkowa wylewność jest „zupełnie zdrowa”.

A potem nagle wszystko się urwało. Śpiew ucichł, nastrój nabożeństwa zmienił się. Ludzie wyciągali chusteczki i wycierali oczy. Kalifornijski mleczarz, Demos Shakarian, przewodniczący stowarzyszenia, zajął miejsce za pulpitem i poprowadził część sprawozdawczą z działalności stowarzyszenia. Sprawozdanie zajęło zaledwie pięć minut. Jako umęczony słuchacz-weteran wielu sprawozdań, odczułem ogromną wdzięczność.

Potem krótka modlitwa. Poranne spotkanie trwało cztery godziny. Było jeszcze kazanie i więcej śpiewu. Ludzie podchodzili do mikrofonu i opowiadali o swoich przeżyciach z Duchem Świętym. Zauważyłem, że potwierdziły się słowa Charlesa Maurice’a. Na sali byli episkopalianie, metodyści, baptyści, prezbiterianie, luteranie. Kiedy w końcu przerwano spotkanie i dano nam czas na lunch, dr William Reed, chirurg i świecki lektor w kościele episkopalnym, z którym znaliśmy się od kilku lat, podszedł do nas i poprosił na górę do pokoju na przekąskę. Pokój pod numerem 405 okazał się dla mnie bardzo ważny.

Kiedy przyszliśmy piętnaście minut później, drzwi pokoju były lekko uchylone. Zapukaliśmy i weszliśmy zastanawiając się, kto też może być wewnątrz. Tyłem do okna, za którym widać było falujący Atlantyk, siedział Jim Brown, prezbiteriański duchowny z Pensylwanii. Bill Reed na kanapie rozmawiał z duchowną metodystyczną z Filadelfii, Olivią Henry. W kuchence Dorothy Randall, episkopalianka, pracownica społeczna i żona Jima Marinne przygotowywały kawę. Jak zauważyłem, nie było tam zielonoświątkowców. Tib usiadła obok Jima, tyłem do oceanu. Rozmowa toczyła się wokół porannego spotkania. Wspominano mówców, dzielono się refleksjami.

Po kilku minutach zauważyłem, że Tib nie włącza się do rozmowy.

Przyniesiono kanapki z baru kawowego na dole, a rozmowa przeszła na bardziej osobiste tematy: potrzeby i nadzieje, z jakimi każdy przyjechał na spotkanie. Od czasu do czasu zerkałem na Tib. Siedziała milcząca i cicha, trzymała talerzyk z nietkniętą kanapką. Nie wspominała wcześniej o złym samopoczuciu, ale wyglądała na zmęczoną – jakby dźwigała na sobie ogromny ciężar.

Nagle wstała. Bąknęła coś o telefonie i zanim zdążyłem ją zatrzymać, wyszła.

Działo się coś dziwnego. Tib i ja byliśmy do siebie podobni pod wieloma względami, a szczególnie w jednym: szczyciliśmy się naszym obiektywizmem. Uważaliśmy wtedy i nadal uważamy, że obiektywizm i uczciwość są ze sobą spokrewnione. Jeżeli na jakąś sprawę patrzy się z różnych punktów, to istnieje większe prawdopodobieństwo, że dostrzeżemy prawdę. Ale obiektywizm pełnił jeszcze jedną funkcję: służył nam jako tarcza. Z natury nie lubiliśmy się przyłączać. Nie byliśmy łatwowierni. Nie chcieliśmy, by utożsamiano nas z jakąkolwiek grupą. A jednocześnie, z racji zawodu, ciekawiły nas pasje innych ludzi. Przez zachowywanie postawy obiektywnej, dzięki temu, że byliśmy obserwatorami, a nie zaangażowanymi uczestnikami, broniliśmy się przed presją wstępowania do każdej grupy, którą opisywaliśmy.

Uczyniłem tylko jeden wyjątek w tej regule w chwili, kiedy stałem się odrodzonym chrześcijaninem. Po tym przeżyciu odkryłem zmianę w zasadach obiektywizmu. Zanim podjąłem decyzję, uważałem siebie za człowieka obserwującego chrześcijaństwo z wielu odmiennych punktów widzenia, a przez to uzyskującego najpełniejszy obraz. Nie zauważyłem, że w uzyskaniu pełnego obrazu przeszkadzał mi właśnie obiektywizm. Obiektywizm pozbawił mnie podstawowego punktu spojrzenia – od wewnątrz.

Od wielu miesięcy patrzyłem na chrzest w Duchu Świętym pod każdym możliwym kątem – ale tylko z zewnątrz. Zdecydowałem swoim intelektem, że tak wygląda właściwa postawa chrześcijanina. Teraz chciałem obejrzeć to od środka. Tib prowadziła większość badań i wywiadów. Była zainteresowana tą sprawą, ale nadal tylko obserwowała. Kiedy opuściła pokój, wiedziała co robi. Celowo zabierała ze sobą całe brzemię obiektywizmu. Umożliwiała mi wejście do wewnątrz, bo razem ze sobą zabierała nasze wszystkie mechanizmy obronne. Oczywiście, wtedy nie uświadamiałem sobie tego tak jasno. Nie byłem przekonany, że poszła zadzwonić, ale wiedziałem, że coś jej ciąży. Czułem też, że nie chce, bym za nią szedł. W dyskretny sposób odegrała wielką rolę w tym, co się miało stać. Dzięki temu, że zabrała ze sobą tak przez nas pielęgnowane spojrzenie z zewnątrz, ja pozostałem tu wolny. Mogłem uczestniczyć w doświadczeniu.

Wychodząc z pokoju Tib nie opuściła mnie tak naprawdę. Przez następne godziny byliśmy ze sobą tajemniczo połączeni. Tib spacerowała bulwarem, potem zeszła na piasek tuż nad brzegiem oceanu. Szła tak dłuższy czas. Słońce zniżyło się, oczy zaczęły ją boleć od światła słonecznego. Tib zawsze była bardzo wrażliwa na światło, dlatego najczęściej wybierała krzesła tyłem do okna. Odwróciła się więc i zaczęła iść na północ, tyłem do słońca. Nagle w jej umyśle zaświtała myśl, a właściwie było to polecenie: „Nie patrz na prawo ani na lewo, tylko prosto”.

Ale na wprost świeciło oślepiające słońce. Szła dalej, mrużąc oczy. Robiło się coraz później. Odeszła już daleko od hotelu. „Spotkanie w pokoju 405 musiało już się chyba skończyć. John będzie mnie szukał” – pomyślała. Ale kiedy chciała zawrócić, niezwykłe słowa powracały do umysłu: „Ani w prawo, ani w lewo. Tylko prosto”.

Słońce zniżyło się jeszcze bardziej. Promienie odbijały się od fal. Raziły prosto w oczy. Tib szła dalej oślepiona blaskiem.

W pokoju nr 405 wyczuwało się nastrój oczekiwania. Było nas sześcioro, siedzieliśmy w luźnym kole, niektórzy opowiedzieli przykłady modlitwy w Duchu. Ktoś zaproponował, abyśmy tak właśnie pomodlili się o nasze problemy.

Częściowo po to, by przezwyciężyć skrępowanie, zamknąłem oczy. Wkrótce nie wiedziałem, kto w danej chwili mówi. Ktoś zaczął się modlić. Był to głos kobiety, ale nie wiedziałem której. Od tej chwili straciłem kontakt z pojedynczymi ludźmi. Pojedyncze osoby znikły, a ich miejsce zajęła jedność mówiąca różnymi językami. Umysły zdawały się pracować wspólnie – jedna osoba zaczynała zdanie, druga je podejmowała.

Ktoś zaczął się modlić językami. Ktoś inny zaczął cicho śpiewać w Duchu. Czułem dziwny ucisk w gardle, podobnie jak to było wcześniej na dole w sali w czasie śpiewu. Chyba płakałem cicho i serdecznie. Powoli i ja traciłem poczucie tożsamości, aż znikła świadomość mojego „ja”.

Było to wielkie przeżycie – utrata samoświadomości. A jednocześnie zyskałem świadomość innej Obecności. I nagle On znów zjawił się, w światłości. Taki, jakim widziałem Go w szpitalu. Lecz tym razem światło przedzierało się przez zamknięte powieki – oślepiające, oszałamiające, porażające. Bałem się tego spotkania. Chciałem odsunąć myśl o tym, skoncentrować się na przedmiotach i ludziach wokół mnie.

„Nie patrz ani na prawo, ani na lewo. Tylko naprzód.” Głos odezwał się z tyłu. Myślałem, że to Olivia Henry, ale nie byłem pewien. W chwili, gdy chciałem umknąć z tego miejsca, głos przywiódł mnie do posłuszeństwa. Powracał kilkakrotnie w ciągu następnej godziny. Zawsze wtedy, gdy myśli zaczynały mi umykać. Nie wiedziałem, czy słowa skierowane były do mnie, ale bardzo mi pomogły. Ustrzegły mnie przed rozproszeniem mojej uwagi na to, co działo się obok, chroniły przed obawą, że ludzie patrzą na mnie, przywoływały mnie do zdążania w kierunku oślepiającego światła.

Śpiew i modlitwa brzmiały kojąco. Głosy cichły i przechodziły w pomruk.

Jakiś głos męski powiedział: – Wydaje mi się, że John pragnie przeżyć chrzest w Duchu Świętym.

Odczułem bardziej, niż zauważyłem, jak pięć osób wstało i otoczyło mnie.

To, co wydarzyło się później, zawdzięczam w dużej mierze Tib, która samotnie szła po plaży w kierunku słońca. Wierzę w to, choć nie potrafię tego wyjaśnić. Bez jej pomocy nie ośmieliłbym się wkroczyć w nowe przeżycie.

W tym czasie spędzonym w pokoju nr 405 przez mój umysł nic nie przechodziło. Przeciwnie – była to godzina doświadczenia, przyzwolenia na działanie bez analizowania.

Wszyscy stanęli bliżej mnie. Ich ciała jakby stworzyły tunel, przez który przepływała moc Boża, pulsująca w całym pokoju. Gdy tak siedziałem słuchając śpiewu w Duchu, moc ta wpłynęła także we mnie. Języki doszły do crescendo, stały się piękną muzyką. Otworzyłem usta zastanawiając się, czy ja też mogę przyłączyć się, ale nic się nie stało.

Czułem odrętwienie warg i blokadę w krtani. I nagle odniosłem wrażenie, że wystarczy spojrzeć w górę, a zacznę mówić językami. Ale byłby to gest radości, bo całe moje wychowanie i naturalne skłonności mówiły mi, że do Boga przychodzi się przede wszystkim z opuszczoną głową.

Dziwne, że wykonanie tak nieznacznego gestu mogło być poprzedzone taką walką. Po chwili – chyba dlatego, że nie wykonałem pierwszego polecenia – pojawiło się drugie: „Podnieś nie tylko głowę, ale i ręce, wznieś z głębi serca okrzyk do Boga”. Oblała mnie fala gorąca. Tego właśnie ze wszystkich sił nie chciałem zrobić.

Chyba właśnie dlatego, że było to dla mnie tak trudne, Bóg dał mi takie polecenie. Sprawdzał moje posłuszeństwo.

Jakie inne znaczenie mogło mieć podniesienie rąk i wzniesienie okrzyku chwały? To właśnie musiałem uczynić. Wiedziałem o tym. Choć wydawało się to niemądre. Albo może właśnie dlatego, że wyglądało głupio. Słyszałem jak E. Stanley Jones powiedział: „Muszę się stać Bożym głupcem”.

Nagłym zrywem wiary wyrzuciłem ręce w górę, twarz wzniosłem ku niebu i co sił w płucach wykrzyknąłem: Chwała Panu!

Otwarła się we mnie jakaś zapora. Z mojego wnętrza, głębiej niż mógł wydobywać się głos, wypłynął strumień radosnych dźwięków. Nie były tak piękne jak języki, które słyszałem. Wydawało mi się, że mój język jest brzydki, wybuchowy i zgrzytliwy. Nie przeszkadzało mi to. Był uzdrowieniem, przebaczeniem, miłością zbyt głęboką, by mogły ją wyrazić słowa. Wybuchał ze mnie dźwiękiem bez słów. Po tym jednorazowym akcie woli uwolniłem się, poszybowałem aż do zjednoczenia z Nim. Nie musiałem czynić dalszych wysiłków ani wybierać sylab do wyrażenia radości. Sylaby już były, gotowe do użycia. Było ich więcej, niż moje ziemskie wargi i język były w stanie sformułować.

Nie straciłem panowania nad sytuacją. Nigdy nie czułem się bardziej panem samego siebie. Nigdy nie byłem bardziej zintegrowany. Nigdy dotąd sprzeczności we mnie nie zaznały takiego spokoju. W każdej chwili mogłem przerwać modlitwę, ale niby po co? Wręcz przeciwnie, chciałem, by języki nigdy nie ustały. Modliłem się więc, uśmiechnięty i wolny; zachodzące słońce świeciło przez okno, na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy.

12. Przez czerwone drzwi

Następne trzy miesiące były wypełnione śmiechem. Co rano wyskakiwałem z łóżka na spotkanie nowego dnia. Nigdy przedtem nie doświadczyłem tak długiego okresu dobrego samopoczucia. Praca szła dobrze, a gdy dzieci wbiegały do biura to przerywałem pisanie. Cieszyłem się, że je widzę. A kiedy wychodziły, wracałem do przerwanej pracy bez utraty wątku. Jeżeli któryś z chłopców wślizgnął się do pracowni i wyżłobił rowek w mojej tokarce, karciłem go, ale w moim zdenerwowaniu nie było złości.

Wiele psychologicznych wykrętów używanych przeze mnie dotychczas, by utrzymać ludzi na dystans, znikło całkowicie w ciągu kilku miesięcy. Starych przyjaciół poznawałem na całkiem nowej płaszczyźnie. Nowych zapoznawałem bez zwykłego skrępowania.

Czytanie Biblii stało się nowym doświadczeniem. Odkryłem coś interesującego podczas lektury Biblii. Zazwyczaj zauważamy w niej przede wszystkim te osoby Trójcy, z którymi się zetknęliśmy osobiście. Przez wiele lat „widziałem” tylko Ojca. Po moim przeżyciu w szpitalu odkryłem Syna. A teraz odkryłem Ducha Świętego. Była to fenomenalna przygoda. Czytałem słowa, na których zatrzymywałem wzrok przez całe życie, ale nigdy ich nie pojmowałem. Po raz pierwszy podszedłem do Ewangelii i Dziejów Apostolskich jako do opisu raczej, niż poezji. Czytając o cudach, demonach, uzdrowieniach, duchach, miałem teraz na to zupełnie inne wejrzenie.

Także pojęcie kościoła zyskało nowe znaczenie. Po raz pierwszy odniosłem do siebie to, co Psalmista miał ma myśli: „Uradowałem się, gdy mi powiedziano: Do domu Pana pójdziemy!” (Psalm 122,1). Lubiłem teraz przebywać w kościele, w samym budynku, w zgromadzeniu, na nabożeństwie. Pamiętam, że nabożeństwo w Święta Bożego Narodzenia wydawało mi się ostatnio niezwykle krótkie. Kiedy wychodziliśmy, powiedziałem o tym Tib. Spojrzała na mnie zdziwiona: Spędziliśmy tu przecież dwie godziny – powiedziała. A ja, który zawsze spoglądałem na zegarek, mogłem teraz siedzieć jeszcze dwie godziny.

Nowego języka używałem często. Pojawiał się samoczynnie przy dwóch okazjach: przede wszystkim, jako reakcja na piękno. Pamiętam szczególnie pewien styczniowy poranek, kiedy gałązki na drzewach pokryły się szronem. Wyjrzałem przez okno sypialni na iskrzący się w słońcu świat i zupełnie odruchowo zacząłem wyrażać samymi dźwiękami to, co czułem. Takie przeżycia powtarzały się dosyć często. Zauważyłem, że gdy działo się wokół mnie coś poruszającego mnie do głębi, to reagowałem językami. Było to wielbienie bez słów. W jakiś tajemniczy sposób chwała pozwalała mi uczestniczyć w pięknie. Czułem zjednoczenie z majestatem zjawiska, na które patrzyłem.

Odkryłem, że taka reakcja bardzo mnie uwrażliwiała. Teraz mam wyobrażenie samopoczucia ludzi bardziej ode mnie doświadczonych, przeżywających dziesiątki takich doznań dziennie dzięki modlitwie językami.

Używałem też języków przy modlitwie wstawienniczej. Pamiętam, jak pewnego wieczoru modliłem się o człowieka z naszej parafii, którego żona w tajemnicy nam ujawniła, że jej mąż nie sypia po nocach. Prawie go nie znałem, a żona nie powiedziała nic więcej. Nie mogłem więc modlić się o niego rozumem.

O trzeciej nad ranem ocknąłem się z przekonaniem, że jego problem polega na długo chowanej urazie do kogoś, z kim pracuje. Nie wybaczył dawnej krzywdy. Wiedziałem, że muszę pójść do niego i powiedzieć mu o tym. Nie mogłem zasnąć, dopóki nie postanowiłem tak zrobić.

Następnego ranka, kiedy zacząłem analizować wszystko na chłodno, pomysł ten wydał mi się zuchwały i arogancki. Jak mogłem wtrącać się w cudze życie? Chciałem jakoś dotrzymać obietnicy z poprzedniej nocy, mimo że nie wiem, komu to obiecywałem. Zadzwoniłem do jego sekretarki i chciałem umówić się z nim zgodnie z zasadą: „kiedy będzie mu pasowało”. Nic nie wyszło z tego wybiegu. Okazało się, że ten zajęty człowiek ma właśnie tego popołudnia wolną godzinę. O trzeciej po południu siedziałem w jego biurze niepewny, czy jestem przy zdrowych zmysłach.

– Bill – powiedziałem – przepraszam cię bardzo, jeżeli się mylę, ale mam dziwne wrażenie… – i opowiedziałem mu o tym, co mnie w nocy obudziło.

Kiedy skończyłem, Bill długo siedział spoglądając na swoje dłonie. Słyszałem, jak sekretarka za drzwiami stuka na maszynie do pisania. Dzwonek w tej maszynie zadzwonił cztery razy, co znaczyło, że napisała cztery linijki – dopiero teraz Bill przemówił.

– Skąd o tym wiesz?

Przez następne dwa miesiące spotykaliśmy się z Billem raz w tygodniu na lunch. Nie mówiłem wiele. Właściwie tylko słuchałem. Ale powoli problem Billa zaczął się wyjaśniać. W tym procesie Bill zaczął inaczej patrzeć na osobę Ducha Świętego, bo, rzecz jasna, musiałem mu wyjawić, dlaczego do niego zadzwoniłem.

W trakcie rozwiązywania tego problemu pojawił się nagle nowy. Pewnego popołudnia Tib wpadła do mojego biura z wieścią, że nastoletnia córka naszego bliskiego przyjaciela próbowała popełnić samobójstwo. Była w szpitalu w stanie krytycznym. Chcieliśmy się modlić, ale nie znaliśmy żadnych szczegółów. Nie wiedzieliśmy nawet, w jaki sposób próbowała sobie odebrać życie.

Znowu skorzystałem z modlitwy językami. Przypomniałem sobie słowa ap. Pawła: „Bo jeśli się modlę, mówiąc językami, duch mój się modli, ale rozum mój tego nie przyswaja. Cóż tedy? Będę się modlił duchem, będę się modlił i rozumem…” (1 Koryntian 14,14-15).

Paweł nie robił z tego wielkiej tajemnicy, że modli się raz tą, a raz inną częścią swojej istoty. Wiedział, że jest istotą rozumną i powinien posługiwać się intelektem. Ale wiedział też, że jest aktywny także na innej płaszczyźnie, płaszczyźnie mającej niewiele wspólnego z rozumem. Paweł nazywał ją duchem, dzisiaj możemy nazwać ją podświadomością. Paweł kształtował swoje życie modlitewne w ten sposób, że pozwalał także tej głębokiej, niewerbalnej części swojej osobowości wyrażać się w modlitwie.

Czy i ja nie postępowałem podobnie modląc się o tę dziewczynkę? Mój umysł pragnął jej powrotu do zdrowia, ale pragnął tego i mój duch.

Kiedy przyjechaliśmy do szpitala, stan krytyczny minął. Odwieźliśmy matkę do domu i spędziliśmy z nią dwie godziny. Wiedzieliśmy, że fizyczne uzdrowienie jest dopiero częścią rozwiązania. Musieliśmy modlić się też i o inne sprawy w tej rodzinie. Im dłużej przysłuchiwaliśmy się opowieściom, tym bardziej skomplikowanie wyglądał problem. I znów, jak w przypadku Billa, naszą rolą nie było pocieszanie, bo nie wiedzielibyśmy, co powiedzieć ani co zrobić. Naszym zadaniem stało się ustawiczne przedstawianie problemu w modlitwie, a do tego języki okazały się nieodzowne. Stały się jakby ochroną przed moją zawodnością, powstrzymywały mnie od zagłębiania się w kwestię życia i śmierci. Kiedy nasza przyjaciółka mówiła, ja milczałem, ustawicznie modląc się za nią językami. Za nią samą, za jej oddalonego męża, za ich córkę. Była to modlitwa, przygotowanie drogi dla Boga, by mógł wkroczyć w tę sytuację. Modlitwa omijała podatnego na błędy pośrednika, jakim był mój umysł.

Ale obok wszystkich korzyści płynących z chrztu w Duchu Świętym, była jedna nierozwiązana sprawa. Książka. Miałem zachować obiektywizm w spojrzeniu na zagadnienie języków, a oto znalazłem się w samym środku tego strumienia. Sam stałem się bojownikiem o Bożą sprawę. Nieunikniona też była zmiana tonu książki. Nie chciałem już dłużej tylko opisywać. Teraz też i ja nakłaniałem, zachęcałem, chciałem przekonać. Nie pozostawało nic innego, jak odłożyć rękopis na pewien czas i zaczekać, aż odzyskam poczucie równowagi – przyznam jednak, że pożegnałem się z tym poczuciem na zawsze.

– Każdy – powiada Jean Stone – ma prawo być fanatykiem przez sześć miesięcy po chrzcie w Duchu Świętym. Postanowiłem więc poczekać i odłożyłem książkę na dłużej. Dziś od przeżycia w Atlantic City minęły cztery lata. Upływ czasu zmienił proporcje. Moje poglądy na sprawę zyskały, mam nadzieję, nieco obiektywizmu. W tym okresie nastąpiła jedna zasadnicza zmiana w moim nastawieniu do chrztu w Duchu Świętym i mówienia językami. Z roku na rok stawałem się coraz mniej emocjonalny, z roku na rok stawałem się coraz bardziej przekonany o ich niewątpliwej wartości.

Nie był to w żadnym wypadku prosty rozwój. Opisałem początkowe uniesienie radości i pełnię, jakie nastąpiły w pierwszych trzech miesiącach po chrzcie w Duchu. Nie wiem dokładnie kiedy, ale po pewnym czasie nadeszła gwałtowna reakcja. Dotyczyła języków. Zacząłem podejrzewać, że to ja sam układam to, co mówię. I rzeczywiście, często zaczynałem od kilku zwyczajnych sylab, by za chwilę usłyszeć płynną modlitwę językami. Ale czasem ta spontaniczna płynność nigdy nie nadchodziła. Pozostawiałem więc ten stan rzeczy, słuchając dźwięków własnej głupoty. Miałem świadomość, że Duch Święty nie ma w nich udziału i ogarniało mnie poczucie śmieszności tego, co teraz robię. A od tego stanu bardzo łatwo przechodziłem do zastanawiania się, czy kiedykolwiek Duch Święty miał udział w moim mówieniu językami.

W tym czasie także zielonoświątkowcy stali się dla mnie kamieniem obrazy. Ich wylewność nie przeszkadzała mi dopóty, dopóki stałem na zewnątrz jako obserwator. Ale teraz znalazłem się w środku. Co powiedzą inni widząc mnie wśród tych dziwaków? Pamiętam, jak pewnego razu brałem udział w porannym nabożeństwie zielonoświątkowym i był tam fotograf robiący zdjęcia do artykułu w gazecie. Większość nabożeństwa spędziłem na zabiegach, by nie znaleźć się w zasięgu obiektywu.

W tym wszystkim miałem to szczęście, że już wcześniej ostrzeżono mnie przed takimi reakcjami. Ostrzegała mnie Lidia. Napisałem do niej o przeżyciu chrztu w Duchu Świętym i przy następnej wizycie w Nowym Jorku umówiliśmy się na lunch.

– Pamiętasz, John – spytała, gdy opowiedziałem jej moją historię – co się stało z Jezusem, gdy zstąpił na Niego Duch Święty?

– Udał się na pustynię, tak?

– Nie tylko. Wtedy po raz pierwszy przyszedł do Niego diabeł, by Go kusić. Czy masz to już za sobą?

Odłożyłem widelec, nagle zaintrygowany.

– Chyba tak, mów dalej.

– Zobaczysz – ciągnęła Lidia – że po tym, jak spotkałeś Ducha Świętego, spotkasz i diabła. Na pewno nastąpi atak. Tak było w przypadku Chrystusa. Ta prawidłowość nadal obowiązuje. Musisz się do tego dobrze przygotować. Pokusa przychodzi zwykle w postaci zwątpienia w to, czy rzeczywiście zostaliśmy napełnieni Duchem. Albo pojawia się jako powrót uporu i skrępowania.

– To nie przypadek – kontynuowała Lidia. – Wierzę, że Duch Święty zezwala na to. Chce, abyśmy spojrzeli na nasze przeżycie chłodnym, racjonalnym okiem. A gdy wyjdziesz z tego, chrzest w Duchu należeć będzie do ciebie nie tylko jako dar, ale też jako owoc zwycięstwa.

Rzeczywiście, musiałem stoczyć walkę ze zwątpieniem, pychą i innymi wrogami nowo odkrytego zdrowia duchowego. Ale szybko zauważyłem, że najgorszymi wrogami Ducha nie są grzechy aktywne, ale raczej bierne: grzechy zaniechania, obojętności i bierności. Już wkrótce po zapoznaniu się z Duchem Świętym odkryłem, że Jego obecność nie czyni nas automatami. Duch pozostaje z nami tak długo, jak aktywnie tego pragniemy, pracujemy nad tym i życzymy sobie Jego towarzystwa.

Jednym z najwyraźniejszych dowodów na to, że Duch Święty jest Osobą, a nie jakąś tajemniczą, automatyczną mocą, jest fakt, że można go zasmucić. „Nie zasmucajcie Bożego Ducha Świętego” – napisał Paweł (Efezjan 4,30). Odkryłem, że można zasmucić Ducha Świętego dwojako. Po pierwsze przez to, że w naszym wewnętrznym życiu nie jesteśmy dla Niego odpowiednim towarzystwem. Po pewnym czasie, jeżeli okaże się, że nie czuje się dobrze w towarzystwie naszych myśli, Duch po prostu odejdzie. Po drugie, przez zaniedbanie. Więź z Nim oparta jest na przyjaźni. Trzeba ją pielęgnować, ćwiczyć, cieszyć się nią, jeżeli chcemy, by rozwijała się i była trwała.

Zdarzyło mi się, że zasmuciłem Ducha Świętego podwójnie i musiał się ode mnie odsunąć. Ale w tym czasie zrozumiałem też, że nie chcę żyć bez Niego i zacząłem szukać sposobu przywrócenia Jego obecności.

Dziękuję Bogu za to, że istnieje Kościół jako organizacja. Kościół jako instytucja działa może nieco mechanicznie, ale za to stabilnie pomimo wzlotów i upadków pojedynczych członków. Co niedzielę chodziliśmy do kościoła i rozumieliśmy, że stała jakość nabożeństw ma wielkie znaczenie. Nasz kościół nie podejmował żadnych innowacyjnych eksperymentów, ale dzięki temu nie musiał doświadczać cyklicznych przypływów i odpływów ludzi, którzy lubią eksperymentować. Kościół był solidny, stały, formalny, wspaniały.

Odkryłem też znaczenie regularnej modlitwy w czasie tygodnia. Nasz przyjaciel, David Wilkerson, oddaje na modlitwę dziesięcinę swojego czasu. Mamy dwadzieścia cztery godziny, więc David modli się więc dwie i pół godziny dziennie. Też spróbowałem tego. Podzieliłem czas na pięć części: wczesny ranek, środek ranka, lunch, popołudnie i późny wieczór, po pół godziny za każdym razem. Taka dyscyplina jest dla mnie trudna, ale odkryłem wielką moc klasztornej koncepcji opasywania dnia regularnymi okresami modlitwy. Właśnie w czasie tego eksperymentu najpełniej odczuwałem obecność Ducha Świętego.

Nie byłem tym zaskoczony mając w pamięci moje przeżycie chrztu w Duchu, jak dużą rolę w przeżywaniu obecności Ducha odgrywa posłuszeństwo. I tutaj zauważyłem coś większego, niż mogłem osiągnąć. Jak wyglądałby dzień przeżyty w całkowitym posłuszeństwie Duchowi? Czy jego „cichy głos” stałby się wyraźniejszy w miarę upływu czasu? Muszę pracować nad uczeniem się słuchania.

Cztery lata pozwoliły mi na lepsze zrozumienie tego, co wydarzyło się w pokoju 405.

W tamtej chwili chrzest w Duchu Świętym był jednym przemożnym wrażeniem. W wyniku tego byłem zanurzony w Duchu, otoczony i obmyty przez miłość.

Nie wiem dlaczego w żadnej z przeczytanych przeze mnie książek nie podkreślano znaczenia miłości. Może dlatego, że tak bardzo zajmuje nas sprawa mocy Ducha Świętego. Ale jestem przekonany, że ta moc jest w swojej naturze miłością. Jest bardzo podobna do miłości, która mnie ogarnęła, gdy w pokoju szpitalnym spotkałem Chrystusa. Tylko że miłość była teraz dynamiczna, aktywna, zmuszająca mnie do działania, podczas, gdy miłość napotkana w szpitalu była raczej cichą, niczego nie żądającą obecnością.

Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, uzyskałem rozwiązanie zagadki, która nie dawała mi spokoju. W Nowym Testamencie terminy „Duch Święty”, „Duch Chrystusowy” i „Duch Boży” używane są prawie zawsze zamiennie. Ludzie, którzy poznali Chrystusa i doznali działania Ducha Świętego, stawiali ich na równi.

„I przeszli przez frygijską i galacką krainę, ponieważ Duch Święty przeszkodził w głoszeniu Słowa Bożego w Azji. A gdy przyszli ku Mizji, chcieli pójść do Bitynii, lecz Duch Jezusa nie pozwolił im” (Dzieje Apostolskie 16,6-7).

„Ale wy nie jesteście w ciele, lecz w Duchu, jeżeli tylko Duch Boży mieszka w was. Jeżeli zaś kto nie ma Ducha Chrystusowego, ten nie jest Jego” (Rzymian 8,9).

Kiedy spotkałem Ducha Świętego, to zamienianie się osób stało się jasne, bo było to jakby spotkanie z Chrystusem. Wspólnym mianownikiem była miłość. Ludzie, którzy spotkali Chrystusa, przeżyli spotkanie z miłością, i gdy ci sami ludzie spotkali Ducha Świętego, odczuwali, że doznali następnego spotkania z miłością. Kiedy mówili o Duchu Chrystusa, używając terminu zamiennie z Duchem Świętym, czynili to instynktownie. Teologowie później wyjaśnili to logicznie, że jest to jeden i ten sam Bóg. Różni się tylko aspekt.

Przez to odkrycie znalazłem też rozwiązanie innej zagadki. Chodziło o bardzo stary w myśli chrześcijańskiej związek między Duchem Świętym, a „uświęceniem”. Paweł mówi o Bogu, który „wybrał was od początku ku zbawieniu przez Ducha, który uświęca” (2 Tesaloniczan 2,13). W perfekcjonizmie Wesleya i wśród jego duchowych spadkobierców w postaci różnych ruchów uświęceniowych, kładziono nacisk na tak zwane „drugie błogosławieństwo” albo chrzest w Duchu Świętym jako na przeżycie, które czyniło ludzi bardziej świętymi.

Chodzi tu o bardzo starą myśl, że Duch Święty działa w naszym życiu nie tylko po to, by dać nam, chrześcijanom, moc, ale także i po to, by oczyścić nasze życie i prowadzić nas do świętości. Muszę przyznać, że zawsze odpychał mnie pewien typ świętych chrześcijan. Nigdy nie mogłem zrozumieć, czy dzieje się tak dlatego, że ja sam daleki jestem od świętości; czy też to oni popełniają poważny błąd uważając siebie za świętych, gdy w rzeczywistości są tylko świętoszkowaci. Muszę też przyznać, że spotkałem kilku chrześcijan, którzy nie robili widowiska ze swojej świętości, a jednak wyczuwałem, że ich życie przebiega na innej płaszczyźnie niż moja. Ci ludzie mają zadziwiającą cechę, która stanowi sedno prawdziwej świętości. Uświadamiają mi nie tyle swoją dobroć, co nadzieję. Nie wytykają mi moich niedostatków w porównaniu z ich świętością, ale wskazują na potencjał w moim życiu.

Myślę, że Chrystusa cechowała właśnie taka świętość. Inaczej nigdy nie pociągnąłby takich gruboskórnych ludzi jak Piotr i świeckich jak Mateusz. Doszedłem do wniosku, że tajemnym składnikiem takiej przemieniającej świętości jest miłość. Kiedy wszedłem w kontakt z miłością, jako ogarniającym przeżyciem podczas chrztu w Duchu Świętym, odkryłem, że zostałem oczyszczony, zbudowany i uzdrowiony. Poznałem pełnię, o jakiej dotąd nie śniłem, bowiem słowa: jedność, świętość i zdrowie (whole, holy i health) w języku angielskim kryją w sobie rdzeń oznaczający całość. Do tego rodzaju świętości prowadzi kontakt z miłością Chrystusa objawioną w Duchu Świętym.

Zaistniał też jeszcze jeden rezultat tej więzi. Gdy E. Stanley Jones przeżył chrzest w Duchu Świętym w miasteczku akademickim College Asbury, przemienił się ze studenta poznającego chrześcijaństwo, w nauczyciela – objaśniającego, czym jest chrześcijaństwo.

– Wtedy poznałem różnicę między uczniem a apostołem – powiedział mi Jones. – Pierwszy jest bierny, drugi aktywny. Uczeń siedzi u stóp Chrystusa. Apostoł wyrusza w świat dla Chrystusa – jest misjonarzem, choćby nawet ten misjonarz nie szedł dalej niż do drzwi sąsiada. Tak właśnie przeżycie chrztu w Duchu Świętym przemienia ludzi biernych w czynnych.

Tak musi być. Zauważyłem to po sobie. Epizod z Billem, gdy poszedłem spotkać się z nim z powodu jego problemów, a nawet modlić się o niego – to zupełnie nie zgadzało się z tym, jaki byłem wcześniej. A to tylko jeden przykład. Ja, skoncentrowany na sobie introwertyk, ciągle zajęty własnymi problemami, nagle schodzę z własnych dróg, by poznać innych ludzi, troszczyć się o nich, nieść im pomoc.

Kiedy podejmie się coś takiego, wtedy pojawiają się niewyczerpane możliwości pracy. Po dwóch latach od przeżycia w Atlantic City, razem z Tib i trójką naszych dzieci znaleźliśmy się w Afryce. Przebywaliśmy tam przez cały rok nauczając, żyjąc i pracując wśród plemienia, o którym nigdy przedtem nie słyszeliśmy.

Przeżycie Ducha Świętego zmieniło dr. Franka Laubacha i uczyniło go jednym z największych na świecie nauczycieli piśmiennictwa. Oto jak sam relacjonuje to zjawisko:

Kiedy Chrystus był na ziemi Jego służba ograniczała się do jednego miejsca w jednym czasie. Był pojedynczym człowiekiem, chodził wzdłuż brzegów jednego morza w małym zakątku świata. Uzdrawiał tylko tych, których mógł dotknąć, ale to dotknięcie było oczywiście ograniczone czasem i przestrzenią.

Czy miało to sens, by Ojciec wysyłał swojego Syna do takiej ograniczonej posługi? Chrystus poczynił przygotowania do prowadzenia pracy przez Ducha Świętego – to my mamy dokończyć Jego misję. My jesteśmy Jego pomnożonymi rękami, stopami, Jego głosem i współczującym sercem. Co prawda, jesteśmy niedoskonałym, ale jednak Jego uzdrawiającym Ciałem. I właśnie przez Ducha Świętego otrzymujemy moc, by kontynuować pracę apostołów, do czego motywuje nas rozlewana przez Ducha miłość Chrystusowa, która jest wszędzie w tym samym czasie. Jest to myśl zachęcająca do działania, a jednocześnie uspokajająca, bo kiedy do naszego życia przyjmujemy Ducha Świętego, przyjmujemy tę samą życiodajną i aktywizującą moc, która wiodła naszego Mistrza.

Ludzka psychika jest tak ukształtowana, że człowiek musi wpierw przyjąć, by później móc dawać. „Miłujmy więc – pisze Jan – gdyż On nas przedtem umiłował” (1 Jana 4,19). Kiedy doznaliśmy tej miłości, wtedy odczuwamy potrzebę dzielenia się nią. Czujemy instynktownie, że jest to jedyny sposób na jej podtrzymanie.

Chrzest w Duchu Świętym jest darem miłości, jakiego nigdy dotąd nie znaliśmy. Miłość ta wypycha nas do świata. Szukamy okazji dzielenia się tym, co sami otrzymaliśmy.

Epilog: Zaślubiny starego z nowym

Jak mamy się dzielić naszymi przeżyciami w konkretnym mieście i naszym kościele?

W moim przypadku, a myślę, że był typowy, miałem trzy możliwości:

(1) pozostać w moim Kościele mówiąc o przeżyciu zielonoświątkowym;

(2) opuścić Kościół i przyłączyć się do grupy zielonoświątkowej;

(3) pozostać w Kościele, nic nie mówić o przeżyciu i utrzymywać kontakty z zielonoświątkowcami po kryjomu.

Wybór nie był łatwy. Moja episkopalna parafia, zasiedziała na konserwatywnych przedmieściach Nowego Jorku, była typowa pod tym względem: niewielu wiernych kiedykolwiek słyszało o chrzcie w Duchu Świętym. Słyszeli natomiast o językach. Z nagłówków gazet i dzięki artykułom wiedzieli, że w całych Stanach Zjednoczonych dziwne zjawiska poczyniły wielkie zamieszanie. I chyba większość z nich myślała: „Mam nadzieję, że mnie się to nie przydarzy”.

Często byłem świadkiem tarć, gdy wierni historycznych Kościołów przeżywali chrzest w Duchu Świętym i wracali do swoich parafii. I co się dzieje? Oto przybywa człowiek zachowujący się jak nakręcony, skory do dzielenia się z innymi o swoim wspaniałym przeżyciu. Zapomniał, że sam przeszedł powolną ewolucję od ostrożnego sceptycyzmu wobec tego przeżycia do pełnej wiary. Bardzo często pod wpływem entuzjazmu zapominał o podstawowych zasadach strategii i zamiast stać się świadectwem, bywał odrzucany jak kamień obrazy.

Co więcej, jeszcze inny skutek chrztu w Duchu może wywoływać konflikty. Chrzest w Duchu Świętym jest przeżyciem bardzo ożywiającym, wypełnia ludzi energią. Jeżeli energia ta nie znajduje ujścia w dobrych rzeczach, może się przekształcić w gorączkową bieganinę tam i z powrotem. Znam ludzi, którzy ciągle przesiadają się z jednego samolotu do drugiego latając na różne konferencje. Taki rodzaj niczym nie ukierunkowanej, gorączkowej, nadmiernej aktywności zawsze robi na mnie smutne wrażenie. Podziwiam heroizm tych ludzi, którzy rzeczywiście poświęcają czas i pieniądze na drogie przeloty samolotowe, ale jest to smutne, gdyż wszystkie wydatki idą na cele w gruncie rzeczy egoistyczne.

Powstają śmieszne problemy wywołane tym, że taki zielonoświątkowiec jest w rzeczywistości chrześcijaninem skutecznym. Jego entuzjazm niektórych przeraża, innych pociąga i we wspólnocie kościelnej powstaje podział na tych, którzy są za i na tych, którzy są przeciw.

W końcu wybrałem trzecie rozwiązanie. Wróciłem spokojnie do mojego kościoła, mówiłem o przeżyciu tylko wtedy, kiedy nadarzyła się okazja i prywatnie przyjaźniłem się z zielonoświątkowcami.

Ale i to nie było dobre rozwiązanie. Jeśli doceniam znaczenie chrztu w Duchu Świętym, to czyż nie spoczywa na mnie obowiązek mówienia o nim zawsze, kiedy tylko mogę?

Ponieważ ruch zielonoświątkowy rozszerza się, przed takim problemem stoją dzisiaj tysiące Amerykanów. Na razie jest to nie do rozwiązania. Na razie przeżycie zielonoświątkowe nie pasuje do życia historycznych Kościołów.

Ale czyż nie można tego zmienić?

Moje sugestie zakładają taką możliwość. Wyglądam dnia, kiedy ten pozorny konflikt zamieni się w konstruktywny dialog między wolnością a porządkiem, młodością a dojrzałością. Aby taki dzień nastał, każdy z nas może coś uczynić.

Tym, którzy przeżyli chrzest w Duchu Świętym mogę udzielić kilku rad.

Przyglądajmy się dobrze, a nawet z wdzięcznością, stosowanej wobec nas krytyce. Może nam to bardzo pomóc we właściwym używaniu tego wspaniałego daru Bożego.

Zwróćmy szczególną uwagę na kwestię czasu. Wydaje mi się, że mamy tendencję do niecierpliwości, jak gdyby ożywienie zielonoświątkowe zależało nie od Chrystusa, lecz od nas. On jest dawcą chrztu, a nasz pośpiech czy wymuszanie pochodzi z braku właściwej perspektywy albo braku wiary. A nawet braku pokory. Nie ulegajmy pokusie przeciągania kogoś na naszą stronę.

Pamiętajmy, że dary Ducha Świętego zostały ofiarowane „do budowania Kościoła”, a nie do prywatnego użytku. Wszystko, co otrzymujemy, musimy przyjmować z takim nastawieniem. W ten sposób unikniemy tworzenia elitarnych klik oddzielających się od reszty zboru, parafii, Kościoła. Słabości i mocne strony Kościoła są też naszym udziałem, ale i nasze należą do Kościoła.

Spójrzmy w tym samym świetle na używanie języków. Za korzystaniem z możliwości modlitwy językami opowiadają się zwykle ludzie, którzy się sami się nimi posługiwali. Spójrzmy na ludzi z Nowego Testamentu: Maria – matka Pana Jezusa, Piotr, Jakub, Jan, Andrzej, Filip, Tomasz, Bartłomiej, Mateusz i Paweł.

A jednak apostoł Paweł wyraźnie widział niebezpieczeństwo w niezdyscyplinowanym używaniu języków. W swoim liście przedstawił dokładne pouczenie, jak należy ich używać – gdzie, przez kogo i dla jakiego celu. Dobrze by było, gdybyśmy my, używający daru języków, od czasu do czasu przeczytali te zalecenia.

Zainteresujmy się z uwagą „żniwem Ducha” w naszym życiu. Żniwo opisane jest w liście do Galatów 5,22-23. Są nimi: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Jaka osobowość powstanie z kombinacji tych cech? Na pewno będzie to człowiek zainteresowany innymi ludźmi, pełen spokojnej mocy wewnętrznej, pokorny, gotowy do słuchania, śmiały, a jednocześnie wczuwający się w sytuację innych, a do tego pełen radości. Czy jest to opis zielonoświątkowca? Bardzo często tak. Jeśli tak jest, to okaże się on chodzącą encyklopedią doświadczenia. Jednak – muszę stwierdzić – ten opis nie przedstawia mojego charakteru. A oznacza to, że chrzest w Duchu Świętym staje się początkiem życia nowej jakości, choć nie jest to życie podane na tacy.

Spójrzmy jeszcze raz na znaczenie struktur w życiu religijnym. Dla większości z nas spontaniczne uwielbienie stało się życiodajnym odkryciem. Kiedy więc ktoś proponuje przyjęcie zaplanowanego z góry spotkania modlitewnego, zaczynamy się niepokoić. Zapominamy, że planowanie jest częścią prawdziwego wzrostu. Jeżeli wzrost odbywałby się tylko przez wykorzystywanie energii bez żadnego planu, nigdy nie ujrzelibyśmy końcowych efektów w postaci np. rozłożystego dębu, dojrzałej istoty ludzkiej czy prawdziwej duchowości.

A teraz kilka uwag do tych, którzy nie mieli przeżycia chrztu w Duchu Świętym.

To prawda, że nikt z nas nie chce paść ofiarą przemijającej mody, ale chyba też nie chcemy stać z boku, kiedy nadchodzi ożywienie duchowe darowane przez Boga. Myślę, że powinniśmy przyjmować postawę Gamaliela: „(…) jeśli ta sprawa jest z ludzi, wniwecz się obróci; jeśli jednak jest z Boga, nie zdołacie ich zniszczyć, a przy tym mogłoby się okazać, że walczycie z Bogiem” (Dzieje Apostolskie 5,38-39).

Kto ma rację: czy ci, którzy mówią, że zielonoświątkowcy to margines świata religijnego, czy tacy, jak dr Van Dusen z Union Theological Universtity, który uważa, że stanowią oni główny nurt religijny naszych czasów? Pytanie jest tak istotne, że Kościoły poświęcają coraz więcej czasu i pieniędzy na dogłębne przestudiowanie działalności zielonoświątkowej.

Jeśli chodzi o niszczące wpływy tej działalności na zgromadzenia, tym co powoduje największe zniszczenia są sprawy, o które najwięcej chrześcijan się modli. Być może zielonoświątkowcy zanudzają nas ciągłym dawaniem świadectwa, ale kto z nas nie odczuwa, że jego świadectwo jest zbyt chłodne? To prawda, że człowiek napełniony Duchem Świętym może być nadmiernie impulsywny, ale któż ze smutkiem nie zastanawiał się, czy chrześcijaninowi nie należy się trochę więcej radości wywoływanej wiarą w Jezusa? Napełniony Duchem chrześcijanin zamęczać nas może swoją energią, ale czy nie zastanawiałeś się, gdzież to zapodział się zapał pierwszych chrześcijan?

Jeżeli takich wartości pragnie każdy Kościół, to gdzie leży problem?

Po pierwsze, ponieważ w wielu tradycjach kościelnych Duch Święty przybrał postać cienia i zjawy, ludzie nie są przygotowani na jakąkolwiek inicjatywę z Jego strony. Z najbardziej potężnej Osoby na ziemi uczyniliśmy abstrakcję, dlatego być może spotkanie z rzeczywistością było mocno szokujące.

Po drugie, każdy duchowny chce i powinien być przywódcą społeczności powierzonych mu chrześcijan. A oto z zewnątrz przychodzi przeżycie, o którym mówią parafianie, że przemieniło ich życie. Na szczęście w dzisiejszych dniach rozkwitu ekumenicznego podejścia do innych chrześcijan, nie musimy daleko szukać rozwiązania – wystarczy popatrzeć na siebie jako na członka Kościoła niewidzialnego, nie tylko swojej kongregacji czy wyznania. Co z jednego punktu widzenia wydaje się przeżyciem pochodzącym z zewnątrz, z innego – jest po prostu wspólnym doświadczeniem całego Kościoła.

A teraz kamień obrazy – języki, ten bardzo często pierwszy znak przeżycia chrztu. Może tu pomóc informacja, że niesmak odczuwany przez wielu, w dziewięciu dziesiątych pochodzi z niewiedzy. Podczas rocznego pobytu w Afryce mieliśmy razem z Tib niezwykłe możliwości spotykania ludzi, którzy po raz pierwszy w życiu słyszeli historię Chrystusa. Jakim szokiem była dla nich opowieść o Bogu, urodzonym w stajni, cierpiącym głód i do tego przybitym do krzyża! Mówi się o językach, że są nie na miejscu, niewłaściwe, nieeleganckie. Tak samo oni określali Dobrą Nowinę. A prawda jest taka, że języki, gdy minie pierwsze wrażenie dziwności, nie są nieprzyjemne do słuchania, wręcz przeciwnie, mogą okazać się być wyjątkowo piękne.

Jeżeli przeżycie zielonoświątkowe pojawi się w twoim kościele, to zastanawiając się nad nim, wykorzystaj tych ludzi do pracy. Trzeba wyszorować podłogę? Chodnik popękał i wymaga naprawy? Znam wielu zielonoświątkowców, którzy wykonują właśnie takie zadania w kościele, by dać upust rozpierającej ich energii.

Zielonoświątkowcy mówią o nowej mocy modlitwy. Dlaczego nie spróbować eksperymentu? Daj zielonoświątkowcom konkretne zadania modlitewne. Kiedy jeden z Kościołów w Nowym Jorku rozpoczął kampanię ewangelizacyjną, zielonoświątkowcy z tego zgromadzenia podjęli łańcuchową modlitwę. Czyżby miało to jakiś związek z późniejszym niezwykłym powodzeniem owej kampanii?

Dawanie świadectwa. Chrystus wiązał tę sprawę z chrztem w Duchu: „Ale weźmiecie moc Ducha Świętego i będziecie mi świadkami…” (Dzieje Apostolskie 1,8).

Czemu nie pozwolić zielonoświątkowcom na podjęcie działalności w tej dziedzinie? Nie mówię tu o dawaniu świadectwa o przeżyciu zielonoświątkowym. Chrystus nie powiedział: „będziecie świadkami chrztu w Duchu Świętym”. Duch Święty nigdy nie zwraca uwagi na samego siebie. Chrzest w Duchu jest tylko środkiem do osiągnięcia pewnego celu, a tym celem jest sam Chrystus.

A co z chorymi w kościele? Ciągle jestem pod wrażeniem bliskiego związku chrztu w Duchu Świętym z mocą uzdrawiania. Znam dwie kobiety ze stanu Massachusetts, Judy Sorrenson i Kay Anderson, które wzywane są przez swojego episkopalnego proboszcza, by posługiwały innym ludziom darem uzdrowienia, który otrzymały przy chrzcie w Duchu Świętym. W Chicago, napełniony Duchem baptystyczny kaznodzieja dobrze jest znany kapelanom kilku kaplic szpitalnych jako człowiek, którego modlitwa jest niezwykle skuteczna. Może tacy ludzie i taka moc dostępna jest i w twoim kościele?

Chodzi mi o pokazanie, że zielonoświątkowcy mogą zostać włączeni w pracę w kościele. A większość zielonoświątkowców, kiedy widzą, że ich praca spotyka się z uznaniem, że jest potrzebna i właściwie zorganizowana, wykonuje ją cicho i taktownie.

Nie znaczy to, że taka aktywność w historycznym Kościele zaspokoi wszystkie potrzeby osoby napełnionej Duchem. Zielonoświątkowcy odkryli w swobodnym uwielbianiu coś o niezrównanej wartości. Dlatego wszyscy, których znam, spotykają się regularnie poza kościołem – w środy wieczorem czy w soboty rano albo raz w miesiącu idą na spotkania, z których czerpią swoją siłę.

Uważam, że ta potrzeba zielonoświątkowców jest potrzebą wszystkich ludzi, częścią powszechnej natury ludzkiej, która wymaga zarówno wolności jak i porządku. Większość z nas znajduje zaspokojenie tych potrzeb przez porządek w życiu religijnym, zostawiając swobodę i wolność na mecze piłkarskie czy mityngi polityczne. Ale znajdujemy przecież opis nabożeństwa w świątyni w Jerozolimie:

Chwalcie Boga w świątyni jego, Chwalcie go na głośnych trąbach, Chwalcie go na harfie i na cytrze, Chwalcie go bębnem i pląsaniem, Chwalcie go na strunach i na flecie! Chwalcie go na cymbałach dźwięcznych, Chwalcie go na cymbałach głośnych! Niech wszystko, co żyje, chwali Pana! (Psalm 150).

Właściwie we wszystkich religiach przed erą współczesną taka wylewność stanowiła integralną część uwielbienia. W Afryce uczestniczyliśmy w otwarciu anglikańskiej katedry w Mbale, w Ugandzie. Po sztywnym i formalnym nabożeństwie wewnątrz nowego obiektu, niektórzy wyszli na zewnątrz, wyciągnęli bębny i zaczęli wykonywać taniec wdzięczności i triumfu. Było to na pewno uwielbienie, bo – zapewniam – nie można było przysłuchiwać się temu bez przytupywania i klaskania. Ta część naszej ludzkiej natury musi gdzieś znaleźćujście. Jest szkodą dla religii, jeśli znajduje ujście tylko w rzeczach świeckich.

Ciągle zaskakuje mnie, jak szybko przyjmują swobodę w wielbieniu Boga ludzie, których uważam za konserwatystów. Niedawno zabraliśmy naszego starszego sąsiada na tygodniowe nabożeństwo u zielonoświątkowców. Dużo było tam hałasu, klaskania, wykrzykiwania i głośnego śpiewu. Ku mojemu zdziwieniu, klaskał w ręce z najbardziej gorliwymi zielonoświątkowcami. Zauważył moje spojrzenie i zawołał w przerwie między jednym uderzeniem a drugim – czemu nie?! No właśnie, czemu nie? Potrzebujemy dyscypliny, ale potrzebujemy też swobody. Kościoły historyczne podkreślają jedną stronę, zielonoświątkowcy drugą. Czy nie można połączyć tego w jedno?

W Perkesburgu, w stanie Pensylwania, w rolniczej osadzie w Lancaster stoi piękny, stary kościół prezbiteriański. Właśnie tam znalazłem równowagę, która może stać się wzorem dla innych kościołów. Co sobotę wieczorem pastor prowadzi nabożeństwo modlitwy i wielbienia. Grupa pod kierunkiem syna pastora dba o stronę muzyczną. Są modlitwy spontaniczne, modlitwa wstawiennicza, dziękczynienie. Prezbiterianie, metodyści, baptyści i episkopalianie, jak również zielonoświątkowcy przybywają nawet z odległego o ok. 200 km Waszyngtonu. Nabożeństwo przeciąga się do późnych godzin nocnych.

Potem przychodzi niedziela. Nabożeństwo o jedenastej odbywa się według pięknej tradycji. Na zewnątrz nie różni się niczym od innych nabożeństw prezbiteriańskich – chyba tylko tym, że ławki są bardziej wypełnione, śpiew bardziej uduchowiony, a kazanie pod niezwykłym natchnieniem.

Oto kościół, w którym porządek i wolność znalazły swoje miejsce i zostały przez to wzbogacone. Niedawno rozmawiałem z dr. Johnem Alexandrem Mackay’em, emerytowanym rektorem Princeton Seminary i jednym z wiodących teologów w kraju.

– Jeżeli mam wybierać – powiedział mi – pomiędzy niespokojnym życiem zielonoświątkowców, a estetyczną śmiercią dawnych Kościołów, to wybieram owo niespokojne życie.

A co, jeśliby nie trzeba było dokonywać takiego wyboru? Jeśliby można było dokonać takiej syntezy, by nasze Kościoły miały zarówno dyscyplinę jak i życie? Co by się stało, gdybyśmy razem wzrastali w Bogu? Co się zatem stanie, gdy Pięćdziesiątnica wkroczy do dzisiejszego Kościoła?